Skala

Trzynasta. Stół odsunięty, dywan zwinięty i wsunięty pod okno. Na parapecie poziomica — oczko tańczy przy kresce.

Na parterze wszystko dzieje się od razu: furtka szczęka, koła wózka suną cicho, próg pachnie mokrym papierem. Kartony ustawiają się w korytarzu jeden za drugim; krawędzie tektury rysują skórę w czerwone paski. Oddech prosty i powtarzalny. Oczko się uspokaja.

Rozkładamy teren na trzy tory: lewy — do wyniesienia, prawy — do złożenia, środkiem — pas pracy. Miarka, mały kątownik i pudełko końcówek układają się w gotowość. Instrukcja jak mapa: czarne strzałki, kropki. Nacinam taśmę — suchy trzask tektury. Folia szeleści; styropian sypie się na drobny śnieg. Skóra łapie zapach kleju i zostawia go na opuszkach.

Praca układa się we wspólny rytm, bez komend: ja odsuwam ciężkie, ona podaje to, co potrzebne. Bit pojawia się w dłoni chwilę przed potrzebą; śruba czeka tam, gdzie zatrzyma się ręka. Gest wraca do mnie skorygowany o precyzję.

Pierwsza bryła siada: kołki wchodzą gładko, gwint łapie krótkim piskiem, dłoń dociska, poziomica zatrzymuje oczko w centrum, regulacja stopki o pół obrotu stawia całość.

Druga rośnie szybciej: płyta, kołek, śruba, docisk. Kreska grafitu przenosi ścianę na materiał; poprawka o włos. Pot na karku zbiera pył; kilka kosmyków przykleja się i odrywa. Łapię kadr. Zamiana miejsc.

Trzecia i czwarta idą w tempie; bateria prosi o wymianę — pstryk. Śruby „na krzyż”, tylna płyta przyjmuje gwoździe równym pulsem. Jeden się wygina; prostuję o krawędź młotka — wraca do linii bez śladu.

Światło przesuwa się z parapetu po podłodze o szerokość dłoni. Woda w szklance traci chłód; pęcherzyk przy ściance dopływa do środka. Piony stają: pięć przęseł, ten sam dystans. Rytm idzie równą falą. Krawędzie łapią światło; półki oddają je w głąb. Drzwi domykają się lekko.

Siadamy na skraju stołu. Dłonie cięższe, skóra ma chropawą warstwę pyłu. Cisza potwierdza zrobione. Porządek zjawia się od razu: karton znika, folia milknie, styropian przestaje tańczyć, narzędzia wracają do pudełka, instrukcja składa się na cztery — brzegi się zgrywają. Powietrze świeże. Ona domyka wszystko jak zwykle i po kwadransie pokój jest czysty.

Stoję pod oknem. Poziomica wraca na parapet — oczko w centrum. Wystarczy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania