skamieniały

gdy gra muzyka i wszystko się zapieka

organy chcą wyrzucić z siebie grząską toń

płaszcz z swetrem się ciągle biadą zwleka

dopływa do szerokich ulicznych pustynnych dłoń

 

ta era znienacka się zapiera

piszczy dnem z własnego musu co to przez ego

cholera już mnie wielce tak poniewiera

do serca złote liście się tną co to jest w lewo

wydają góry purpurowe brzmienie

i ołowianym losem tną swe wyżyny

waleczność się ze sobą rwie po niczyim lesie

stukając jak armata w te ciągłe miny

 

ukrywa się szturmem los sponiewieranych

chwalebna cisza napaja smutkiem swój gniew

bożyszczem jest już ten typ rozeznany

promieni gdy głuchy skamieniały niczyi latarni śpiew

 

pokrywa bałwochwalna zamienia się w rytm

dociera do granic swych pustych możliwości

pantera zabiera swoją jasną zgubę w tonącą myśl

uwiera skąpymi baletami z uścisłości

 

gdzie grzmi struktura i pada się w woń

Chimera obumiera w swej litej naturze

a serce dotyka swą miłą do zera skroń

wszystko zakrywa płaszcz w swej dzikiej chmurze

dlatego walcz mieczem o stół i o gwóźdź

aby radosnym to słonko powlekało

za bardzo się burzy ten mocny ruszt

co spocznie jedynie stęchliźnie zabrało

 

i wiara nadzieja i miłość chce

dotykać anielskiego roztropnego człowieka

bo rozkosz za bardzo się budzi tłem

zaczyna powoli dotykać się nocna powieka

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania