Poprzednie częściSamotni - 1

Samotni - 2

2.

 

Starałam się go nie dostrzegać, Boże, naprawdę chciałam stosować się do prośby babci Iris, ale jak mogłam udawać ślepą, kiedy chodził za mną krok w krok? Jedynie w łazience mogłam swobodnie odetchnąć, jednak to nie było rozwiązanie na dłuższy okres czasu. Chciałam go lepiej poznać, chciałam z nim rozmawiać, bo wydawał mi się jedyną osobą, która mnie zrozumie. Chociaż nazywanie go osobą nie bardzo pasowało. Przygnębiona wysuszyłam włosy i przebrana w piżamę wyszłam z łazienki gotowa rzucić się na łóżko i spać do południa. Tak zrobiłam.

 

Nie dane było mi długo spać. Przebudziłam się w środku nocy, czując coś chłodnego na czole i ramieniu. Na wpółprzytomna mruknęłam coś niezrozumiale i chciałam strzepnąć to natrętne coś, ale po chwili zimne łaskotanie powracało. Jęknęłam zdenerwowana i odwróciłam się na drugi bok.Coś przyległo do moich pleców. Dreszcz przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa, gdy przy moim uchu rozległ się cichy chichot.

 

- Kolejny raz się spotykamy, ponownie w podobnych okolicznościach. - wymamrotałam z szeroko otwartymi oczami, chociaż i tak nie mogłam dostrzec nic w tych ciemnościach. Serce tłoczyło gwałtownie krew do mózgu i rozbudziłam się już zupełnie.

 

- Nie przywitałaś się ze mną, Susanne. - powiedział mi wprost do ucha oskarżycielskim tonem. Głos mu bardzo zmężniał, był niski i przyjemny. - Odpowiedz.

 

- Witaj, Damonie. A teraz... Czy mógłbyś dać mi się wyspać? Miałam wczoraj bardzo ciężki dzień, potrzebuję odpoczynku.

 

Otoczył mnie ramieniem jak kiedyś. Nie wyglądało na to, że ma zamiar odejść.

 

- Zastanowię się. - odparł przekornie, kolejny raz owiewając moje ucho oddechem. - Rozpatrzę twoją prośbę. W końcu ty też ignorowałaś mnie od czasu przyjazdu.

 

Zdałam sobie sprawę z tego, że już nie jesteśmy dziećmi, minęły niewinne czasy, powoli stawałam się kobietą i nie chciałam, by obcy byt w ciele dorosłego mężczyzny dotykał mnie tak poufale. Zesztywniałam, kiedy dotarło to do mnie.

 

- Zimno mi. - skłamałam. Było strasznie duszno, a kołdra nieprzyjemnie kleiła się do ciała. - Jeśli już chcesz przebywać ze mną w pokoju to zachowaj przyzwoitą odległość.

 

- Kłamiesz, Susanne. Jesteś rozpalona jak piec w zimie.

 

- Tak, masz rację. - przyznałam, zrezygnowana. - Naprawdę jestem zmęczona, jeśli obiecam spędzić z tobą czas to dasz mi się wyspać?

 

Westchnął cicho w mój kark. Minęła dłuższa chwila zanim odpowiedział.

 

- Nadal się gniewam. Tylko ty traktowałaś mnie z życzliwością i szczerze cieszyłaś się z mojej obecności, a teraz zachowujesz się dziwnie. Czy to przez tą kobietę, twoją krewniaczkę?

 

Gwałtownie wciągnęłam powietrze z przerażenia. A jeśli on zrobi coś babci? Nie chciałam przyczynić się do jej choroby czy, nie daj Boże, śmierci.

 

- Nie mieszaj jej w to. Ona chce tylko mojego dobra, nie zrobiła nic złego! - zawołałam pośpiesznie i odwróciłam się gwałtownie, strącając jego rękę. Ledwo widoczny zarys sylwetki poruszył się nieznacznie.

 

- Nie? Wiem, że opowiadała ci o tych śmiesznych spędach okultystycznych i wiem, że kazała ci się trzymać ode mnie z daleka. Ale nie martw się, nie mam zamiaru jej nic zrobić. Nikogo także nie zabiłem. - ponownie się zapowietrzyłam, na co on zareagował cichym śmiechem. - Tak, dobrze słyszysz. Twojego dziadka też nie dotknąłem. Zabiło ich własne przerażenie faktem, że ich dziecinna zabawa w rytuały zadziałała i przyczynili się do mojego stworzenia.

 

- Odłóżmy tą rozmowę na jutro, proszę. Przerażasz mnie. - wyszeptałam i odruchowo zaczęłam na siebie naciągać kołdrę w panice.

 

- Dotrzymaj obietnicy, Susanne. Oprócz ciebie nie mam nikogo na tym świecie.

 

Zniknął. Napięcie, kumulujące się we mnie przez ostatnie miesiące wezbrało aż po brzegi, zelżało i wstrząsnął mną oczyszczający płacz. Zasnęłam, wtulając twarz w mokrą poduszkę, mając nadzieję, że nie będą męczyć mnie koszmary.

 

Obudził mnie dzwoniący telefon. Mama złościła się brakiem wiadomości ode mnie po przybyciu na miejsce. Musiałam ją przepraszać i zapewniać o regularnym kontakcie. W końcu uspokoiła się i przypomniała mi o przelewie na moje konto. Tata też był ciekawy czy wszystko ze mną dobrze. Chlipał do słuchawki i w końcu musiał się rozłączyć.

 

Zeszłam do kuchni, nerwowo się rozglądając, ale nigdy nie widziałam Damona. Babcia w satynowym szlafroczku przygotowywała śniadanie i parzyła aromatyczną kawę. Na stole leżała paczka papierosów, z popielniczki unosił się dym.

 

- Susanne, jeszcze się nie ubrałaś?

 

- I kto to mówi? Co tam pichcisz?

 

Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów i skrzywiła się lekko.

 

- Ta "piżama" jest zbyt skąpa.. - stwierdziła.

 

- Podkoszulek i spodenki to skąpy strój? Nie ma mrozów, a i tak spociłam się strasznie. - uniosłam brwi i zgarnęłam z talerza chrupiącego tosta. - Czy mam chodzić spać w polarze?

 

- Nie to miałam na myśli. - odparła szorstko i upiła łyk kawy. Wyglądała na zaniepokojoną. - Tu masz też jajka sadzone.

 

- Jakie plany na dzisiaj?

 

Zaciągnęła się dymem. Sama nie paliłam i wiedziałam, że to szkodliwe dla zdrowia, babcia jednak robiła to bardzo elegancko, sposób w jaki trzymała fajkę i przytykała ją do warg był bardzo satysfakcjonujący. Gdybym potrafiła rysować, z pewnością uwieczniłabym ją na kartce, niestety byłam dobra tylko w muzyce. Ech.

 

- Odwiedzi mnie dzisiaj kilka klientek, będę je przyjmować w ogrodzie z tyłu domu. Wolałabym, żebyś nie kręciła się tam bez powodu.

 

- No, właśnie. Właściwie to czym się zajmujesz? Tak mało o tobie wiem. Mama i tata jakoś nigdy nie mówili o tobie za dużo.

 

- Ha! Oni nie wiedzą o mnie prawie nic! - syknęła z goryczą. - Hubert ograniczył ze mną kontakt po poznaniu twojej matki. Nie, żeby mnie to bolało, co to to nie. Od kilkunastu lat wróżę z kart tarota, jak widać coś mnie ciągnie w ezoterykę i magię. Nie mogłam sobie darować, nawet po... W każdym razie nieźle mi idzie, jeszcze nie zdarzyło mi się źle przepowiedzieć przyszłość. Można powiedzieć, że jestem rozchwytywana nie tylko wśród lokalnej społeczności. Przyjeżdżają do mnie ludzie z całego kraju.

 

Przeżułam dokładnie całego tosta, zaskoczona. Próbowałam sobie wyobrazić ją rozkładającą karty i dmuchającą dymem w pełne oczekiwania twarze, ale nijak mi to wychodziło.

 

- Nie wyglądasz na typową wróżkę. No, wiesz, pełno świeczuszek, świecących pierdółek i kadzidełka.

 

- Nie, nic z tych rzeczy. To nie moje klimaty. A ty gdzieś się wybierasz?

 

- Miałam zamiar kupić parę ciuchów, bo za dużo rzeczy nie przywiozłam. Mam pieniądze, nie musisz się martwić o to. - pospiesznie dodałam. Nie chciałam jej naciągać na dodatkowe koszty, w końcu pozwoliła mi u siebie zamieszkać na jakiś czas, to i tak dużo, biorąc pod uwagę nasze stosunki w rodzinie.

 

- Gdybyś miała problem z jakimiś jojczącymi duchami, zadzwoń do mnie, tylko nie za często. Musisz nauczyć się trzymać je w ryzach. Pójdę się przygotować.

 

Wypiła duszkiem cały kubek kawy, mlasnęła z zadowoleniem i wyszła z kuchni. Wzięłam z niej przykład i po zjedzeniu śniadania pobiegłam pod prysznic, zastanawiając się dlaczego babcia nie ma klimatyzacji. Uznałam za słuszne kupienie dużego wiatraka, nie dałabym rady wysiedzieć kolejnego dnia w tej gorączce.

 

Jak w zwyczaju miałam, zapomniałam przygotować sobie ubrań na przebranie, więc z ciężkim sercem owinęłam się dokładnie ręcznikiem i wróciłam do pokoju. On już tam był, tak jak przypuszczałam. Przyczepił się mnie jak rzep psiego ogona.

 

Wsparty na łokciu leżał na łóżku i uśmiechał się. Nie to mnie jednak zszokowało.

 

- Ty zboku! Kto ci pozwolił grzebać w mojej torbie?! - wrzasnęłam i wyrwałam mu z ręki ulubione koronkowe majtki, a on wybuchnął tylko śmiechem.

 

Musiałam wyglądać komicznie, kiedy tak stałam w zsuwającym się ręczniku, z mokrymi włosami, buchająca agresją, ale i czerwona ze wstydu.

 

- Złość piękności szkodzi. - powiedział miękko, a z jego twarzy nie znikał uśmiech, który jednak nie sięgał oczu.

 

Ręką, wciąż ściskając bieliznę, wskazałam na niego groźnie.

 

- Nie waż się stąd ruszyć. - wycedziłam przez zęby. - Coraz bardziej przekraczasz granice, nie podoba mi się to.

 

- Lubię się droczyć. - wzruszył tylko ramionami i strzepnął niewidzialny pyłek z koszuli. Najwidoczniej moja złość nie robiła na nim wrażenia. Pozbierałam potrzebne rzeczy i po chwili stałam nad nim z rękami założonymi na piersi i zmarszczonymi brwiami.

 

- Zetrę ci ten uśmieszek z buźki, jeśli jeszcze raz zrobisz coś takiego zastanowię się nad egzorcyzmami.

 

Wstał powoli i spojrzał mi głęboko w oczy, już nie wyglądał na rozbawionego. Wydawał się lekko zasmucony i kolejny raz uderzyło mnie to, z jaką łatwością ukazuje emocje, w końcu pamiętałam go z dzieciństwa jako małego chłopca, który zawsze miał beznamiętną minę.

 

- Nie jesteś w stanie tego zrobić. Ledwo radzisz sobie z komunikacją z marnymi duszyczkami, a grozisz MI? Jak niby zamierzasz przeprowadzić ten egzorcyzm? Hm? Nie jestem ani duchem, ani człowiekiem. Powiedziałem ci to już raz.

 

Tak żałosnego tonu głosu chyba jeszcze nigdy nie słyszałam w swoim życiu, zrobiło mi się głupio. Poza tym kto normalny groziłby paranormalnemu bytowi egzorcyzmami, nie mając w tym żadnego doświadczenia? No, ale ja nie byłam do końca normalna, co przyznawałam z niechęcią.

 

- Przepraszam, za bardzo się uniosłam. Nie mam zamiaru czegoś takiego zrobić, jak sam powiedziałeś nie jestem dobra w te klocki. Ale ty też powinieneś mnie przeprosić. Przeginasz ostatnio. Zarzuciłeś mi, że się dziwnie zachowuję, a ty wcale nie jesteś lepszy. Koniec z nocnymi wizytami, zabraniam ci wchodzić do mojego pokoju bez mojego pozwolenia. Łazienki to też dotyczy. To moja prywatna sfera, chcę czuć się swobodnie.

 

Odchylił głowę nieco do tyłu i wlepiał się we mnie z góry tymi swoimi nienaturalnie czarnymi oczami, jakby zastanawiał się czy zgodzić się na moje warunki.

 

- Przepraszam za to, że cię wczoraj przestraszyłem, słyszałem jak płakałaś i wcale nie czułem się z tym dobrze, chociaż możesz tak myśleć. Nadal uczę się... wyrażać emocje. Kiedy usłyszałem, że przyjeżdżasz tak bardzo się ucieszyłem, że w końcu cię zobaczę i porozmawiamy trochę dłużej niż dawniej. Poza tym nie chcę rezygnować z "nocnych wizyt", jak to nazwałaś. - podniósł dłoń w stronę moich włosów, ale gdy się odruchowo cofnęłam, opuścił ją szybko. - Nawet jeśli nie potrzebuję snu, to miło poleżeć z bliską osobą i poczuć jej ciepło, dlatego proszę byś pozwoliła mi na to.

 

Odetchnęłam głęboko i przetarłam oczy. Chciał po prostu czuć się bezpiecznym, mimo dorosłego wyglądu nadal był dzieckiem pragnącym bliskości drugiego człowieka, wiedziałam to. Tylko moje myśli były kosmate, od kiedy ponownie go ujrzałam, czułam się dziwnie skrępowana. "Susanne, to nie jest człowiek. Potraktuj go jak odnalezionego po latach paranormalnego brata."

 

Przyniosłam suszarkę i szczotkę do włosów. Wręczyłam mu je do ręki, kiwając głową na gniazdko obok łóżka, a kiedy zaskoczony podłączał urządzenie, sama przysunęłam krzesło obrotowe, które znajdowało się przy białym biurku. Obkręciłam się na nim kilka razy, w końcu zatrzymując się naprzeciw dużego lustra w jasnej ramie.

 

Za- Dobrze. "Nocne wizyty" nadal będą aktualne. Ale - przerzuciłam mokre kosmyki za oparcie. - muszę spać, rozmawiać możemy w dzień. Zwłaszcza, że od września idę do szkoły i muszę regenerować siły do nauki. A skoro tak bardzo chcesz zacieśniać więzi możemy traktować się jak rodzeństwo. Jeśli chcesz, to jasne. Czy mógłbyś wysuszyć mi włosy?

 

Pierwszy raz widziałam go takim rozpromienionym. Uśmiechnął się do mnie szeroko w odbiciu i zaczął delikatnie rozczesywać moje włosy. W miarę suszenia stawały się coraz jaśniejsze, przechodząc w kolor kasztanowy, przeplatany złotymi pasmami. Przyjrzałam się sobie dokładniej.

 

Od dawna byłam zajęta nauką, grą na pianinie i skrzypcach, nie przywiązywałam uwagi do swojego wyglądu przez nadmiar obowiązków. Do tego nieustannie męczące zjawy wysysały ze mnie siły życiowe. Poprzedniego dnia słońce mnie nie oszczędziło i trochę przypiekło mnie na twarzy, dekolcie i rękach, jednak wciąż byłam zbyt blada. Zbyt wielki kontrast pomiędzy kolorytem skóry a włosami. Dobrze mieć chociaż brązowe oczy. Gdyby nie one, zapewne przypominałabym Anię z Zielonego Wzgórza, a typowi rudzielce zawsze mają przewalone w życiu, w każdym razie tak uważałam. Dziękowałam tacie za odziedziczoną po nim karnację, przynajmniej opalałam się na brąz.

 

- Damonie? - zapytałam, kiedy zaplatał mi na głowie bardzo schludne dobierane warkocze, przy okazji rozkosznie masował nieświadomie skórę głowy. - Byłbyś dobrym fryzjerem i na bank nie mógłbyś się opędzić od klientek. Z tymi magicznymi rękami rozkochałbyś w sobie tłumy dziewczyn.

 

- Tak sądzisz? - odparł, skupiony na kończeniu swojego zadania. - Nigdy nie myślałem o sobie jako o żywym człowieku, ale przez osiemnaście lat przypatrywałem się innym, a dokładnie byłem ciekawy jak radzą sobie z uczuciami. Złość, radość, smutek, strach. Do dzisiaj się uczę, jak sama zdążyłaś zauważyć jeszcze długa droga przede mną. Czasami nie jestem w stanie wyczuć kontekstu wypowiedzi, albo źle dobieram słowa. - odniósł suszarkę na miejsce i stanął przede mną. - Obserwowałem ich codziennie, starając się zrozumieć.

 

- Wtedy na pogrzebie dziadka... Czułeś smutek? Kiedy stałeś przy trumnie...

 

- Tak, czułem smutek, jednak nie dlatego, że umarł. Sama śmierć to tylko pewien etap w życiu, przez który każdy człowiek przejdzie, prędzej czy później. Było mi żal, bo zamiast stawić czoła swojemu tworowi, czyli mnie, unikał konfrontacji ze mną, bał się mnie i cierpiał przez lata ze strachu w końcu kończąc żałośnie swój żywot. - uniósł brwi i zmrużył okolone gęstymi rzęsami oczy. - Co jeszcze chciałabyś o mnie wiedzieć?

 

Dotknęłam nieśmiało spodni na jego udach. Jak na lato długie nogawki nie za bardzo dobrze wyglądały, nawet jeśli jego ciało nie odczuwało tak intensywnie plusowej temperatury i nikt oprócz mnie i babci Iris nie mógł go zobaczyć.

 

- Te spodnie. Skąd je wziąłeś? A ta koszula? Lubisz eleganckie ubrania, ale nie pasują do pory roku. Skąd je bierzesz?

 

Nagle materiał zniknął, mignęła mi przed oczami blada skóra, zaraz potem miał już na sobie lekkie beżowe spodenki sięgające kolan, białą koszulkę i złoty wisiorek. Na stopach pojawiły się białe sportowe buty.

 

Z moich ust wydobył się bardzo dziwny dźwięk, żenujący jęk.

 

- Przepraszam, wyglądasz bardzo atrakcyjnie. - pogrążyłam się jeszcze bardziej, a on tylko przekrzywił głowę, próbując zrozumieć powód mojego zmieszania.

 

- Naprawdę tak uważasz? Nie mam wpływu na wygląd ciała, po prostu taki jestem, ale ubrania to bułka z masłem. Materializuję je siłą woli.

 

Przygryzłam wargi i potarłam lekko brodę w nerwowym tiku, starając się zapomnieć widoku jego nagiego ciała sprzed chwili. Dotknęłam jego uda! Boże, zlituj się nade mną!

 

Zakaszlałam, bo zaschło mi w gardle.

 

- Chodź ze mną na zakupy. Doradzisz mi i będziemy mogli spędzić więcej czasu. Chyba nie chcesz czekać w domu i się nudzić?

 

Kolejny raz sprawiłam mu radość

 

Zanim zajrzeliśmy do galerii zaliczyliśmy komedię w kinie. Cieszyłam się seansem razem z Damonem, miło było patrzeć na niego z profilu, na zarys jego ust, prostego nosa i szczupłej sylwetki. Problem pojawił się później. Musiałam targać reklamówki z rzeczami, a była ich cała masa. Damon chciał pomóc, ale co pomyśleliby ludzie widzący lewitujące siatki? Nie byłby to codzienny widok.

 

Wezwałam taksówkę i wróciliśmy bez przeszkód, tym razem Damon, upewniwszy się, że nikt nie widzi, zabrał wszystkie reklamówki i pognał zanieść je do mojego pokoju. Rozmasowywałam właśnie zgięcia łokci i nadgarstki, by jak najszybciej pozbyć się czerwonych odcisków, gdy nagle zesztywniałam.

 

Coś stało tuż za mną. Czułam jego obecność jak lodowaty oddech na karku. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, a ciężki, zgniły odór wdarł się do moich nozdrzy, przyprawiając mnie o mdłości. Zacisnęłam zęby, walcząc z odruchem wymiotnym.

 

– Czego chcesz? – wyszeptałam, ledwie panując nad drżeniem głosu.

 

– Spójrz... na mnie – warknęło coś, głosem przypominającym dźwięk ostrza sunącego po metalu.

 

– Idź do diabła! – syknęłam przez zęby.

 

Nagle potworny wrzask rozerwał powietrze. Przebił się przez moją czaszkę jak fala dźwiękowego horroru. Zakryłam uszy, ale to nic nie dało. Krzyk pulsował w mojej głowie, każdy dźwięk jak igła wbijana od środka. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to nie tylko ON krzyczy. Ja też krzyczałam – z bólu, z przerażenia, z rozpaczy.

 

Moje oczy piekły, jakby zaraz miały eksplodować z nadmiaru ciśnienia.

 

– DAMON!!! – ryknęłam z rozpaczą.

 

Pojawił się natychmiast. Powietrze zgęstniało. Aura, którą wokół siebie roztaczał, była jak tarcza z czystego gniewu. Jego rysy się wyostrzyły, spojrzenie płonęło dziką wściekłością. Gdy spojrzał na to coś za mną, wrzask ucichł nagl, jak ucięty nożem.

 

Z ulgą opadłam na kolana, pozbawiona sił. Zanim zapadła ciemność, dostrzegłam go jeszcze przez chwilę – klęczał przy mnie, szepcząc coś... A potem zaczął się oddalać. Albo to ja tonęłam.

 

Został tylko nikły, rozmazany punkt. I on też zgasł.

 

– Krwawisz, Susanne! – Jego głos był coraz bardziej odległy, jakby dobiegał z innego świata.

 

I wtedy zniknęło wszystko.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania