W sinym świetle meliny
Towarzystwo piło jak co noc, a dobra zabawa to się ma tendencję przeciągać na dwie doby, trzy i więcej.
Nie wiadomo kiedy Kazik przestał pić.
W sinym świetle meliny dźwięk i obraz przechodził stany zakłócenia, nikt nie zauważył, że Kazik ma już dosyć i to od kilku flaszek. Było mokro wokół, ale Kazik się nie zsikał, Kazik wiecznie zasnął, szkoda tylko ze dwóch flaszek, lali mu na czuja, przelewało się no i litr zmarnowany, ale co mieć do Kazika pretensje? – Był mógł, to był pił. Kazik zszedł i gorzkie żale mu.
Trzeba było Kazikowi pomóc, zesztywniał już niestety i trochę się uwędził w dymie papierosowym, od którego przestrzeń była gęsta.
Nie było sensu taszczyć zwłok do domu, bo pozycja nie wzbudzała wrażenia naturalnej.
Zaskakujące sytuacje wymagają narodzin geniuszu i tym razem też tak było. Przede wszystkim musiała przetrwać melina, zatem ochotnicza grupa wykonawcza nazbierała butelek w torbę doraźną typu reklamówka, oraz kilka popielniczek w kieszenie, a także zabrała ze sobą niezbędny prowiant.
Akcja rozgrywała się nocą. Wypożyczono, rwąc kłódkę z szopy narzędziowej lokalnego majsterkowicza, taczkę.
Trochę ziemniaków i innych warzyw zabrano ze śmietnika warzywniaka, były czwartej świeżości, ale nawet niektórzy zagryzali nimi płyn mocy 40% vol. i wyżej, przezornie zabrany na drogę w ramach prowiantu, więc skoro były konsumowalne, to tym bardziej nadawały się na przykrycie zwłok Kazika. Stos warzyw na Kaziku wieńczyła półtorakilogramowa gruba mortadela i bochenek chleba, prewencyjnie także wchodzące w skład prowiantu na wzmocnienie podupadłych, po gorszym trunku, bo akurat ogórków czasowo brakowało w zasięgu. Po tym, jak załadowano go na taczkę i zamaskowano wyszkartem z warzywniaka, zaułkami popchano w stronę parku.
Na miejscu Kazik został usadzony przy stole parkowym i z użyciem posiadanych akcesoriów, dopasowany; podporami, wkładkami, klinami z dostępnych suchych patyków i w efekcie wyglądający na fest naturalnie jakby był się tam znajdujący w pozycji, w jakiej zastygł, trochę ją jednak zmieniał, osuwał się, ale pracowano nad tym i wyszło dobrze.
Opierał się o butelki, ziemniaki, puszki, popielniczki, paczki po papierosach, a nawet chleb i grubą mortadelę, które miały być zagrychą na, po robocie, ale w końcu dla kumpla ostatni raz, więc pościł nawet, kto zgłodniał, przekonywali się ewentualnie niektórzy do kuchni jarskiej z resztek zasobów ze śmietnika warzywniaka i też było dobrze, a lekko strawnie. Ostatecznymi szlifami wyprofilowano ciało popielniczkami i puszkami po piwie – było cymes.
Rozrzucono tytoń i trochę całych i połamanych papierosów i zapałek, odpalonego jednego szluga z filtrem wciśnięto Kazikowi do ust, by wzmocnić naturalizm.
Na pożegnanie zostawiono mu niedopitą szklankę. No i scenografia była w cud.
– Oto dzieło skończone – żegnaj dobry kolego.
Warzywa użyte do maskowania Kazika na taczce, wrzucono do parkowej fontanny ku uciesze porannego ptactwa.
Taczki nie było sensu odprowadzać do szopy właściciela, bo bliżej było pod kościół, a nawet plusowało dla wierzących, a niektórzy byli, tylko z praktyką szło różnie. Jednak żeby tak po uczciwości szło, to uczyniono szybkie głosowanie, gromadzko wszyscy byli na tak, więc postąpiono wedle zamiaru i tam też gdzie postanowiono, zostawiono taczkę, czyli pod furtką kościoła od strony plebanii, a rankiem znikła – pleban sprawnym darom w korozję nie zaglądał.
Przez dwa dni Kazik tak w parku siedział, aż zaczęło przy nim dłubać ptactwo, wąchały go psy i sikały po nim i pod nim, naturalnie więc wyglądało, że pijak, i że jeszcze zasikany. Ludzie mijali, bo pijak, to jak pijaka.
Jak Kazik zaczął zalatywać już nie tylko wonią etanolu i psich siusiek, to ktoś zawezwał straż miejską.
Na przywitanie Kazik dostał pałą w kark i trochę mu dziwnie głowa nisko opadła, straż się zorientowała w stanie, to pomyśleli, że może przez nich, więc dobra, niech on jeszcze poleży, z rana wezwie się ratownictwo medyczne, i powie, że taki był, a nuż może jeszcze wytrzeźwieje?
Dobrze, że Kazik jeszcze na melinie podwędził się trochę dymem ze szlug, bo ocieplenie szło.
Rankiem przybyło ratownictwo medyczne:
– Fajnie nie jest, nic tu już po nas, trzeba stwierdzić zgon. Lekarz może być jutro rano, pilnujcie zwłok.
Szóstego dnia nie było wątpliwości, jak Kazik skończył.
Lekarz maznął formalnie akt, że Kazik, we wpisie „NN”, umarł na zgon wskutek przedawkowania etanolu w okolicznościach parkowych.
Potem wywieźli czarnym samochodem doczesność jego w początkowej fazie rozkładu i Kazik już nie mógł pić w znajomym sinym świetle meliny.
Cześć pamięci Kazika.
Komentarze (16)
Dzięki za czytanie:)
5, pozdrawiam 🙂
Dzięki za wizytę.
Dziękuję za wizytę.
Dziękuję za wizytę.
Dzięki za wizytę.
A tak na poważnie, nie marnuj talentu na picie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania