KIEDY ANIOŁY MIAŁY LUDZKIE CIAŁA

„Lekcja patrzenia”

Czasy, które wspominam, zapamiętałem jako wyjątkowo kolorowe, choć trwała właśnie schyłkowa faza strasznego peerelu. A może to nie czasy były kolorowe, tylko miejsce. Słoneczna Racławia. Kraina zagubiona pośród lasów i pól Płaskowyżu Głubczyckiego.

Odbieraliśmy Czechy. Mieszkaliśmy blisko granicy i to było nasze szczęście. Wieczorami leciała pohádka, ale wcześniej – aerobik. Zakochałem się w tej telewizji. I jeszcze w kilku rzeczach.

Nie wiem, co podobało mi się bardziej – podrygiwanie w rytm muzyki czy podrygujące w rytm muzyki. Intrygowały mnie nogi sportsmenek, ich muskularne, śniade ciała, kolorowe rajstopy i stroje do ćwiczeń.

Pewnego dnia wpadłem na pomysł. Podszedłem do telewizora z boku. Byłem przekonany, że skoro stoję niemal przy samym ekranie, to zobaczę to, czego nie widać z kanapy.

Obraz jednak uparcie pozostawał płaski. Gdziekolwiek się przesunąłem, tancerki patrzyły na mnie prosto w oczy niczym Mona Lisa.

– Tato... dlaczego one się nie obracają?

Ojciec nawet nie odwrócił głowy.

– Bo są w telewizorze.

– Ale ja stoję z boku.

Roześmiał się.

– To nie zaglądaj do telewizora. Patrz na świat. Tam wszystko jest z trzech stron.

Nie zrozumiałem wtedy, o co mu chodzi.

Dzisiaj myślę, że tamtego wieczoru dostałem pierwszą lekcję patrzenia. Dowiedziałem się, że są rzeczy, których nie da się podejrzeć, choćby człowiek przykleił nos do ekranu. I że największą głębię rzadko znajduje się w obrazie. Zwykle czeka po jego drugiej stronie.

 

„Resztę dopowiedziała mgła”

Pamiętam to jak przez mgłę. I może właśnie dlatego pamiętam tak dobrze.

Poszliśmy z mamą kupić mi dżinsy. Zwyczajny sklep, zwyczajny dzień, zwyczajne przymierzanie kolejnych par. Mama zniknęła między wieszakami, a ja zamknąłem się w ciasnej kabinie z naręczem ubrań, przekonany, że nic szczególnego się nie wydarzy.

Najpierw usłyszałem szelest materiału i cichy stuk odsuwanej zasłony. Ktoś wszedł do sąsiedniej przymierzalni. Potem odezwały się głosy, ruch, skrzypnięcie podłogi. Dla dziecka była to cała orkiestra tajemnic.

Ciekawość okazała się silniejsza od rozsądku.

Przykucnąłem.

Przez wąską szczelinę pod ścianką dostrzegałem jedynie urywki: stopy, nogawki, fragmenty ubrań opadających na podłogę, rajstopy. Resztę dopowiadała wyobraźnia, która w tamtym wieku zawsze była o krok przed rzeczywistością. Pamiętam raczej przyspieszone bicie serca niż to, co naprawdę zobaczyłem.

Kobieta o nieco barokowej urodzie przymierzała kolejne spodnie.

— Te są za ciasne. Poproszę większy rozmiar.

Po chwili znów szelest materiału, kolejne przymiarki, kolejne westchnienie.

— Jeszcze jeden rozmiar, jeśli można.

Cała scena trwała zaledwie kilka minut, a mnie wydawało się, że czas rozciągnął się jak guma. Byłem jednocześnie zawstydzony, zafascynowany i święcie przekonany, że uczestniczę w czymś, czego nie powinienem oglądać.

I wtedy pojawiła się mama.

Spojrzała na mnie, przykucniętego przy podłodze, i od razu zrozumiała więcej, niż chciałbym przyznać nawet dziś.

— Co ty wyprawiasz? — powiedziała półgłosem. — Jeśli ktoś ci się podoba, nie zagląda się do jego świata ukradkiem.

Nie krzyczała. Nie moralizowała. Wystarczyło jedno zdanie.

Podniosłem się tak szybko, jakbym został przyłapany na największym przestępstwie świata.

Wyszliśmy ze sklepu z torbą nowych spodni. Kobieta została w swojej przymierzalni. Sprzedawca wrócił do pracy. Drzwi zamknęły się za nami i wszystko powinno było skończyć się właśnie wtedy.

A jednak nie skończyło.

Po latach nie pamiętam twarzy tamtej kobiety. Nie pamiętam marki sklepu ani koloru dżinsów. Pamięć rozmyła szczegóły z właściwą sobie cierpliwością.

Ocaliła tylko jedno.

Chwilę, w której dziecięca ciekawość po raz pierwszy zderzyła się z cudzą prywatnością.

Resztę dopowiedziała mgła.

 

„Sekret dzieciństwa”

– Przepraszam cię na chwilę – powiedziała. – Zaraz wracam.

Miała dziesięć lat, ja dziewięć. Wydawała mi się najładniejszą dziewczynką, jaką znałem. W tamtym wieku uroda była czymś większym niż sama twarz – obietnicą, że niektórym ludziom świat sprzyja bardziej. Skinąłem tylko głową i zostałem w pokoju hotelowym.

Przez chwilę było słychać jedynie cichy szum klimatyzacji i to osobliwe hotelowe milczenie, które nie przypomina ani domu, ani obcego miejsca.

Usłyszałem, jak zamknęły się drzwi łazienki.

Po chwili wydarzyło się coś, czego nikt nie zaplanował. Nie wiem, czy drzwi były niedomknięte, czy po prostu pamięć lubi nadawać takim chwilom dramatyczną oprawę, ale uchyliły się powoli, niemal z namysłem.

Zamarłem.

Siedziała na toalecie.

I nie przerywała.

Z łazienki popłynęły długie, głośne odgłosy – jeden po drugim, jakby cała sytuacja była najzwyklejszą rzeczą na świecie.

Nasze spojrzenia spotkały się tylko na moment. Miała szeroko otwarte oczy. W tamtej chwili wyglądała jak królowa, której nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi.

– No co? – zapytała zupełnie spokojnie.

To ja pierwszy odwróciłem wzrok.

– A nic.

Miałem wrażenie, że całe moje ciało zdradza mnie głośniej niż tamte bąki. Bez słowa wycofałem się do pokoju, czerwony ze wstydu.

Kiedy po chwili wyszła z łazienki, nic się nie zmieniło. Poprawiła koszulkę, spojrzała na mnie jak zawsze i usiadła obok, jakby świat nie zrobił właśnie małego przewrotu. Po chwili znowu rozmawialiśmy i bawiliśmy się tak, jak wcześniej.

Ale dla mnie coś jednak się zmieniło.

Są chwile, które nie zostawiają po sobie wielkich ran, tylko cichą rysę na dziecięcych wyobrażeniach.

Tego dnia pierwszy raz zrozumiałem, że anioły też mają swoje zwyczajne chwile. A potem przychodzi jedna drobna, zupełnie zwyczajna chwila i okazuje się, że anioły też należą do tego samego świata co reszta – nie stoją ponad nim, tylko żyją razem z nami.

 

„Scena nad rzeką”

Nad rzekę przyszła. Nie sama — z mężem. W tamtych latach nie umiałem jeszcze nazwać tego wprost, ale najbardziej przyciągały mnie kobiety „czyjeś”. Mężatki. Starsze ode mnie. Jakby ich niedostępność była osobnym rodzajem światła.

Ojciec kiedyś powiedział matce, że Basia jest najzgrabniejszą dziewczyną w okolicy. Była. Ale tego lata coś się zmieniło — przytyła. I to wyraźnie. Pamiętam, jakby to było pęknięcie w obrazie, którego nikt nie komentował wprost, ale wszyscy je widzieli.

Staliśmy nad Osobłogą, przy wodospadzie. Basia trzymała męża za rękę i ostrożnie szła górą, po kamieniach nad spiętrzoną wodą. Wydawało mi się wtedy, że nie patrzę na scenę, tylko na coś, co dzieje się za głośno jak na własną skalę.

Miała czarny, jednoczęściowy kostium. Było w nim jej tyle, że sprawiała wrażenie, jakby materiał stanowił tylko umowną granicą. Przy każdym kroku drżała ona — i drżał kamienny próg pod wodą. Albo tylko tak to pamiętam.

Inni chłopcy też patrzyli. Nie byłem wyjątkiem. Wydawała się ogromna. Nie ciałem, lecz obecnością. Jakby nagle zmieniła proporcje całego świata wokół siebie. Jednocześnie nie było w niej nic z agresji. Raczej spokój, który nie pytał o zgodę.

Zapadła cisza. Nie zwykła letnia cisza, tylko taka, która odcina od reszty dnia. Został tylko szum wody i nasze milczenie, trochę zawstydzone własną intensywnością patrzenia.

A Basia szła powoli. I uśmiechała się. Jakby wiedziała, że jest obserwowana — i jakby nie miało to większego znaczenia. Może nawet była z siebie dumna. Albo nie była – po prostu szła dalej, bez negocjowania spojrzeń.

Ojciec milczał przez cały czas. Drapał się po głowie. Dopiero gdy przeszła, odezwał się krótko:

– To naprawdę Basia?

Matka skinęła tylko głową.

Długo potem nie słyszałem już, żeby mówił o niej „najzgrabniejsza”. Dopiero po latach zrozumiałem, że to słowo nigdy nie dotyczyło wyłącznie ciała. Raczej pewnego porządku obecności — harmonii, która potrafi przetrwać zmianę, nawet jeśli zmienia się wszystko, na co się patrzy.

 

„Echo kolacji”

Niektóre wspomnienia nie zostają z nami dlatego, że wydarzyło się w nich coś wielkiego. Przeciwnie — czasem przetrwa właśnie to, co powinno dawno zniknąć. Drobny obraz, jedno zdanie, chwila niezręcznej ciszy. Coś, czego wtedy nie rozumieliśmy, a co po latach zaczyna znaczyć więcej.

To była kilkudniowa wycieczka z podstawową szkołą muzyczną. Dzisiaj brzmi to niewinnie, ale wtedy wydawało się prawdziwą wyprawą. Byliśmy dziećmi z różnych roczników, z instrumentami na kolanach, walizkami pod nogami i przekonaniem, że świat za progiem domu jest większy, ciekawszy i trochę bardziej tajemniczy.

Razem z nami jechali nauczyciele oraz dwie młode mamy. Jedna z nich — mama Zosi — zapisała się w mojej pamięci szczególnie wyraźnie.

Do ośrodka dotarliśmy wieczorem. Pierwsza była kolacja. Pamiętam ją do dziś, choć nie z powodu menu. Po prostu smakowała inaczej niż zwykłe posiłki w domu. Była częścią przygody.

Sam zjadłem wtedy więcej niż zazwyczaj, co już było wydarzeniem. Patrzyłem na dorosłych przy stole i wydawali mi się jacyś inni niż na co dzień. Spokojniejsi, bardziej pewni siebie. Nauczyciele rozmawiali półgłosem, mamy siedziały obok nas, a cały ten wieczór miał w sobie coś z małego przedstawienia, w którym dorośli widzieli swoje role, a my dopiero uczyliśmy się patrzeć.

Szczególnie zapamiętałem mamę Zosi. Wydawała mi się bardzo kobieca, dorosła, trochę odległa. Jadła niespiesznie, sięgała po kolejne kromki chleba i z naturalną swobodą zajmowała swoje miejsce przy stole. Wtedy zwróciłem uwagę na jej brzuch — większy niż u innych kobiet, miękki, zwyczajny.

Nie umiałem jeszcze nazwać tego, co widziałem. Dziecko nie patrzy na dorosłych tak jak dorosły. Widzi szczegóły, ale nie zna ich znaczenia.

Po kolacji rozeszliśmy się do pokoi. Były karty, śmiechy, bieganie po korytarzach i ta szczególna energia dzieci, które wiedzą, że przez kilka dni obowiązuje trochę mniej zasad niż zwykle.

W pewnej chwili zauważyłem, że nie ma Zdzisia, naszego puzonisty. Poszedłem go szukać. Trafiłem na piętro, gdzie mieszkała Zosia z mamą.

– Szukam Zdzisia – powiedziałem.

– Tu nikogo nie ma – odpowiedziała.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że czasami jedno zdanie może być próbą ratowania sytuacji, która już dawno wymknęła się spod kontroli.

Z końca korytarza dochodziły bowiem odgłosy, których nie dało się pomylić z niczym innym. Były zbyt głośne, zbyt zwyczajne i jednocześnie zbyt niezręczne, żeby przejść obok nich obojętnie.

Zatrzymałem się.

Dziecięca wyobraźnia ma niezwykłą moc. Potrafi z kilku dźwięków zbudować cały obraz. I nagle ta sama osoba, która jeszcze niedawno przy stole wydawała mi się kimś niemal niezwykłym, kimś z innego świata, znalazła się po drugiej stronie tej niewidzialnej granicy.

Granicy między wyobrażeniem a rzeczywistością.

Spojrzałem na Zosię. Ona spojrzała na mnie. Oboje wiedzieliśmy, choć żadne z nas nie chciało tego powiedzieć.

– Tu naprawdę nikogo nie ma – powtórzyła ciszej.

Dopiero po latach zrozumiałem, że nie mówiła już do mnie. Mówiła do całej tej chwili. Jakby chciała ją zatrzymać, unieważnić, sprawić, żeby nie stała się wspomnieniem.

Odszedłem.

Nie dlatego, że wydarzyło się coś strasznego. Właśnie przeciwnie. Stało się coś zupełnie zwyczajnego. Tylko ja jeszcze nie byłem gotowy, żeby tę zwyczajność przyjąć.

Dzieciństwo długo buduje swoje własne posągi. Ludzie dorośli są więksi, piękniejsi, bardziej uporządkowani. Mają swoje tajemnice i swoją pewność siebie. Dopiero z czasem odkrywamy, że za każdym takim obrazem stoi ktoś równie ludzki jak my.

Może właśnie dlatego zapamiętałem tamten wieczór.

Nie z powodu kolacji, nie z powodu przejedzenia. Nie z powodu korytarza ani niezręcznej ciszy.

Zapamiętałem go dlatego, że był jednym z pierwszych momentów, kiedy zobaczyłem, że anioły również mają ludzkie ciała.

 

„On jest tobą, a ty nim”

Wiem, wiem — każdy nosi w sobie wspomnienia z dzieciństwa, które po latach wywołują jednocześnie uśmiech i lekkie zakłopotanie. Jedni bawili się w sklep, inni w doktora, szkołę albo dom. My pewnego dnia postanowiliśmy zrobić coś zupełnie innego. Postanowiliśmy zostać… sobą nawzajem.

Tego dnia spotkaliśmy się w starej, nieużywanej kuchni, dobudówce naszego domu. Zebrała się nas czwórka — ja i rodzeństwo: Adaś, Basia i Tomek. Adaś najstarszy, Tomek najmłodszy — i właśnie ta różnica miała za chwilę wpłynąć na przebieg zabawy.

To ja wpadłem na pomysł, żebyśmy się zamienili. Tomek miał przebrać się za Adasia, a ja za Basię. Akurat z przyjacielską wizytą przebywał u nas wikary, więc uznaliśmy, że koniecznie trzeba pokazać dorosłym efekt naszej przemiany.

Basia, moja rówieśniczka, tego dnia miała na sobie sukienkę. Kiedy przygotowywaliśmy się do zamiany ubrań, dostrzegłem drobne szczegóły jej stroju, które wcześniej zupełnie umykały mojej uwadze. Najbardziej zapamiętałem rajstopy — zwyczajny element ubrania, który w tamtej chwili nabrał dla mnie nowego, trochę tajemniczego znaczenia. W dzieciństwie właśnie takie drobiazgi potrafią niespodziewanie zapisać się w pamięci.

Potem założyłem ubrania Basi, a ona moje. Pasowały niemal idealnie — mieliśmy podobny wzrost. Postawny Adaś znalazł się w znacznie trudniejszej sytuacji. Ubrania młodszego brata okazały się za małe, choć próbował się w nie wcisnąć. Tomek natomiast, ukryty w przydługich spodniach i swetrze w rozmiarze XL, dosłownie zniknął w morzu materiału. Rękawy przykrywały mu dłonie, nogawki plątały się pod stopami. Wyglądał tak zabawnie, że wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

Po przebraniu wyszliśmy do księdza i mojej mamy. Oboje zareagowali rozbawieniem na nasz pomysł.

— Spójrz. On ma rajstopy. Ależ się pozamienialiście — powiedział ksiądz.

Dla nas oznaczało to prawdziwy sukces. Przez krótką chwilę naprawdę wierzyliśmy, że przestaliśmy być sobą. Wystarczyło założyć czyjeś ubranie, przyjąć inną postawę i pozwolić działać wyobraźni.

Po kilku minutach wróciliśmy do starej kuchni. Każdy odnalazł swoje rzeczy i wszystko wróciło na właściwe miejsce. Zabawa skończyła się tak szybko, jak się zaczęła — kilka minut śmiechu, trochę zamieszania i wspomnienie, które pozostało na znacznie dłużej.

Dopiero po latach zrozumiałem, dlaczego właśnie ten moment zapamiętałem. Nie wydarzyło się przecież nic wielkiego. To była jedna z tych zwyczajnych chwil, które dzieci przeżywają bez zastanowienia, a pamięć z nieznanych powodów zachowuje na całe życie.

Być może właśnie dlatego wracam pamięcią do rajstop — zwyczajnego elementu ubrania, który wtedy stał się dla mnie czymś nowym i trochę tajemniczym.

Może urzekła mnie sama możliwość zamiany ról. Przez kilka minut Adaś stał się Tomkiem, Tomek Adasiem, Basia mną, a ja Basią. Granice, które dorosłym wydają się oczywiste, dla dzieci potrafią pozostawać zaskakująco płynne. Wystarczy odrobina wyobraźni i za duży sweter, żeby uwierzyć, że naprawdę można wejść w cudzą rolę.

Dzisiaj myślę, że właśnie dlatego pamiętam tamto popołudnie tak wyraźnie. Nie z powodu przebrań ani śmiechu dorosłych, lecz dlatego, że była to jedna z pierwszych chwil, kiedy odkryłem, jak fascynująca może być możliwość spojrzenia na świat oczami kogoś innego.

On jest tobą, a ty nim. Choćby tylko na kilka minut.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    Dodałbym jedno słowo kluczowe: erotyka.

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    II wersja, bardziej zwarta, no po prostu lepsza:

    „Sekret dzieciństwa”
    – Przepraszam cię na chwilę – powiedziała. – Zaraz wracam.
    Miała dziesięć lat, ja – dziewięć. Była najładniejszą dziewczynką, jaką znałem. W tamtym wieku uroda wydawała się czymś większym niż twarz – była obietnicą, że niektórym ludziom świat po prostu bardziej sprzyja. Skinąłem tylko głową i zostałem w pokoju hotelowym.
    Usłyszałem, jak zamknęły się drzwi łazienki.
    Po chwili wydarzyło się coś, czego nikt nie zaplanował. Drzwi, jakby z własnej woli, powoli i dostojnie uchyliły się na oścież.
    Zamarłem.
    Siedziała na toalecie.
    Nie przerywała.
    Z łazienki popłynęły długie, głośne bąki – jeden po drugim, jakby cała sytuacja była najzwyklejszą rzeczą na świecie.
    Nasze spojrzenia spotkały się tylko na moment. Miała szeroko otwarte oczy; do dziś nie wiem, czy ze zdziwienia, czy z wysiłku. W tamtej chwili wyglądała jak królowa, której nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi.
    – No co, Misiu? – zapytała zupełnie spokojnie.
    To ja pierwszy odwróciłem wzrok.
    – A nic, nic...
    Miałem wrażenie, że całe moje ciało zdradza mnie głośniej niż tamte bąki. Bez słowa wycofałem się do pokoju.
    Są chwile, które nie zostawiają po sobie wielkich ran, tylko cichą rysę na dziecięcych wyobrażeniach.
    Czułem się tak, jakby właśnie rozpadł się jeden z największych sekretów dzieciństwa, bo dzieci długo wierzą, że ci, których podziwiają, należą do innego porządku świata.
    Tego dnia odkryłem, że nawet anioły potrafią być zaskakująco ludzkie.

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    Stara wersja:

    – Przepraszam cię na chwilę – powiedziała. – Zaraz wracam.
    Skinąłem głową, jakby to była rzecz zupełnie naturalna, choć w środku czułem lekkie ukłucie niepokoju. Miała dziesięć lat, ja dziewięć. Byliśmy w hotelowym pokoju, w którym wszystko wydawało się trochę za jasne, trochę za ciche, jakby świat na chwilę zapomniał o nas i zostawił nas samych w cudzym porządku.
    Ona była tą, która zawsze wiedziała, co robić. Nawet kiedy się myliła, robiła to z taką pewnością, że trudno było w to wątpić. Dla mnie była czymś więcej niż koleżanką z wakacji – była kimś, kto naturalnie należał do świata trochę wyżej. Ładniejsza, spokojniejsza, jakby mniej przypadkowa.
    Usiadłem na brzegu łóżka. Wpatrywałem się w dywan, w jego powtarzalny wzór, próbując znaleźć w nim coś, co zajmie myśli.
    Drzwi do łazienki zamknęły się cicho.
    Przez chwilę było tylko to: szum klimatyzacji i odległe, hotelowe milczenie, które nie było ani domem, ani obcością – czymś pośrodku.
    A potem drzwi.
    Nie wiem, czy naprawdę się poruszyły same, czy może były niedomknięte, czy może po prostu pamięć lubi takie dramatyczne wejścia. Ale wtedy wydawało mi się, że uchyliły się powoli, niemal z namysłem.
    Jakby ktoś zajrzał do środka bez pytania.
    Zamarłem.
    W środku siedziała ona.
    Nie spojrzała od razu. Najpierw była tylko zwykła, dziecięca sytuacja, której nikt nie powinien widzieć. A potem spojrzała. Nasze oczy spotkały się na ułamek sekundy – wystarczająco długą, żeby świat zdążył się zmienić, i wystarczająco krótką, żeby nie dało się go już cofnąć.
    I wtedy wydarzył się dźwięk.
    Nie jeden. Cała seria – niekontrolowana, absurdalnie głośna, kompletnie niepasująca do niej. Jakby ktoś wpuścił do obrazu królowej coś, co nie miało prawa tam istnieć.
    Nie odwróciła wzroku. Nie uciekła. To było najdziwniejsze.
    Przez moment wyglądała tak, jakby sama była lekko zdziwiona tym, że świat działa również w ten sposób, ale jednocześnie… nie widziała powodu, żeby z tego robić problem.
    – No co, Misiu? – zapytała spokojnie.
    Nie było w tym wstydu. Nie było teatralności. Tylko zwykła obecność, jakby pytała, dlaczego patrzę na coś, co przecież się po prostu dzieje.
    Ja pierwszy odwróciłem wzrok.
    – A nic, nic…
    Głos mi się załamał bardziej niż powinien. Wstałem z łóżka, udając, że nagle bardzo interesuje mnie wszystko poza tym pokojem. Każdy krok do wyjścia był jak próba odzyskania czegoś, co już nie istniało.
    Kiedy zamknąłem drzwi łazienki z zewnątrz, poczułem dziwne ciepło na twarzy. Nie wiedziałem jeszcze, czy to wstyd, czy śmiech, który nie zdążył wyjść.
    Wróciłem do pokoju i usiadłem, ale coś było inne. Nie potrafiłem już patrzeć na drzwi łazienki tak samo.
    I wtedy dotarło do mnie coś, czego nie umiałem jeszcze nazwać.
    Nie tylko to, że ona jest „taka jak ja”.
    Ale że wszyscy są.
    Że gdzieś pod całym tym porządkiem, który sobie wymyśliliśmy – kto jest ładny, kto mądry, kto „lepszy” – działa coś zupełnie innego. Cichego. Niekontrolowanego. Równego dla wszystkich.
    Czekałem, aż wyjdzie.
    Kiedy otworzyła drzwi, nic się nie zmieniło. Wyszła jak gdyby nigdy nic, poprawiła koszulkę, spojrzała na mnie jak wcześniej.
    Jakby świat nie zrobił właśnie małego przewrotu.
    Usiadła obok.
    Przez chwilę milczeliśmy. A potem zaczęliśmy grać w coś głupiego, jakby nic się nie wydarzyło.
    Ale już wiedziałem.
    Niektóre sekrety dzieciństwa nie są odkryciami. Są pęknięciami w tym, co wydawało się oczywiste.
    I choć wtedy jeszcze nie umiałem tego ubrać w słowa, coś we mnie już nigdy nie wróciło do poprzedniego kształtu.

  • il cuore 2 miesiące temu

    Już sam siebie zaczynasz komentować? niedobrze, jest tutaj wystarczająco dużo osób, które tak robią 🫣🚒

    Tekst jest dobry w każdej wersji; może być wątpliwość merytoryczna odnośnie zachowania obydwojga dzieci – ponieważ nie jest dziecięcopodobna w zachowaniu – zbyt dojrzała narracyjnie 🍄✈️

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    "Już sam siebie zaczynasz komentować?". To prawda. Niedobrze.
    Dzięki za komentarz, Il Cuore, i wizytę tutaj. I za skomentowanie zachowania dzieci. Faktycznie: zastanawiające, nieco niepokojące.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania