Sine Światło Meliny
Powieki powoli rozklejają się. W głowie nie mam myśli, mam pierdolony raport błędów. System leży i kwiczy. Łączność z bazą danych? Zerwana. Pamięć operacyjna? Przesiąknięta etanolem i żółcią. Jedyne, co działa, to podstawowe instynkty – oddychać, nie rzygać, przeżyć.
Na stole krajobraz po bitwie, którą sromotnie przegrałem. Szklany cmentarz. Pusty Walker patrzy z wyższością na pustego Chopina, a nad nimi dominuje armia taniej patologii: Parkowe i Tatry. Im niższa cena, tym więcej trupów. Przy karcie bankomatowej, umazanej czymś lepkim, ostało się trochę białego pyłu. Resztki magii. Wcieram to w dziąsła, czując drętwy, chemiczny chłód.
W skroniach napierdala perkusja. Czyste Drum’n’Bass, stabilne 170 ext{ BPM}, jakby mi ktoś wmontował w mózg wiertarkę udarową. W ryju mam kapcia – posmak najtańszej gorzały wymieszany z lakierem do włosów i porażką. Okno wywalone na oścież, styczeń, mróz powinien mi mrozić krew, a ja płonę. Czysty, obrzydliwy skwar. Ściany są znajome w ten specyficzny, menelski sposób – pożółkłe od wilgoci, nikotyny i cudzych dramatów. Ale nie wiem, gdzie jestem. Warszawa, którą noszę pod czaszką, nagle wyparowała.
Mapa się spaliła.
Z kuchni dobiegają głosy. Stłumione śmiechy, bełkotliwe gadki – każdy dźwięk to sztylet wbijany prosto w zwoje mózgowe. Nie kojarzę tych ryjów. Nie znam tych głosów. Dźwigam się. Organizm wyje o wszystko: o wodę, o glukozę, o litość. Nogi mam z waty i szczyn. Padam na to zasrane łóżko, ale wstaję znowu. Przecież to standard. To jest moja rutyna, pojebany dzień świstaka w wersji hardcore.
Człapię do kuchni, a tam komitet powitalny. Uśmiechnięte, nieznajome twarze. A raczej mordy.
– Siema, *******! – rzucają, jakbyśmy znali się chuj wie ile. – Dzwoniłeś do roboty?
Kim wy, kurwa, jesteście? Skąd znacie moje imię?
Wybucha panika. Nie ma tlenu, nie ma logicznych pytań. Jest tylko instynkt ucieczki. Szarpię kurtkę, wywalam się na drzwi, muszę zniknąć. Biegnę przed siebie, ale miasto jest obce. Ulice nie mają nazw, budynki nachodzą na siebie jak w sennym koszmarze. Błądzę godzinę, może wieczność, aż w końcu ląduję na peronie.
Podnoszę wzrok na tablicę. Litery tańczą, ale w końcu zastygają w wyroku.
Łódź Widzew. Ja pierdolę.
Jak?
Komentarze (27)
„Mapa się spaliła” - to mi siadło. Witaj w melinie 😅
Chciałem coś typu "mapa się spaliła, chwilę po bletkach". Ale ciach. I chyba lepiej.
A, witam, powiedziałbym że nowość, ale melina... XD
No grubo.
To to jeszcze nic...
Sine światło, brutalny realizm i psychoza... pojechałeś mi po zmysłach.
I tylko spisane... Takie sytuacje, przeżyte, wywierają dziurę w głowie. I bywają punktami zwrotnymi.
Brutalnie realistyczny obraz. Brutalny temat. Dobra robota.
Brutalność smykałki do uzależnień. Fakt.
Dobra robota. Z zerwaniem z tym. Tak.
Dzięki za poczytanie. I witam na Opowi 🖖
Aż się musiałam otrząsnąć. Bardzo mocne, obrazowe i niewygodne. Jak wspomnienie z poprzedniego życia.
Można tak powiedzieć. Każdy ma swoją historię.
Dzięki za poczytanie 🖖
Krajobraz po bitwie i adekwatne odczucia wskutek. Metafora w mocy.
Co tu dużo mówić... W punkt.
JagVetInte, Ale nie jest to punkt wyjścia bez wyjścia.
nie mam talentu Nie jest. Natomiast wyjście jest jednym z najcięższych punktów na prostej.
JagVetInte, Materiał wybuchowy, może wytworzyć realia (taki gaz), do nadania prędkości początkowej na poziomie zadowalającym, czyli tyle ile potrzeba.
nie mam talentu i najlepsze że cały zapas, jeśli eksploduje na raz, może być mniej szkodliwy niż ta sama ilość podzielona na mniejsze ładunki, z eksplozjami zdeponowanymi w odpowiednich odstępach czasu.
JagVetInte, a gdybyś miał szyję długą jak żyrafa. To byłyby cofki.
Na jednej z imprez z Carewną, /pod świadomy koniec/ ktoś zaczął polewać Korsarza, najgorszą czeską wódkę ala spirytus drzewny. Napewno wyrzucałem przez okno banknoty po 100 koron. Na drugi dzień koleżka, który zbierał, oddał mi je.
Przemycili mnie do pracy, zabunkrowali w remontowanym palniku pyłowym, nie mogłem pić, palić bo cofało. Po fajrancie, wymoczony pod prysznicem, usmarzyłem sobie jajecznicę na miękko. popiłem herbatą z cytryną. Okazało się, że będę żył.
Potem już nigdy w życiu nie zwracałem, nawet po polityce.
Grain o Panie... Po takich trunkach to można zgona zaliczyć... I to dosłownie. W latach 99/00 pijaczki u mnie na Pradze padali jak muchy, bo na stadionie były sprzedawane podobne, w ładnych butelkach. Za grosze.
A tamci zapaści dostawali.
Widzisz, przetrwałeś najgorsze a potem to już z górki. Swoją drogą... Jajecznica to jest lek w odpowiednich warunkach.
JagVetInte KORSARZ - TO LEGALNY TRUNEK ZE SKLEPU, DZIAŁ MONOPOLOWY
ciekawostka, na górskich terenach byłej Jugosławii, ubogich w owoce pędzono napitek z odchodów zwierzęcych zwany Gnovarnica
Grain No tamte też na legalne wyglądały. Ale to Jarmark Europa... Więc no, jeden miał kradzione, oryginalne. Drugi...no.
Widzisz. Nie ważne jakby było źle, nie byłoby nic. Ale chlanie... Zawsze się coś ogarnie.
Mój zgon pijacki zaliczyłam przy ognisku, na szczęście na cmentarzu żydowskim za rzeką. Nie było daleko i mordy najbliższe mnie otaczały.
Ale tak wyjechać z miasta, no Panie. Straszno nie śmieszne. 😁
Troszkę przerażające... Ale cóż, zdarzało się. Akurat łódź najdalej. Było jeszcze kilka, pod Warszawą. Ale to...
Zgon na cmentarzu... 😏??
Jag "Zgon" po spożyciu za dużej ilości trunku wyskokowego. 😁 Film się zrywał.
Ten cmentarz jest bardzo stary, były tam pojedyńcze groby i ruina budynku. Zaniedbane, nikt o to nie dbał. Nazywa się "Żydowska górka".
C₁₂H₂₂O₁₁ O jej... Ale miejscówka... Ten klimat.
Wygląda na miejsce w którym Wiedźmin mógłby walczyć z Północnicą. Lub Strzygą.
Jag https://drzewo.homeip.net/HisRog/GmiZyd.html
C₁₂H₂₂O₁₁ ooo....
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania