Sen o domu

I. Rura patrzy

 

Są dni, kiedy woda leje się z sufitu, choć nikt nie płacze. Są dni, kiedy otwierasz oczy — a na ciebie patrzy grzejnik.

 

Nie znasz tego uczucia? To znaczy, że jeszcze jesteś zdrowy. A zdrowie w tych czasach to największe kłamstwo.

 

W moim bloku nie mieszka już nikt, kto miałby kompletne ręce. Nie dlatego, że ktoś je im odciął.

Same odpadają. W proteście. W rozpaczy. Z nudów.

Zostałem ja. Piętro czwarte, okno na plac zabaw z ’91 — tam, gdzie nigdy nikt się nie bawił.

Teraz bawi się tam coś.

 

II. Ksiądz z betonu

 

Kilkanaście miesięcy po ostatnim pogrzebie dziecka — trzymali je w pudełku po Thermomixie TM31 — podszedł do mnie ksiądz.

 

Głos miał jak rura, z której wylewa się wrzące fekalia i wymiociy, które wywołuje się po przedawkowaniu ketrelu - jeśli ktoś zdąży.

 

– To się jeszcze trzyma kupy? — zapytał, nie patrząc mi w oczy. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

Świat? Moja głowa? Jego mosznowy worek, który puchł z każdym słowem?

 

Ugryzłem się w język i szepnąłem:

– Termofor cieknie.

Roześmiał się głucho, a potem podał mi rękę. Nie uścisk — samą rękę. Z paznokciami. Z zegarkiem. Z obrączką, na której wygrawerowano:

„Mama patrzy.”

 

III. Chłopiec z trzema oczami

 

Na placu zabaw pojawił się chłopiec. Bez kurtki. Z trzecim okiem w szyi — tam, gdzie inni mają krtań i bluzy z Kappahla. Nie ruszał się. Tylko patrzył.

Dni zlewały się jeden w drugi. Zima rosła. Śnieg przestał być biały — stał się zielonkawy, jak tłuszcz z taniego salcesonu. Chłopiec patrzył dalej. Ludzie, którzy go mijały, zaczynali krwawić z uszu.

 

IV. Przepowiednia z kaloryfera

 

Pewnej nocy, gdy nie mogłem zasnąć — bo moja poduszka oddychała — usłyszałem grzejnik.

Mówił jasno, jakby ktoś siedział tuż przy uchu.

– Spal plac zabaw. Spal go, zanim się powtórzysz.

Spal go, zanim zrozumiesz. Spal go, zanim znowu urodzisz się z termoforu. Nie rozumiałem ostatniego zdania, dopóki nie znalazłem zdjęcia.

Na odwrocie lodówki. W zamrożonym brokule.

Zdjęcie niemowlęcia.

 

Podpis:

„Sylwek – 1987. Urodzony w kuchence gazowej.”

 

Pasowało. Nigdy nie miałem pępka. Tylko żaroodporny gwint.

 

V. Finał (zakazany)

 

Dziś — po wszystkim — wiem jedno.

Zabiłem chłopca.To znaczy: wszyscy go zabiliśmy.

Plac zabaw spłonął. Nie było krzyków. Był śmiech rur.

I płacz pralki, co podtrzymywała rytm. Na końcu pojawił się mój ojciec. Z otwartą głową, pełną gówna.

Na szyi miał różaniec z mlecznych zębów.

 

– No to teraz ty — powiedział cicho.

 

I wszedł we mnie. Nie jak duch. Jak rurka od termoforu, która wpuszcza zimno do serca. Teraz już wiesz, prawda?

Nie było grzejnika. Nie było chłopca. Nie było księdza z betonu. Byłem tylko ja.

Ja — i to coś, co nocą wraca do rur, by na nowo cię urodzić. Nie wyjdziesz z tego mieszkania. Bo jesteś częścią instalacji. I kiedy patrzysz w okno… to nie ty patrzysz. To rura patrzy w ciebie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania