Sanatorium
Powiedziałam coś wzniosłego, bo poruszył mnie ten zza okna, gdy krwiste wstęgi zawisły
nad drzewami, aż palec zabolał, duży kciuk, gdy próbowałam uchwycić jak Monet, rajskie
wakacje w ogrodzie. Zamiast przełknąć słowa, wypuściłam je na wolność. Brzydko ubrane
pognały przed siebie, wpadając prosto na nią. A ona, o dziwo, dobrze wiedziała, co z nimi
zrobić. Wstała i pobiegła, ile sił w międzyplanetarnym pyle. Patrzcie, jaka szczęśliwa!
Podnosi nogę. Wiruje jej świat. Głowa opada. Noga podskakuje. Oko też nie gorsze. Niby
rzęsy trzepocą w rytm przekładanych w głowie słów. Układa i przekłada. Wymachuje
wszystkim co ma. Jak kamień opada, a czasem unosi się jak pyłek. Wpatruję się w nią.
Wyczekuję każdego ruchu. Tylko jej przedziwny przekładaniec ma sens. Kilka słów
wystarczyło i powstała taka właśnie sekwencja połamanych wibracji w czasoprzestrzeni.
Najwidoczniej to pomaga, aby stworzyć sztukę wirowania. Mini eksplozje. Unosi się i opada.
Biega za nią cień. Nie nadąża. Cóż za uczta dla oka i płuc, bo nagle poczułam, że oddycham
szybciej. Lepiej. Chwilami staję się nią. Odpływam... I nagle pojawia się on. Jak zły bohater, lis przebiegły wkrada się na scenę. Mrozi mi żyły. Patrzy się. Milczy. Ale w głowie słyszę jego cichy szept ‘Trzepnij, no trzepnij’. Osobnik wygląda na takiego, co to nie wie za wiele o koordynacji nóg, a cała reszta dopiero dowiedziała się o głowie. Kompromitacja. Przestaję zwracać na niego uwagę i to działa. Typ rozmywa się we mgle.
Szukam wzrokiem mojego objawienia. Uciekła? Myślę – Idź i zapytaj, ale nikt nic, pustka. To jakiś żart. Odwracam się ijuż wiem, że muszę znowu coś powiedzieć, że zadziała, tak jak wtedy, gdy pierwszy raz wypuściłam głoski i zgłoski galopem. Ale nie wszystko udaje się za każdym razem. Znów szybko mielę słowa i w ogóle nimi nie przebieram: „miłość, życie, smutek, ogień, wiara!” – wyrzucam z siebie i nagle, znikąd, pojawia się ona. Wszystkie rzucone na wiatr łapie w garść i biegnie, unosi się i opada, najpiękniej jak potrafi. Drga powietrze, współgra melancholia. Zwariowała. Musi być szalona. Jak ona to robi? Nie mogę przestać patrzeć. Jej ruchy pewne i zdecydowane, jednocześnie delikatne jak srebrna nić, którą przywiązała mnie do siebie. Bo już nie potrafię inaczej. Jestem jej zakładniczką...
I znowu pojawia się nieproszony gość.
Próbuję go zniechęcić wrogim spojrzeniem, ale moja twarz rozanielona najwidoczniej jest
zbyt jasna by wzbudzić strach. Opuszczam głowę, zamykam oczy. Z czeluści moich trzewi
wydobywam głos, silny i głęboki. – Idź pan stąd – mówię przez zaciśnięte zęby. Wpadam w panikę, bo nie widzę nigdzie mojego anioła. Czyżby się schował? Podejrzany typ ignoruje moją prośbę. Słyszę jak dyszy. Podchodzi bliżej. W oczach ma obłęd, a w zaciśniętej dłoni mój piękny skarb, moje objawienie. Przestaję oddychać. W uszach dzwoni rozpędzona krew. Świat wiruje przed oczami. Już nic nie ma sensu.
Skończył się taniec motyla
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania