Sen Boga — Rozdział 1 — ZIEMIA, OSTATNIA SEKUNDA
Noc była cicha. Za oknem ciemność przykrywała ogród, a pojedyncze światła odległych domów wyglądały jak nieruchome punkty na czarnym tle. Leżałem na plecach, jeszcze na granicy snu, wsłuchując się w spokojny oddech żony. Znałem ten rytm tak dobrze, że zwykle wystarczał, bym sam zasnął. Tym razem coś nie pozwalało mi zamknąć oczu. Nie był to hałas ani konkretny dźwięk. Raczej pewność, że w pokoju pojawiło się coś, co nie powinno się tu znaleźć. Najgorsze było to, że nie potrafiłem wskazać chwili, w której ta pewność się narodziła. Spojrzałem w stronę kąta przy szafie. Ktoś tam stał. Postać była wysoka i smukła. Na pierwszy rzut oka przypominała człowieka, ale w półmroku jej proporcje wydawały się nieznacznie niewłaściwe. Nie poruszała się. Nie próbowała się ukryć. Po prostu stała i patrzyła w moją stronę. Chciałem usiąść. Mięśnie nie zareagowały. Spróbowałem poruszyć ręką, potem nogą, lecz ciało pozostało nieruchome. Strach narastał szybciej, niż potrafiłem go opanować. — Obudź się — chciałem powiedzieć do żony. — Proszę, obudź się. Z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk. Oddech utknął mi w gardle. Żona spała dalej, nieświadoma tego, co działo się kilka kroków od niej. Postać przechyliła głowę. Nie usłyszałem kroków, a mimo to miałem wrażenie, że znalazła się bliżej łóżka. Wtedy poczułem chłód. Najpierw niewielki, głęboko w piersi, potem rozchodzący się po całym ciele. Nie przypominał zimna powietrza. Był obcy i precyzyjny — jakby coś we mnie nagle zamilkło. Nie potrafiłem jednak powiedzieć, czy był to koniec, czy tylko chwila, w której straciłem władzę nad własnym ciałem. Próbowałem jeszcze raz krzyknąć. Nie mogłem. Próbowałem zaczerpnąć powietrza, ale nawet ten prosty ruch przestał zależeć ode mnie. I nagle patrzyłem na łóżko z miejsca, którego nie potrafiłem określić. Zobaczyłem żonę. Nadal spała. Obok niej leżała postać o mojej twarzy, nieruchoma, blada i dziwnie spokojna. Przez krótką, niemożliwą do zmierzenia chwilę nie rozumiałem, na co patrzę. Obraz był zbyt wyraźny, by go zlekceważyć, a zarazem tak niemożliwy, że nie potrafiłem uznać go za pewnik. Wydawało mi się, że patrzę na samego siebie — ale nie wiedziałem, co to właściwie oznacza. Próbowałem wrócić do łóżka, do żony, do własnego ciała. Nic nie odpowiadało na moje pragnienie. Chciałem wrócić. Chciałem dotknąć jej ramienia, obudzić ją i powiedzieć, że jestem tutaj, że coś jest nie tak. Próbowałem zbliżyć się do łóżka, lecz dzieliła mnie od niego niewidzialna granica. Im bardziej usiłowałem ją przekroczyć, tym wyraźniej czułem, że tracę z nią kontakt. Jej twarz stawała się coraz mniej wyraźna, aż w końcu nie potrafiłem już odróżnić jej od otaczającego mroku.
Przez chwilę miałem jeszcze wrażenie, że słyszę jej oddech. Potem wszystko zniknęło. Nie wiem, ile trwała pustka. Nie było w niej snu, myśli ani czasu. Potem pojawiło się wrażenie dotyku — nie na skórze, lecz głębiej, jakby coś przywracało mi świadomość, warstwa po warstwie. Otworzyłem oczy. Nie leżałem już w sypialni. Znajdowałem się w przestrzeni, której nie potrafiłem rozpoznać. Otaczał mnie miękki, bezcieniowy blask. Wokół wznosiły się ciemne, niemal czarne powierzchnie, przecięte cienkimi pasmami złotego światła. Nie wyglądały jak lampy ani przewody. Przypominały żyły pod skórą czegoś ogromnego. Nie widziałem okien ani niczego, co pozwoliłoby mi ustalić, gdzie się znalazłem. Spróbowałem poruszyć nogami i poczułem, że nie mam pod sobą podłogi. Ciało unosiło się bezwładnie, jakby przestała obowiązywać siła, która przez całe życie trzymała mnie na ziemi. W panice wyciągnąłem rękę, a palce dotknęły ściany. Materiał ustąpił pod naciskiem odrobinę, jak napięta skóra, po czym stwardniał. Cofnąłem dłoń. Nie wiedziałem, gdzie jestem. Nie wiedziałem nawet, czy to miejsce znajduje się na Ziemi. Wtedy poczułem, że coś się zmieniło. Ciało opadło powoli, aż stopy dotknęły powierzchni. Zachwiałem się, odruchowo oparłem dłoń o ścianę i w końcu stanąłem. Nie wiedziałem, co sprawiło, że znów mogłem stać, ani jakie prawa rządziły tym miejscem. — Nie bój się — odezwał się kobiecy głos. — Zostałam przygotowana, by mówić w sposób, który twój umysł jest w stanie pojąć. Odwróciłem głowę. Stała kilka kroków dalej. Wyglądała jak młoda kobieta, choć jej nieruchoma postawa i precyzja ruchów zdradzały coś, czego nie potrafiłem nazwać. Miała ludzką twarz, wyraźne rysy i spojrzenie, które nie było ani puste, ani mechaniczne. Jej obecność była fizyczna; widziałem, jak światło układa się na skórze jej policzków, jak porusza się materiał ubrania, gdy przekłada ciężar ciała z jednej nogi na drugą. — Kim jesteś? — zapytałem. Głos zabrzmiał chrapliwie, jakbym długo nie mówił. — Lyra. — Gdzie ja jestem? — Na statku. — Jakim statku? Lyra nie odpowiedziała od razu. Jej wzrok przesunął się ku ścianie. Złote pasma rozbłysły nieco jaśniej, jakby statek zareagował na pytanie, którego nie powinien był usłyszeć. — Zostałeś powołany przed oblicze tych, którzy oczekują twojego przybycia. Moim zadaniem jest cię tam dostarczyć. — Dokąd mnie zabierasz? A Ziemia? Moja żona?
Lyra na moment spuściła wzrok. — Nie wszystko można odwrócić. — Nie pytam, czy mogę. Pytam, co się stało! — Wiem, że chcesz zrozumieć. Nie mam jednak odpowiedzi, która naprawiłaby to, co utraciłeś. Zacisnąłem dłonie. Wciąż czułem chłód w piersi, choć nie wiedziałem, czy był prawdziwy, czy pozostał po tamtej chwili w sypialni. — Jesteś maszyną? — zapytałem. Lyra uniosła brwi. Ten drobny gest był tak ludzki, że przez chwilę poczułem się jeszcze bardziej zagubiony. — Nie w taki sposób, w jaki rozumiesz to słowo. Jestem żywą istotą. Oddycham, czuję, mogę cierpieć i umrzeć. Nie jestem maszyną udającą człowieka. Jestem Lyrą. Moim zadaniem jest doprowadzić cię do miejsca, w którym masz stanąć. Nie wiem, dlaczego cię wybrano ani co czeka cię na końcu drogi. — Czyli tylko ty możesz ze mną rozmawiać? — Tak. Na czas tej podróży ustanowiono mnie jedyną osobą uprawnioną do rozmowy z tobą. Nie wszyscy zaakceptowali ten warunek, ale nikt nie może go złamać. Jej odpowiedź nie brzmiała jak przechwałka. Raczej jak obowiązek, którego nie mogła odłożyć nawet na chwilę. — A jeśli ktoś będzie chciał mi powiedzieć coś ważnego? — Wtedy będzie musiał znaleźć sposób, by przekazać to przeze mnie. Spojrzałem ponownie na ściany. Nie potrafiłem wyobrazić sobie skali konstrukcji, w której się znajdowałem. Miałem wrażenie, że statek nie został zbudowany po to, by przewozić pasażerów, lecz że sam jest światem — zamkniętym, obcym i obojętnym na tych, których niesie. — Kto zbudował ten statek? — zapytałem. Lyra spojrzała na rozciągającą się przed nami konstrukcję. Przez chwilę milczała. — Nie wszystko, co widzisz, ma prostą odpowiedź — odparła. — To znaczy, że nie wiesz? — Tego nie powiedziałam. Przyjrzałem jej się uważniej. Nie wyglądała na zakłopotaną, ale w jej głosie wyczułem ostrożność. — Więc wiesz, kto go zbudował? — Wiem tylko, że statek istniał, zanim ktokolwiek z jego obecnej załogi mógłby o nim opowiedzieć. Niektóre konstrukcje są starsze niż pamięć ras, które z nich korzystają. Spojrzałem na ciemne ściany, po których przesuwały się złote pasma światła. — A jego twórcy?
Lyra odwróciła wzrok. — Być może kiedyś poznasz odpowiedź. — A jeśli nie? Nie odpowiedziała. Po raz kolejny poczułem, że znalazłem się w świecie, w którym nawet najprostsze pytania prowadziły do zamkniętych drzwi. A za tymi drzwiami ktoś najwyraźniej czuwał. Lyra nie wyjaśniła, gdzie będę przebywał. Poprowadziła mnie przez kilka wysokich korytarzy, aż dotarliśmy do szerokich drzwi, które otworzyły się przed nami bez dotyku. Za nimi znajdowały się przestronne, prywatne pomieszczenia. Było ich więcej, niż potrzebował jeden człowiek, a ich układ i skala sprawiały wrażenie, jakby przygotowano je z myślą o kimś, kogo przybycia oczekiwano od dawna.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania