Santiago Rivas
Santiago Rivas jest tancerzem. Od najmłodszych lat taniec jest jego pasją i sposobem na życie. Zasłabł w najmniej spodziewanym momencie, bo podczas Mistrzostw Świata – Mundial Tango. Doszli tak daleko i nagle wszystko runęło. Gdyby nie ten piekielny ból znów byliby najlepsi. Od prawie pół roku zdawał sobie sprawę, że dzieje się z nim coś złego, ale podobnie jak ojciec, sądził, że to nic takiego i, że jakoś samo przejdzie.
Ocknął się w szpitalu. Diagnoza była bezlitosna. Nowotwór płuc z przerzutami. Ostatnie stadium.
- Ile ma pan lat? – Spytał lekarz.
- Czterdzieści trzy.
- Jest pan młody. Musi pan walczyć. Niech się pan modli albo medytuje. Czasem to pomaga.
- Ile mam czasu?
- Trzy miesiące może pół roku. Dlaczego tak późno pan się do nas zgłosił?
Nie odpowiedział. Osiem lat temu założył szkołę tańca w mieście, w którym wszyscy znali się na tańcu, a w szczególności na tangu. Szkoła tańca w Buenos Aires to jak łapanie deszczu przez sito, ale jemu się udało. Pomimo wysypu podobnych szkół ludzie ciągnęli do znanych nazwisk, a Santiago Rivas był bardzo znany w Argentynie.
Miał już za sobą cztery cykle chemii. Po tej ostatniej niemal chodził po ścianach i nie wiedział, co się wokół dzieje. Mieszkał na parterze, co, teraz gdy ciągle jest osłabiony, jest dużym udogodnieniem.
Szerokie deski niegdyś w kolorze miodowo-bursztynowym noszące ślady wytarć idealnie pasowały do białych ścian i wystroju. Wielkie okna wychodzą na brukowaną ulicę Calle Defensa. Ma stąd dobry widok na ulubioną kawiarnie La Última Vuelta. Nazwa odpowiednia do jego stanu – Ostatnie Okrążenie. Duży balkon, na którym lubi przebywać, gdy nie może spać lub pije kawę. Obserwuje życie ulicy i tancerzy tanga, którzy wieczorami tańczą na zatłoczonej ulicy.
- Nowoczesność z tradycją miesza się tu na każdym kroku – pomyślał, otwierając okna.
Piękny salon służy mu do również tańca. Widać to po wytartej podłodze. Na jednej ze ścian wiszą duże lustra, tak, aby mógł się w nich widzieć podczas tańca. Ciężkie zasłony koloru butelkowej zieleni zaciąga, gdy chce się zdrzemnąć po południu.
Na jednej ze ścian wisi wielka mapa świata z czerwonymi pineskami wbitymi w Rzym, Neapol, Paryż, Lizbonę. Miejsca, w które już nigdy się nie wybierze, a które tak bardzo chciał zobaczyć.
Jest też stara zniszczona komoda francuska. Wykonana z litego drewna dębowego z bogato rzeźbionymi uchwytami, którą kupił na licytacji. Front z trzema szufladami w których trzyma dokumenty. Mosiężne uchwyty wytarte w miejscach, gdzie przez dziesięciolecia czyjeś dłonie ich dotykały. Kupił ją w dzielnicy San Telmo. Była tak ciężka, że poprosił dwóch młodych mężczyzn, by mu ją wnieśli. Dał im na kawę i podziękował.
Przez dwa dni komoda stała pod ścianą, a on się jej przyglądał, zanim postawił na niej adapter.
Nieco dalej stoi duży regał pełen książek i kolekcja płyt winylowych. Okrągły stół z czterema krzesłami i stylowa sofa z wysokim oparciem. Obok komody stoją dwie duże kolumny. Na ścianie nad kanapą wiszą duże zdjęcia na których ktoś uwiecznił tancerzy tanga. Ruch, słońce wpadające przez wysoko umiejscowione okna i kurz unoszący się nad podłogą.
W sypialni nad wielkim łożem wiszą twarze aniołów wyrzeźbione w jednym kawałku drewna. Pod nimi kilka krzyży większych i mniejszych, jakby Santiago się bał, że zło lub śmierć przyjdą po niego zbyt wcześnie. Teraz był już pogodzony z wyrokiem, ale trwało to bardzo długo. Krzyże są w całym mieszkaniu. Zdobią każdą ścianę. Kupował je podróżując po Brazylii, Peru, Boliwii czy Urugwaju. Krzyże drewniane, metalowe, a nawet szklane.
W mieszkaniu zawsze panował porządek i wszystko miało tu swoje miejsce. Nie wyobrażał sobie bałaganu – to wprowadzało go w zły nastrój. Zresztą był sam, więc kto miał mu robić ten bałagan.
Dawno temu miał rodzinę, ale żona zmęczona jego ciągłą nieobecnością i wyjazdami zabrała dzieci i wyjechała do Córdoby. Dzieci urosły i nie chciały ojca znać, a on o nie nie walczył. Poczuł się zdradzony.
W nowy rok wszedł bez większych nadziei. Ból nie odstępował, ale nie poddawał się. Każdego ranka pił kawę na balkonie. Potem włączał muzykę i tańczył, choć szybko się męczył i brakowało mu sił. Był zły na swoje ciało, które go nie słucha.
Dziś wybrał płytę Gotan Project – La Revanche del Tango – utwór – Santa Maria i zaczął tańczyć. Tańczył już jako dziecko, choć był za to karcony przez ojca, kierowcę ciężarówki, który widział syna, jako budowlańca czy też kierowcę. Tylko matka wierzyła, że kiedyś zostanie tancerzem i będzie tańczył tango, jak nikt inny. Gdy ojciec nie widział brała syna na ręce i tańczyła z nim.
Po kilku minutach musiał usiąść w wielkim fotelu. Zdjął buty, rozpiął koszulę i przez chwilę siedział nieruchomo, wpatrując się w komodę. Coś nie dawało mu spokoju. Wstał i z ogromnym wysiłkiem odsunął ciężką komodę. Z tyłu w dolnym prawym rogu, ktoś przykleił małą kartkę. Poszedł po lupę, uklęknął i odczytał: Valentina Morel — Escuela de Tango –Dorrego – Rosario.
Jak mógł nie zauważyć tej kartki? Przecież oglądał komodę. Może dlatego, że było na nią wielu chętnych? Każdy chciał dotknąć zajrzeć do szuflady, postukać.
Rosario to jego rodzinne miasto, z którego wyjechał mając dziewiętnaście lat. Matka go pobłogosławiła, a ojciec przeklął. Postanowił, że pojedzie do Rosario i odszuka Valentine Morel i jej szkołę tańca.
Sprawdził w internecie. Szkoła tańca w Rosario nadal istniała. Podjął decyzję, że pojedzie tam i sprawdzi, kim jest Valentina Morel. Przy okazji odwiedzi matkę. Nie widział jej od pogrzebu ojca cztery lata temu. Dzwoni do niej co sobotę, ale to nie to samo. Spakował małą walizkę na kółkach, leki, trochę pieniędzy i postanowił, że pojedzie nocnym autobusem, który odjeżdża z dworca Retiro.
Wieczorem założył czerwoną bandanę na głowę, by ukryć przerzedzone chemią włosy i wyszedł na ulicę. Po wielu latach ciężkich treningów i sukcesów kupił wymarzone mieszkanie w dzielnicy Palermo Soho. Zawsze czuł się tu najlepiej, jakby był na wakacjach. Wyjął Marlboro i zapalił. Lekarze kategorycznie zabronili palenia, ale skoro i tak ma umrzeć, to nie ma to najmniejszego znaczenia. Wstąpił do La Última Vuelta wypił kawę, zjadł kolację i zadzwonił po taksówkę.
Autobus był prawie pusty. Usiadł pośrodku, założył słuchawki i zasnął. Obudził go kierowca. Stacja końcowa. Zaspany i obolały wysiadł, rozglądając się wokół. Spojrzał na zegarek. Dochodziła druga. Poszedł na postój taksówek i podał adres kierowcy.
Zaspana matka nie dowierzała, że syn stoi w progu. Musiała go dotknąć, a potem zakręciła się w kuchni, szykując jedzenie. Jakby bardziej zmalała – myślał, siedząc przy stole. – Kiedyś była elegancką, piękną kobietą, a teraz nic, tylko się modli.
- Źle wyglądasz synu. Jesteś chory?
- To tylko przemęczony mamo.
Nie powiedział jej, że choruje. Nie chciał, by się zamartwiała, ale kiedy nad ranem zaczął wymiotować, zmusiła go do powiedzenia prawdy i stało się to, czego się obawiał. Matka zaczęła płakać. Płakała długo, a potem, gdy zmęczony zasnął, uklękła u jego łóżka i obracając różaniec w palcach, modliła się żarliwie.
Kiedy Santiago wstał, matka zrobiła śniadanie i pobiegła do kościoła błagać Najwyższego, by uzdrowił jej syna. On tymczasem udał się pod wskazany adres.
Z ulicy San Juan na ulicę Dorrego było bardzo blisko. Spacerkiem pięć minut. Dla niego siedem, osiem minut. Stara, dwupiętrowa kamienica stała obok sześciopiętrowego wąskiego bloku z jedną klatką schodową i bramą garażową. Budynek wciśnięty między blok i ścianę domu obok.
Szkoła znajdowała się za ogrodzeniem. Nacisnął klamkę bramki i wszedł na niewielkie patio wyłożone płytkami w kolorze czerwonej cegły, którą budynek był obłożony. Na ścianie bloku przymocowane dwa klimatyzatory tak potrzebne w upalne lato. Przeszklone drzwi i dwa okna po jednej i drugiej stronie. Tuż obok drzwi napis – Valentina Morel - Escuela de Tango. Zajrzał do okna po prawej i dostrzegł tańczącą kobietę.
Zadzwonił do drzwi. Po chwili otworzyła mu młoda kobieta. Ubrana była w czarną koszulkę równie czarne leginsy i była boso.
- Dzień dobry. Chciałbym z panią porozmawiać.
- Chce się pan zapisać na kurs tańca?
Gdy przyjrzała mu się uważniej zrozumiała, że nie przyszedł się uczyć.
- Mój Boże! Przecież ja pana znam. Nazywa się pan Santiago Rivas. Oczywiście nie znam pana osobiście. Podziwiałam pana na wielu turniejach. Valentina Morel. Miło mi pana poznać.
Usiedli przy stoliku w rogu patio, gdzie blok dawał cień. Valentina zaproponowała kawę, ale odmówił.
- Kupiłem na aukcji komodę, na której przyklejona była kartka z pani imieniem nazwiskiem i nazwą szkoły, więc przyjechałam zapytać, co oznacza ta kartka.
- Pięć lat temu zbierałam pieniądze, by nie stracić tego budynku. Wzięłam na niego kredyt i noga mi się powinęła i żeby ratować szkołę, sprzedawałam, co się dało. Samochód, meble, biżuterię, mieszkanie. Dosłownie wszystko, co się udało. Długi czas spałam w szkole na materacu i żyłam tu, bo nie miał się, gdzie podziać. Teraz jest to mój dom. Niedawno skończyłam remontować górę i wreszcie mogę normalnie mieszkać. Tę karteczkę nakleiłam pod wpływem chwili. Byłam ciekawa czy, ktoś się odezwie, gdy ją znajdzie. Pan jest pierwszy.
- O której macie lekcje tańca?
Patrzy w jej piękną twarz i karci się po chwili – nie wyobrażaj sobie, Bóg wie czego. Twój czas się kończy.
- O osiemnastej.
- Przyjdę. Mieszkam niedaleko. Nie wiem, czy pani wie, ale pochodzę stąd z Rosario.
- Nie wiedziałam. Czy mogę napisać do uczniów, że pan zaszczyci nas swoją obecnością?
- Oczywiście.
Wrócił do domu, chwilę rozmawiał z matką, a potem położył się i zasnął. Obudził go intensywny kaszel. Wstał, wziął prysznic i ogolił głowę. Lepiej tak niż z resztką niegdyś bujnych włosów. Potem ubrał się i ruszył do szkoły tańca. Czuł, że ma coraz mniej sił i szybko się męczy.
Wszedł cicho na salę i stanął pod ścianą, przyglądając się tańczącym. Na tę okazję założył buty ręcznie robione. Czarne z miękkiej, lekko połyskujące skóry cielęcej. Idealne do tańca. Lepszych butów nigdy nie miał. Szkoda, że tak późno odkrył tego szewca.
Patrzył, jak porusza się Valentina. Jej smukła, zgrabna sylwetka, długie, ciemne włosy związane w luźny kok i ciemne oczy pełne ognia i pasji sprawiały, że ciężko było oderwać od niej wzrok. Podziwiał ją w tańcu do chwili, w której go zauważyła. Podeszła do niego i podała dłoń.
- Proszę państwo. Oto Santiago Rivas. Wielokrotny mistrz świata w tangu.
- Macie adapter?
- Tak.
Wyjął z plecaka płytę i poprosił Valentinę, aby puściła Gotan Project.
- Zatańczymy tandę?* – Spytała z nadzieją w głosie.
- Nie dam rady – szepnął jej do ucha. – Tylko jeden taniec. Puść piątą piosenkę – Santa Maria.
- Tango nie jest radosnym tańcem jak samba czy salsa – przemówił do zebranych. – Tango to smutek, tęsknota, żal. Tango to pasja i miłość. Kto nie kocha tanga ten nigdy go nie poczuje i nigdy nie będzie dobrym tancerzem. Tango to nie tylko pieśni o zawiedzionej miłości, upływie czasu czy wszelkich nieszczęściach, które na nas spadają. Tango można interpretować na różne sposoby. Dziś chcę wam pokazać, jak przełamuje się bariery i stereotypy.
- Rozluźnij się i pozwól mi prowadzić – powiedział, gdy z głośników popłynęła muzyka. Santiago przyciągnął do siebie kobietę. Ich policzki się dotknęły i zaczęli tańczyć. Jej nogi w czarnych szpilkach zaczynają rysować w powietrzu ósemki. Santiago daje z siebie wszystko, bo zdaje sobie sprawę, że być może to jego ostatni taniec. Valentina jest bardzo dobrą tancerką i reaguje na najmniejszy dotyk, ruch Santiago. Suną po sali, jakby tańczyli razem od lat.
Santiago czuje, że słabnie. Pot zalewa twarz, nogi stają się miękkie, ale nie przestaje tańczyć.
Kiedy kończą, zebrani na sali biją brawo, a Santiago wychodzi przed budynek zaczerpnąć powietrza. Tego mu było trzeba. Umawia się na kolację z Valentiną i wraca do domu.
Zmęczony zasypia. Śni mu się, że tańczy na mundialu tango i zdobywa pierwsze miejsce. Kiedy się budzi, matka klęczy przy łóżku z różańcem w dłoniach.
- Mamo daj spokój – pomaga jej wstać. – Nie musisz się modlić. To nic nie da.
- Modlitwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła – kobieta żegna się i idzie do kuchni. – Kupiłam twoje ulubione Alfajores.*
Nie chciał sprawiać jej przykrości, więc zjadł dwa ciastka i się przebrał. Potem zadzwonił do swojej wieloletniej partnerki, z którą wygrywał wiele turniejów. Poprosił, by przez kilka dni poprowadziła lekcję. Mimo swoich zajęć zgodziła się. Miał już w głowie ułożony plan. Plan na przyszłość, ale nie jego.
Przed dwudziestą ruszył na umówioną kolację. Lokal znajdował się blisko szkoły tańca.
Zanim wyszedł, matka zapewniła go, że wszystko będzie dobrze i pogładziła czule po twarzy, jak to robiła, gdy był dzieckiem.
Valentina już na niego czekała. Zamawiają steki i czerwone wino i Santiago zaczyna realizować swój plan.
- Nie myślałaś, by się przeprowadzić do Buenos Aires?
- Och. To moje marzenie, ale nie przebiję się tam ze szkołą tańca. Jestem zbyt mało znana. Muszę ci podziękować, bo dziś przyszło trzy razy tyle osób niż normalnie. Każdy chciał cię zobaczyć.
- I srogo się zawiedli, że opuściłem ich po jednym tańcu. Chciałbym podarować ci moje mieszkanie i szkołę tańca w Buenos Aires.
Valentina słysząc to, dławi się winem. Chwilę milczy, jakby zbierała myśli, a po chwili mówi.
- Dlaczego? Przecież ja cię nie nawet znam.
- Nie szkodzi. To przypadek sprawił, że się poznaliśmy. Umieram i nie chciałbym, aby szkoła i mieszkanie, które tak kocham przepadły. Co prawda matka żarliwie się modli o mój powrót do zdrowia, ale lekarze nie mają złudzeń. Pomału żegnam się z tym światem i chciałbym uporządkować pewne sprawy.
- A co, jeśli wyzdrowiejesz?
- Nic. Wrócę do rodzinnego miasta, a ty będziesz żyć w stolicy. Taka zamiana miejsc.
Nawet nie śmiał marzyć o tym, że wyzdrowieje. Rozstali się po dwudziestej drugiej. Valentina obiecuje, że zastanowi się nad jego propozycją. Kocha to miasto, ale nie ukrywa, że marzy o Buenos Aires.
Rano znalazł na stole kartkę zapisaną pismem matki.
- Idę do kościoła Parroquia María Auxiliadora. W lodówce masz śniadanie.
Santiago bardzo dobrze znał ten kościół. Pamięta, jak co niedzielę szli do kościoła. Matka trzymała go za rękę, a ojciec szedł obok, paląc papierosa.
Kiedy wszedł do pustego kościoła, matka leżała krzyżem na posadzce, jakby chciała odkupić wszystkie grzechy świata. Kościół był prawie pusty. Kilka kobiet modliło się w ławkach. Usiadł i on w ławce czekając, aż matka skończy się modlić. Czekał, czekał, czekał, aż słowa same zaczęły układać się w modlitwę. Słowa, które wydawało się, uleciały z pamięci, teraz powróciły z wielką siłą.
Ave María,
llena eres de gracia,
el Señor es contigo.
Zdrowaś Maryjo
łaski pełna,
Pan z Tobą.
Modlił się tak żarliwie po raz pierwszy od młodzieńczych lat. Słowa same układały się w modlitwę i nie zauważył, kiedy matka usiadła obok. Rozgorączkowany i roztrzęsiony nie wiedział, co się dzieje, gdy matka powiedziała.
- Chodźmy do domu synku. Bóg wysłucha naszych modlitw.
Spał przez ponad dwanaście godzin. Był tak osłabiony, że przeleżał cały dzień w łóżku.
Trzy dni później wrócił do Buenos Aires.
***
Dwa lata później
- Santiago. Chodź kochanie.
Mały chłopczyk nieporadnie stawia krok za krokiem, aż kończy swój pierwszy spacer, siadając na podłodze i wyciągając rączki do matki. Kobieta bierze go na ręce i podchodzi do zdjęć wiszących na ścianie.
- To twój tatuś – wskazuje na zdjęcie tańczącej pary. Ruch uchwycony w kadrze. – Tak. To twój tatuś. Najlepszy tancerz. Nikt nie tańczył tanga tak, jak on, ale życie jest niesprawiedliwe synku. Wręcz okrutne.
***
*Tanda – zestaw trzech lub czterech utworów, które się tańczy. Przerwa („kurtyna”) między tandami to cortina.
*Alfajores – delikatne, kruche ciasteczka przełożone kajmakiem i obtoczone w wiórkach kokosowych.
*Parroquia María Auxiliadora – Parafia Matki Boskiej Wspomożycielki
Komentarze (1)
Powiedziałabym: elegijna proza w duchu starego kina. Bardzo, bardzo mi się podoba.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania