Samotni - 1
Cześć.
Nie wiem, jak tu trafiłeś/trafiłaś, ale skoro już jesteś — to rozgość się. Nie będę Ci obiecywać fajerwerków, słodkich romansów bez cienia bólu ani idealnych bohaterów.
Bo ta historia nie jest o tym.
To jest o pęknięciach, przez które wpada światło. O samotności, która potrafi krzyczeć głośniej niż tłum. O miłości, która nie zawsze ratuje. I o ludziach, którzy są bardziej cieniem niż światłem — ale nadal próbują.
Piszę, bo muszę. Bo inaczej by mnie rozsadziło. A skoro już to wszystko zrzucam na papier, to może Ty też coś tu poczujesz. Może zostaniesz.
A może tylko przeczytasz i pomyślisz: „ja też tak mam.”
„Samotni” to historia, która nie udaje. Czasem boli. Czasem koi. Ale zawsze jest prawdziwa.
✍️ Autorka: Qwaser_Athosa
📖 Tytuł: Samotni
Znajdziesz mnie na Wattpad.
_____
1.
Pierwszy raz zobaczyłam go, gdy miałam cztery lata. Przyjechaliśmy z Francji do Ameryki na pogrzeb dziadka. Stał przy otwartej trumnie z obojętną, prawie znudzoną miną. Mały chłopiec, zapewne w moim wieku lub odrobinę starszy. Nie podszedł i nie pożegnał się ze zmarłym, po prostu stał i patrzył beznamiętnie na nieruchomą, zastygłą starczą twarz. Ludzie obecni w domu pogrzebowym zdawali się go nie dostrzegać. Wyjątkiem była babcia Iris. Od czasu do czasu rzucała w jego stronę dziwne spojrzenia.
W owym czasie nie rozumiałam dokładnie co się dzieje, nie płakałam też, bo nie miałam okazji poznać rodziny ojca, nie znałam tych ludzi zarazem tak bliskich i dalekich. Cóż za paradoks. Taka była decyzja matki, a ojciec się podporządkował. Nie znałam powodów i raczej źle mi z tą niewiedzą nie było.
Drugi raz zobaczyłam go w nocy po pogrzebie. Obudziłam się spocona, wymęczona duchotą panującą w pokoju. Było lato, nie byłam przyzwyczajona do braku klimatyzacji, a mama nie zgodziła się, żebym spała przy otwartym oknie. "Pogryzą cię komary", mruknęła słabym głosem, wymęczona rodzinną kolacją. Sama przyznała, że przebywanie w tym domu dużo ją kosztuje. "Czuję się wyssana z energii odkąd tylko przekroczyłam próg." A tata przytaknął jej i znowu to dziwne spojrzenie babci, skierowane gdzieś w kąt.
Siedział po turecku na łóżku tuż obok mnie. W półmroku dostrzegłam tylko jego bladą skórę i białą zapinaną na guziki koszulę. Powinnam się bać. Oczywiście, że tak, ale w tamtej chwili nie czułam strachu. W tamtym okresie widywałam już duchy, zjawy czy przemykające chyłkiem cienie. Nie robiło to na mnie wrażenia.
- Kim jesteś? - szepnęłam i mlasnęłam, z trudem przełykając ślinę przez zaschnięte gardło.
Drgnął, jakby przestraszony, ale po chwili zbliżył swoją twarz do mojej. Dzieliły nas centymetry. Zarys kształtnego nosa, pełnych ust i niesamowicie czarne tęczówki wryły mi się w pamięć na długie lata. Nie odpowiedział, więc odwróciłam się na drugi bok, plecami do niego i udawałam, że zasypiam. Było mi tak gorąco, że odrzuciłam cienką kołdrę, lepiącą się do nóg i ramion. Westchnęłam cicho. Tak chciało mi się pić, z drugiej strony byłam zbyt leniwa, by przejść się te kilkanaście kroków do łazienki.
Usłyszałam cichutkie skrzypienie paneli, dźwięk nalewanej wody i ponowne jęczenie podłogi. Poczułam delikatne podwójne pacnięcie zimnej dłoni w ramię, więc otworzyłam oczy. Nic nie widziałam, było tak ciemno. Odruchowo sięgnęłam do lampki, by ją zapalić i skrzywiłam się, kiedy światło mnie oślepiło. Chwilę później dostrzegłam go. Trzymał szklankę przede mną z tak kamienną twarzą, aż parsknęłam śmiechem.
- Dziękuję. - przyjęłam z wdzięcznością wodę. - Nadal nie wiem kim jesteś. Powiesz mi czy jesteś niemową?
- Damon. - szepnął ledwie słyszalnie.
Nadal nie dostrzegłam żadnej emocji na jego buzi. Postanowiłam spróbować wyciągnąć z niego parę informacji. Na początek zaproponowałam, by położył się koło mnie, tam gdzie był wcześniej. Na pytanie dlaczego nie jest ubrany w piżamę wzruszył tylko ramionami.
- Masz takie chłodne ręce. Zimno ci?
Skinął głową i nadal wpatrywał się we mnie, prawie nie mrugając.
- Masz szczęście, ja tu umieram z gorąca. Nienawidzę się pocić, a już w ogóle nienawidzę się pocić w nocy. - skrzywiłam się.
- Jeśli chcesz to mogę cię ochłodzić. - w końcu odpowiedział pełnym zdaniem, co uważałam za wielki sukces.
- Jak?
- Po prostu się do ciebie przytulę. - odparł.
Przystałam na tą propozycję z wdzięcznością, a on wślizgnął się pod kołdrę i otoczył ramieniem, ściśle przylegając całym ciałem do mnie. Wzdrygnęłam się, ale natychmiast odczułam ulgę.
- Nie spotkałam jeszcze ducha, którego można dotknąć. Zazwyczaj znikają po kilku sekundach, albo widzę ich półprzezroczystych. - mruknęłam i ziewnęłam potężnie. Lampkę wyłączyłam już wcześniej.
- Nie jestem duchem. Człowiekiem też nie jestem. - odpowiedział cicho, a zimny oddech owiał mi ucho. Czułam się bezpieczna przy nim, sama nie wiem dlaczego. Powinnam się go bać, właśnie przyznał mi się, że nie jest człowiekiem, a ja przyjęłam jego wyznanie jak coś oczywistego.
- To kim? Czym?
Nie otrzymałam już odpowiedzi, a może i dostałam, jednak byłam tak wykończona lotem i letnią gorączką, że od razu zasnęłam.
Rano już go nie było, ale na plecach nadal odczuwałam przyjemny chłód.
Te kilka dni spędzone u babci minęły bardzo szybko. Damon zjawiał się każdej nocy, nagle wyłaniał się z ciemności i kładł się bez słowa obok mnie. Nie rozmawiał już ze mną, nie chciałam naciskać skoro nie miał ochoty mówić. Dziękowałam tylko za to, że jest, a on milczał jak zaklęty i mocno wtulał się w moje plecy.
- Zobaczymy się jeszcze kiedyś, Damonie? - zapytałam ostatniej nocy, na wpół śpiąc.
- Nie wiem. - szepnął. Po chwili dodał: - Byłem taki samotny... Nikt mnie nie widzi, a jak już zobaczy to ucieka z przerażeniem.
- Wyglądasz jak zwykły chłopiec tylko minę masz upiorną. Powinieneś popracować nad uśmiechem. Nie wgapiaj się tak w ludzi, jakbyś chciał ich zamordować. A tak w ogóle to miły jesteś i bardzo cię polubiłam.
Zadrżał lekko, ale nic już nie powiedział.
Po dwunastu latach wróciłam do Ameryki. Postawiłam rodziców w niezręcznej sytuacji. Zmusiłam ich, by odnowili kontakt z babcią Iris i poprosili ją o pozwolenie na zamieszkanie w jej domu. Chciałam zmienić otoczenie, nie podobało mi się we Francji, przez wszystkie minione lata czułam, że czegoś mi brakuje, zmuszałam się do nauki, lekcje gry na pianinie i skrzypcach chwilowo odrywały mnie od melancholijnego nastroju, lecz duszące uczucie pustki wracało wieczorami i towarzyszyło mi przez większość czasu.
O Damonie nigdy nie zapomniałam. Wciąż i wciąż śniłam o jego nienaturalnie czarnych oczach, prześladowały mnie nocami, wpatrywały się we mnie hipnotyzująco.
- Co z muzyką? - pytała matka z kwaśną miną. Pomagała mi pakować niezbędne rzeczy do walizki. Obiecała przelać pieniądze na nowe ubrania i inne pierdoły, których potrzebowałam.
- Babcia przecież ma pianino. - mruknęłam, zapinając walizkę szybkim ruchem. - Potrzebuję zmiany, mamo. Duszę się tutaj, coś mnie ciągnie do Ameryki. Chcę podszlifować język angielski i spotkać się z... przyjacielem.
Zmrużyła czujnie błękitne oczy.
- Jaki niby przyjaciel? Byliśmy w Ameryce tylko kilka dni i nigdzie w tamtym czasie nie wychodziłaś, a nie przypominam sobie, żebyś rozmawiała z jakimiś dziećmi. Poznałaś kogoś przez internet? Susanne, nie rób głupstw. Jeszcze wszystko można odwołać...
- Mamo, daj spokój! Nie jestem już tą małą dziewczynką, jestem prawie dorosła i nie w głowie mi głupoty. Czy kiedykolwiek zrobiłam jakieś głupstwo, oszukałam cię czy źle się zachowywałam? - zawołałam zdenerwowana. Bałam się, że zabroni mi wyjechać. Zgodziłabym się nawet na jej szpiegostwo, byleby zacząć inne życie z dala od tych nadętych dziewczyn z klasy, z dala od krzywych spojrzeń ludzi.
To fakt. Widywanie duchów nie pomaga w poszukiwaniu znajomych. Uważano mnie za dziwaczkę, bo często rozmawiałam z nimi, a z boku musiało to dziwnie wyglądać. Ciągnęły do mnie chmarami, kiedy wyczuwały, że jestem w pobliżu. Większość z nich nie zwracała uwagi na miejsce ani porę dnia. Zdarzało się, że były bardzo nachalne i krzyczały mi do ucha w środku lekcji, w takim razie nie wytrzymywałam i musiałam wychodzić, niby za potrzebą, aby je zbluzgać. One jednak nie dawały za wygraną, dopóki nie spełniłam ich próśb, bądź żądań. Zależy na kogo trafiałam.
Oczywiście rodzice wiedzieli o moich zdolnościach widzenia zmarłych, w każdym razie poinformowałam ich o tym. Nie chcieli lub nie potrafili mi uwierzyć, a ja więcej nie poruszałam tego tematu. Musiałam radzić sobie sama. W końcu poczułam się przebodźcowana.
Pożegnaniom nie było końca. Mama, czerwona i spuchnięta od płaczu na swojej piegowatej twarzy, co chwila ściskała mnie, ojciec wyprostowany stał obok i poklepywał mnie po ramieniu, ukradkiem przecierał oczy, które podejrzanie wilgotniały. "To alergia".
Nie płakałam. Nie miałam powodu. Dla mnie rozpoczął się nowy rozdział w życiu. Zaczynałam wszystko od początku, ta myśl była ekscytująca, pogrążona w marzeniach dotarłam na miejsce cała w skowronkach.
Babcia czekała na mnie przy samochodzie. Wyglądała młodziej, niż ją zapamiętałam – może to przez pofarbowane włosy. Czarny warkocz przerzucony przez ramię i prosta sukienka w kwiaty dobrze podkreślały jej kobiece kształty. Sprawiała wrażenie zadbanej kobiety po czterdziestce, choć już dawno przekroczyła pięćdziesiątkę.
– Susanne, kochanie, tak się cieszę, że cię widzę – ucałowała mnie serdecznie w policzki i pomogła z bagażem.
Coś w jej sposobie poruszania się i tonie głosu było sztuczne. Coś, co od razu mnie zirytowało.
– Babciu, nie musisz udawać, że się cieszysz – powiedziałam prosto z mostu, po angielsku, z wyraźnym francuskim akcentem. – Wiem, że zwalam ci się na głowę, ale obiecuję, że nie będę sprawiać kłopotów. Nie musisz też mówić po francusku – bardzo dobrze cię rozumiem.
Na ułamek sekundy zacisnęła usta pomalowane krwistą pomadką, lecz po chwili uśmiechnęła się z udawanym zmieszaniem i odpaliła samochód.
– Jesteś bardzo bezpośrednia, Susanne – odparła sucho, zrzucając maskę zatroskanej babuni. – Aż tak po mnie widać niechęć?
Odwróciłam głowę w stronę okna i przyglądałam się mijanym budynkom.
– Mnie nie oszukasz, babciu. Widzę i czuję więcej, niż sądzisz. Poza tym nie lubię niejasnych sytuacji. Uważam za rozsądne wyrażać swoje opinie i spostrzeżenia.
– Bystra i bezpośrednia. Zupełnie jak twój dziadek. Hubert nie odziedziczył po nim żadnej z tych cech, a twoja matka... No cóż. Lepiej nie powiem, co o niej myślę. Nigdy jej nie lubiłam – mruczała niby do mnie, ale bardziej do siebie.
– Robi to, co lubi, czyli zarabia pieniądze. Może nie jest idealną matką ani żoną, ale stara się, jak może – rzuciłam chłodno i zamknęłam oczy, nagle zmęczona.
Przypomniałam sobie słowa matki: „Czuję się wyssana z energii, odkąd tylko przekroczyłam próg”. Nie chodziło chyba o sam dom...
– Czy Damon nadal mieszka u ciebie?
Pytanie wyraźnie wytrąciło babcię z równowagi. Na moment straciła kontrolę nad autem i zarzuciło nas na boki. Spojrzałam na nią ze zmarszczonymi brwiami. Poszarzała na twarzy, jakby męczyły ją mdłości.
– Skąd o nim wiesz? – syknęła agresywnie.
– Poznałam go na pogrzebie dziadka. Widziałam, jak na niego patrzyłaś – jakbyś się go bała.
– Oczywiście, że się go boję! A ty nie?
– Nie. Dlaczego miałabym? Był dla mnie bardzo miły, choć niezbyt rozmowny. Nie zdołałam z niego wiele wydusić – przyznałam szczerze.
Tak, to były bardzo miłe wspomnienia z Damonem w roli głównej. Lato, jego zimne dłonie – tak zimne, jakby dopiero co trzymał je w lodzie.
– Miły? Ten pomiot szatana?!
Milczałam.
– Susanne, trzymaj się od niego z daleka. To strasznie niebezpieczny byt.
– Kiedy zapytałam go, czy jest duchem, odpowiedział, że nie. Ale też nie jest człowiekiem, choć posiada ciało… lub coś na jego kształt. Myślałam o tym przez te wszystkie lata... Po pierwsze – jak znalazł się w twoim domu?
– Nie chcę o tym mówić… – warknęła i gwałtownie skręciła, wjeżdżając na parking przed centrum handlowym. Długo szukała wolnego miejsca, a gdy w końcu zaparkowała, westchnęła głęboko i odwróciła się do mnie. Jej ciemne oczy były szeroko otwarte ze strachu. – Zrobiłam kiedyś wielką głupotę. Nic mnie nie usprawiedliwia, wiem to bardzo dobrze. Eksperymentowałam… z rytuałami. Nie sama, oczywiście. Swego czasu zebrała się dość liczna grupa. Spotkania odbywały się w moim domu. Peter, twój dziadek, też w nich uczestniczył, choć traktował to wszystko jak zabawę. Ludzie zjeżdżali się z całego kraju... Jeden rytuał zadziałał. Nie zdradzę szczegółów – jesteś na to za młoda… W każdym razie odprawiłam rytuał z udziałem dwóch osób, według ich wskazówek… To bardzo niezręczny temat… Zabrakło jednej rzeczy, ale mimo to został przywołany. Wydawał się… osłabiony.
Zamilkła na chwilę, jej wzrok zmętniał, jakby myślami była daleko stąd. A ja z każdą sekundą czułam coraz większe napięcie.
– Ale to były tylko pozory. Niedługo później wszystkich zaangażowanych w nasze spotkania zaczęły dręczyć koszmary. Z tego, co się dowiedziałam, były tak intensywne i realne, że doprowadzały ich do utraty zmysłów. Kilku trafiło do zakładów psychiatrycznych. Większość… zmarła w dziwnych okolicznościach.
– Dziadek? – zapytałam cicho.
Skinęła głową ze smutkiem.
– Też miał koszmary. Widywał go we śnie. Nie wiem, co dokładnie mu się śniło, ale ostatniej nocy krzyczał tak strasznie... Zmarł na zawał – wyszeptała.
Próbowałam wyobrazić sobie Damona jako demona, ale wciąż widziałam kilkuletniego chłopca w białej, zapinanej na guziki koszuli. Twarz bez emocji, to prawda – ale nadal dziecięca buzia.
– Babciu… Skoro wszyscy skończyli tak tragicznie, to dlaczego ty żyjesz?
To wydawało mi się logiczne pytanie, ale może sformułowałam je niezręcznie. Świadczyło o tym nagłe zaciśnięcie jej warg.
– Też się nad tym zastanawiam. Nie mam koszmarów. Ale ON… obserwuje mnie. Tylko patrzy. A to wystarcza, by człowiek wariował. Susanne, zgodziłam się, żebyś u mnie zamieszkała, ale nie chcę, żebyś się z nim kontaktowała. Doprowadzi cię do szaleństwa – prędzej czy później to się stanie. Pochowałam już męża, drugiej straty nie zniosę.
Ponownie odwróciłam się do okna, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Babcia również zamilkła. Wyciągnęła paczkę papierosów i zapaliła jednego. Szybko nacisnęła przycisk, a szyby opuściły się, wpuszczając do środka świeże powietrze zmieszane z dymem.
Jakaś kobieta zmierzała powoli przez parking – pewnie szukała swojego samochodu. Wydawała się dziwnie zagubiona. Stanęła niedaleko nas i rozglądała się niepewnie, to w jedną, to w drugą stronę. Na sekundę nasze spojrzenia się skrzyżowały.
Ładna nie była, ale brzydka też nie. Taka nijaka. Ciemne loki opadały jej na ramiona. Sweter miała dziwnie poszarpany, jakby ktoś próbował zedrzeć go z niej siłą.
Sweter? Gdy uświadomiłam sobie, że jest początek sierpnia, gorąco jak w piekle, natychmiast odwróciłam wzrok – ale było już za późno. W mgnieniu oka znalazła się przy drzwiach i zaczęła łkać mi do ucha. Skrzywiłam się. Byłam naiwna, jeśli sądziłam, że odpocznę od takich sytuacji. Po raz kolejny w życiu zaczęłam nienawidzić swojego daru.
– Zachowuj się, kobieto! – warknęła babcia w jej stronę i elegancko strzepnęła popiół.
No tak! Przecież babcia przed chwilą powiedziała, że widzi. Skoro Damona widziała, to i zwykłe duchy również. Zalała mnie fala ulgi. Nie byłam sama.
– Jeśli chcesz pomocy, to poproś – mruknęła już łagodniej. – Płaczem nic nie zdziałasz. No, o co chodzi?
Kobieta zniknęła. Po chwili ujrzałam ją w bocznym lusterku. Siedziała na tylnym siedzeniu, spięta jakby siedziała na szpilkach. Twarz miała bladą, mimo to przed śmiercią była chyba dosyć opalona. Nie było na niej ani śladu łez.
– Pomóżcie mi, błagam. Nikt nie chce mnie wysłuchać – szeptała z trudem, jakby miała problemy z gardłem.
– Co mamy dla ciebie zrobić, żebyś zaznała spokoju? – zapytałam, bacznie obserwując jej odbicie. Tak, miała siniaki na szyi. Pewnie ktoś ją udusił. Biedaczka.
– Zostałam zgwałcona i zamordowana. Niedaleko stąd zakopał moje ciało. Chcę, żeby rodzina mnie pochowała i w końcu zaznała spokoju. Oni myślą, że zaginęłam – zaskrzeczała cicho, z udręką.
– Susanne, zaimponowałaś mi – odezwała się babcia. Zgasiła papierosa i wyjechała, kierując się w miejsce, które wskazała kobieta. – Nie wspomniałaś mi o tym. Ale mogłam się domyśleć.
– Chciałam odetchnąć. Przyjazd tutaj wydawał mi się dobrym pomysłem. Teraz wiem, że nie jestem w stanie od tego uciec.
– O, tak. Czasami bywają strasznie natrętni. Trzeba stawiać wyraźne granice, w przeciwnym wypadku zrobią z ciebie wrak człowieka – pokiwała głową.
Utworzyła się między nami jakaś niewidzialna, cieniutka nić porozumienia, co mnie bardzo ucieszyło. Nie chciałam mieć własnej babki za wroga.
Gdy dojechałyśmy na miejsce, kobieta wskazała dobrze ukryty grób – głęboko w lesie. Ziemia zdążyła już dawno zarosnąć na niewielkim wzgórku między drzewami. Powiadomiłyśmy policję o popełnionym przestępstwie i po wyczerpujących zeznaniach, krzywych, pełnych niedowierzania i podejrzliwości spojrzeniach mundurowych, w końcu mogłyśmy wrócić do domu. Oczy kleiły mi się od zmęczenia, ziewałam raz po raz.
– Dziękuję.
Szept zjawy był ledwo słyszalny – przypominał powiew wiatru.
– No, chociaż ktoś potrafi się zachować kulturalnie. Od dawna nie usłyszałam podziękowań. Tylko jęczą i krzyczą – powiedziała babcia i zapaliła znowu papierosa.
Byłyśmy już na podjeździe, kiedy usłyszałyśmy skrzypienie drzwi wejściowych. Obie zamarłyśmy na moment. Wargi babci drżały, ręce także, ale zdołała się uśmiechnąć i zaciągnąć głęboko dymem. Serce obiło mi się boleśnie o żebra, a adrenalina wystrzeliła w żyły.
– Zdaje mi się, że chce cię osobiście powitać. Pamiętaj, co ci mówiłam, Susanne.
Miała rację. Na drewnianych schodkach stał wysoki chłopak. Opierał rękę na balustradzie, głowę trzymał wysoko, dumnie, i gdyby nie te niesamowicie czarne oczy oraz twarz bez wyrazu, nigdy w życiu nie powiedziałabym, że to ten mały chłopiec sprzed kilkunastu lat.
– Witaj w domu, Susanne.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania