Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Sajmarskie Bajania - Rozdział XIV - Świergolenie

Przemykali opustoszałymi ulicami Kroke w stronę Bramy Czeladników. Noc miała się już ku świtowi, ściany domów nabierały powoli ciemnoszarego koloru. Biegli nie oglądając się za siebie, gnani pragnieniem wolności i subtelnym dreszczykiem przygody. Sajmonella zostawiał za sobą wszystko, co przez ostatnie miesiące nadawało sens jego życiu, ale nie żałował. Czuł, że obecność dziewczyny zdławi wszelkie wątpliwości w ciągu najbliższych tygodni, osłodzi tułaczkę. Za jakiś czas mieli przecież wrócić, kiedy organizacja będzie już bezpieczna. Ta świadomość dodawała jego nogom rozpędu, wtłaczała świeży oddech do zmordowanych biegiem płuc. Rzucił przelotne spojrzenie na Cristal. Uśmiechała się, najwyraźniej szczęśliwa. Wolna.

Ucieczkę z miasta ułatwiał fakt, że wszyscy jego mieszkańcy stali zebrani pod murami Gildii Fajterów. No, prawie wszyscy. Trudności spiętrzyły się gwałtownie na ulicy Czeremisiej, niedaleko Bramy. Dwóch mężczyzn wychynęło płynnie zza rogu ulicy przed nimi. Sajmonella obrócił szybko głowę. Za jego plecami kolejnych trzech sunęło w ich stronę równą tyralierą. Chłopak próbował jak najszybciej złapać drugi oddech, przeklinając się w myślach, za nieprzemyślaną ucieczkę. Nie wzięli nawet kozika. Poczuł na ramieniu zaciskające się dłonie Cristal.

- A kogo my tu mamy, co, Zbastian? – odezwał się jeden z tych, którzy wyłonili się zza rogu.

Był chudy, znacznie wyższy od swojego kompana, ale poruszał się z niespotykaną jak na jego budowę ciała gracją. Zwolnił kroku, podchodząc do pary po skosie, z rękami schowanymi w kieszeni długiego, znoszonego płaszcza. Sajmonella usłyszał szelest kroków za swoimi plecami, po lewej i prawej stronie. Okrążali ich.

– Młode gołąbeczki szukają gniazdka na nocne świergoty, co? Hmmm?

- Świergoty, taaak… - mężczyzna nazwany Zbastianem uśmiechnął się szeroko, nieco chrapliwie. W półmroku przedświtu zabłysły dziurawe zęby. I ostrze krótkiego noża. – Gołąbeczka całkiem… eee… całkiem.

- Zbastian, Zbastian. Ty romantyku. – Chudzielec zachichotał. Mlasnął głośno językiem, obrzucając Cristal uważnym spojrzeniem. – O pannie to chyba niejeden wiersz już napisano, co? Hmmm? Taka słodka buzia… szkoda, żeby się zmarnowała na jednego kawalera, hmmm? Co, panowie? Co wy na to?

Cristal poczuła przyspieszony oddech jednego z napastników na karku. Rozluźniła odruchowo palce dłoni, zaciśnięte dotychczas na ramieniu chłopaka. Zaczekała, aż jej talię przeszyje chłód obcej ręki i odrzuciła gwałtownie głowę do tyłu.

Chrzęst łamanego nosa był pierwszym z wielu dźwięków na partyturze tego spotkania. Trzask łamanych dźwignią stawów, łoskot ciała grzmotniętego o ziemię, sapnięcia, syknięcia, urywane okrzyki bólu i świst ostrza. A to wszystko przy akompaniamencie szeleszczącej odzieży, szurania butów, pękających nici i chlupoczącego pod nogami błota. Po minucie było po wszystkim. Cristal ruszyła truchtem w kierunku Bramy i dalej, za mury miasta, W ślad za nią podążał poobijany, ale zadowolony Sajmonella. Był z siebie dumny, trening w Gildii nie poszedł na marne. Wątpił jednak, czy daliby sobie z bandziorami radę, gdyby nie element zaskoczenia. Mieli szczęście.

Kiedy dotarli do rzeczki Słomki, było już całkiem widno. Przekroczyli ostrożnie bród. Wyglądało na to, że Cristal była już kiedyś w tej okolicy. Pewnym krokiem zagłębiła się w las po drugiej stronie, zmierzając na południowy wschód. Kilkaset kroków dalej ich oczom ukazała się opuszczona leśniczówka. Chłopak rozejrzał się wokół. Przyroda budziła się dopiero do życia, ptaki treliły i szwargotały pierwsze poranne piosenki. Wsłuchiwał się w nie przez kilka chwil, obserwując bacznie okoliczne zarośla. Nic nie wzbudziło jego podejrzeń. Zaciągnął się jeszcze orzeźwiającym, wilgotnym powietrzem i podążył za dziewczyną do wnętrza chaty.

- Przytulnie, co? – zaszczebiotała wesoło Cristal, oparta o kamienny piec na środku izby.

Sajmonella obrzucił pomieszczenie oceniającym spojrzeniem. Drewniany kredens, stół z przeciętego na pół dębowego pnia, dwie siermiężnej budowy ławy. No i klepisko. Skrzywił się na samo wspomnienie sołtysowej sali defiladowej.

W rogu pomieszczenia rozklekotane schody prowadziły na półpiętro, zapewne do sypialni. Dziewczyna powiodła wzrokiem za spojrzeniem mężczyzny. Uśmiechnęła się pod nosem. Podeszła do chłopaka posuwistym krokiem i położyła mu obie dłonie na piersi. Stając na czubkach palców pocałowała go w usta. Cofnął się nieco, zaskoczony. Spojrzała na niego karcąco spod długich rzęs.

- No co? – wyszeptała zduszonym tonem. – Jak nie teraz, to kiedy? Po ślubie?

Obejmując dłońmi jego szyję pocałowała go znowu. Namiętniej. Tym razem się nie wycofał.

ˑˑˑˑˑ

Cristal odchyliła do tyłu głowę, wzdychając lekko. Sajmonella wplątał palce prawej dłoni w jej włosy i bardzo delikatnie pociągnął w bok. Odsłonięta szyja spłynęła słodkimi, gorącymi pocałunkami jak oblana miodem. Nie spieszył się. Ze skupieniem kąsał wargami każdy centymetr jej skóry, delektował się kształtem obojczyka, płatkiem ucha, linią szczęki, miękkością policzków. Kiedy ich usta spotkały się ponownie, dziewczyna zamknęła oczy, rozkoszując się chwilą. Sajmonella w nagłym odruchu pożądania zacisnął palce obu dłoni na krągłej pupie i przyciągnął dziewczynę bliżej ku sobie. Szybko jednak powędrował dłonią wyżej, ku kobiecej talii. Cristal tym razem nie musiała pytać, czy i jak bardzo mu się podoba – czuła to. Ustąpiła pod napierającym ciałem mężczyzny, opadając płynnym ruchem na posłanie. Chłopak ujął jej dłonie w swoje, przesuwając powoli wargami po powierzchni piersi, w kierunku nabrzmiewających sutków.

Każde dotknięcie gorących ust na zmianę rozluźniało i napinało wszystkie jej mięśnie. Sajmonella wodził jeszcze przez chwilę językiem po obydwu podrygujących podnieceniem półkulach, zanim ujął wargami nabrzmiałości tak prawej jak i lewej z nich, podsysając je ku górze. Cristal westchnęła głośno z zadowoleniem, a kiedy ruszył na południe, mijając linię pępka i pogranicze ud, przygryzła wargi. Zacisnęła mocniej dłonie. Koniuszek języka mężczyzny zsunął się z niewielkiego wzgórka i wyłuskał z uwagą maleńką perełkę.

Ptaki na zewnątrz chaty rozśpiewały się na dobre, ich świergoty wypełniały szczelnie powietrze. Dziewczyna wypuściła głośno powietrze. Raz, drugi, piąty. Dotyk był ledwo wyczuwalny, muśnięcia aksamitnie delikatne. Po pewnym czasie nie była już w stanie pohamować drgających mięśni. Jęknęła z rozkoszy, wyginając plecy w nieprawdopodobny łuk. Trwała tak przez moment jak zaczarowana, zanim gruchnęła ciężko o posłanie. Nabierając powietrza całymi haustami, starała się nie wyjść z siebie. Z jednej strony chciała przewrócić się na bok i odetchnąć, przytulona szczelnie mocnymi ramionami, z drugiej zaś wpić się w kochanka całym ciałem, opleść go najdokładniej jak to możliwe i zakołysać się razem z nim, kiedy nadejdzie czas. Z nieznośnego dylematu wyratował ją niespodziewanie huraganowy trzask zarośli i odgłos miażdżonej kończynami ziemi. Ktoś nadciągał. Ktoś w liczbie mnogiej.

ˑˑˑˑˑ

- Dziki – Sajmonella odsunął się od niewielkiego okienka na poddaszu. Usiadł na łóżku i przeczesał nerwowo włosy. – To tylko stado dzików.

Cristal usiadła przy nim, wtulając głowę w jego ramię. Spojrzała mu prosto w oczy, wyczekująco, kokieteryjnie. Chłopak parsknął cicho i musnął palcem podbródek dziewczyny. Uśmiechnęła się, przygryzając lekko dolną wargę.

- Dokończymy innym razem – rzucił pozornie strapionym głosem. – Nie jesteśmy tu bezpieczni, wiesz o tym. Musimy się zbierać.

Kobieta westchnęła teatralnie, ale nie oponowała. Wiedziała, że był to głos rozsądku. W Gildii niedługo zorientują się, że uciekli i rozpoczną poszukiwania. Lepiej wtedy oglądać zachód słońca daleko stąd. Pocałowała jeszcze chłopaka pośpiesznie i zsunęła się z posłania, kusząc go zawiedzionym wzrokiem.

ˑˑˑˑˑ

A idze, kurwa, idze! - wyrwało mu się w mocno zaspanych jeszcze myślach, pomiędzy jednym stęknięciem a drugim. Janta Truzo kilka ostatnich dni spędził na kulinarnym folgowaniu sobie, wbrew przestrogom żony. Od ślubu rzadko pojawiał się już w rodzinnych stronach, więc wizytę u mamusi postanowił wykorzystać w pełni w każdym aspekcie. Nic dobrego z tego nie wyjdzie, zobaczysz. Janta jęknął raz jeszcze z nadzieją. Bezowocnie. Ufka miała chyba rację. Nic dobrego z tego nie wyszło. Ani nic w ogóle. Wyprostował się z rezygnacją i począł ubierać. Zdławił ziewnięcie, gdy przez wycięty w drzwiach wychodka otwór zobaczył, jak z zagrody dla koni wybiega jakaś kobieta. Dłonie zdrętwiały mu na płóciennych portkach. Wielki Gajowniczku, ależ… ależ… . Z wrażenia brakło mu słów. Żebym mioł te kilka lat mni, to bym gnoł tera za nią, zamiost tego chudziny. Przejęty do głębi niesprawiedliwością losu, wysmarkał jeszcze w rękaw rozżaloną łzę, zanim zorientował się, że to przecież jego konie kradną. Wypadł migiem na zewnątrz latryny, ale przyćmiony jej oparami nie zauważył świeżej kaczej kupy tuż przed wejściem i po efektownym salcie w powietrzu padł na ziemię jak długi. Zawarczał i zacharczał głośno, sapiąc z gniewu. Kątem oka zauważył otwierające się drzwi chaty u sąsiada, więc przerzucił swoją uwagę ze znikających za zakrętem koniokradów na niepodciągnięte do końca spodnie.

ˑˑˑˑˑ

Skradzione we wsi Streczów rumaki gnały przed siebie jak natchnione. Widać było, że dawno już nie miały okazji porządnie się wybiegać. Cristal cwałowała leśną przecinką z szerokim uśmiechem na twarzy. Jak dotąd wszystko szło jak z płatka. Galopujący obok Sajmonella cieszył się, że ucieczka nabierała tempa, ale nie był w stanie pozbyć się czarnych myśli. Od kilku dni nie opuszczały go złe przeczucia. Sam nie wiedział, skąd się wzięły ani czego konkretnie miałby się obawiać. To pewnie nerwy, ta cała sprawa z najwyższym kapłanem, pomyślał uchylając się od zwisającej nad drogą gałęzi. Cóż innego?

Po kilkunastu kilometrach dali w końcu koniom odpocząć. Zatrzymali się na skraju puszczy, przezornie schodząc z traktu głębiej w las. Sajmonella usiadł na zwalonym pniu drzewa. Podał dziewczynie manierkę, wydobytą z juków. Ukradli całkiem dobrze wyposażone szkapy.

- To co teraz? – zagaił lekko jeszcze zdyszanym głosem. – Mówiłaś, że znasz trochę okolicę?

- Tak, pojedziemy na wschód – skinęła głową, ocierając usta. Rzuciła mu pustą manierkę. – Moi dziadkowie pochodzili z okolic Meadhone, to wystarczająco daleko. Za granicą.

- Za.. za granicą? – zająknął się zaniepokojony.

- To problem? Chyba nie boisz się, że cię tam zjedzą? – spojrzała na niego rozbawiona. – Moi dziadkowie mnie nie zjedli, jak widzisz. Opowieści o białych niedźwiedziach na ulicach to też tylko sajmarskie bajania, zapewniam cię.

- No… no tak – wydukał. Poczerwieniał z zażenowania, przeklinając się w myślach za swoją zabobonną głupotę. Cristal parsknęła śmiechem i podeszła do niego.

- W razie czego mnie obronisz, prawda? – zapytała, zarzucają mu ręce na szyję. Pocałowała go namiętnie, nie czekając na odpowiedź. – Chodź Sajmi, przygoda czeka. I mamy coś do dokończenia, pamiętasz?

Wypadli z lasu jak partyzanci Armii Krańcowej za czasów wojny o Bezbrzeża. Spocone konie dymiły od pierwszych mocniejszych promieni porannego słońca. Para uciekinierów cwałowała z wiatrem na wschód, ku granicy swoich możliwości. Patrzący na tę scenę spomiędzy wysokich traw zając był przekonany, że to koniec świata. A to był dopiero początek.

ˑˑˑˑˑ

Beybe Prządka oparła twarz o złożone jak do modlitwy dłonie. Kwadrans wcześniej przez drzwi jej gabinetu wytoczył swoje pokaźne jestestwo Wojtas Redhead, uspokajany przez księcia Janusza. Kilka godzin temu rozjuszony tłum wdarł się do siedziby Gildii, rozlano trochę krwi, ale fajterzy zdążyli zabarykadować strategiczne punkty. Agenci bardzo karnie odpowiadali przemocą tylko w obronie własnej i to tylko w ostateczności. Petro Calin wykrzykiwał rozkazy, biegał w tę i z powrotem, sprawdzając na bieżąco sytuację, nawołując do spokoju i rozsądku po obu stronach barykady. Będę musiała mu osobiście podziękować, odwalił kawał dobrej roboty, pomyślała.

Wkrótce po pierwszych podbitych oczach i powybijanych zębach na miejscu zjawił się Wojtas Redhead, wielkodusznie przejmując kontrolę nad podburzonym tłumem. Jego akcja była oczywiście obliczona na pokaz, ale dała Prządce trochę czasu na niezbędne decyzje i rozkazy. Wyszła na zewnątrz w obstawie najlepszych szturmowców. O świcie, jeszcze przed burdą, pchnęła posłańca do księcia Janusza z prośbą o mediację. Kosztowało ją to sporo dumy, ale wiedziała, że w ten sposób połechtane ego władcy zjawi się na miejscu razem z właścicielem szybciej i na pewno. Nie przeliczyła się.

Zanim jednak książę dotarł do Gildii, w tłuszczy gruchnęła plotka, że widziano, jak Sajmonella ucieka z miasta. Podobno pobił jakichś Gajowniczkowi ducha winnych przechodniów, którzy niezwłocznie poskarżyli się miejskiej straży. Podobno też nie był sam. Miał podróżować z jakimś demonem, który powalił pięciu ludzi, zanim ci zdążyli zmówić podstawowe egzorcyzmy. Wojtas rzucił Prządce piorunujące spojrzenie i zwlókł się w pośpiechu ze swojego styranego życiem wierzchowca, wspomagany przez dwóch żylastych kapłanów. Autorytetem i gromkim głosem wykarczował sobie przejście w tłumie. Ludzie aż przycichli na jego widok. Skinął władczo na naczelniczkę i poczłapał z wściekłością w stronę siedziby głównej. Beybe przewróciła oczami, ale ruszyła za nim. To nie był dobry moment na publiczne kłótnie.

W międzyczasie, na miejsce dotarł książę Janusz. Cała trójka rozmówiła się w gabinecie Prządki, nie bez zbędnych emocji, ale z pożądanym przez nią efektem. Wojtas wyszedł wygłosić płomienną przemowę do tłumu. Wezwał do pościgu kto w Gajowniczka wierzy, do zbożnego pogromu wszystkich, którzy ośmielą się pomóc uciekinierom i do modlitwy za kraj i księcia w tych trudnych czasach. Datki zbierano na końcu. Książę oficjalnie przychylił się do „prośby” najwyższego kapłana i zapewnił, że władze przeprowadzą niezbędne śledztwo w Gildii Fajterów, w sprawie obecności na jej terenie naznaczonego przez Toab, ale w tym momencie ważniejsze było schwytanie tego czarnego pomiotu plugawej magii półmroku. Tłum w końcu rozszedł się, popychany delikatnie książęcym i kapłańskim autorytetem.

 

Tomasz Cornamusa minął się z Redheadem w drzwiach gabinetu naczelniczki. Nie miał dobrych wieści, ale w tym wypadku były to wieści potrzebne. Gildia uniknęła właśnie potężnej awantury o trudnych do przewidzenia konsekwencjach.

- Szefowo? – wsunął głowę do środka gabinetu. Prządka skinęła zapraszająco ręką. – To niestety prawda, uciekli nam.

- Oni? – podniosła zmęczony wzrok.

- Sajmonella i jedna z rekrutek. Cristal Catmad. Zdaje się, że byli… że bardzo się przyjaźnią.

- Hmmm – mruknęła w zamyśleniu. Wspomnienia płomiennego uczucia wróciły. Paladynowiczu, nie teraz, nie teraz... – Wiadomo już, jak to się stało?

- Jeszcze nie, ale możliwe, że skorzystali z któregoś z wyjść bezpieczeństwa. Kilka włazów jest ukrytych w salach ogólnodostępnych. Mogli usłyszeć o nich od jednego ze starszych kolegów, podajemy w końcu ich lokalizację na ostatnim roku szkolenia.

- Tak, tak, wiem – odparła niedbałym tonem. – To prawda... z tym pobiciem?

- Na to wygląda. Ofiarom daleko jednak do świętoszków, znamy ich z ulicy – uśmiechnął się z satysfakcją. Nawet naczelniczka poweselała nieco przez moment.

- Dobre i to – westchnęła. - W porządku, panie Tomaszu, do rzeczy. Zarządził pan już pościg? Wiemy, w którą stronę uciekają?

- Zarządziłem. Zdaje się, że na wschód. Wymknęli się przez Bramę Czeladników, nasi ludzie już depczą im po piętach.

- Na wschód, powiada pan… - zafrasowała się Beybe. Arunia też uciekł na wschód i fatalnie się to skończyło. – Musicie ich złapać zanim przekroczą granicę. Koniecznie.

- Szefowo? – Cornamusa uniósł pytająco brew.

- Coś mi tu śmierdzi. Nie sądzę, żeby to był przypadek, iż Grafitowy Dziedzic wmieszał się w coś związanego z Sajmonellą, a potem obaj uciekają akurat na wschód. Jestem prawie pewna, że nasza dwójka też ma zamiar przekroczyć granicę. – Prządka westchnęła ciężko i spojrzała na sufit. – Kurwa, Tomasz. Ostatnio nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mamy w naszych szeregach kreta. Dobrze, że chociaż tobie mogę ufać, stary przyjacielu…

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania