Sanatorium
Olga odwozi mnie na PKS i upiera się, żeby czekać, aż odjadę. Przez szybę widzę ją na przystanku. Stoi sama. Jedyna osoba żegnająca podróżnych. Jak zawsze pełna radości życia i entuzjazmu, którego nawet nie potrafię nazwać. Kontrapunkt dla zblazowanych pasażerów.
Miasto wita drogowym korkiem i mam pół godziny spóźnienia. Z szybkiej przesiadki do sanatorium nici. Korzystam z wolnego czasu na dworcu, by rozejrzeć się po miejskich śmieciach. Rajd zaczynam od toalety, gdzie cena trzy zeta rozrywa me leśne serce. Ja, człowiek wolny i sikający gdzie stanę, zostaję złupiony przez cwaniaków z szaletu.
Na dworcu pełno budek, budeczek, kałuż i huku przejeżdżających samochodów. Uwagę przykuwa otwarty kebab, mimo wczesno porannej pory. To rzadka atrakcja dla kogoś, kto nosa z lasu nie wychyla częściej niż od wielkiego dzwonu. Wchodzę… A miałem przecież prowadzić się zdrowo. Jadę do sanatorium, by dietetycznie odżywiać, pić mineralną wodę i nabierać hartu ducha. Ale co tam — mam depresję, więc mi wolno. Wszystko, co sprawia mi radość, jest mi zalecone.
W barze paćkam się sosem z kebaba. Z butelek Coca-Coli spogląda na mnie Robert Lewandowski, w tle gra murzyńska muzyka. Wychodzę spełniony i splugawiony. Na peronie podchodzi do mnie gołąb i żebrze o chleb.
Sanatorium ma kolor seledynowej czapki malarza sprzedającego obrazy na deptaku. Głowy koni i głowy dziewcząt na jego płótnach wyglądają tak samo, do tego fragmenty przyrody ożywionej, szkoda że nie za pomocą pędzla. Wygięte drzewo, krzaki, a za krzakami pewnie sarenka. Nie kupuję tego chłamu — pieniądze wolę wydać na wódkę. Podobnie myślących jest tu chyba więcej, bo ile razy przechodzę obok seledynowej czapki, ta błądzi wokół swojego stoiska, znudzona.
A co do wódki… Jadąc do sanatorium, obiecywałem sobie, że nie będę się kumplował, nie będę rozmawiał, nie będę uczestniczył w towarzyskim życiu. Zamknę się w swojej jaskini i będę sam dla siebie, jak wyspa na solankowym oceanie. Oczywiście cały, misternie ułożony plan runął już pierwszego dnia.
Pokój jest typu studio, dwa pokoje ze wspólną łazienką. Mój sąsiad ma na imię Janusz i sympatyczne, wypłowiałe oczy. Każdego wieczora dowiaduję się o nim nowych rzeczy. A jednak jestem socjalny. Bydlę stadne i lubię to. Lubię zaczepiać, prowokować do zwierzeń i pijackich śpiewów. Oczywiście nie śpiewamy, a szkoda. Przydałoby się ożywić nocną ciszę przerywaną szczekaniem psów.
Widok z siódmego piętra sanatoryjnego hotelu nocą… Zdrojowy park prowadzący do tężni, alejki przystrojone kolorowymi światełkami — widok skradziony z kabiny tirowca. Sama tężnia to podobno jeszcze większy festiwal: orgia lamp, lampionów, lampek, halunów i halogenów. Ale na ten widok nie jestem jeszcze gotowy.
Patrzę z balkonu w cyklopowe oczy wiatraków i słucham przejeżdżających pociągów. Nie wiem, czy jestem chory, czy nie. Po wizytach w kriokomorze i wódce z Januszem śpię przy otwartym oknie. Coś mi się porobiło.
Karmią tu nędznie, ale odkąd poznałem szlak do sklepu Mila, nie narzekam. Wieczorem kupuję szproty, Janusz kiełbasę zwyczajną, bo on taki zwyczajny, a ja bardziej morskim typem jestem.
Janusz przez trzy dni jadł z uśmiechem sanatoryjne, cienkie porcje, bo dieta i on chudnie. A przynajmniej chce. Po dzisiejszej kolacji jednak się złamał. Można powiedzieć — trzeciego dnia zmartwychwstał. Dwa plasterki pasztetu to obelga dla takich mężczyzn jak my. Do tego liść sałaty. Dla takich dziarskich chłopów? Dla kuracjuszy z przypadku?
Na spacerze próbuję ćwiczyć w napowietrznej, fikuśnej siłowni, czymś w rodzaju placu zabaw dla większych dzieci. Szybko tracę oddech i zalewam się potem. Dookoła biegacze i nordic walkingowcy. Ja w zimowej kurtce, z brodą prawie po pas. Dzikie zwierzę wypuszczone z lasu. Niech podziwiają.
Każdy dzień zaczynam śniadaniem, prądowym masażem kręgosłupa i czekaniem na hydromasaże w wannie. Jestem dopieszczany i zadbany. Wczoraj kriokomora, minus 120 stopni.
Śpię przy otwartych drzwiach balkonowych. Zasypiając, słyszę wiatr szarpiący drzewa w zdrojowym parku, zielonym wyrzucie sumienia na mapie miasta. Miasta nie lubią parków. Lubią beton i stal. Spocone ciała w autobusach jadących do przetwórni ludzkiego mięsa, fabryk i zakładów pracy.
Skąd u mnie ten nastrój? Pewnie dlatego, że w radiu gra Depeche Mode. Stąd moja industrialność. Zbyt łatwo ulegam wpływom. Tak już jest, gdy nie ma się własnych poglądów.
Po korytarzach jak duchy włóczą się ludzie o kulach i babcie z trwałą psychozą włosów. Chodząc po schodach, przeskakuję co dwa stopnie, jak łania między okaleczonymi drzewami. Tak właśnie się czuję. Gdybym rzucił palenie, mógłbym żyć sto lat. Myślę o kijkach nordic walking, o bieganiu, o uśmiechaniu się do ludzi i mówieniu do nich łagodnym głosem.
Beztroskie sanatoryjne życie odgania ode mnie lęki. W głowie mam coraz mniej czarnych dziur. Gdy znikną wszystkie, nie będę miał się gdzie schować.
Nie oglądam urzędowych pism, rachunków z banku ani wiadomości z telewizyjnego śmietnika. Przestałem nawet ćpać politykę z internetu i ciekawostki z dupy à la Wykop. To wszystko papka. Pozorowane życie.
Przy stoliku na stołówce towarzystwo mieszane, od inteligentnego dziadzi do pana ze złotym łańcuchem na szyi. Nie cierpię tych złotoszyjnych i ich koszulek Adidasa. Kiedy pomyślę, że mógłbym być jednym z nich, przechodzą mnie dreszcze.
Inteligentny dziadzia jest nawet w porządku, ma starodawną kindersztubę. Niestety ciągłe podkreślanie ukończonych studiów trochę mnie męczy. Wyjaśniam mu, że ja po szkole podstawowej i jego zapał do konwersacji gaśnie.
Wracam do pokoju. Janusz już śpi, bo miał słabszy dzień. Gdyby nie dzieląca nas ściana, udusiłbym go poduszką. Ze współczuciem myślę o kobietach dzielących łóżko z chrapaczem. Wczoraj postanowiliśmy z Januszem, że on dziś nie pije. A ja? Boję się zerwać ze starym życiem. Dobrze mi z nim.
Od chwili przybycia obiecuję sobie zobaczyć tężnie nocą. Podobno są fantastycznie oświetlone. Niestety codzienne wieczorki z Januszem sprawiają, że cel ten stał się wyzwaniem godnym zdobycia Everestu. Wczoraj rozłożyliśmy obóz piąty i dziś, choćbyśmy mieli poręczować, zdobędziemy szczyt. Wczoraj był u nas wspinacz z innej ekipy, poznany na stołówce. On także wie, czym jest ta przeklęta góra.
Na deptaku obserwuję ludzi, zwłaszcza tych w parach.
— Pusto tu dzisiaj.
— Tak, to chyba pora kolacji.
— Aha.
— O, zobacz, folia na kasztanowcu.
— Tak, to na chorobę.
Jestem już lekko skonany. Chwilowo nie mam ochoty patrzeć na ludzi. Przeraża mnie myśl, że jestem do nich podobny. A jednak to oni są normalni, a ja socjopatą. Mam na to papiery, bilet na pierwsze miejsce widowni w ludzkiej małpiarni. Oni normalni, ja nie. Śmieszne do łez. Nie chce mi się z nikim rozmawiać.
Czuję się bardzo zmęczony. Męczą mnie ludzie i nawet przestałem jeździć windą, by nie słyszeć rozmów ani nie czuć ich bliskiej obecności. Koledzy od kieliszka stali się nużący. Poznałem już wszystkie opowieści i każde słowo staje się monotonią.
Chwytam się znajomo brzmiących zdań, by odlecieć tam, skąd przyszedłem — w pustkę dopasowaną do moich, i tylko moich, myśli. Nie ma tego zbyt wiele. Ot, tyle, by zbudować własny świat.
W zdrojowym parku jeden z fantomów, zupełnie mi obcy, mówi, że „byli tam tacy”. Już go nie słucham. Dopowiadam sobie resztę. Znam tę opowieść lepiej od niego, w ciekawszej wersji:
„Byli tacy, co się rodzili, byli tacy, co umierali, byli także tacy, którym to było mało”.
Ja jestem jednym z tych, którym wciąż mało. Ale nie rozerwę sobie piersi, by dotrzeć do źródła bólu. Nawet nie potrafię nazwać dręczących mnie niepokojów. Jestem zatruty własną przeszłością. Stare lęki, jak niezabliźnione rany, otwierają się każdego dnia. Wymyśliłem siebie przed laty. Wymyśliłem nieprzystosowanego. Ale czy są ludzie przystosowani do małości? Do podłości? Do nicości?
A jednak są i jest ich zbyt wielu. A może oni wszyscy, tak jak ja, tylko potrafią udawać lepiej?
Za trzy dni wyjeżdżam. Chciałbym już wrócić do siebie. Tutaj zbyt wielu obcych. Zbyt wiele obcych nocy i dni.
Komentarze (3)
Nikt za nas...
Musimy sami.
Pozdrawiam serdecznie
Miłego dnia
coraz śmielej woda błyska,
lata bać się nie musimy,
bo my przecież mamy Tfuska.
coraz śmielej woda pluska,
lata bać się nie musimy,
bo my przecież mamy Tfuska.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania