Skała, róże i - krew
Strzelista skała wystaje z polany,
osaczona jest różanymi krzewami,
mieni się i błyszczy stawowym połyskiem,
odziana w namiętność i żar słońca.
Tłamsi me ciało w dębowych uściskach,
oczy zatapia w swym blasku,
wiedzie mój umysł ku wiecznym płomieniom -
lecz na drodze napotykam martwicę i mróz.
Rozcinam dłonie różanym pędami,
upuszam posokę na zimny kamień,
wcieram i pokrywam go w całości -
stając się próbą, by głaz otulić szkarłatem.
Kapią łzy miodu i soli,
wsiąkają w grunt jak czerwień z kamienia -
a on wciąż twardy i martwy,
ściera krew i ją odpycha.
Widok ten cierniami serce spowija,
otula je krzakami zawistnych jeżyn,
kryje w pnączach o bukowych rozmiarach -
wbija w głąb kolce z każdym uderzeniem.
Rzucam swe ciało - już puste - bliżej kamienia,
oplatam go rękami i składam pocałunek,
dociskam dłoń, tworząc krwawy ślad -
po czym opadam w nicość,
jak te róże i krew.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania