Serce Wielkiego Gala - Rozdział 1: Schronienie

Gatunek: Fanfiction / Romans / Komedia / Dramat Psychologiczny / Przygoda

 

***Notka autora***

 

Po dwóch latach pracy nad powieścią, postanawiam ją opublikować :) Łącznie ma 33 rozdziały. Pierwsze 4 rozdziały będą publikowane codziennie.

 

***

 

Streszczenie:

Zdemaskowana, młoda konspiratorka działająca przeciw Imperium Rzymskiemu przybywa do wioski Galów bez domu i niemal bez poczucia własnej tożsamości.

Obelix natomiast zawsze był pewien swojego miejsca w wiosce: być silnym, użytecznym i chronić tych, na których mu zależy. Ale co, jeśli pewnego dnia także ta pewność się rozsypie? Co jeśli ma już do stracenia więcej niż sam sobie zdaje sprawę?

Trochę poważniejsze spojrzenie na uniwersum Asteriksa - z przygodą, romansem, wzruszeniem i humorem, który nadal pozostaje częścią galijskiego życia.

 

***

 

Prolog

 

Sekret obnażony. Już nie ma odwrotu. Trzeba tylko biec, ile sił w nogach, byle przeżyć.

– Jeszcze tylko trochę. Jeszcze muszę wytrzymać! – myślała desperacko Livia, kiedy co tchu pędziła przez gąszcza lasu.

Jej długie, złociste włosy zlepiły się w wilgotne, splątane pasma. Z każdą sekundą, jej nogi wiotczały, a walka o równowagę stawała się coraz bardziej zaciekła. Mimo pełni słonecznego dnia Livię ogarniał mrok rozdzierający świadomość, zaś oczy oślepiał gryzący pot.

Wciąż czuła za plecami obecność rzymskich żołnierzy, którzy na ochrypły wrzask poczerwieniałego na twarzy strażnika zbiegli się z różnych części garnizonu, by pochwycić zdrajczynię Imperium. Wystarczył jeden, zbyt bliski i poufały ruch ku uciekinierom, by zorganizowana misja wyszła na jaw.

Kilkoro przedstawicieli galijskich opozycjonistów opuszczało podziemne fortyfikacje. Wszystko miało pójść tak, jak zaplanowała. Zakamuflowani przy użyciu dostarczonych przez Livię rzymskich peleryn obrali z pozoru najbezpieczniejszą drogę, jaką wskazała. Co się z nimi stało? Tego już Livia prawdopodobnie nigdy się nie dowie. Uciekała w popłochu przez podziemne zaułki garnizonu, a dalej już tylko w głąb przygranicznego lasu, gdy dwóch legionistów dosiadło koni i ruszyło prosto w jej kierunku.

„Tam jest! Zwiewa nam!” – wołali.

Livia zmieniła gwałtownie kierunek. Przewróciła beczkę, potem ławę. Po chwili stojak z włóczniami runął z ciężkim hukiem, aż galopujący za nią koń wierzgnął gwałtownie, niemal zrzucając z siebie legionistę. W końcu oddaliła się na tyle, aby zdążyć wybiec daleko w las, zanim żołnierze patrolu zdołali obrać właściwą drogę. Wybierając najgęstsze leśne zarośla, Livia kamuflowała się najlepiej, jak pozwalał na to teren. Dużo czasu upłynęło, zanim parskanie koni i trzask łamanych pod kopytami gałęzi zaczęły stopniowo cichnąć.

Obejrzała się jeszcze, patrząc w dal.

„Strażnicy!” – dostrzegła ruchomy zarys rozdzielających się postaci. W nadziei, że nie została zauważona, pobiegła najszybciej, jak tylko pozwalało jej wymęczone i drżące ciało, by w końcu znaleźć schronienie w wiosce Galów – tej samej wiosce, która wciąż stawiała opór rzymskiemu najeźdźcy.

 

Rozdział I – Schronienie

 

Kiedy przy kolejnej rozpaczliwej próbie nabrania powietrza Livia poczuła, jak jej klatkę piersiową ogarnia tępy ból, pojawił się w niej pierwszy impuls, aby się poddać.

Wtem dostrzegła w oddali drobną, męską sylwetkę. Z sercem pod gardłem przyglądała się jej przez chwilę i jednego była pewna: ta postać ani trochę nie przypominała rzymskiego żołnierza.

– Pomoc! W końcu jakaś pomoc! Może będzie on w stanie mi pomóc…

***

Asterix wracał przez las z koszem pełnym poucinanych gałązek – lokalny druid Panoramix, jak co roku w okresie przedwiośnia, potrzebował świeżych zapasów jemioły.

Nagle zmarszczył brwi. Spostrzegł w oddali młodą, smukłą kobietę w długiej, podciągniętej nad kolana sukni. Biegła w jego stronę. Przystanął na chwilę. Po kroju i stylu odzienia poznał, że owa nieznajoma wywodzi się z kręgów Rzymian. Zastanawiał się, z czego może wynikać nagłe pojawienie się rzymskiej kobiety w tych stronach. Im bliżej się znajdowała, tym więcej dostrzegał szczegółów. Najpierw jej zabrudzoną i podartą suknię, a potem wyraz jej twarzy. Zdał sobie sprawę, że dziewczyna jest przerażona i prawdopodobnie potrzebuje natychmiastowej pomocy.

– Halo, co się stało? Przed czym pani tak ucieka? – spytał, gdy w końcu nieznajoma znalazła się przy nim i od razu oparła się bezwładnie plecami o drzewo.

Twarz miała opuchniętą i czerwoną. Z trudem walczyła o każdy oddech. Nagle osunęła się na ziemię, a z jej gardła zaczęło przedzierać się łkanie, urywane przez zadyszkę.

– Błagam… – ledwo wydusiła z siebie i szybko zaczerpnęła powietrza: raz, drugi i trzeci: – Nie jestem jedną z nich… Oni mnie ścigają!

– Już, już, spokojnie – powiedział szybko Asterix i, odstawiwszy kosz, położył niepewnie rękę na jej głowie.

Przez jakiś czas rozglądał się naokoło, badając teren. Jedna ręka wciąż spoczywała na dziewczynie, zaś druga pozostawała, wyraźnie w trybie gotowości, muskając jakąś sakwę przy lewym biodrze.

Nagle rozniosło się echo, po czym znów rozległ się stukot końskich kopyt. Twarz nieznajomej na moment zastygła. Nie wstając z mokrej gleby, pochwyciła dłoń Asteriksa i, spoglądając nań oczami pełnymi łez, wycharczała:

– Tak bardzo przepraszam, że cię w to wpakowałam. Błagam, uciekaj i ukryj się. Ratuj się! Ja już nie mam siły…

– Poczekaj, poczekaj… – wtrącił szybko, dotykając jej ramienia. – Porozmawiam sobie z nimi, a ty się ukryj tutaj. – Wskazał wąski, piaszczysty rów, z którego wystawał obszerny pień.

Pomógł jej wstać i poprowadził ją kilka kroków dalej, by usadzić ją za szerokim pniem w rowie. Przysypał ją od stóp do klatki piersiowej piachem, po czym począł odrywać płaty leśnego mchu i przykrył nimi odstające fragmenty sukni.

– Proszę, zostaw mnie już i uciekaj stąd czym prędzej – zaklinała dziewczyna, krztusząc się piaskiem, kiedy Asterix zaczął opróżniać swój wielki kosz z gałązek, po czym nałożył go na jej głowę i ramiona do góry dnem.

– Pani teraz oszczędza głos, a ja sobie z nimi porozmawiam, kimkolwiek oni są – rzucił beztrosko.

Po kilku chwilach zza drzew i krzewów wyłonił się rzymski legionista dosiadający ciemnobrązowego konia. Livia obserwowała sytuację przez drobne prześwity w wiklinowym koszu, nie rozumiejąc, dlaczego żołnierz wzdrygnął się przed drobnym, blondwłosym mężczyzną.

– Ty tutaj? – spytał nerwowo żołnierz.

– A, tak – odparł Asterix nonszalancko. – Ładną mamy dziś pogodę na spacer, a nawet przejażdżkę, prawda? A cóż to takiego pana sprowadza w te okolice?

– Ja… – zawahał się legionista. – Ja jestem tu w celach najnormalniej w świecie pokojowych… – tłumaczył się nerwowo.

– Ach tak? – Asterix uniósł brwi. – I konia niesiemy w darze? Bardzo dobrze, przyda nam się w wiosce. Lecz włócznia… trochę jest dla nas niepraktyczna, ale doceniam – powiedział, zbliżywszy się o krok w kierunku legionisty.

– Nie, nie, to niezupełnie tak. – Odchrząknął. – Szukam młodej blondynki. Dość drobnej postury, w jasnoszarej sukni…

– Aha! – zachichotał Asterix. – Chce pan ją ująć wizerunkiem bohaterskiego żołnierza? Z pewnością niejednej mogłoby się to spodobać. Radziłbym jednak doczyścić te czarne paznokcie u stóp, bo nie wyglądają zbyt majestatycznie.

– He! – burknął żołnierz, wycofując nieco konia. W jednej chwili z zestresowanego, niewinnego amatora końskiej jazdy przeobraził się naburmuszonego bufona, wykrzywiając swe czarne jak smoła, krzaczaste brwi. – Nie twoja sprawa, Galu! Ja jestem żołnierzem ciężko pracującym i potrzebuję tylko wiedzieć, gdzie jest ta dziewczyna. Z pewnością ją widziałeś.

– Więc potrzebna jest ona do pańskiej pracy czy po co to panu wiedzieć?

– Bo jest obłąkana. Może zrobić sobie krzywdę.

Asterix zrobił grymas.

„Jaki troskliwy…” – pomyślał. – „…i pewnie jeszcze ją tą włócznią pogłaszcze”.

Uniósł pewnie wzrok na żołnierza.

– Tak, czmychnęła parę minut temu przede mną postać, którą pan opisuje – rzekł z wyrazem skupienia, jakby próbował dokładniej przypomnieć sobie zdarzenie. – Biegła w tamtą stronę, za te wzniesienia – dodał, wskazując w zupełnie przeciwnym kierunku.

– Po stokroć dzięki, Galu – rzucił żołnierz, zawracając konia. – I udanych zbiorów, cokolwiek tam chcesz zebrać, bo widzę, że coś ci się dziś nie powodzi – dodał z cieniem ironii, spoglądając jeszcze przez ramię na odwrócony do góry dnem kosz, który dzięki sprytnej inscenizacji Asteriksa wyglądał, jakby zupełnie płasko i bezwładnie leżał przy pniu.

– Tak, zbiory udane, naprawdę udane… – mamrotał z satysfakcją Asterix, gdy legionista zdążył już pomknąć na koniu dostatecznie daleko. – Nie pamiętam tak dobrych zbiorów… A kuku! – zawołał, zdejmując kosz z głowy Livii.

Ukazały się jej zdumione oczy i usta lekko rozchylone, jakby nie była w stanie znaleźć słów.

– Zdaje się, że teren jest już bezpieczny – rzekł po chwili, otrzepując ją z piachu i pomagając wstać.

Młoda kobieta, unosząc się na drżących nogach, niemal straciła równowagę. Była od Asteriksa odrobinę wyższa, ale to nic zaskakującego dla mężczyzny mierzącego zaledwie półtora metra. Spostrzegł, że musi być całkiem atrakcyjna, jednak teraz na pierwszy plan wychodziły oznaki wycieńczenia i bólu. Jednakże jej spojrzenie stawało się już bardziej przytomne.

– Czy dobrze zrozumiałam… – zapytała z wahaniem – wy się znacie?

– Pewnie tak, ale tylu ich już było, że zaczynam zapominać twarzy – powiedział Asterix, uśmiechając się szelmowsko.

Przyjrzała mu się uważniej. Widząc charakterystyczny galijski hełm i odzienie, zmarszczyła lekko brwi,

– Kim w końcu jesteś? Galem czy…

– Oczywiście, że Galem z krwi i kości! Nie miej wątpliwości. Mam na imię Asterix i mieszkam w okolicznej wiosce. A tobie jak na imię i skąd jesteś? Jak się tutaj w ogóle znalazłaś?

– Jestem z Germanii i mam na imię Livia, chociaż… – zawahała się – …no, tak mnie nazywają, choć trudno mi powiedzieć, kim jestem naprawdę – dodała z zakłopotaniem, wciąż usiłując opanować przyspieszony oddech.

Asterix uniósł brwi.

„Livia… nie brzmi to zbyt celtycko” – pomyślał.

Słuchał jednak dalej, nie chcąc na dziewczynę wywierać presji. I tak miał w głowie całą masę innych pytań – zdecydowanie za dużo jak na jeden szalony dzień.

– Wiem, że wyglądam, jakbym była jedną z nich, ale to nieprawda – kontynuowała. – Pochodzę z pogranicza Germanii, ale już nie mam gdzie się tam podziać. Bardzo tęsknię, ale oni już wszystko tam przejęli. Wielu zabili…

– Rozumiem, to bardzo przykre, ale jak się znalazłaś w Galii?

– To długa historia – westchnęła ciężko Livia – i nie zamierzam się rozwodzić. Pracowałam dla Rzymian w canabae, ale… To nie tak, jak myślisz. Pomagałam przede wszystkim Germanom, aż do czasu… – zawahała się. – Ja musiałam tu przyjechać.

– Dlaczego? – spytał, po czym zaczął nachylać się, by na nowo uzupełnić kosz rozrzuconymi gałązkami jemioły.

– Donosy… wydawałoby się, zupełnie błahe rzeczy, ale podejrzenia mnożyły się na potęgę. – Livia nachyliła się, gotowa do pomocy przy gałązkach, ale Asterix powstrzymał ją, widząc osłabione ruchy wiotkiego ciała. Obserwował ją uważnie. Próbował wyłapać jakieś sygnały kłamstwa, ale na razie Livia mu nie podpadała.

– W pewnym momencie – kontynuowała – zahaczyłam o karawanę kupiecką. Porozmawiałam, przekonałam i… weszłam w kolejny świat. Widziałam, że Galowie i Germanie mieli wspólnego wroga. A ja znów miałam czystą kartę… aż do dziś.

– Zatem pytam, co się stało?

– Kilka tygodni temu uwięzili nowych galijskich jeńców. Potem dowiedziałam się, że to dość wpływowi opozycjoniści. Podałam im dyskretnie peleryny i przygotowałam drogę ucieczki. Podałam jednemu z nich klucze, co zauważył strażnik. Obibok! – ożywiła się nagle trochę pod wpływem złości. – Zwykle odpuszczał sobie patrol. Akurat dziś przypomniał sobie o pracy! Zainteresował się nami od razu, a ja… tym razem na próżno próbowałam się tłumaczyć.

– A więc szpiegowałaś na szkodę Imperium? – spytał Asterix z autentycznym zdumieniem.

Livia przytaknęła nieśmiało.

– Teraz, gdy już zostałam zdemaskowana… – zawiesiła głos – …tak naprawdę nie wiem, dokąd mam pójść.

– Wracać znów do Rzymian raczej bym ci nie radził.

– Nie, nigdy więcej! – twardo postawiła sprawę Livia. – Jak już chcą coś osiągnąć, nie oszczędzają niczego i nikogo. Zimni, zuchwali… przynajmniej większość.

– Och, o tym nie musisz mi mówić, Livio. My też znamy ich już bardzo dobrze – powiedział Asterix z zawadiackim uśmiechem.

Po tych słowach Livia rzuciła Asteriksowi spojrzenie pełne podejrzliwości. Wciąż miała przed oczami twarze zastraszonych i bestialsko torturowanych całe mnóstwo jeńców, których poznała, a teraz siedziała wpatrzona w pogodną twarz Asteriksa, który z wesołym przekąsem opowiadał o Rzymianach jak o swoich starych, dobrych znajomych.

– Jesteś Galem – zaczęła ostrożnie, nie spuszczając z niego wzroku. – Rzymianie walczą z Galami. Przejmują ich terytoria. Mówisz, że miałeś okazję ich bliżej poznać, a oni nigdy nie zrobili tobie krzywdy? Ani twojej rodzinie? Ani twoim przyjaciołom? I teraz ot tak rozmawiałeś sobie z legionistą?

– Nawet nie masz pojęcia, ile razy nachodzili naszą osadę. – Asterix uśmiechnął się pogodniej, aż jego wąsy śmiesznie zadrżały. – Ale zawsze kończyło się to dla nich sromotną porażką.

– Ale… ale jak to? – Livia nie była w stanie uwierzyć w to, co słyszy z jego ust.

– Nie próbuj wszystkiego zrozumieć. Na razie pozwól się ugościć w mojej wiosce. Na tę chwilę nie znajdziesz dla siebie bezpieczniejszego miejsca.

Livia wciąż gorączkowo szukała w głowie sensownych odpowiedzi na nurtujące ją pytania, jednak nie miała siły tego analizować. Otrzepała podarte odzienie. Zachwiała się, niemal upadając, ale Asterix od razu podstawił ramię.

– Obawiam się – zaczęła nieco posępnie – nie będę się prezentować zbyt okazale, At… Ar… Oh, nie pamiętam, przypomnij proszę swoje imię, zanim palnę jakąś śmieszną głupotę.

– Asterix. Ale nie przejmuj się, wielu zapomina, a zwłaszcza Rzymianie. To od nich słyszałem najwięcej komicznych wersji mojego imienia. Idzie czasem boki zrywać.

Livia pierwszy raz od wielu chwil uśmiechnęła się szczerze.

– Dziękuję ci, Asteriksie.

I tak Asterix, wziąwszy pod pachę duży kosz, udał się z nową znajomą w kierunku swej osady, a Livia podpierała się o jego ramię z przeciwnej strony.

***

Wędrując przez las w kierunku osady, Asterix opowiedział Livii o niektórych mieszkańcach wioski: o starym druidzie Panoramiksie, dla którego dostarczał właśnie zapas gałązek jemioły, a najwięcej o swoim wiernym kompanie Obeliksie oraz krajach, które wspólnie do tej pory odwiedzili.

Livia słuchała go z zaciekawieniem, wtrącając raz po raz krótkie pytania. Wciąż jednak nie potrafiła zupełnie się uspokoić. Często rozglądała się wokół, by upewnić się, czy żaden Rzymianin nie kręci się w pobliżu. Asterix podkreślił jeszcze parokrotnie, że Livia nie ma się czego obawiać.

– Teraz zaprowadzę cię do mojej znajomej – oznajmił, gdy ukazały się przed nimi obrzeża osady. – Jest już wiekowa. Ma na imię Aira i od wielu lat żyje sama. Powinna zgodzić się tymczasowo dać ci schronienie. Jutro biesiada z dzikami. Jeśli przyjdziesz, będziesz mogła poznać więcej mieszkańców wioski i najeść się jak nigdy dotąd.

Livia nie miała sił na dyskusje, ale była pełna wątpliwości, czy powinna zadomawiać się u kogoś obcego i czy w ogóle jest gotowa nawiązywać znajomości na hucznych zgromadzeniach. Jednak gdy tylko usłyszała o jedzeniu, mimowolnie odparła:

– Dziki… Oh, jaka ja jestem głodna…

Asterix roześmiał się. Livia spojrzała na niego zdziwiona, zastanawiając się, czy nie została właśnie niesprawiedliwie wyśmiana.

– Już widzę, że świetnie się zrozumiesz z Obeliksem – powiedział.

Kiedy wreszcie dotarli do wioski, Livia była nieco zakłopotana. Wyglądała jak ruina samej siebie. Nadal trzymała się Asteriksa, który zrozumiał jej niezręczną sytuację i poprowadził ją drogą nieco bardziej okrężną, ale za to wiodącą przez mniejsze alejki. Mimo to napotkali po drodze nielicznych mieszkańców osady, a niektórzy z nich z konsternacją spoglądali na tajemniczą, blondwłosą „Rzymiankę” w opłakanym stanie, prowadzoną przez Asteriksa.

Dwie grubsze, starsze kobiety przy straganie z różnorodnym pieczywem szeptały intensywnie między sobą, marszcząc brwi.

Później garncarz, którego dłonie pokryte były brązową mazią, otworzył szeroko zdumione usta i złapał się odruchowo za głowę, niszcząc starannie wygładzone włosy.

Nikt nie rozumiał, jak mogło dojść do takiej sytuacji, jednak Asterix za każdym razem posyłał porozumiewawcze spojrzenia dając do zrozumienia, że wszystko jest w porządku i nie ma powodów do podejrzeń.

Livia ukradkiem napawała się urokami miejsca, w którym się znalazła. Zawieszała wzrok na licznych stoiskach rzemieślników. Jednak uwagę ich wyrobom kradły… wąsy. Jakie oni mieli wąsy! Niektóre bujne, jak u jednego kowala, zajmujące niemal połowę twarzy, jakby chroniąc ją przed lecącymi na wszystkie strony iskrami spod młotka, zaś inne mniejsze, choć kształtne. Jednak wszystkie wąsy były eleganckie i zadbane. Dopiero teraz, w spokojnym rytmie dnia codziennego, mogła rzeczywiście spostrzec ten wyjątkowy element galijskiej kultury.

Było jeszcze coś. Gdziekolwiek Livia spojrzała, widziała jakiś menhir. Wszędzie menhiry! I to z jaką precyzją wykończone! Zdecydowanie nie był to przypadkowy efekt, ale jak to możliwe, aby dokonać tego ludzkimi siłami?

W końcu uwagę jej głodnych oczu przykuła okolica z licznymi straganami. Kupcy byli bardzo intrygujący. Dość głośni, ale przeważnie serdeczni. Wielu klientów zamiast po towary przybywało na wesołe pogawędki. Nieco dalej dostrzegła dwoje kupców z sąsiadujących stanowisk, którzy kłócili się zaciekle, jednak i ta kłótnia wydawała się integralną atrakcją okolicy, zupełnie jakby wszystko było dokładnie takie, jakie ma być. Nawet wyzwiska wydawały się mieć swoje należyte miejsce.

Była jeszcze jedna rzecz, która łączyła wszystkich – nikt tu nie wyglądał na przestraszonego. Livia, obserwując to wszystko, przez chwilę poczuła, jak kiełkują w niej zalążki sympatii względem tego pięknego w swej prostocie, acz tajemniczego świata.

Jednak wśród mieszkańców znalazł się ktoś jeszcze – przygarbiony starzec, który poruszał się o swej lasce całkiem rześko, jednak gdy tylko dostrzegł ją i Asteriksa, natychmiast przyspieszył w ich kierunku, wymachując laską w powietrzu.

– A kogo ty tu znów przyprowadziłeś, Asteriksie? – rzucił, spoglądając na Livię z niechęcią. – Nie chcemy tu Rzymian!

Livia już miała zacząć się tłumaczyć, jednak Asterix zdecydowanie ją wyręczył.

– Spokojnie. Livia jest Germanką. Szpiegowała przeciwko Rzymowi, a teraz…

– Tym gorzej! Jeszcze przyprowadzi za sobą Rzymian!

Livia poczuła lęk. Rozumiała obawy Długowieczniksa. Zaczęło ją dręczyć poczucie winy, że naraża spokój tego miejsca, ale Asterix dawał jej gestem do zrozumienia, że nie ma się czego obawiać.

– Długowieczniksie, uspokój się! Rzymianie to żaden problem – próbował tłumaczyć Asterix.

Długowiecznix tylko się uniósł:

– Może tobie to pasuje, ale ja nie chcę, żeby moja rodzina cierpiała przez jakichś szpiegów czy innych obcych.

Livia odruchowo schowała się za Asteriksem, gdy starzec zbyt gwałtownie zbliżył się, prostując niebezpiecznie laskę.

– Proszę, nie! – jęknęła błagalnie. – Naprawdę nie zamierzam robić nikomu problemów.

– To po co przyszłaś?! – wołał, coraz bardziej tracąc panowanie nad sobą. – Ot tak liczysz na gościnę?

Asterix, widząc, że sytuacja wymyka się spod kontroli, zdecydował się zmienić taktykę rozmowy.

– Długowieczniksie – zaczął, przytrzymując jedną ręką jego laskę, a drugą jego żylaste przedramię. – Przecież u ciebie też widziałem przed chwilą jakiegoś gościa.

Długowiecznix zmarszczył brwi.

– Jak to? O czym ty mówisz? – spytał z napięciem.

Asterix uśmiechnął się pod nosem.

– Wyglądało, jakby ktoś wszedł do twojego domu. Twoja żona go wpuściła – rzucił niedbale, patrząc na horyzont.

Długowiecznix odwrócił się gwałtownie.

– Że co? Ktoś u niej jest?! – zawołał wzburzony.

– Wygląda na to, że tak. Twoja śliczna Długowieczniksowa zamknęła za nim drzwi i… – zawahał się, jakby w obawie, czy może dokończyć – …i już się nie otworzyły.

Starzec wybuchł, krzycząc, aż cała głowa mocno mu zadrżała: – To pewnie ten bard! Od miesięcy go podejrzewam!

Zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, pobiegł w stronę swojego domu najszybciej, jak tylko pozwalały mu jego stare nogi.

Asterix zwrócił się z satysfakcją do Livii, wyraźnie zdumionej tak gwałtowną reakcją Długowieczniksa.

– To zawsze działa – rzekł z uśmiechem.

– Obawiam się, że nie wzbudziłam najlepszych reakcji jak na pierwszy raz… – westchnęła Livia posępnie.

– Spokojna twoja głowa, Livio – odpowiedział Asterix z wesołą beztroską.

– Jestem pewien, że większość ludzi, których tu znam przynajmniej da ci szansę. A Długowiecznix? Cóż… Nikt w wiosce nie bierze jego narzekań zbyt poważnie.

Idąc dalej, mijali urocze, niewielkie chatki, aż w końcu zatrzymali się przed jedną z nich. Wyróżniały ją wystrugane z drewna, jasne, kwiatowe zdobienia prezentujące się na drzwiczkach frontowych, do których prowadził kamienny podest. Przy bocznej części chatki rozciągało się małe, ogrodzone pole. Był to ogródek – zadbany, choć co prawda jeszcze szarawy, jak to w okresie przedwiośnia. Z tyłu za chatką natomiast malował się szeroki, lśniący staw. Był to teren należący do Airy – kobiety, o której Asterix wcześniej opowiadał.

Wszedł na kamienny podest, po czym zapukał do drzwi, a po chwili z wnętrza chatki można było usłyszeć powolne, choć rytmicznie stawiane kroki. Drzwi otworzyły się spokojnie, ukazując niewysoką, przygarbioną staruszkę podpierającą się o długi kij pasterski. Miała siwe włosy splecione w gruby warkocz sięgający linii bioder.

– To ty, Asteriksie. Widzę, że znów Panoramix po coś cię wysłał. I chyba masz dla mnie miłego gościa.

Jej głos był cichy i kojący. Zbliżyła się o krok w kierunku Livii.

– Ta młodzinka wygląda na bardzo zmęczoną.

Asterix opowiedział Airze o okolicznościach, w jakich poznał Livię, i wyjaśnił sytuację, w jakiej się znalazła.

– Asteriksie, teraz ja się nią zajmę, a ty dokończ na spokojnie swoje sprawy. Niech bogowie będą z tobą.

Asterix przed wyjściem spojrzał na Livię, by obdarzyć ją uśmiechem, chcąc dodać jej otuchy.

– Jutro bądź gotowa. Przyjdę po ciebie, nim wszyscy zejdą się na biesiadę. – poinformował ją pośpiesznie, machając ręką na pożegnanie.

Livia, mimo że otulona ciepłem ogniska i otoczona troskliwością Airy, wciąż nie mogła odpędzić niepokoju.

– Idę zagrzać wody – oznajmiła staruszka, zgarniając chrust pod ścianą. – Musisz się umyć, przebrać i porządnie najeść.

– Zostanę tylko do rana – odpowiedziała Livia szybko. – Kiedy odpocznę, ruszę dalej.

Aira spojrzała na nią znad paleniska.

– Dokąd?

Livia zastanowiła się zaledwie na mgnienie.

– Do Condate. Oczekuje mnie tam taka dalsza krewna. Pomoże mi znaleźć pracę i miejsce do zamieszkania.

Aira wyswobodziła ręce, wrzucając cały chrust do ognia. Otarła dłonie o spódnicę i podeszła w stronę Livii, mierząc ją niezwykle przenikliwym wzrokiem.

– Nie próbuj mnie okłamywać, Livio.

Livia zesztywniała. Po chwili zmarszczyła brwi.

– Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli.

– A ja wiem, że rozumiesz doskonale.

Livia patrzyła na nią zdecydowanie, ale jej upór zaczął topnieć pod wpływem jakiejś niezwykłej, ciepłej siły, którą Aira miała w oczach. Poczuła się tak, jakby w jednej chwili zerwano z niej jedyną osłonę, która pomagała jej przetrwać ostatnie lata. Odwróciła tylko głowę i spuściła lekko wzrok.

– Skąd wiesz? – spytała cicho.

– W twoich oczach nie pojawił się nikt. Tylko te drzwi, jako jedyna droga ucieczki. – Zbliżyła się nieco bardziej. – Nie potępiam cię za to, że nie jesteś w stanie otworzyć się przed kimś obcym. Jeżeli nie chcesz o czymś mówić, powiedz mi to wprost. Uszanuję twoje milczenie. Ale nie staraj się mnie więcej okłamywać. Powiedz mi, jeśli chcesz: czy masz dokąd lub do kogo iść?

Livia splotła ciaśniej palce i zacisnęła usta. Wzięła długi, nerwowy oddech.

– Nie mam takiego miejsca… Nie mam nikogo…

Aira położyła pomarszczoną dłoń na jej zaciśniętych palcach. Livia ostrożnie podniosła wzrok.

– Przepraszam – wyszeptała.

– W takim razie nie musisz odchodzić.

Na dłuższą chwilę zapanowała cisza.

– Dlaczego mi pomagasz? Przecież zupełnie mnie nie znasz.

Aira przyjrzała jej się uważnie.

– Mam swoje powody.

Livia gwałtownie spojrzała jej w oczy.

– Poza tym… – mówiła dalej – …ktoś o złych zamiarach nie drży przed byciem ciężarem dla innych bardziej niż przed własną krzywdą. Znałam kiedyś bliżej kogoś bardzo podobnego do ciebie… W każdym razie nie żądam, żebyś u mnie została, a jedynie proszę, żebyś pozwoliła sobie pomóc.

Livia poczuła, jak coś w niej drgnęło. Aira roztaczała wokół siebie niezwykłą aurę. Ostatni raz czegoś podobnego doświadczała przy własnej matce. Poczuła, jak po raz pierwszy od bardzo dawna się wzrusza. Samo miejsce wydawało się jej coraz bezpieczniejszą przystanią. Patrząc dłużej na staruszkę, w końcu w jej oczach pojawił się blask. Aira zauważyła to i uśmiechnęła się ciepło.

– Chodź. – Delikatnie otoczyła ją ramieniem.

Niedługo po tym, jak Livia obmyła całe ciało w beczce z ciepłą wodą, Aira z niezwykłą delikatnością rozczesała jej potargane włosy i poczęła zawijać pojedyncze kosmyki w zgrabne upięcia, zaś ciało odziała w nieco zbyt luźną, kaszmirową tunikę. Chwilę później zaprosiła Livię na strawę.

Dziewczyna ochoczo posiliła się pieczoną rybą i białym serem, popijając wszystko naparem z suszonej szałwii. Jakże ona była głodna… Zjadła taką ilość, że w pewnym momencie nie kryła zakłopotania, jednak Aira zachęcała ją serdecznie do nabierania kolejnych porcji, ciesząc się, że Livia może najeść się do syta. Z biegiem czasu, między kobietami tworzyła się coraz większa nić porozumienia.

Wkrótce do chatki zawitała grupa czterech kobiet.

Dwie z nich były młodymi dziewczynami, które najwyraźniej trzymały się razem.

Jedna była stosunkowo wysoka jak na kobietę, a za sprawą trwale wypisanych na twarzy powagi i chłodu sprawiała wrażenie nieco starszej, niż mogła być w rzeczywistości.

Druga z kolei była o wiele niższa. Jej pyzata, pogodna twarz sprawiała wrażenie, jakby dziewczyna tylko czekała niecierpliwie, aż w końcu kogoś ukocha, obsypując komplementami.

Te dwie młode kobiety wyraźnie tworzyły między sobą kontrast pod każdym względem, a mimo to ewidentnie trzymały się razem.

Pozostałe dwie niewiasty były w średnim wieku. Jedna z nich wyraźnie przewodniczyła tej żeńskiej kompanii. Odezwała się jako pierwsza:

– Był u nas w warsztacie Asterix i powiedział nam o jakiejś nowo przybyłej, która zatrzymała się tymczasowo tutaj.

– To gdzie się chowa nasz miły gość? – spytała ta niska, pyzata, rozglądając się po izbie i nie kryjąc entuzjazmu.

Livia wyjrzała z oddzielnej izby, gdzie zaznawała już zasłużonego odpoczynku.

– Czy to o mnie chodzi? – spytała z przyjaznym, choć nieco wyuczonym uśmiechem.

Dziewczyna przytruchtała do niej i, ściskając jej obie dłonie, zaćwierkała:

– To ty jesteś ta Livia, prawda? Ja jestem Nessa. Bardzo miło mi cię poznać. Musisz mi koniecznie poopowiadać o wszystkim! Twoja misja musiała być niezwykle fascynująca.

Livia poczuła lekkie zakłopotanie. Entuzjazm i wesołość Nessy były wręcz przeszywające na wskroś. Mimo, że nie doszła jeszcze w pełni do siebie po ciężkich przeżyciach, zachowała przyjazne nastawienie. Jednak zanim zdążyła coś nieśmiało odpowiedzieć, włączyła się ta wyższa, wyraźnie temperując swoją koleżankę:

– Ty weź już nie rób z siebie wariatki, bo nie przyszłyśmy tu podniecać się Rzymianami – zawołała z chłodną powagą.

– A to, Livio, jest Edana – kontynuowała Nessa nieco spokojniej. – Zapewniam cię, nie masz się co bać. Ciężko o lepszą przyjaciółkę niż ona.

Edana wywróciła tylko oczami, wzdychając z irytacją, po czym przekazała przewodniczącej kobiecie kilka sukien złożonych w równe prostokąty.

– Uprzedzam, lepiej się bać – burknęła, po czym odwróciła się na pięcie. Przewodnicząca kobieta, podtrzymując szaty od spodu i od góry, podeszła do Livii, przy której Nessa w końcu zrobiła miejsce.

– Postanowiłyśmy sprezentować ci te suknie. Tak na dobry start w nowym miejscu – rzekła, wręczając Livii starannie złożone stroje.

– Nie wiem, co powiedzieć. Nie wiedziałam, że zostanę powitana tu aż tak ciepło i hojnie… – Livia nie kryła zmieszania.

– Ależ to naturalne, Livio! – zawołała wesoło Nessa, znów podchodząc do niej. – Przecież przybyłaś tu tak bez niczego, to co sobie innego wyobrażałaś? Że nago ci chodzić pozwolimy? – dodała z zadziornym uśmiechem, szturchając ją w ramię. – To wszystko zostało uszyte w naszym zakładzie. Gwarancja jakości! – mrugnęła do niej.

– Tak… – kontynuowała kobieta, zlekka onieśmielona entuzjazmem Nessy. – Teraz będziesz mogła czuć się bardziej komfortowo.

– Dziękuję wam z całego serca – powiedziała Livia, podchodząc i ściskając dłonie każdej z kobiet. – Sama pracowałam przy szyciu. Wiem, ile pracy kosztuje wykonanie takich sukni.

Wtem czwarta kobieta, widocznie najstarsza, która do tej pory stała na uboczu, tylko wsłuchując się w konwersację, nagle wtrąciła:

– Nas jest dużo więcej w zespole. Nie ma dnia, by nie wyszło od nas kilka nowych, ładnych rzeczy.

Kobiety gawędziły ze sobą jeszcze jakiś czas.

W końcu, pożegnawszy się z nowymi znajomymi, Livia odbyła jeszcze niedługą, acz ciepłą i kojącą rozmowę z Airą. Po wszystkim udała się do wydzielonej izby.

– Pamiętaj, Livio – rzekła spokojnym głosem Aira, zanim Livia zamknęła za sobą drzwi. – Nie przed każdym powinnaś się otwierać. Uważaj na to, do kogo mówisz i ile mówisz.

Livia przytaknęła z uśmiechem, zastanawiając się, czy oby nie wyjawiła zbyt wiele. Przez jej myśli przemknęły jeszcze słowa Długowieczniksa: „…jeszcze przyprowadzi tu Rzymian!… Po co tu przyszłaś?”. Nie miała jednak już sił ich analizować. Po chwili leżała na swym nowym posłaniu, czując, jak pierwszy raz od dawna zaczyna się naprawdę odprężać, z tyłu głowy kołatał się dylemat, czy rzeczywiście może być spokojna. W pewnym momencie zasnęła jak kamień – głuchy na wszystko.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania