Sekwencyjni 1/2
Wracałem z pracy ostatnim możliwym tramwajem.
Zmęczoną głowę pełną niespokojnych myśli oparłem o szybę.
Płatki śniegu wirowały, spadając miarowo z nocnego nieba nad zmarzniętym i powoli wyciszającym się miastem.
Puls zwykle ruchliwych ulic zwalniał, uspokajał się, przechodząc w czasowy stan hibernacji aż do czasu pobudki poranka. By zacząć od nowa tą samą chorobliwą, wiecznie nienasyconą, gorączkową gonitwę ludzkich krwinek, zużywanych do podżyrowania już i tak przebrzmiałego, wiekowego systemu wyzysku.
Prawie znów mogłem usłyszeć opinię mojego znajomego nieznajomego, partnera matki żony sąsiadki. Człowieka w gruncie rzeczy dobrego, acz niezbyt skomplikowanego.
Miałem przed oczami jego pooraną zmarszczkami twarz, wykrzywioną w wyrazie piwnej ekscytacji. Jedną ręką trzymał szpikulec z grillowaną kiełbaską, a drugą otwartą puszkę popularnego napoju ogłuszającego.
- Kapitalizm jest świetnym systemem, lepszego nie wymyślono. Dobrze że są nierówności społeczne, bo to motywuje biednych by stali się bogaci!
Zwróciłem uwagę na jego puste oczy, utkwione gdzieś we własnym poczuciu życiowego sukcesu, osiągniętego ciężką pracą i rezygnacją ze świadomości pojmowania świata, jako czegoś odrębnego od siebie.
Ocknąłem się.
Tramwaj ciężko zgrzytał, tocząc się po wysłużonych torowych koleinach, które również były dobre. Były dobre bo nie mogły być złe.
Przecież działały, wiernie wykonując powierzone im zadanie.
Zmętniałe ledówki skąpo oświetlały wnętrze pojazdu, w którym oprócz mnie znajdowało się jeszcze kilku równie zaspanych pasażerów, oraz młoda kobieta ubrana w futro, która jako jedyna wyglądała na pobudzoną. Zerknąłem na nią od niechcenia. Mocny makijaż podkreślał jej lalkowatą urodę. Włosy koloru brudnego blondu, spięte miała w pofałdowany kok.
Dłonie o zadbanych paznokciach wbiła w uchwyt siedzenia przed sobą, zaciskając na nim palce w wyrazie zniecierpliwienia, jakby nie mogła czegoś się doczekać.
- Prawdopodobnie wysiadki - pomyślałem, wcale się jej nie dziwiąc.
Sam miałem ochotę wyskoczyć z tej klekoczącej puszki, wlokącej tak wolno jakby płacili kierowcy poniżej minimalnej.
Dziewczyna rozglądała się na boki aż jej wzrok padł na mnie. Patrzyliśmy się tak na siebie przez chwilę, nie opuszczając oczu, prawdopodobnie z zupełnie różnych powodów.
Czułem że czegoś we mnie szuka, ocenia i kataloguje, całkiem możliwe że naklejając właśnie jedną z niezliczonych społecznych etykiet, istniejących właśnie po to by nie musieć zobaczyć nikogo naprawdę. Ja z kolei przyglądałem się jej twarzy, która była dość niezwykła.
Obdarzona parą intensywnie szaro-brązowych oczu, drobnymi ustami oraz delikatnym, lekko zadartym nosem.
W uszach nosiła kolczyki wyrażające coś w rodzaju zdobionych spirali. Jej spojrzenie zaczęło mnie męczyć.
Mawiają, że jeśli ktoś wpatruje się w ciebie dłużej niż dziesięć sekund to oznacza że albo komuś wpadłeś w oko, albo ma wobec ciebie wrogie zamiary.
Czy coś podobnego.
Uniosłem brew w niemym zapytaniu, które ma na myśli. Dziewczyna uśmiechnęła się tylko samymi ustami, i odwróciła głowę jakby już o mnie zapomniała.
Tramwaj zatrzymał się, bełkotliwie brzmiący głos lektora oznajmił nazwę przystanku. Do środka wtargnęło zastanawiająco dużo jak na tak późną porę, ludzi - grupy wyglądającej jak perfekcyjnie zróżnicowany przekrój społeczny, posiadający wszystkich swoich najpopularniejszych reprezentantów. Była matka z dzieckiem, staruszka, podpity kibol, śmierdzący bezdomny, pan biznesmen, rozgadani studenci, wpatrzone w telefony nastolatki, koleś z psem na smyczy... Przestałem ich oglądać, zdając sprawę że to bez sensu.
Byłem zbyt zmęczony po całym dniu harówki. Jedyne co obecnie miało dla mnie znaczenie, to wypić piwo, poprzeglądać internet, zjeść coś, i walnąć do łóżka po obmyciu z przyległych brudów zawodowej aktywności.
Nie wiedziałem jak długo jeszcze i czy w ogóle uda mi się kiedyś nie musieć już pracować. Czułem się uwięziony w systemie na który nie wyraziłem zgody, którego oczywistą, wysysającą z życia niewolę ludzie zdawali się akceptować. Zrobiło mi się niedobrze.
Tramwaj tłukł się, w migoczących światełkach obserwowałem to pojawiającą, to znikającą dziewczynę o dziwnym spojrzeniu.
Bolały mnie codziennie używane mięśnie napiętego do ustalonego harmonogramu ciała. Sen morzył mnie, nachodził, zaskakiwał.
Pomyślałem że gdybym teraz właśnie umarł, nikogo by to nie obeszło. A najmniej mnie.
Zniknąłbym podobnie jak moja świadomość - odcięta nagle od źródła zasilania, całe wszystko składające się na to czym jestem i kiedykolwiek byłem.
Oczyma wyobraźni widziałem swoje życie w zapętleniu, kadry w rozwijającej się zapisanej rolce kliszy.
Czy śmierć to wydarcie filmu na światło?
Lubię ten stan, ten stan nieważkiego zawieszenia. Przyjemnej niepewności, wiecznego niezdecydowania.
Gdzie ja sam staję pod znakiem zapytania, nie znajdując odpowiedzi.
Partner matki ciotki sąsiadki odgryza potężny kawałek kiełbasy. Śmieje się pożółkłymi od tytoniu z ę b a m i.
Spojrzenie ma nieszczere i smutne. Pyta, ile jeszcze? Szacuje, oblicza. Jest obliczany.
Obliczalny. Patrzę mu prosto w oczy i mówię:
- Słuchaj, ja mówiłem że to późny kapitalizm jest zły, jest wynaturzeniem początkowo dobrej idei. Końcowym produktem postępującego zepsucia.
Korupcji.
Jego zatrutymi owocami jest postępująca niewola nas wszystkich... - kończę, czując się głupio z racji użytych słów.
Staram się unikać jego obliczalnego spojrzenia. Mam wrażenie że ledwo skrywana podskórna niechęć do mnie, tylko czeka na choć niewielką prowokację. Coś co dałoby mu prawo poczuć przewagę nad niechcianym oponentem.
Zaczynałem wyglądać na wroga. To było pewne.
Poczułem że dalsza rozmowa nie ma sensu.
Obudziło mnie nagłe szturchnięcie, tramwaj musiał chyba podskoczyć, cudownie odrywając od szyn.
Nie...
Tramwaj stanął. I to dość nagle, gwałtownie wyhamowując z ciężkim zgrzytem niesiony jeszcze sekundami dźwięku.
Żółtawe światło miga kilka razy, zmienia kolor na pomarańczowe i gaśnie nagle, wypełniając wnętrze cichą pustką.
Zaalarmowany zrywam się, podobny do pacjenta pozbawionego nagle życiodajnego tlenu.
W ciemności staram się dojrzeć znieruchomiałe sylwetki moich licznych współpasażerów, stygnących w oczekiwaniu na coś bezzwłocznego.
Coś co musi, i musiało się wydarzyć.
Pośród zesztywniałych, pozornie nieobecnych ciał dostrzegam dziewczynę z wcześniej. W porównaniu do innych porusza się i zdaje mienić kolorową łuną.
Jej wyraz twarzy był niezwykle smutny. Oczy pozbawione nadziei wbiła gdzieś w dół, widząc coś co jeszcze nie istnieje.
Powoli podnosi wzrok, lustrując otoczenie będące wobec niej niczym - ona sama zdając się być wszystkim. Perfekcyjnie żywa w tłumie umarłych, istot niższych, podległych, mniejszych i złych.
Złych? Nie - ich jedyną winą było to że w porównaniu z nią pozostawały niedoskonałe. Że nigdy nie miały się spełnić, na zawsze skazanymi by być jedynie tłem dla prawdziwych ludzi.
Bojąc jej wzroku, ukryłem się za figurami, udając jeden z wielu cieni.
- To musi być sen - tłumaczyłem sobie. Świadomy sen. Zasnąłem w drodze powrotnej do domu. Moje ciało oparte o szybę, prawdopodobnie ślini się głupio z pół-otwartymi ustami. Kaptur skutecznie dodaje mi anonimowości.
Jestem tłem samego tła, nie ma mnie. Nigdy nie istniałem.
To wszystko nieprawda.
- Ale to nie ja - zdaje się szeptać cichy głos koło mnie. Jest jak delikatna mgła, rozgrzane powietrze. Staję się nim.
Zawsze nim byłem.
I nagle budzę się, napotykając jej wzrok. Samo centrum czerni jej źrenic, tonąc głęboko w szarych oczach antycznej duszy.
Wyłaniając sam z siebie na jej spotkanie.
Na jej twarzy pojawia się wyraz zaskoczenia, niespodziewanej niedefiniowalnej emocji. Zagrażająco żywej, podważającej swą arogancką samoświadomością całe misterne oszustwo.
Iskra w ciemności, płomień. Płomyczek. Coś co można szybko zgasić i zgnieść.
Coś do opanowania.
Tak samo nagle jak zniknęło, ledowe światło rozbłyska ponownie, a sam pojazd rusza, perfekcyjnie wznawiając dawny pęd.
Ludzie wokół jak siedzieli tak siedzą, niektórzy stoją, wielu spogląda w ekrany telefonów, kilkoro drzemie. Inni czekają nerwowo, lub też z ogromnym znużeniem.
Tak jakby wydarzenie sprzed chwili nie miało miejsca, a oni sami nie mieli nic wspólnego z dzieloną halucynacją dwojga wpatrujących się w siebie osób.
Wstałem.
Ona też, z twarzą wyrażającą bezlitosną agresję. Wykrzywioną w duszącej masce ledwo kontrolowanej, perwersyjnie nabrzmiałej potrzeby wymazania obiektu swojego spojrzenia.
Poczułem jak krew odpływa mi z policzków - jeśli to był sen to właśnie zmienił się w koszmar. W najbardziej koszmarny sposób, w jaki może zacząć.
Będąc prawdą.
Postanowiłem się obudzić, jednak z sekundy na sekundę stawałem coraz bardziej pewny że nie śnię. Inni wokół mnie zdawali się nie być częścią tego co czuję. Stanowili jedynie potwierdzenie mojej samotności. Dziewczyna zaczęła się ku mnie przedzierać, szarpiąc za szary, wadzący kłąb ludzi.
Zareagowałem instynktownie. A może skrycie marzyłem o tej chwili, kiedyś już fantazjując o spektakularnej ucieczce przed kanarami.
Awaryjny młotek nie stawiał oporu, podobnie jak szyba, która po kilku uderzeniach ustąpiła wpuszczając dziurami chłodny podmuch, zderzając ze sztucznie nagrzaną atmosferą wnętrza.
Reszta szyby pękła z głośnym hukiem, rozpadając na mnóstwo mniejszych fragmentów. Pomogłem sobie łokciem i... - wypadłem przez okno na ciemne zewnątrz ulicy.
Dziewczyna zdążyła podbiec do ziejącej dziury z której wypadłem, ignorując nieświadomych niczego pasażerów.
Leżąc w śniegu, z lekko pokaleczonymi rękami i twarzą, obserwowałem jak tramwaj oddala się, znikając za wzniesieniem.
Dziewczyna do samego końca odprowadzała mnie wzrokiem, wraz z pojazdem opuszczając linię naszego wzajemnego postrzegania.
Wypuściłem powietrze, zdając sprawę z własnego bezdechu. Uderzyło mnie zimno pustej ulicy, nieprzyjemna wilgotność pogrążonego w nocnych opadach miasta.
Obolały starałem się podnieść, leżąc jeszcze przez chwilę na plecach, nie mogąc znaleźć logiki ostatnich wydarzeń.
Jednak nie był to sen, ani halucynacja. Nie brałem również żadnych narkotyków - usilnie starając się przypomnieć moment ich brania co tłumaczyłoby mój stan postrzegania, nie znalazłem z nich ani jednego. Jednak całym sobą czułem że mimo iż prawdziwa, to zastana rzeczywistość nie mogła być dobrą. Być może stała się taka poprzez... - błąd.
Przez zaburzenie sekwencji, niepoprawny zapis maszyny tkającej uniwersalne realia, spięcie na neuronalnej nici istnienia, dające początek nowej oryginalnej myśli.
Bolała mnie noga.
Zacząłem iść ku świecącej z daleka stacji benzynowej. Płatki śniegu powoli zamazywały kroki mojej ścieżki.
Modliłem się by spotkać innych ludzi - utykając gnałem przed siebie w potrzebie rozwiania wszystkich najgorszych obaw, starając wyprzedzić coś już dokonanego.
Do samego końca zaprzeczając, nie mogąc wyrazić zgody na przeżywany absurd.
Nie wiem ile czasu minęło od tamtej chwil. Z jednej strony mam wrażenie że cała wieczność, a z drugiej że to nie mogło stać się dawno.
Coś co już widziałem, czego byłem uczestnikiem. Powróciłem pamięcią do tamtego momentu.
Zgrzyt.
Zamarłem, nasłuchując w nadziei na znajomy dźwięk.
Przyłożyłem głowę do szyn, starając wyczuć drżenie i wibracje mającego nadjechać tramwaju.
Zbliżał się. To była moja szansa by powrócić na stare koleje losu.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania