Skradziona R1: Wnyki

*** Jestem otwarta na opinie dotyczące pracy ***

*

Oczy. Wiele oczu wpatrzonych we mnie. Takie jak moje, niektóre bardziej okrągłe, a niektóre schowane w wąskich szparkach. Oczy przedstawicieli całości ras zamieszkujących nasz kontynent. Gdzieniegdzie słyszę brzdęk okutego kopyta satyra lub centaura uderzającego o posadzkę. Wychwytuję sapanie starych wiedźm. Wróżki szeleszczą skrzydełkami, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę; chciałyby już latać. Łańcuchy zakutych nefilim nieprzyjemnie grzechoczą, gdy ci rozprostowują zaszczute grzbiety. Moi pobratymcy — elfy — wzdychają zniesmaczeni i zirytowani. Są za mną i na horyzoncie mojego wzroku. Oni wszyscy. Oceniają. Każdy według osobistej, subiektywnej miary. Podobno chcą zrozumieć. Zrozumieć tyle, w jakim stopniu pozwala im własna percepcja i umysł.

Staram się nie okazywać, co nerwy ze mną robią. One szarpią się w panice, a ja ledwo w ryzach utrzymuję ciało, którego naturalnym odruchem jest drżenie.

Z prawej rozwierają się drzwi. Do pojemnej sali sądowej wchodzi najwyższy sędzia. Jest satyrem. Siwym, starym pół-kozłem, pół-człowiekiem. Jego różki, regularnie piłowane, mają pękaty kształt o płaskim zadaszeniu. O ile rogi mu przeszkadzają, tego samego nie można powiedzieć o brodzie, gdyż ta — zapleciona w smukły warkocz — sięga poniżej jego pępka ukrytego za elegancką togą. Podkuty jest na złoto.

Ci, którzy jeszcze nie stali, zrywają się, oddając stojącą cześć przewodnikowi tej rozprawy. Ja również się prostuję, a szelest długiej sukni ginie w szumie zgromadzonego tłumu. Opadamy, dopiero gdy satyr zajmuje miejsce na środku, za wysokim biurkiem, na którego bokach piętrzą się papiery.

Zaczyna od formalności. Wita się z resztą sędziów, zgromadzonymi specjalistami oraz świadkami, w tym ze mną. Nudnym, monotonnym głosem przedstawia każde z nas. Nie zapomina o żadnym z tytułów i piastowanych funkcji. Dziennikarze, którym pozwolono na udział w procesie ze względu na krajowy wymiar sprawy, skrzętnie notują. Paru widzów ziewa; a ja jestem zbyt rozbudzona.

Rozprawa będzie trwała. I trwała. Mówią, że potrwa do wiosny. Jest mi to obojętne. Przynajmniej tak sobie wmawiam. Część mnie czuje dziwną ekscytację, gdy myśli o oskarżonym w tym procesie Kaynie. Część mnie chciałaby go zobaczyć tu i teraz; i chciałaby go widzieć, i widzieć, i widzieć… I dotykać, pieścić, trwać przy nim, oddać się pod jego władanie, oddać się jemu. Jestem rozdarta, a me rany wciąż krwawią.

Zaciskam pięści, wbijając zbyt długie paznokcie w środki dłoni. Nie dbam o siebie. Dziś uczesała mnie Rigi. Umyła też moją twarz i wybrała ubranie. Perfumami przykryła ostry zapach potu. Jestem martwa w środku i chyba się rozkładam.

— Oskarżony przebywa aktualnie w szpitalnej części kompleksu więziennego, jako osoba niezdolna do uczestnictwa w sprawie. — Podnoszę głowę i nadstawiam uszu. — Zgodnie z radą sędziowską, decydując większością głosów, uznaliśmy, iż obecność oskarżonego, Kayna Tempesta, nie jest niezbędna do przesłuchania świadków. Zeznania zostaną spisane i dostarczone oskarżonemu niezwłocznie po zakończeniu każdej z rozpraw. Równocześnie medycy zapewniają, iż Kayn Tempest będzie mógł uczestniczyć w terminie, we własnym przesłuchaniu.

Siedzę i nie wierzę. Czy jego stan jest tak ciężki, a żeby nie dał rady się pojawić? Nie sądzę. Chodzi o coś innego. Na pewno. On planuje. On spiskuje. On ma mroczne tajemnice.

Kaynie Tempeście, cóż takiego sprawiło, iż utknąłeś w szpitalnym więzieniu? Gdy cię poznałam, nie wydawałeś się tak kruchy.

***

— Przeciąg! — oburzyła się Idris, wznosząc oczy ku freskowym wykończeniom sufitu. — Jest środek Oślego Miesiąca, to nie czas, aby wentylować korytarze!

Bez entuzjazmu przyznałam jej rację kiwnięciem głowy; ktokolwiek zostawił uchylone drzwi lub okno, musiał zapomnieć o kapryśnej naturze wiosenno-zimowego miesiąca. Ten ośli lubił zaskoczyć mrozem i śnieżycą po upalnym, zielonym dniu.

— Niech panienka się rozbierze do kąpieli, ja tylko wbiję do głowy tym imbecylom, co sądzę o podobnej nieodpowiedzialności — oznajmiła Idris i kręcąc głową, opuściła moje komnaty.

Parsknęłam na myśl o każdym, kogo służąca oskarży po drodze. Byłam pewna, iż kobieta nie znajdzie winnego. Fakt faktem, temperatura znacznie się obniżyła, co sugerowało, iż ktoś wietrzył już od dłuższego czasu.

Z komnaty sypialnej przeszłam do łazienki, gdzie Idris jeszcze niespełna minutę temu przygotowywała kąpiel. Ta kobieta służyła naszej rodzinie od swoich szesnastych urodzin, kiedy to jej rodzice sprzedali ją w zamian za obniżenie o jedną dziesiątą daniny płaconej co roku do królewskiego skarbca. Miała już prawie czterdzieści lat. Opiekowała się mną od moich pierwszych urodzin.

Wesołe ogniki szybowały ponad wanną, tworząc kolorowy niebiesko-żółty klimat. Migoczące iskry odbijały się od kryształowych miniaturowych kafelków. Kto by pomyślał, że można brać kąpiel w krainie baśni? Czasami się zastanawiałam, czy to właśnie ten klimat i bajki czytane przez Idris zatrzymywały moją energię na dłuższy czas w wodzie, sprawiając, iż krnąbrnego, rozbuchanego dzieciaka wreszcie dało się spacyfikować po całym dniu zabaw w dworskim błocie. Od lat nie trzeba było uciekać się do podobnych sztuczek, aby mnie ujarzmić. Dorosłam.

Dorosłość objawiała się i w podejściu do służby towarzyszącej mi podczas kąpieli. Wolałam odprawić Idris, jednak nie zawsze mi się to udawało. Może to i dobrze? W sumie ona radziła sobie lepiej z myciem długich do pośladków włosów, rozplątywaniem poskręcanych kołtunów, jeszcze o poranku ułożonych w zgrabne loki. Wypełniała swoje obowiązki, dbając o stan podeszwy moich stóp, skracając paznokcie lub nakładając na moją twarz kolejną upiększającą papkę.

Rozebrałam się, nie przywiązując większej wagi do odłożenia ubrań na miejsce. Suknia opadła na kamień zaraz po tym, jak wreszcie udało mi się poluzować gorset. Wzięłam głębszy oddech, bo wreszcie mogłam oddychać pełną piersią. Doprawdy najwygodniej było mi nago lub w bryczesach i luźnej koszuli do jazdy konnej. Dziś była zielona, podkreślająca kolor oczu i rudość mojej fryzury; jaka będzie jutro? Z ulgą wyszłam z kremowego obuwia.

Woda wypełniła wannę, więc zanim zamoczyłam pierwszą z nóg, zakręciłam rdzawy korek. Zazgrzytał, jak miał w zwyczaju. Opadłam w parujące ciepło, które wdzięcznie otuliło mnie, wciskając się w każdą przestrzeń, do której miało dostęp. Po intensywnym dniu gorąc wody i aromat kwiatowego olejku do kąpieli zaprawdę należał się obolałym plecom. Spędziłam część poranka i południe wysłuchując wraz z ojcem wniosków petentów. Stałam przy tym obok tronu, mając za ruch jedynie przestępowanie z nogi na nogę. Nowe, jeszcze nierozchodzone czółenka nie ułatwiały zadania. Matka spoglądała na mnie od czasu do czasu, mając w twarzy wypisane pytanie: czy wszystko w porządku? A ja bezsłownie odpowiadałam, nieznacznie kiwając głową, aczkolwiek mogłabym się założyć, że było to wręcz skinięcie powiekami — tak, jest w porządku.

Oparłam głowę na rancie wanny, odsłaniając szyję i zapadając się głębiej w tłusto-myjące odmęty.

Po obiedzie wybrałam się na konną przejażdżkę, forsując zanadto siebie, ale i moją klacz. Miałam przerwę, zbyt zajęta naukami politycznymi, dlatego obawiałam się, że Balerina może dostać boleści i nie wstanie przez cały dzień. Oby nie dostał ochwatu. Ja już czułam mrowienie w udach, zwiastujące jutrzejsze nieprzyjemności. Znów miałam wstawać z łóżka, krzeseł, foteli niczym staruszka z korzonkami. A to będzie dopiero pierwszy dzień nieumyślnie spowodowanego masochizmu. Drugi jest najgorszy. Dlatego wykonałam masaż. Powolny, długi…

Aż woda wystygła.

Gdzie była Idris? To dzień mycia głowy.

Słyszałam poruszenie. Ludzie chodzili po korytarzu jak przekupy w dzień handlowy. Uważałam, że to niecodzienne, ale ostatecznie nie tak niecodzienne, żebym poczuła niepokój.

Ciepła kąpiel zdawała się mi dobrym pomysłem, zwłaszcza gdy myślałam o swoich nadwyrężonych mięśniach. Dlatego upuściłam chłodnej, a dolałam ciepłej wody. Dodałam też kilka kropel rumianku; na dobry sen.

Palce dłoni się trzęsły. Przynajmniej teraz je czułam. Po dwóch godzinach wyszywania były sztywne jakby porażone i okaleczone. Zależało mi na tym, aby skończyć dziś obraz na rocznicę ślubu moich rodziców. Miałam jeszcze tydzień, ale wolałam zrobić to, mając zapas czasu. Dzięki temu mogłam wymyślić coś jeszcze albo… zrobić prezent za moją siostrę, która pomimo swojego zewnętrznego podobieństwa, wewnętrznie okazywała się od najmłodszych lat moim przeciwieństwem. Ona zostawiała wypełnianie obowiązków na ostatnią chwilę, często już z nimi nie zdążając.

Rozprostowałam stawy w dłoniach. Nacisnęłam w kilku miejscach, wywołując ciche pyknięcie między kośćmi.

Czas mijał, a Idris nie wracała. Postanowiłam nie dolewać po raz drugi wody do wanny. Sama zaczęłam myć włosy, przeplatając długie pasma między paliczkami. Strasznie się plątały. To chyba przez tę jazdę na koniu. Wiatr dął mocno.

Zajmowałam się akurat wyjątkowo upartą kępą, kiedy drzwi od salonu zazgrzytały, a następnie uderzyły o futrynę.

— Pani Gerlah, czy znalazła pani winowajcę? — zaśmiałam się głośno, nie przerywając dłubania w pasmach.

Nie odpowiedziała, za to ciężkie kroki powiodły do komnaty łaziebnej.

I wtedy przez myśl mi przeszło, że stało się coś złego, a osoba, którą wzięłam za Idris, wcale nie musiała nią być. Wzdrygnęłam się i poderwałam brodę w chwili, gdy jękiem zaprotestowały drzwi od łazienki, odpowiadając na agresywne traktowanie. Jęknęłam i ja.

Rozwarłam szeroko oczy, podobnie jak usta. U progu zatrzymał się żołnierz. Nie nasz żołnierz. Odebrało mi mowę, więc nie zaprotestowałam przeciwko jego obecności w mojej prywatnej komnacie. Byłam w szoku. Zanim zareagowałam w jakikolwiek adekwatny sposób, szybko przyglądnęłam się postaci okutej w czarną, matową zbroję. Na głowie miał hełm, a w hełmie tym ziały dziury, przez które wyglądały spiłowane na płasko rogi. Oczy spoglądające przez niewielkie otwory miały barwę intensywnie żółtą.

Nefilim.

Tu. W zamku moich rodziców. W moim domu. Na ziemiach Korynthii. On tu nie pasował, bo był jak kwiat rosnący na jednej z tych ich pustyń. Żaden Sapharyjczyk nie pasował do naszego bujnego klimatu, tak odmiennego od ichniejszego.

— Co? Jak?! — wydukałam, w pośpiechu zakrywając pierś ramionami.

On wahał się tylko chwilę, a potem ruszył, wyciągając do mnie łapska w stalowych rękawicach. Wrzasnęłam, a wrzask ten odbił się od zdobionych ścian pomieszczenia, gdy lodowaty metal zacisnął się na mojej ręce, drapiąc i wbijając ostre elementy w rozgrzaną i delikatną skórę.

— Nie! — krzyczałam, szarpiąc się, miotając, niczym ta ryba wyciągnięta z akwenu.

Moje położenie było co najmniej kiepskie. Woda chlapała, a ja co rusz ślizgałam się na gładkiej, mokrej ceramice. Świeże rany puściły krew, barwiąc biel fioletem. Złapał mnie za oba ramiona, wykręcając ręce do tyłu. Wyciągnął mnie z wody, a ja nie przestałam kopać i wierzgać nawet na moment.

— Shhh — wycharczał, gdy kolejne piski uderzyły w bębenki naszych uszu. — Zrobisz sobie krzywdę — wysapał, najwidoczniej zmęczony użeraniem się ze mną. Mówił płynnie Wspólnym.

— Ja sobie? — zakpiłam. Nie posłuchałam go.

Ciągnął mnie do salonu.

— Będzie prościej, jeśli pójdziesz po dobroci. Nic ci nie da to przedstawienie.

Prychnęłam, jednak skończyłam z kopaniem i próbami wyrwania się; wciąż się za to opierałam.

Złączył moje ręce za plecami, trzymając je swoją wielką dłonią. Pochylił się, ściągając z pościelonego łóżka różową, atłasową narzutę. Poluźnił uchwyt, puszczając wolno jedną z moich kończyn. Wcisnął mi zawiniątko.

Onieśmielona, jakbym dopiero teraz pojęła całkowicie swoją nagość, okryłam się dość niezdarnie. Pomógł mi oprzeć materiał na drugim z barków.

— Pójdziesz spokojnie? — zapytał dość łagodnie.

Skinęłam głową, opuszczając twarz. Mokre włosy opadły na rozgrzane kąpielą, walką i wstydem policzki.

— Więc chodź.

Pociągnął mnie za sobą. Opuściliśmy moje komnaty i znaleźliśmy się na korytarzu.

Ten tupot, który wcześniej przyporządkowałam służbie, wcale nie dobiegał spod ciżemek oraz butów dworskich, lecz był następstwem wyjścia wielu nefilimskich żołnierzy na korytarze. Szli samotnie, cechując się pełną gotowością lub ciągnąc ze sobą mieszkańca zamku.

Zeszliśmy na parter, a ja już ze szczytu schodów widziałam niecodzienny spęd dworzan oraz służby. Kobiety i dziewczynki ustawiono w równej linii. Każda siedziała na ziemi. Nie tylko mnie wyrwano z kąpieli, ale mój oprawca przynajmniej zatroszczył się o moją godność. Biedna Nina; świeciła nagością na cały hol. Mężczyzn prowadzono w stronę lochów.

— Bella! — usłyszałam znajomy, dziewczęcy głos.

Rigel, moja Rigi, stała obok matki, wykręcając całe ciałko w moją stronę, stając wręcz na palcach. Mama szarpnęła ją ostrzegawczo, przyciągając do talii.

Zeszliśmy ze schodów, a ja zostałam zaprowadzona na sam koniec rządku. Głowy obracały się za mną, a oczy łypały spod opuszczonych brwi.

Nefilim, który mnie przyprowadził, wrócił do swoich obowiązków, zawracając i znikając z zasięgu mojego wzroku.

Nikt nie miał odwagi, aby się odezwać. Pilnowało nas czterech, a każdy w kaburze przechowywał pistolet prochowy, na ramieniu zaś opierał muszkiet z dokręconym bagnetem. Mogli wystrzelać nas jak kaczki. Ci nosili pancerz wyłącznie na piersi, w odróżnieniu od swoich ciężko zbrojonych towarzyszy.

Co jakiś czas sprowadzano kolejne służące i damy dworu. Łącznie ponad pół setki. Mężczyźni robili sceny, przechodząc obok naszej gromady. Po kilkunastu długich minutach stworzyłyśmy trzy rzędy. Trzy rzędy kobiet i dziewczynek. Wreszcie kolejne dostawy jeńców przestały napływać, zaś w holu zgromadziło się kilkunastu nefilim.

— Prezentuj broń! — zakrzyknął jeden z żołnierzy. Miał on złote wstawki w pancerzu, co wskazywało na jego wysoką pozycję w wojsku.

Mężczyźni wyciągnęli muszkiety i zakrzywione miecze przed siebie, a następnie zesztywnieli, opierając dłonie na broni.

Stuk, stuk, stuk. Z sali tronowej wyszła kobieca postać. Wysoka nefilim kroczyła, dumnie unosząc brodę i patrzyła na nas wszystkich z góry, co wcale dlań trudnym nie było; miała ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Czarna suknia spływała do stóp, zakrywając pantofle na obcasie. Kobieta ziorała czerwonymi ślepiami. Obserwowała otoczenie, a jej nozdrza rozszerzały się i zwężały, jakby węszyła w poszukiwaniu ofiary. Mimo pewnych cech swojej rasy wydawała się piękną i dostojną damą, a urody nie ujmowały jej ani czerwono-szara skóra, ani błyszczące, czarne, zakręcone rogi.

Zatrzymała się na środku, głośniej wciągając powietrze. Przymknęła na sekundy oczy, jakby zatraciła się w przyjętych zapachach. Gdy uchyliła powieki, spojrzała centralnie na moją matkę.

— Królowo Emmo Letha — przemówiła, a głos miała niski, lekko zachrypnięty. — A oto pewnie mała Rigel. — Tym razem jej wzrok spoczął na niskiej rudej istotce, która obejmowała talię naszej matki. Widząc przerażenie wypisane na twarzy Rigi, kobieta zaśmiała się, szczerząc zęby. Jej kły, jak u każdego nefilim, były długie, a sąsiadowały z zaostrzonymi siekaczami i przedtrzonowcami. — Zapraszam do mnie — stosując zaproszenie, skinęła nieznacznie głową, jakby wykonywała podobny gest jedynie z wymuszonej grzeczności.

Patrzyłam, jak moja matka i siostra ruszają, a dwa pierwsze rzędy się przed nimi rozstępują. Ciszę przerywały wyłącznie kroki, gdyż nikt nie miał odwagi się odezwać.

Nefilim uśmiechnęła się, wskazując miejsce obok siebie. Potrząsnęła też głową, trzepiąc białymi, rozjaśnionymi włosami. Przesunęła wzrokiem po kolejnych zastraszonych twarzach, na dłużej zatrzymując się na Annie oraz Veronice, które były równie rude, jak ja i w podobnym wieku.

Rozpoznała mnie od razu.

Wskazała długim, czarnym pazurem, celując tak, iż niemal dostałam zeza. Następnie, jakby zauważając niefortunny gest, odwróciła dłoń wierzchem w dół i pokazała, żebym i ja podeszła.

— Jest i Bellatrix. Proszę za mną.

Moje imię w jej ustach brzmiało… podejrzanie. Wyjątkowo ciepło.

Ruszyła, a za nią nasza trójka. Jak trusie wtuliłyśmy się w znajome ciała. Krew z krwi. Nasza trójka i ona obca.

Zmierzaliśmy do lochów, mijając korytarze zasłane obrazami naszych przodków.

— Jestem Daphra Yor, ministra króla Tempesta. Króla Saphary — dodała. Żadna z nas się nie odezwała. Spojrzała na nas przez ramię. — Mówię, jakby wasza wielkość sprawiła, iż nie dostrzegliście swego sąsiada.

— Agrett Tempest jest nam znany — odparła Emma, nie puszczając dłoni Rigel.

— Świetnie. Przejęliśmy wasz zamek. Wkrótce przejmiemy całą stolicę, a następnie królestwo — poinformowała.

— Szczerze wątpię, pani Yor.

— Ministro Yor, jeśli już. Nie musi mi królowa wierzyć. Tak po prostu będzie.

Weszliśmy do skromnie oświetlonych lochów, a wysokie ściany odbijały echo naszych kroków.

— Co za bezczelność — warknęła matka.

Daphra parsknęła wesoło.

— Emma?! — rozległ się męski głos, wołający z jednej z cel. Zaraz za nim pojawił się mój ojciec, zaciskając palce na kratach. Jego twarz świeciła od potu, a kasztanowe włosy lepiły się do skroni i czoła.

Stęknęłam, królowa zaś jęknęła. Rigel wymamrotała coś cichutko.

— Zapraszam do tymczasowego lokum. Co prawda nie są to standardy, do których rodzina królewska przywykła, ale… lepsze to niż świński chlew. — Otworzyła drzwi celi, odsuwając się. Ojciec wcale nie miał zamiaru wychodzić. Cofnął się jakby zlękniony. — I stąd usłyszycie nasz triumf.

Jak stadko gęsi weszłyśmy do celi. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że kiedyś znajdę się w takim położeniu. Pod stopami miałyśmy kamień, a na nim wysypaną odrobinę siana. Gdzieś tam w rogu leżał materac, a także, najprawdopodobniej, używany już koc. Przebywali tutaj zbrodniarze, gdy w więzieniu zabrakło miejsca.

Matka rzuciła się w ramiona ojca.

Daphra jeszcze chwilę przyglądała się naszemu przywitaniu.

— Muszę was opuścić, mam jeszcze sporo do zrobienia, ale obiecuję, że jutro z samego rana po was poślę — zapewniła, chociaż żadne z nas nie chciało jej towarzystwa. Zmarszczyła brwi. — No może nie z samego rana… Właściwie mogę jedynie obiecać, że stanie się to jutro.

Odeszła, nie siląc się na słowa pożegnania.

Żadna z cel nie została pusta. Na dziesięć zamkniętych pomieszczeń w ośmiu ulokowano mieszkańców zamku, a kobiety wciąż były sprowadzane z parteru. Można powiedzieć, że nasza rodzina otrzymała prywatne lokum, gdyż służba, damy i panowie dworu gnietli się po kilkanaście osób na ledwo sześciu metrach kwadratowych. O położeniu się nie było mowy. Nic dziwnego, gdyż lochy królewskiego dworu używane były sporadycznie, sam zaś król Orion, mój ojciec, niechętnie przyjmował zbrodniarzy pod swój dach.

— Jak to się stało, mój ukochany? — zapytała matka szeptem, rozglądając się na boki. Nie chciała, aby inni słyszeli. Ja ledwo słyszałam.

Ojciec westchnął, potarł skronie; jego dłonie następnie przesunęły się po brodzie. Pokręcił głową z rezygnacją.

— Została zdradzona tajemnica, a także skradziono nasz największy skarb. Tak oto nadszedł nasz upadek.

— O czym ty mówisz?

Nie musiał odpowiadać, bo odpowiedź zagrzmiała wysoko ponad murami. Głęboki, potworny ryk. A ziemia zadrżała, gdy cielsko po skoku uderzyło o zielony grunt.

W podziemiach, znacznie niżej niż osadzono lochy, znajdowała się pieczara smoka. Smoka, który zbudzony mógł zostać wyłącznie dzięki klejnotowi przekazywanemu z pokolenia na pokolenie. Serce Namibi było rubinem o niepojętej mocy, z którego jubiler zrobił łańcuszek, a właściwie gruby łańcuch, na szyję. Ten, kto posiadł biżuterię, mógł kontrolować strażnika rodziny Letha. W tym przypadku nasz strażnik okazał się zagładą.

— Jak? Co?! — Matka pojęła, błądząc oczami po suficie, jakby miała dojrzeć przezeń poczwarę.

— Jakiś czas temu zameldowano o rabunku — przypomniał Orion.

— Tak. Okradli skarbiec. — Emma kiwnęła ze zrozumieniem. — Ale nie mówiłeś…

— Bo nie wiedziałem. Gordon zapewniał, że nic cennego nie zginęło, że Serce Namibi wciąż tam jest.

— Kłamał — warknęła matka z goryczą. — A ty nie sprawdziłeś — podsumowała. — Nie ma go tutaj, prawda? — Zbliżyła się do krat, szukając przepełnionym wrogością spojrzeniem znajomej twarzy członka Rady Królewskiej.

— Ani przed moim zesłaniem, ani po nim. To on oddał Serce Namibi. To on musiał wpuścić żołnierzy tej całej Ministry.

— Było ich tak wielu. Jednak zbyt niewielu, żeby dokonać… tego.

— Bo dołączyli do nich nasi. Nasi ludzie mamieni obietnicą bogactwa.

Słuchałyśmy tego z siostrą, przeskakując uwagą od jednego rodzica do drugiego. Rigel może jeszcze nie rozumiała, ale ja za to wiedziałam doskonale, co zaszło i jakie niosło za sobą konsekwencje. Rozpoczęła się wojna. Wojną, którą przegraliśmy, zanim w ogóle dostrzegliśmy wrogów u bram.

Kolejny ryk, aż powietrze zadrżało, a grunt pod stopami się zatrząsł.

Smok latał ponad wieżami zamku, donośnym warkotem oznajmiając: poddajcie się, albo zostaną z was popioły. Nasz smok, który miał bronić tych ziem.

Gordon Faras był człowiekiem i zasiadał wśród dziewięciu innych radnych. Od lat podpowiadał, informował, troszczył się o nasz kraj. Wyobrażenie o tym człowieku okazało się mylne. Co nim kierowało? Przecież nie miał źle. Żył ponad stan, podobnie jak i jego rodzina. Gordon zadał cios, którego ojciec się nie spodziewał.

Poczułam ucisk. To Rigi złapała za mój nadgarstek i ścisnęła, zwracając na siebie nieco więcej uwagi. Trzęsła się jak osika, a podskakiwała, gdy Kataleya wydobywała ryk ze swych trzewi. Smoczy ryk podobno można było usłyszeć do stu kilometrów. Tu w podziemiach wręcz rezonował w naszych wnętrznościach. Rodzice uciekli w kąt, szepcząc między sobą. Ich słowa nie były przeznaczone dla naszych uszu.

Uklękłam na jedno kolano, przyciągając Rigi do swojej piersi. Pochyliła się, a jej nieuczesane, gotowe do wieczornego spoczynku włosy zasypały moją twarz. Moja mała kopia. Zawsze przechowywała w sobie więcej emocji niż ja. Uwalniała te wszystkie uczucia na zewnątrz. To ona była tą ekstrawertyczną siostrą Letha. Ja trzymałam swoje myśli i obawy w środku.

Bo cóż było nam z wściekłości, smutku i rozgoryczenia, kiedy trwaliśmy w zamknięciu? Moi rodzice doskonale to rozumieli i będąc na widoku swoich poddanych, nie poddawali się panice. Z pewnością myśleli swoje.

— Rigi? — zwróciłam jej uwagę na siebie.

— Tak?

Patrzyła na mnie wielkimi, przestraszonymi oczami, które w półmroku zdawały się czarne, chociaż w świetle odznaczały się trawiastą zielenią.

— Chodźmy spać.

Nie zmrużyłam oka. Całą noc uspokajająco głaskałam Rigi po plecach; dzięki temu przynajmniej ona odpłynęła. Rodzice spiskowali, nie wtajemniczając mnie w rozmowę.

Kataleya ruszyła na łowy. Miasto się zbuntowało.

Cisza zapadła dopiero o świcie.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Fanagann Hartelion miesiąc temu
    Hej,

    Widzę, że moja opinia jest pierwsza. Nie sugeruj się nią za mocno, bo czyste fantasy ciężko mi się czyta (z wyjątkami). Nie rozszerzaj zatem tej opinii na całość twojej audiencji.

    Nie będę czepiał się błędów. Jest ich trochę, ale nie o to przecież chodzi, by pisać idealnie od samego początku. Ważniejsza jest sama opowieść.

    Przede wszystkim to opowiadanie ulega, moim zdaniem, podstawowemu problemowi dużej ilości opowiadań fantasy - posiada ogromny świat i wrzuca w niego czytelnika z nadzieją, że ten jakoś się odnajdzie w dziesiątkach nowych terminów, sformułowań i ras, o których nic nie wie. Kluczowa rasa, nefilim, nie jest opisana odpowiednio wcześnie. Z konieczności, moja wyobraźnia musiała uzupełniać tego typu dziury do czasu, aż pojawił się jakiś opis. W mojej ocenie wyobrażenia czytelnika ciężko później zmienić. Inne rasy (elfy, wróżki, smoki) bazują na tym, że czytelnik zna klasyczne wzorce tych ras. To do pewnego stopnia jest w porządku, choć moim zdaniem spłyca nieco sens posiadania takiej różnorodności ras w opisywanym świecie (czytaj: fajnie, że są, ale po co?). Warto się zastanowić, czy ta sama opowieść w innym świecie. Zawsze ciekawiej czyta się oryginalne światy niż taki, który wydaje się mieszać znane wzorce z nowymi.

    Co do samej treści - rozpoczęcie opowieści in medias res lepiej się sprawdza, jeśli prolog zawiera sporo akcji, ciekawą konsekwencję działań jakiegoś bohatera lub zapowiada szokujące konsekwencje czyjejś akcji. Sąd, mówiąc szczerze, aż tak bardzo czytelnika nie zaciekawia. Zwłaszcza jeśli jest to sąd na nieznanym bohaterze (bo, jak rozumiem, to pierwsza część opowieści) i bez domysłu za co. Ta scena miała za zadanie zawiązać intrygę, ale nie wiem, jakie miała w czytelniku wzbudzić emocje. Gdyby zamiast sali rozpraw z dziesiątkami oczu wpatrzonych w bohaterkę były to setki tysięcy oczu gdzieś w plenerze, ranga wydarzenia wzrosłaby dramatycznie. Można by wtedy opisać horyzont istot oczekujących na to, co się wydarzy. Wtedy byłoby niezłą ciekawostką, czemu ten sąd jest aż tak ważny, że tyle istot go obserwuje. Same enigmatyczne stwierdzenia, oraz brak oskarżonego, wprowadzają więcej zakłopotania, niż budują napięcie.

    Później, jak rozumiem, jest skok do przeszłości. Nie umiałem po tym fragmencie zbudować sobie obrazu głównej bohaterki, ani też świata. Stwierdzenia typu "Kto by pomyślał, że można brać kąpiel w krainie baśni?" każą się zastanowić - co dla bohaterki jest krainą baśni, skoro cały świat zdaje się baśniowy? Siostra albo partnerka głównej bohaterki - Rigi, nie jest opisana w ogóle. Nie wiadomo nawet, jakiej jest rasy. Mam też mieszane spostrzeżenia co do świata z dalszych fragmentów, gdzie żołnierze mają muszkiety i zbroję. Wydaje mi się, że to wszystko podchodzi pod to, co napisałem na początku - dużo postaci i pojęć, o których czytelnik nic nie wie.

    Myślę, że to najważniejsze punkty. Widać, że włożyłaś w to opowiadanie sporo serca. Nie wiem, co jest głównym wątkiem tej opowieści, ale zachęcam, byś ciągnęła ją dalej. Może później zdecydujesz umieścić ją w innych realiach lub w innym formacie. Ja nie raz się na to decydowałem.

    Powodzenia!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania