Saora - Wstęp cd.
Na zewnątrz powoli się rozpogadza. Ustają wstrząsy powodowane uderzeniami gromu, cichnie deszcz dudniący w okna i dach, coraz mniej wody przelewa się przez próg. Wraz z mrokiem nocy rozświetlanym przez księżyc nastaje cisza i spokój. Bard chwyta za swą lutnię i zaczyna powoli brzdąkać przy palenisku. Większość ludzi opuściła już lokal. Poza dwójką nowych znajomych pozostali tylko barman i grajek. Esjasz wraz ze Stigandrem siedzą przy stole obok trzaskających płomieni, pochyleni nad kuflami i opróżnionymi dzbanami piwa. Głos opancerzonego jegomościa jest niewyraźny, zaś jego właściciel specyficznie przeciąga niektóre sylaby.
– Widzisz, kolego, ja nawet nie wiem od czego zacząć. Bo te ziemie to czysty chaos. Chaos, mówię ci! Fakty? Faktem jest, że można zarobić, jeśli wiesz, co ze sobą zrobić... Pod warunkiem, że jakaś bestia nie weźmie i nie upierdzieli ci głowy, gdy zboczysz ze szlaku. – Mina Esjasza mocno zrzedła. – No, co taka mina? Jak myślisz, dlaczego mam na sobie tyle blachy? Bez tego już dawno by mnie jakie cholerstwo zejżarło! W byle krzaku może czekać wygłodniałe, wynaturzone... Coś, które człowieka ma za dobry obiad. Na szlaku zresztą też nie lepiej! Co dwa kroki natrafisz na chędożonych bandytów, maruderów i inne tałatajstwo tego rodzaju!
– To... – Alkohol zrobił swoje, Esjasz musi chwilę się skupić, żeby zebrać myśli. – To nie jest takie złe, szczerze mówiąc... W moich stronach też jest sporo bandytów. I zwierzęta potrafią nadepnąć na odcisk, taki niedźwiedź na przy... – Stigandr brutalnie przerywa mu wypowiedź, potężnym rąbnięciem łapska w stół wstrząsając naczyniami. Stół oznajmia głośnym trzaskiem, że coś pękło. Z drugiego końca karczmy ktoś krzyczy.
– Stigandr... Czy to było to, co myślę?!
– Cholera... Dolicz mi do rachunku! Ech, stary sknera... – Dodaje pod nosem, po czym zwraca się ponownie przyciszonym głosem do Esjasza.– Chłopcze! Ja tu nie mówię o chromolonych niedźwiedziach, twój puchaty leśny zwierzaczek może się schować! Ja tu mam na myśli istoty, które nie powinny być. Wynaturzone bydlaki zdolne machnięciem szponów, ogona, czy innego wyrostka rozedrzeć człowieka na sztuki! Widziałem nieraz takie... Coś. – Oczy Esjasza rozszerzają się, z ciekawością spoglądając na rozmówcę. – Pomagałem drobnemu szlachetce w pewnej sprawie i wymagało to wybrania się przez kraj z nim i jego eskortą. Przez ryzyko zbrojnego ataku musieliśmy porzucić szlak i wybrać się gęstwiną. –Stigandr spuszcza spojrzenie, jego wzrok nieobecny, na czole pojawia mu się pot. – Musieliśmy natrafić na jego leże... ni stąd, ni zowąd powietrzem wstrząsnął głęboki, gardłowy ryk nie z tego świata i z cienia roślinności wyłoniło się to coś. Gigantyczne, przypominało kształtem psa, szczęka TAKA wielka – rękami pokazuje coś, co było większe od samego Esjasza – parująca i pełna kłów. Ciało pokryte ciemnym futrem i umięśnione niczym największy wojownik. Łapy ze szponami długimi jak noże... Zanim ktokolwiek zorientował się, co właściwie się dzieje, bestia skoczyła i zacisnęła szczęki na pierwszym strażniku. Nie zdążył nawet krzyknąć, jedno kłapnięcie, chrupot zbroi i rozerwało go na dwoje. Nie podniosłem jeszcze broni, kiedy szpony wypatroszyły drugiego chłopa. Gdy ją miałem w ręku, trzeci miał urwaną głowę. Kiedy droga była wolna, stworzenie rzuciło się na łakomy kąsek, jakim był koń szlachcica. To coś poruszało się za szybko, było niczym cień! Mimo że przeleciało tuż obok mnie, mój cios uderzył powietrze. Potem chwyciło konia za kark i zniknęło w gęstwinie, tratując mojego pracodawcę i kolejnych dwóch ochroniarzy na mokrą paćkę. Z grupy liczącej sobie tuzin zostało nas sześciu. Mógłbyś mrugnąć i to przegapić. Zamykasz oczy, a gdy je otwierasz... krew i flaki! – Stigandr kieruje wzrok na Esjasza – Matka natura nie tworzy takich istot, chłopcze.
Esjaszowi przez moment brakuje słów, z kwaśnym wyrazem twarzy pyta:
–W takim razie... Skąd się biorą takie stworzenia? Bo rozumiem, że to nie było twoje jedyne spotkanie tego typu.
–A żebyś wiedział, że nie jedyne, chłopcze, żebyś wiedział. Kiedyś polowałem na te szkaradztwa, bo taki jeden zbierał osobliwe trofea, całkiem fajny gość, chyba że poz... A nie, wrrróć. Schodzę z tematu, pożyjesz tyle, co ja, to będziesz miał za dużo do powiedzenia i za mało słuchaczy. Właściwie, jak o tym myślę, to...
–Stigandr... –Esjasz patrzy na niego z politowaniem.
–Co? Nie lubię jak mi się przerywa, wiesz?
–Chyba znowu to robisz.
–Znowu co ro... Ach, no tak. To wracając, pytałeś o...?
–Skąd takie stworzenia?
–A jak myślisz? Z magii, smyku, innej odpowiedzi nie ma.
–Magii? Przecież magii nie ma! Widziałem wasze stworzonka przy brzegach, więc co do smoków mam tylko wątpliwości. Ta bestia z cieni brzmi groźnie i „nie z tego świata” – Esjasz parodiuje przy tym wcześniejszą minę i gesty Stigandra. – No dobra, różne rzeczy są na tym świecie. Jednak może jestem „smykiem” w twoich oczach, ale naginasz to, w co potrafię uwierzyć. Magia to mit, bajeczka, którą nawet moja babka opowiadała przed snem. – Metalowy podróżnik wydaje się tym nieco urażony. Unosi się tak głosem, jak i siedzeniem.
–Takiś mundry, mały smrodzie? To co takiego naopowiadała ta twoja babka?
–Jakieś bzdury, że niby podobno dawno temu każdy jeden mógł myślą i siłą woli kształtować świat, zmieniać prawa jakimi się rządzi, ingerować w naturę i takie tam. Babka mówiła też coś o tym, że ludzie stali się zbyt zadufani, zbyt pyszni i dumni, więc bogowie im to odebrali. W sensie, magię, czy cokolwiek to było. Wiesz jednak co? –Teraz to Stigandr obrzuca rozgadanego młodzieńca ciekawskim spojrzeniem i siada z głośnym protestem ławki.
–No co takiego?
–Patrząc na to, co się działo w moich stronach i słysząc to, co się dzieje tutaj... Bo wspominałeś coś o wszędobylskich bandytach i maruderach. Takie grupy głównie biorą się z wojny, ewentualnie braku prawa, prawda? To teraz, co by było, gdyby każdy taki rzezimieszek mógł mieszać z podstawowymi prawami? To wszystko momentalnie poszłoby w drobiazgi. I nie nazywaj mnie smrodem! – Stigandr zakłada ręce, obserwuje przez moment swojego towarzysza do kufla z mieszanką aprobaty i pełnej samozadowolenia arogancji.
–A jednak nie taki głupi jak go malują... Bardziej w sedno nie mogłeś trafić, chłopcze. Bo widzisz, to już wzięło i pierdzielnęło dawno temu. To nie jacyś tam „bogowie” odebrali ludziom moc. My sami ją sobie zabraliśmy. Wiele lat temu wydarzyło się coś, co wstrząsnęło w posadach Imperium Saory. Ta cywilizacja, która wszystko opierała na zdolności manipulacji pierwotnej siły stworzenia, straciła tę umiejętność. Ot tak, z dnia nadzień. Wczoraj pstryk i masz ognisko, dzisiaj nie wyciągniesz nawet iskierki. Do dziś szukam w ruinach odpowiedzi na pytanie, co się właściwie stało, jakiego wielkiego kataklizmu do dziś słyszę echo na tych ziemiach.
Esjasz marszczy brwi, chwyta się dłonią za czoło i spuszcza wzrok, jakby czegoś szukał w myślach.
–Zaraz, zaraz... Jakie Imperium?
–Imperium Saory. No wiesz, te ruiny, o które potykasz się co kilka staj.
O „spadek” i prawo do tych zakurzonych kamulców mordują się na co dzień w Krainach Centralnych. Jedno królestwo nawet nieźle sobie radzi. To była Warżenia? Warżania? Z ich królem mamy umowę odnośnie...
–Stigandr. Po pierwsze, znowu schodzisz z tematu. Po drugie, nigdy nie słyszałem o jakimkolwiek imperium...
Stigandr wygląda jak dotknięty paraliżem, podczas gdy Esjasz wyczekująco na niego patrzy. W końcu, po długim milczeniu i mierzeniu się wzrokiem odzywa się niepewnie;
–Jaja sobie ze mnie robisz, prawda? Zwyczajnie kpisz ze staruszka, co? - Odpowiada mu tylko kręcenie głową. W Stigandrze coś właśnie pękło.
– Jak można nie wiedzieć ani nigdy nawet nie słyszeć o starym Imperium?! To coś rozciągało się na cały znany świat! Z jakiego zadupia byś nie był, powinieneś choćby i plotki znać, mity, legendy, baśnie, COKOLWIEK! –Teraz w lot poszła ślina, która obficie ląduje na Esjaszu.– To tak jakby pszczoła nie wiedziała po jaką sromotę zbiera miód! Wszyscy o tym... Dobra, w diabli z tym, wiesz co? Mam dość. Jeśli ty nie wiesz takich podstawowych rzeczy, to nie ma sensu dalej strzępić języka.
Stigandr wstaje równie nagle, co gwałtownie. Esjasz jest wstrząśnięty tym nagłym wybuchem, jak i faktem, że dopiero teraz widzi, jak przytłaczająca jest różnica między nim a rozmówcą. Wyprostowany starzec wygląda jak kolos z kamienną twarzą... Kolos, który właśnie gromkim krokiem wychodzi z karczmy, na odchodnym tylko rzucając brzęczący mieszek w kierunku lady. Esjasz potrzebuje kilku wdechów, żeby pojąć, co tak właściwie zaszło. Chyba staruszek poważnie się obraził, choć Esjaszowi nie do końca wiadomo, o co. Nie ma zbytniego sensu za nim gonić. Mimo wszystko, coś niecoś się dowiedział, najlepsze, co teraz można zrobić, to dopić piwo i się przespać. Kiedy kufel jest już pusty, młodzieniaszek rusza lekko chwiejnym krokiem do karczmarza i prosi o pokój. Ragin prowadzi go po schodach, na szczycie których czeka korytarz z kilkoma drzwiami. Po otwarciu drugich drzwi po lewej, oczom Esjasza ukazuje się najpiękniejsze, co widział od dłuższego czasu. Oto małe pomieszczenie pełne skór i futer na ścianach. Na komódce w lewym rogu stoi miska z czystą wodą, przy tylnej ścianie właściciel przybytku już rozpala ogień w małym piecyku, a na prawo od niego zaprasza ciepłe, wyłożone grubą warstwą słomy łóżko. Bez zdejmowania ubrań, zmęczony podróżnik podchodzi i opada na nie niczym w transie. Posłanie przytula go ciepło, niczym stęskniona matka swe dziecię. Sen przychodzi momentalnie. Tygodnie podróży, nieustannego stresu i alkoholowe upojenie od razu prowadzą go do krainy wyobraźni...
***
Kwaśny smród... Jakby... Jakby ktoś rozgotował kiszoną kapustę. W dużym kuble, pełnym brudnych szmat... Jakieś dźwięki... Może słowa...? Imię... Esjasz... Ktoś go woła?
–Panie Esjaszu! Pobudka, panie Esjaszu, proszę wstawać! – Jego powieki powoli się rozchylają. Jakiś obraz bez wyrazu, zdecydowanie zbyt jasny dla oczu dopiero wyciągniętych ze snu. Mrugnięcia powiekami powoli usuwają poranne zamglenie.
Karczmarz. Karczmarz stoi nad nim, kalecząc mu uszy krzykiem, pochodnią święcąc po oczach, jednocześnie otulając jego nos wyziewami z ust. Czy on nie wie, co to mycie gęby?
–Oooosssochoziii...? – Esjasz zdecydowanie bardziej woli się jeszcze zdrzemnąć, niż znosić ten szturm na wszystkie zmysły.
–Panie Esjaszu, musi pan wstać, jest pewien problem z pańskim rachunkiem.
Uczucie serca, które właśnie podskoczyło do gardła, wybudza go z letargu. Jak poparzony staje do pionu, ze źdźbłami siana w ubraniu i włosach.
–Zaraz, zaraz! Przecież za piwo zapłaciłem, a mam jeszcze pieniądze na nocleg.
–Chodzi o Stigandra, musi pan zejść i to wyjaśnić.
–Ale o co chodzi? Czekaj... Nie zapłacił za siebie i zwalił na mnie?
Karczmarz nabiera poirytowanego grymasu i kręci głową.
–Chłopcze, po prostu zejdź na dół, to się dowiesz.
Ragin przewraca oczami z uśmiechem i wychodzi na korytarz. Z dźwięków można wywnioskować, że budzi jeszcze kilku innych bywalców. Cóż zrobić, dobrze byłoby to wyjaśnić. Esjasz na szybko myje tylko twarz, poprawia nieco ubrania i rusza na dół.
To, co tam widzi, zbija go nieco z tropu. Oto stoi Stigandr w swoim pełnym pancerzu, gdzie każdą wklęsłość i dziurę w blachach wypełnia wszelakie ustrojstwo. Niektóre elementy świecą, inne brzęczą, kolejne terkoczą, reszta albo się nie rusza, albo wygląda jak pojemnik. Staruszek w lewej ręce trzyma gigantyczny pakunek, w którym można by schować dwoje, może nawet troje rosłych mężczyzn. Jego spojrzenie skanuje śpiocha. Esjasz jest solidnie zaskoczony. Czy on przypadkiem nie miał go dość?
–To wszystko, co ze sobą masz, gałganie jeden?
–Stigandr? Mówiłeś chyba, że nie chcesz na mnie tracić czasu?
–Mówiłem, że nie mam zamiaru ci ględzić nad uchem o historii, bo szkoda zachodu. Zdecydowałem, że lepiej będzie jak ci ją pokażę.
Spod wąsa podróżnika szczerzą się zęby w szerokim uśmiechu. Esjasz nie do końca pojmuje, co się właśnie dzieje... to chyba jeszcze sen, prawda?
–Powiem ci, niecnoto, że chyba mi odbiło i cię polubiłem, albo po prostu nie mam do kogo gęby otwierać i korzystam z okazji, któż to wie... JEDNAKŻE. Nie pozwolę, żeby taki ignorant łaził mi po okolicy, bo jeszcze zrobią z ciebie porządnego obywatela tego... miasta. Bez urazy, panowie. – Zwraca się tutaj do kilku mieszkańców popijających przy stołach. Pomruki od nich brzmią jednak na urażone. Nie zważając na nie, obraca się z powrotem do Esjasza.– Więc zabieram cię na szlak, żebyś coś zyskał między uszami. Umiesz czytać i pisać?
–T-t-tak.
–To już coś! Przejrzyj sobie i podpisz na dole – oznajmił, waląc otwartą łapą w blat, zostawiając na niej pergamin i dokładając po chwili pióro z... metalu?
Treść pergaminu mówi o współpracy, wzajemnym szacunku - tutaj Esjasz się uśmiechnął – dzieleniu zysków pół na pół, wstępnym ufundowaniu ekwipunku i późniejszej spłacie rzeczonego z wyżej wspomnianych zysków, coś o nauce historii, pokazaniu Saory, poznaniu ważniejszych osób... zaraz, zaraz...
–Czekaj, co to za ekwipunek, o którym tu mowa?
–Nie obraź się, szczochu jeden, ale wyglądasz jak siedem nieszczęść, więc kupiłem ci kilka podstawowych rzeczy. Na przykład ubrania, narzędzia, namiot, racje... Lubisz ryby, prawda? Jeśli nie, to lepiej jak polubisz, bo nic innego tu nie mają. Jest też kolczuga, bez której nawet za bramę bym ci nie dał wyjść, no i broń. Nie wiem, czy umiesz posługiwać się mieczem, ale będziesz musiał się nauczyć. Jakieś pytania? Esjasz nawet nie wie, co powiedzieć. To tak, jakby spadła mu gwiazdka z nieba, jakby sami bogowie...
– Nie? No to ruszamy!
Jednym ruchem Stigandr chwyta młodzieńca w pasie, zarzuca na plecy i rusza do wyjścia, nawet na moment nie przestając gadać.
–Przebierzesz się przy pierwszym postoju wieczorem.
Esjasz protestuje tylko z przekory na niecodzienną sytuację. W rękach kurczowo ściska pergamin i dziwne pióro.
– Stigandr, czekaj! Nic nie zjadłem, poza tym nie dałeś mi kałamarza!
Jego nowemu towarzyszowi raczej to nie przeszkadza, gdyż wyciąga go na na wpół zalaną ulicę ani na chwilę nie zwalniając, mimo mlaskającego pod stopami błota. Ciągnie dalej swoją tyradę.
–Trochę mi się spieszy, król jak-mu-tam z Warżenii potrzebował czegoś ode mnie. Choć nie pamiętam, jak go zwali, to mam nieprzyjemne wrażenie, że nie lubi czekać. A może to jego ochroniarz nie lubił, jak król czeka? Tak swoją drogą, całkiem fajny gość, jak już z nim wypijesz, choć swoje obowiązki traktuje śmiertelnie poważnie. Jest jeszcze kwestia dupków z dworu i całej masy...
Esjasz tylko wzdycha. Wygląda na to, że czeka go ciekawa przyszłość.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania