Sklep rzeczy utraconych - Rozdział 1
Eveline od początku uważała, że sklep lorda Vaelena był absurdalny.
Nie dlatego, że sprzedawano w nim bezużyteczne rzeczy. Przeciwnie. Większość z nich była użyteczna do tego stopnia, że ludzie byli gotowi zastawiać domy, żeby je zdobyć.
Problem polegał raczej na tym, że wszystko musiało wyglądać tak, jakby nie było na sprzedaż.
Flakony z eliksirami stały w szklanych gablotach na czarnym aksamicie. Zaklęte kamienie leżały pojedynczo na srebrnych podstawkach. Stare mapy oprawiano w ramy z hebanu, mimo że klienci kupowali je po to, żeby potem rozłożyć na stole i pobrudzić błotem podczas jakiejś wyprawy.
Vaelen twierdził, że ludzie płacą więcej, jeśli mają wrażenie, że nie są dość dobrzy, by czegoś dotknąć.
Eveline twierdziła, że ludzie płacą więcej, bo Vaelen bezwstydnie zawyża ceny.
Tego ranka przy jednej z gablot stały trzy młode kobiety.
Od dobrych dziesięciu minut oglądały tę samą półkę.
— A ten? — zapytała w końcu jedna z nich.
Vaelen wyjął z gabloty pierścień z niewielkim, mlecznobiałym kamieniem.
— Kamień księżycowy — powiedział. — Srebro z północnych kopalń. Zaklęcie ochronne.
— Ochronne przed czym?
— Zależy, czego pani się obawia.
Kobieta uśmiechnęła się.
— A przed złamanym sercem?
Vaelen oparł dłoń o gablotę.
— Obawiam się, że na to jeszcze niczego nie wynaleziono.
Jej przyjaciółka zachichotała.
Eveline, stojąca kilka kroków dalej przy wysokim pulpicie z księgą zamówień, zacisnęła usta.
Pierścień kosztował sto dwadzieścia koron. Obie kobiety przyszły dwadzieścia minut temu i ani razu nie zapytały o cenę.
— A pan nosi jakiś talizman? — zapytała druga.
Vaelen spojrzał na własną dłoń ozdobioną kilkoma pierścieniami.
— Nie potrzebuję.
— Dlaczego?
— Niewiele rzeczy ma odwagę zrobić mi krzywdę.
Pierwsza kobieta roześmiała się trochę za głośno.
Eveline postawiła kreskę obok jednej z pozycji w księdze. Potem drugą. Potem trzecią, chociaż trzecia nie była do niczego potrzebna.
— Panno Vale?
Podniosła głowę.
Przy drugim końcu lady stał starszy mężczyzna w szarym płaszczu, trzymając w ręku niewielkie drewniane pudełko.
— Tak?
— Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, czy to rzeczywiście pochodzi z Val Doren?
Eveline odłożyła pióro.
— Oczywiście.
Podeszła do niego, otworzyła pudełko i obejrzała znajdujący się w środku medalion.
— Nie.
Mężczyzna zamrugał.
— Nie?
— Nie pochodzi z Val Doren.
Mężczyzna zamrugał ponownie.
Eveline wyjęła medalion z pudełka i obróciła go między palcami.
— Wzór przy krawędzi jest zbyt równy. W Val Doren wykonują go ręcznie. Zawsze zostaje lekkie przesunięcie przy zapięciu. — Wskazała paznokciem maleńki znak na odwrocie. — A to nie jest znak tamtejszego cechu.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
— Więc jest bezwartościowy? — zapytał.
— Tego nie powiedziałam.
— Panno Vale — odezwał się Vaelen.
Eveline odwróciła głowę.
Nie wiadomo było, kiedy zdążył podejść. Czarne włosy miał gładko zaczesane do tyłu, a ciemny strój jeszcze bardziej podkreślał jego wysoką, smukłą sylwetkę.
— Lordzie Vaelen.
Wziął medalion z jej dłoni, zerknął na niego i powiedział:
— Nie pochodzi z Val Doren.
Eveline uniosła brwi.
— To właśnie powiedziałam.
— Pochodzi z Archen.
Starszy mężczyzna przeniósł wzrok z Vaelena na Eveline.
— To lepiej czy gorzej?
Vaelen zastanowił się przez moment.
— Drożej. Technicznie rzecz biorąc — ciągnął spokojnie — ten egzemplarz jest starszy niż większość medalionów z Val Doren. Archen przestało istnieć jakieś sto trzydzieści lat temu.
Mężczyzna spojrzał na medalion z wyraźnie większym zainteresowaniem.
— Naprawdę?
— Niestety.
— Dlaczego niestety?
Vaelen oddał mu pudełko.
— Bo teraz będę musiał zapłacić za niego więcej.
Mężczyzna przez chwilę patrzył na niego w milczeniu.
— Daję sto osiemdziesiąt koron.
— Lordzie Vaelen!
— Tak, panno Vale?
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Nie jestem pewna, czy to odpowiednia cena.
Kącik ust Vaelena drgnął lekko.
— Doprawdy?
— Zapięcie było wymieniane — powiedziała. — I ktoś próbował go czyścić. Dość nieumiejętnie. Proszę spojrzeć na zagłębienia przy krawędzi. Srebro jest tam ciemniejsze.
Vaelen obejrzał medalion.
— Widzę.
— Więc?
— Więc dwieście.
Eveline zmarszczyła brwi.
— Słucham?
— Dwieście koron — powtórzył Vaelen, tym razem zwracając się do mężczyzny. — I ani jednej więcej.
Starszy mężczyzna przeniósł wzrok z Eveline na Vaelena, jakby próbował się upewnić, czy dobrze zrozumiał.
— Zgoda — powiedział szybko, jakby obawiał się, że Vaelen zaraz zmieni zdanie.
— Doskonale.
Vaelen sięgnął do kieszeni po sakiewkę i bez pośpiechu odliczył monety.
Starszy mężczyzna zgarnął je niemal natychmiast, po czym z wyraźnie lżejszą miną podał Vaelenowi pudełko.
— Mam nadzieję, że dobrze panu posłuży.
— Jestem pewien, że posłuży mi znakomicie.
Kiedy mężczyzna odszedł, Eveline spojrzała na Vaelena.
— Dwieście koron.
— Tak.
— Za medalion z wymienionym zapięciem.
— Tak.
— I śladami po czyszczeniu.
— Zgadza się.
Eveline zmrużyła oczy.
— Przepłacił pan.
Vaelen spojrzał na medalion, jakby rozważał tę uwagę po raz pierwszy.
— Możliwe.
— Możliwe?
Zamiast odpowiedzieć, podał jej pudełko.
— Proszę wpisać do księgi.
Eveline przyjęła pudełko, ale nie ruszyła się od razu.
— Naprawdę nie zamierza mi pan powiedzieć, dlaczego?
Vaelen spojrzał na nią.
— Dlaczego co?
— Dlaczego podniósł pan cenę, kiedy właśnie powiedziałam panu, że medalion jest w gorszym stanie niż wygląda?
Vaelen wzruszył lekko ramieniem.
— Bo chciałem go mieć.
Eveline zerknęła na medalion.
— Mimo wymienionego zapięcia i śladów po czyszczeniu?
— Panno Vale, dwadzieścia koron naprawdę mnie nie zrujnuje.
Późnym wieczorem sklep był już pusty.
Vaelen siedział sam przy biurku na zapleczu.
Nie paliła się żadna lampa. Przez wysokie okno wpadał jedynie wąski pas księżycowego światła.
Medalion spoczywał na jego dłoni.
Obracał go powoli między palcami. Blask przesunął się po srebrnej krawędzi, musnął jego twarz i zatańczył na złotym kole w uchu.
Vaelen odwrócił medalion.
Na odwrocie widniał niewielki znak.
Przesunął po nim kciukiem.
Raz.
Potem drugi.
Sięgnął do kieszeni i wyjął zapalniczkę.
Kółko zgrzytnęło pod jego palcem.
Pojawił się płomień.
Przez moment Vaelen patrzył w ogień.
Potem zacisnął dłoń na medalionie.
Płomień drgnął.
I zgasł.
Kiedy księżyc znów wyszedł zza chmur, krzesło przy biurku było puste.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania