Sąsiedzka pomoc

Stare, wysłużone przez lata schody, podczas stawania na nie charakterystycznie skrzypiały własną melodią dla każdego stopnia. Poręcz też wydawała odgłosy w różnych tonacjach, pojękując. Właściwie nie było możliwości przejścia niezauważonym przez innych lokatorów. Wszyscy mieszkańcy przystosowali się do odgłosów i idąc schodami wybijali własny niepowtarzalny rytm. Osoby, które często przebywały we własnych mieszkaniach, po odgłosach z klatki schodowej, potrafiły rozpoznać sąsiadów, bez spoglądania przez wizjer.

Powoli kończyły się stopnie schodów na trzecim piętrze, do pokonania pozostał mi spocznik i już wtedy mogłem otwierać drzwi własnego mieszkania. Zanim jednak to nastąpiło własne drzwi wejściowe otwarł sąsiad, starszy emerytowany mężczyzna, którego znałem od zawsze. Niespełna pół roku temu zmarła mu żona i od tego czasu postarzał się znacznie. Już nie chodził ładnie ubrany, zadbany i dumnie wyprostowany. Wyglądało na to, że wraz z małżonką opuściła go jego własna energia życiowa. Teraz był przygarbiony, wychudzony, z kilkudniowym zarostem i z włosami w nieładzie, jakby cień własnego siebie. Kiedy widziałem go w takim stanie, nie mogłem pogodzić się z upadkiem życzliwego mi człowieka.

- Dzień dobry, Czarek – odezwał się pierwszy, zanim to ja wypowiedziałem słowa powitania.

- Dzień dobry, panie Eustachy – odpowiedziałem.

Jeszcze kilka miesięcy temu zwyczajem było przy spotkaniu na klatce powiedzieć znacznie więcej niż słowa powitania. Czasy uległy zmianie i bez słowa więcej przechodziłem koło niego.

- Potrzebuję pomocy.

W momencie usłyszenia jego głosu, mówiącego to zdanie, zatrzymałem się w pół kroku.

- W czym mogę pomóc? – powiedziałem będąc pewny, że trzeba coś ciężkiego przenieść, lub przesunąć, albo naprawić.

- Stale siedzisz przed komputerem i szukasz różnych rzeczy w Internecie, a ja koniecznie muszę znaleźć sobie kobietę.

Kiedy powiedział te słowa, aż bezwiednie zagwizdałem z zaskoczenia. Zawsze myślałem, że jego małżeństwo jest idealne, a tu proszę żona ledwo ostygła, a ten rozgląda się za babami. Widocznie odczytał moje myśli, ponieważ zaczął się tłumaczyć.

- To nie jest tak jak myślisz. Moja żona przez czterdzieści lat stale mówiła mi, co mam robić, jeść, pić, mówić, gdzie iść, nawet jak wyglądać, co myśleć. Teraz przynosi to skutki. Oduczyłem się samodzielności do tego stopnia, że sobie nie radzę. Koniecznie musze znaleźć jakieś zastępstwo inaczej zdechnę, jak bezdomny pies pod płotem.

Właściwie niczym nie ryzykowałem, przecież to nie ja mam chodzić na randki z wiekowymi babami. Chce się chłop użerać na stare lata z wiedźmami to jego sprawa, najwyżej będzie mnie przeklinał. Sensu i logiki w jego prośbie nie widziałem, skoro jest tyle wolnych kobiet przynajmniej o dwadzieścia lat od dziada młodszych, które chcą zaznać jeszcze miłości.

- Zgoda panie sąsiedzie zapraszam do mnie, usiądziemy przed komputerem i raz dwa znajdę panu jakaś fajną kobitkę, na resztę życia.

Jego uśmiech wystarczył mi za odpowiedź, więc po odłożeniu zakupów przyniesionych przeze mnie, zajęliśmy miejsca przed komputerem. Podobnie, jak przy moich znajomościach rozpocząłem młodzieżowymi oczekiwaniami, przede wszystkim muzyka, koncerty modnych kapel, filmy, wyjazdy w czadowe miejsca i świetna zabawa. Jednak szybko przekonałem się, że z biegiem czasu i upływem lat życia priorytety ulegają zmianie. Przestaje wystarczać tu i teraz, zaczyna rosnąć lista oczekiwań oraz wymagań. Wiele kobiet doświadczonych przez los, patrzy na świat z innej perspektywy. Dalej nie zmieniają się oczekiwania, żeby mnie kochał, szanował, lecz dochodzą dzieci i wnuki. Zaczyna się próba pogodzenia z tym, co mam, z tym, co by chciała jeszcze mieć. Korespondencja urastała do objętości średniowiecznych ksiąg i zawsze było jakieś, ale. Najdziwniejsze było to, że zanim namierzyłem pierwszą panią zainteresowaną dziadkiem, zdążyłem umówić się z trzema wnuczkami innych kobiet korespondujących w ich imieniu.

Wszystko, co w mojej ocenie miało być łatwe okazało się trudne. Przed północą miałem dość, wydrukowałem sąsiadowi wiele propozycji matrymonialnych, na które poświęciłem ryzę papieru.

Tydzień zajęła mu analiza wszystkich danych, przyznam się szczerze, że z gruntownym podejściem do ponownego ewentualnego ożenku zaimponował mi, rozważał wszystkie za i przeciw. Najlepszym w tych jego poszukiwaniach była zmiana jego osobowości, ponownie w pewnych rzeczach poczuł się młodszym o czterdzieści lat, z przed czasu poznania żony. Jednak i on u schyłku życia miał inne priorytety znacznie odbiegające od tych młodzieńczych. Tylko ja nie rozumiałem jego dążenia do posiadania we własnym mieszkaniu kobiety, skoro wszystko do jedzenia można gotowe kupić, nająć kogoś do sprzątania, a pralka sama wypierze. Ostatecznie jak samemu nie chce się prać i prasować można oddać do pralni.

Przecież singiel ma klawe życie i nie musi się spowiadać przed nikim ze swoich decyzji. Jednak jedno mnie zastanowiło w jego wypowiedzi na temat małżeństwa i rodzących się w nim konfliktów, które mnie powstrzymywały przed tą instytucją.

- W małżeństwie możesz mieć rację lub spokój, wybór należy do ciebie.

Chłop męczył się dość długo nad wyborem i jak już sprowadził to coś do domu, to dopiero się zaczęło. Nie dość, że było to stare, brzydkie, leniwe, gębę miało od ucha do ucha, to mordę darło na niego od świtu do zmierzchu. Kiedy po pewny czasie, spotkałem go na klatce schodowej, dręczony wyrzutami sumienia, że przez przypadek i zmęczenie nie skasowałem danych nowej żony, nie wytrzymałem i powiedziałem.

- Gdzie pan miał oczy, że pan taką okropną babę wybrał. Przecież w propozycjach, które panu dałem było tyle ładniejszych, z lepszym charakterem, zaradnych i mądrych, a pan w takie bagno wdepnął.

On z uśmiechem na ustach odpowiedział.

- Za pierwszym razem rodzice mi to samo mówili i widzisz przez czterdzieści lat dawałem radę, to i teraz dam.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania