Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Sajmarskie Bajania - Rozdział XV - Co było, a nie jest...

Zatrzymali się na szerokiej przełęczy, pokrytej nadal grubą warstwą śniegu. Wczesna wiosna obecna już w dolinach, tutaj najwyraźniej jeszcze nie dotarła. Po prawej, niemal na wyciągnięcie ręki, wznosił się nagi, skalny klif. Na jego szczycie, wyciągnięte nad przepaścią niczym palec boży, rosło samotne drzewo. Sajmonella wzdrygnął się i poprawił lekki kożuch. Chłodny, wschodni wiatr wzmagał się. Jak najprędzej należało jechać dalej. Cristal cmoknęła na swojego wierzchowca i ruszyli ostrożnie w dół stoku. Chłopak napawał się widokiem towarzyszki, za nic mając piękne krajobrazy, dopóki ta nie spojrzała na niego ni to karcąco, ni to z rozbawieniem.

- Daleko jeszcze? – spytał, aby odwrócić uwagę od wstępujących mu na twarz rumieńców.

- Dzień drogi, najdalej dwa – odparła z uśmiechem. – Wszystko zależy od tego w jakim stanie są teraz trakty. Pojedziemy przez niezbyt popularne okolice.

- Myślisz, że już nas szukają?

- Mhm – mruknęła. – Nie martw się, nie znajdą nas tam gdzie jedziemy. A przynajmniej nie w najbliższym czasie.

Sajmonella spojrzał na rozciągającą się pod nimi dolinę. Ładnie tu, pomyślał. Teren niósł się aż po horyzont falami niskich wzgórz, pokrytych jeszcze w większości suchą, zeszłoroczną trawą. W oddali dostrzegł sporych rozmiarów wzniesienie. Od północy zdawało się trudno dostępne, ale jego południowy stok opadał długo i łagodnie.

- Dugda – oznajmiła Cristal, skinąwszy głową w stronę szczytu. – Za nim leży wieś Cergowa, tam przenocujemy. Jeśli gospoda jeszcze stoi, rzecz jasna. Wiesz, jak jest na pograniczu.

Nie wiedział, ale nie dopraszał się o wyjaśnienia. Przeczucie nakazywało mu milczeć. W Helmsby niewiedza była często błogosławieństwem dla świętego spokoju duszy. Wolał wierzyć, że okolica, w którą się zagłębiali, była sielska, mlekiem i miodem płynąca. Dziewczyna odgadnęła jego minę bezbłędnie.

- No tak, skąd miałbyś wiedzieć – mruknęła do siebie pod nosem. Przeciągnęła się w siodle. – Na pograniczu bywa różnie, teraz groźne są tu już tylko bandy, ale jeszcze nie tak dawno… - Chłopak przełknął ślinę tak głośno, że aż parsknęła śmiechem. – No dooobrze, nic już więcej nie powiem. Nawet o Rudym Bernardzie – mrugnęła mu porozumiewawczo i puściła się szalonym galopem w siną dal. Niedoszły fajter zaczął żałować decyzji o ucieczce. Westchnął ciężko i spinając energicznie konia, ruszył śladem dziewczyny.

Cergowa powitała ich chłodno, mieszkańcy byli raczej nieufni wobec obcych. Zachodni akcent przybyszów również nie pomagał zbudować przyjacielskich relacji. Karczmarz stanął co prawda na wysokości zadania w kwestii wiktu, ale już nie opierunku. Brązowej brei nazwanej szumnie gulaszem nie chciały nawet konie. Poprzestali na całkiem niezłym piwie i jeszcze lepszym posłaniu. Tej nocy nie było mowy o igraszkach – zasnęli twardo jak kamień zaraz po przyłożeniu głów do poduszek. Gdyby nie kogut służbista, przespaliby zapewne świt. Wieś pożegnała ich równie chłodno, jak przywitała. Nie zamachał im na pożegnanie nawet pies z kaprawym okiem.

Sajmonella ściągnął wodze. Wierzchowiec zaczął się niespokojnie wiercić i prychać. Wcale ci się nie dziwię kolego, pomyślał mężczyzna, obrzucając wzrokiem szaroburą ścianę mgły przed sobą. Co to za zapach? Poczuł na sobie wzrok Cristal.

- Naprawdę nie ma innej drogi? – zapytał, starając się panować nad głosem.

- Jest, ale jeśli objedziemy bagna, stracimy mnóstwo czasu – odparła rzeczowym tonem. – Z półtorej dnia. Może więcej.

- Mhm… - mruknął niezdecydowany.

- To tylko tak strasznie wygląda, Sajmi – uspokoiła go, uśmiechając się ciepło. – Nikt nie pomyśli, że tędy pojechaliśmy. Pewnie jadą już naszym tropem, tu mamy szansę ich zgubić. – Spojrzała na niego łagodnie. – Moi dziadkowie mieszkają po drugiej stronie mokradeł, znam tu bezpieczną trasę, zaufaj mi.

- Ufam – westchnął z wymuszonym spokojem w głosie. – Masz rację, jedźmy. Szkoda czasu.

Zsiedli z wierzchowców i zagłębili się w mgłę. Gdy falujące majestatycznie opary wchłonęły już nawet odgłos końskich kopyt, gdzieś niedaleko rozległo się ponure, kasandryczne krakanie. Zły omen nie dotarł jednak do pary jeźdźców. Wszelkie dźwięki z zewnątrz tłumiła skutecznie gęsta, szarobura powłoka.

 

- Szlag… - Sajmonella nie widział prawie nic poza końskim zadem przed sobą, więc gdy pod nogami zachrzęściły mu nagle jakieś kości, mało nie podskoczył ze strachu. Zatrzymał się i pochylił nad zarośniętym trawą szkieletem.

- To chyba jakiś jelonek – głos Cristal dochodził do niego jakby z zaświatów. – Widocznie zgubił się we mgle. Chodź, chodź, już niedaleko.

Gdy młodzieniec oderwał w końcu wzrok od pogruchotanych kości zwierzęcia, zorientował się, że jest sam. Najwidoczniej jego przewodniczka sądziła, że podąża tuż za nią i kontynuowała marsz. Kurwa, co za aura, zaklął w myślach. Rozejrzał się wokół, ale nie widział nic, poza jednolitą, nieruchomą zasłoną z mgieł. Ledwo mógł dostrzec własne stopy. Naraz poczuł lekki powiew z lewej strony, a jego koń poderwał się szaleńczo, rżąc dziko. Zaskoczony Sajmonella nie utrzymał wodzy i wierzchowiec pognał w nieznanym kierunku, przewracając go na podmokły grunt.

- Cristal! – zawołał drżącym głosem, podnosząc się szybko. – To ty?! Gdzie jesteś?!

Nasłuchiwał przez chwilę, ale znikąd nie dochodził żaden dźwięk. Chciał krzyknąć raz jeszcze, gdy nagle wydało mu się, że ktoś za nim stoi. Obrócił się gwałtownie i zamarł. Nic. Nikogo. Wypuścił głośno powietrze. Spokojnie, chłopie, masz zbyt bujną wyobraźnię, skarcił się w myślach. Nim wyobraźnia podpowiedziała mu kolejną intuicję, jego skroń przeszył tępy ból. Uderzył głucho o ziemię. Mdlejąc poczuł, jak coś wciąga go za nogi głębiej w mgłę. Po Cristal wciąż nie było ani śladu.

Kiedy się ocknął, przeszedł go dreszcz od przejmująco zimnej, mokrej powierzchni. Leżał na plecach, na jakiejś kamiennej platformie. Próbował się poruszyć, ale jego ciało było jak z waty. Gdy otworzył oczy, zobaczył nad sobą brudne sklepienie wczesnowiosennego nieba. Było cicho, pachniało zgnilizną i wilgocią. Wysilił się, aby zebrać porozrzucane myśli, ale z mizernym skutkiem. Skroń pulsowała mu niemiłosiernie, niwecząc wszelkie starania. Syknął z bólu. Kątem oka dostrzegł niewyraźny kształt. Po lewej stronie stał mężczyzna o ziemistej, niezdrowej cerze. Nad głową trzymał oburącz długi, zakrzywiony sztylet. Chłopak spojrzał na niego półprzytomnym wzrokiem. Chciał coś powiedzieć, krzyknąć, ale wydobył z siebie jedynie chaotyczny bełkot. Przechylił głowę w prawo. Cristal? Dziewczyna stała nad nim ze zmartwioną twarzą, oparta rękami o kamień, na którym leżał. Uśmiechnęła się lekko, ze współczuciem. Pogłaskała go wierzchem dłoni po twarzy i poruszyła niemymi wargami. Przepraszam! Nim odwróciła się i odeszła jak gdyby nigdy nic, skinęła jeszcze głową mężczyźnie z nożem. Sajmonella spojrzał ponownie w jego stronę i przełknął ślinę. Na uniesionym ostrzu odbił się pojedynczy, zagubiony promień słońca. Młodzieniec patrzył na puginał jak zahipnotyzowany, dotknięty zadziwiającym paraliżem woli i umysłu. Nic z tego wszystkiego nie rozumiał. Cristal? Kiedy żerca ścisnął mocniej rękojeść i wymierzył, niedoszły fajter zdał sobie nagle sprawę z powagi sytuacji. Źrenice rozszerzyły mu się gwałtownie. Zazwyczaj przed śmiercią życie przelatuje ludziom przed oczami. Nie inaczej było w tym przypadku. W nagłym zalewie wspomnień, Sajmonella przeżył ponownie wszystkie poniżenia, frustracje, lęki, zdradę po ułudzie szczęścia. Na końcu ujrzał swój głęboko skrywany, płonący gniew niezgody. Gniew, który zawsze bał się objąć, zaakceptować. I wtedy coś w nim pękło. Poczuł jak ogarnia go znajoma obecność. Zamknął powieki i nabrał powietrza. Sługa czarnoksiężnika też ją poczuł. Zastygł w bezruchu, oniemiały. Kompletnie zaskoczony.

Zazwyczaj przed śmiercią życie przelatuje ludziom przed oczami. Żercy nie zdążyło – Sajmonella był szybszy. Kiedy potężna fala adrenaliny implodowała w jego ciele, poderwał się z kamienia błyskawicznym, płynnym ruchem, niczym świeżo uzdrowiony paralityk. Zanim sługa czarnoksiężnika zdążył opuścić sztylet, przekręcił mu głowę do tyłu. Podmuch wschodniego wiatru stłumił trzask łamanego karku. Martwe ciało opadło bezwiednie na kolana, a potem do przodu, osuwając się w końcu na ziemię obok ołtarza. Rozszerzone przerażonym zdumieniem źrenice nie zdążyły jeszcze zajść pośmiertną mgłą, gdy Sajmonella ruszył szybkim krokiem w ślad za dziewczyną. Jego wzrok stał się niemiłosiernie zimny, zaś serce szczękało teraz mrozem. Czuł się jak nowonarodzony.

Cristal usłyszała za sobą chrupot łamanego źdźbła trawy. Obróciła szybko głowę, ale w gęstej mgle okalającej bagna nie dostrzegła niczego podejrzanego. Nasłuchiwała jeszcze przez chwilę, wytężając także wzrok, po czym ruszyła dalej. Uszła pół kroku. Mgła przed nią zafalowała złowieszczo, a opary skołtuniły się wokół jakiejś postaci. Gdy zjawa przestąpiła dzielący ich szkielet jelonka, dziewczynie ukazała się twarz, którą dobrze znała, ale której nigdy jeszcze nie widziała.

- S-Sajmi… - wyszeptała drżącym głosem. – Jak…

Umilkła gwałtownie, widząc długi, zakrzywiony sztylet żercy w jego ręku. Spojrzała z narastającym przerażeniem w oczy niedawnego kochanka. Lodowato zimne. Gwałtownie zaschło jej w gardle, ale z trudem przełknęła ślinę. Wygięła zbielałe z nerwów usta w pokracznym grymasie.

- Ja… - zaczęła. Zaskakujący zwrot akcji sprawił, że panika stopniowo brała nad nią górę. Starała się myśleć trzeźwo, choć nie miała pojęcia, o czym. – Ja… to nic osobistego… to znaczy… takie rozkazy… ja… - Westchnęła rozpaczliwie. - To między nami to było naprawdę, Sajmi… ja nie chciałam, żebyś cierpiał, ale…

- Nie – przerwał jej chropowatym głosem, zaciskając mocniej dłoń na rękojeści sztyletu. – Ja już nie będę więcej cierpiał… ale na ciebie jeszcze nie jest za późno. – Uśmiechnął się paskudnie. – Zaufaj mi.

Kilka kilometrów dalej, z powykręcanych gałęzi potężnego dębu poderwało się stado kruków. Staruszka wzdrygnęła się mimo woli, poprawiając niesiony wytrwale na plecach pęk chrustu. Złowieszcze, charczące krakanie dudniło jej uszach jeszcze długo po zniknięciu czarnych ptaszysk. Choć do wioski było już blisko, przyspieszyła nerwowo kroku, starając się nie patrzeć w niebo. Wiedziała, że zawodzące kruki to zły omen. Znak na śmierć, męczarnie. Przeszył ją chłód. Do wnętrza chaty na skraju wsi wbiegła drżąc od niespodziewanego lęku.

 

Sajmonella stał nieruchomo przed ołtarzem, wpatrując się w leżące na nim, rozchełstane zwłoki Cristal. Dyszał ciężko. Czekał. Po chwili poczuł ucisk w skroniach i przejmujący ból w klatce piersiowej. Zgiął się lekko i warknął z niecierpliwością. Powierzchnia pobliskiego stawu zmarszczyła się, jakby trącona zwiewnym palcem wiatru. Zapadła głęboka cisza, przerywana jedynie miarowym już oddechem Sajmonelli. Po upływie kilku minut, w czaszce zaszumiało mu ponownie, tym razem spokojniej. Zamknął oczy i odchylił do tyłu głowę. Zmarszczył lekko brwi.

- Mistrzu… - wyszeptał naglącym tonem. – Oto jestem.

Dżimi Dyavol gruchnął pięścią o blat biurka w swoim gabinecie. Ty skurwysynu, warknął wściekle w duchu, ty skończony skurwysynu. Łysiejący już powoli czerep opadł na splecione dłonie. Zamknął oczy i zaciągnął się kilka razy powietrzem. Głęboko, najgłębiej jak potrafił. Policzył do czterech, po czym podniósł głowę, odchrząknął i zawołał na swojego asystenta.

- Endrix, dawaj mi tu natychmiast Arunię Paladynowicza! Na jednej nodze!

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania