Skrajnica (Rozdział 1,2,3,4,5)

Paweł Sawicki

tytuł roboczy:

Skrajnica/Las

 

Poczęcie.

 

Przewalając się powoli po niebie, ołowiane chmury od brzasku bezlitośnie rzęsistym deszczem okolicę siekły. Gałęzie drzew ciężko się kołysały, a grubymi kroplami ku ziemii przyginane wysokie paprocie i trawy zdawały się kłaniać nisko. Poprzedzane błyskawicami przecinającymi sine niebo, głucho przetaczały się przez nieboskłon ponure grzmoty. Wiatr wzmagał się, coraz gwałtowniej prastarym borem kołysząc. Przecinając srebrnymi wstęgami polany, wykroty, wąwozy i parowy, wezbrane strumienie pieniły się wściekle. Zwierz wszelaki, nosa nawet nie wystawiwszy z bezpiecznych swych schronień, suszył futro a pierze stroszył, końca nawałnicy wypatrując.

Była burza.

Pomagając sobie długim tasakiem, człowiek w przemoczonym, ubłoconym a poszarpanym ubraniu, z największym wysiłkiem przez gąszcz się przedzierał. Objuczony był pokaźnym, do pasa przytroczonym worem, drugi zaś, mniejszy, na plecach dźwigał. Klątwy miotał pod nosem a stękał z wysiłku, gdy, czołgając się, boleśnie tnące skórę i odzież rwące krzaki omijać musiał. Nadzieję jął tracić już na znalezienie wyjścia z matni kolczastych gałęzi, które wyciągać się ku niemu zdawały, kiej zoczył, co roślinność przed nim przerzedzała się nieco. Nowe siły nadzieja w niego tchnęła, tedy ze zdwojonym zapałem ruszył przed siebie, co krok tnąc ze złością nieprzyjazny busz. Po chwili był już na skraju zarośli, i dysząc ciężko, na worku usiadł.

Na brzegu dużej polany, przeciętej zarośniętym ruczajem, stała niewielka chata. Wsparta o pień ogromnego drzewa, którego najniższe konary oparciem były dla mchem porosłego dachu, zdawała się wrastać w otaczający polanę las. Wysokimi jeżynami a pnączami dzikiego wina porośnięta, była niemalże niewidoczna. Strużka dymu, wąziutka, podmuchami wiatru rozwiewana, wysnuwała się spomiędzy splątanych, chropowato korzastych gałęzi. Niechby jej nie było, człowiek mógłby leśnego schronienia nie uwidzieć.

- Na bogi wszelkie... - szepnął mężczyzna, zalaną deszczem twarz brudną rękawicą przecierając. Zaraz też powlókł się przez rozmokłe łęgi ku chacie, z odkrycia jej radym będąc wielce.

Rozlatujące się drzwi, szurając o darń, ustąpiły z oporem. Schyliwszy się, by łbem w odrzwia nie rąbnąć, człowiek wszedł niepewnie do środka. Odpasując konopny sznur, wyczekał, aże oczy jego do półmroku wewnątrz panującego przywykną. W chacie było przyjemnie ciepło i sucho, przez szpary w drzwiach jeno docierały przytłumione odgłosy burzy a wzmagającego się wichru.

- Jest tu kto? - zawołał. Rozejrzawszy się, dostrzegł w rogu pieniek z wbitą w niego siekierą, przy nim kilka szczap sosnowych. Jedną z nich rozgrzebał rozżarzony popiół w kamiennym palenisku, nad którym zawieszony cicho bulgotał metalowy kociołek, i zaraz dorzucił jeszcze kilka. Poczuł ulgę, zdjąwszy z siebie przemoczone odzienie, które złożył przy ogniu. Stała w izbie jeszcze ława, wraz z zawalonym rozmaitymi roślinami a naczyniami stołem. W blasku płomieni dostrzegł również barłóg pod ścianą. Upewniwszy się, co suszonych ubrań płomień mu nie podeżre, ułożył się na starym posłaniu. Zaraz też usnął, śmiertelnie zmęczony.

Zbudził go śpiew.

Człowiek chciał się unieść, choć oczy otworzyć, nie udało mu się jednak. Lękiem zdjęty zmiarkował, co ni ręką, ni nogą poruszyć nie mógł. Ciało, choć jego, jakoby słuchać go przestało. Zamieć jakowaś umysł jego spowiła. Niczym deszczowe chmury na niebie, myśli jego powolne i ociężałe się stały. Zdało mu się, co nie leży już, a nad posłaniem swym się unosi. Wyłożywszy se, co prosto śpi jeszcze, całą woli siłę skupił na wybudzeniu z tej mary przedziwnej. Przy wtórze nadludzkiego wysiłku ducha i ciała, zdołał jednakowoż jedynie powieki rozchylić odrobinę. Nic wszak ujrzeć nie zdołał, poza spowijającą wszystko mleczną nicością. Świat cały zdawał nurzać się w gęstej, spowijającej także jego umysł mgle. Nim ołowiane powieki opadły mu całkiem, usypiająca jego jaźń wyczuła jeszcze, jakoby wszystko wokół spowalniać zaczęło...

Deszcz...

Grzmot...

Sen...

Śpiew.

Usłyszawszy śpiew znowu, zbudził się. A może nie spał wcale? Nie umiał stwierdzić, ile już tak leży... ile się unosi... może to jednak mary senne? Niczym pchane uporczywym nurtem rzeki głazy, myśli w jego głowie przetaczały się ociężale.

Wyraźny i dźwięczny, lecz zarazem ledwie słyszalny śpiew, rozbrzmiewał tuż obok. Ponownie głowę odwrócić spróbował, lecz daremnie. Ponownie uchylić jeno zdołał lepkie powieki, całą siłę ducha przy tym wytężając. I ponownie mgłę wszechogarniającą ujrzeć, a może wyczuć jeno zdołał. Poświata mleczna, przez myśli a jaźń w duszę jego się sącząca, przydawała wrażenie, iż trwa to wszystko bez końca, bez początku. Że spowalniając, wszystko nieprawdziwym się staje...

Wszystko, prócz śpiewu...

Śpiew prawdziwy był i namacalny.

Pośród zatrzymanego z głuchym chrzęstem wszechbytu, jeno dźwięczny, melodyjny głos delikatnie we mgle wibrował... Człowiekowi zdało się, co bicie własnego serca w tej ciszy, a i wstrzymaniu wszechrzeczy słyszy. Jedno uderzenie po drugim, wyraźnie bicie owo spowalniało. Jaźni swej otumanionej, niczym ostatniego ratunku się czepiając, wsłuchiwał się w owo bicie. Wczuwał. Z każdym uderzeniem coraz to wolniej w nicości się unosząc, myśl jego drętwiała. Bardziej i bardziej powieki mu ciążyły. Pragnął zasnąć.

Śpiew, słodki a kojący, rozbrzmiewał teraz w jego głowie. Serce z każdą chwilą spowalniało coraz bardziej. Resztką jaźni nie zagasłej jeszcze słyszał szum krwi we własnych żyłach. Kiejby krew już jeno sączyła się nimi. Pomiędzy uderzeniami serca, wieczność starzała się i obumierała...

Nicość...

Śpiew...

Ruch.

Pływając w gęstej mgle, której srebrzyste krople dźwięczały głosem cudownym, wyczuł ruch... niewidzącymi oczami, przez zamknięte powieki, ujrzał majaczący niewyraźnie w tej mgle kształt... lędźwiami bardziej, niźli wejrzeniem, zdołał rozpoznać postać kobiety... znał ją? Płynąc przez własny swój umysł, to pamiętał ją, to zapominał... czy to... czy...

To Ty?

Nie miarkował, skąd, czuł jednak, iż znał Ją od zawsze. Nie było to ważne. Najważniejsze, co była tu...wyciągnął ku niej odrętwiałą rękę, a ruchy miał powolne...trwając w bezruchu, wsłuchał się w Jej śpiew...opary kłębiły się wkoło, leciuśko go unosząc...nie słyszał już, ni wyczuwał swego serca...życiodajna posoka w żyłach zgoła była mu już zastygła, śpiewem Jej ukojona, a także mgłą otulona.

Oszałamiająca woń wodospadu...

To Ty!

Zatęsknił do Niej i zapragnął Jej na powrót, wszak pierwszy raz za żywota...

Z oczami zamkniętymi a nadal się nie poruszając, szedł jednakowoż teraz ku Niej...w owej mgły przedziwnej oparach się nurzając, uwidział jeno zarys Jej delikatny...dla niego śpiewała, jego miłowała...stojąc w miejscu, przed się płynął...ruch...jedynie wyczuwał ruch swój ku Niej...zatopiony w gęstej a mglistej cieczy, nic nie uwidział, jeno Jej postać kuszącą...

To Ty!

Za nim teraz była, uczuł Ją wyraźnie...zdało mu się, co z wolna obrócił się, acz nie był pewien...ta mgła. Śpiew Jej brzmiał tuż, tuż...czuł wargi Jej gorące, pożądliwie muskające jego ucho, kark, śpiewające mu najsłodszą z pieśni... w mlecznym oparze nicości unurzani, orbitowali wokół siebie z wolna...przez mgnienie wejrzał w Jej ciemnogranatowe, kiej noc bezksiężycowa, oczy...widział palce swe, po szkarłatnych Jej wargach błądzące...

Pragnienie targnęło nim nieprzeparte, by Jej rzec, jako to jeno Ją, jedyną na calutkim świecie miłuje od zawsze...choć ledwie od dziś...

Kocham Cię!

Przylegając obnażonymi piersiami do jego pleców, owinęła go swem ciałem lubieżnie, wciąż śpiewając...mrowie lubieżnych spazmów przeszyło go na wskroś...gorąc z Jej nagiego ciała buchający, oszałamiał...oplatając go, kiej sprośna winorośl, zmysłowo wodziła po nim...

"Kocham Cię"...

Delikatnie całowała jego kark...wargami drażniła plecy...duszę jego śpiewem swem takoż nasączając...

A działo się wszystko tak powoli...widziało mu się, co wszechrzecz wszelka zamarła w tym bezruchu, by im się przyglądać...myślą swą patrząc jeno a ciałem, uczuł łaknące Jej biodra, ocierające się o niego...badała go powoli a dokładnie swoim ciałem, ustami swemi...

"Pragnę cię"...

Nie podobna zmiarkować w gęstej tej mgle, gdzie była teraz...wtem przylgnęła do niego całą swoją wulgarną nagością...pachniała burzą...

"Bądź mój"...

Ekstatycznie parzące gorąco Jej ciała...usta Jej, dłonie, pieszczące go a przygotowujące...śpiew...przepotężne pragnienie Jej zawrzało w nim żądzą najdzikszą, nieokiełznaną...unoszona oparami, Ona przylgnęła swojemi głodnymi biodrami do jego lędźwi, oplatając go nogami...

Pragnę Cię!

Myśli jego wciąż ociężałe, zgmatwane...zmysły przytępione...tylko jaźń a ciało jego, szarpane pożądaniem...wtem, najczulej, z wolna posiadła go swem płodnym, płonącym aksamitnym łonem...ciało swe oplotła wokół jego ciała...niepojętą rozkoszą przepełniony, wyczuwał coraz prędsze Jej ruchy, gdy bezwstydnie a zmysłowo zatracali się w lubieżności coraz dzikszej i dzikszej...połączywszy się z nim w jedność, w pierwotną zmieniając się samicę, wzmagała w nim pierworodną chuć, od której świat wokół nich zupełnie skamieniał...a oni dwoje, złączeni po wsze czasy, wirowali w tej przez bogów a ludzi wyklętej mglistej poświacie...zapach burzy tężał wkoło nich ...jednego już teraz jeno pragnął, jeden jego istnienie sens już jeno miało...do cna oddać się Jej.

Jestem Twój!

Potworne fale niemożliwej do ujarzmienia żądzy! Jej najukochańsze usta, oddechem swem parzące! Śpiew! Pieszczoty! Wciąż splatając się z nim pnączami swojej dzikości nieokiełznanej, posiadała go a miłowała coraz spieszniej, coraz gwałtowniej, coraz potężniej! Swoim gorącem i nagością wnikała w jego ciało, w jego duszę! Ze skłębionych, gęstych oparów chciwie wydobywał Jej kształty! Śpiew Jej, głowę jego przeszywając, posokę w żyłach zastygłą warem mu spienionym czynił! Orbitowali żywiej a żywiej! Wtem, na samym juże krańcu świata będąc z Nią, wulkanem wezbrawszy niepowstrzymanym, wejrzał w jej ciemnogranatowe oczy! Uczuł nieprzebraną Jej moc, Jej władczość niepohamowaną!

Teraz!

Wszechogarniająca eksplozja ekstazy nim targnęła, miotając ciałem, a duszę mu raniąc!

Niewyobrażalna rozkosz!

...i ból!

Nagłe spazmy agonii szarpnęły jego umysłem i ciałem w potwornym, rwącym na strzępy bólu. Uczuł przerażony, jakoby caluśki w kawałki się rozpadał najdrobniejsze. Gęsta, gorąca ciecz o metalicznym posmaku gardło i usta mu zalała.

Krew!

Z przerażeniem rozpoznał znajomy smak krwi. Zachłystując się nią, krztusząc, wszystkie siły wytężył, by uchwycić resztki jaźni gasnącej. W trwodze najdzikszej przełykał metaliczny płyn, odrobinę powietrza złapać próbując. Choć walczył, choć poddać się nie śmiał, co śmiertelnie skupiona wola, instynktem pchana, próbowała jeszcze przetrwać, wiedział już, iż to daremne.

I na mgnienie przed zanurzeniem się w nicość najgłuchszą, kiedy pierwotny strach a dławiący ból całym jego jestestwem zawładnęły...

...usłyszał śpiew.

 

1.

- Trzym mocniej! - niecierpliwy, kobiecy głos w ciemnościach wybrzmiał. - Zara ci wleci do wody!

- Trzymiem przecie! - sapiąc z wysiłku, odpowiedział niższy, męski głos. Po krótkiej szamotaninie i kilku stęknięciach dodał: - Po cóż w ogóle targamy go aże tutaj? Nie lepiej było by...

- Nie lepiej! - przerwała mu ostro kobieta. - Rzekłam ci, co tak trza!

- Pomnym... - mężczyzna złagodniał. - Miarkuję se jeno...

- Miarkowanie ostaw mnie - kiejby biczem, świsnęła nań kobieta. - Róbże, co rzekę, a pysk zawrzyj, bo jeszcze nas kto usłyszy w tych parszywych trzcinach! To bydle na wodzie jest! Może nadpłynąć kiedy bądź - ściszywszy głos, dodała.

- Pomnym... - mruknął mężczyzna.

Po chwili dwie sylwetki wyłoniły się z szuwarów. Niższa, drobniejsza, czujnie przodem parła. Nieledwie kilka kroków za nią, targając na barach cosik dużego, wyższa a bardziej krępa z wysiłkiem brnęła w podmokłym brzegu. Zatrzymywały się co pewien czas, nasłuchując, by po chwili powoli człapać dalej. Odsadziwszy się od brzegu, wyraźnie przyspieszyły, choć ta ładunek niosąca, nie nadążając, coraz to z tyłu ostawała.

- Żywiej! - syknęła kobieta, ponaglając towarzysza. - Dnieć zara będzie!

- Ciężki, kiej czort - tłumaczył się mężczyzna, stękając przy tym z wysiłku. - Kiego czarta mus go targać aż tam?

- Wiesz dobrze! - głos kobiety zdradzał wzmagającą się złość na pełniącego rolę tragarza kompana. - Nie gadaj tyle, jeno chodź! To niedaleko!

Już w milczeniu zupełnym, sapnięciami obładowanego mężczyzny czasami przerywanym, posuwali się dalej. Zmierzali ku majaczącej w nocnym mroku lini drzew, których korony kołysały się majestatycznie na tle zachmurzonego, nocnego nieba, by w końcu zgoła się w bór zanurzyć i zniknąć.

2.

Drzemiącego w gęstych krzakach człowieka obudziło szczeknięcie psa opodal i czyjś głos. Wyjrzawszy ostrożnie na drogę, obaczył zbliżający się z wolna zaprzęg.

Załadowany sianem, rozklekotany wóz powoli toczył wyboistym traktem, zatrzymując się co rusz, kiedy ciągnąca go wychudzona szkapina przystawała, coby szerokim jęzorem zagarnąć kolejną kępkę mizernej trawy. Nie mniej od swojego konia zasuszony, stareńki woźnica zwierzęcia nie poganiał. Pogwizdywał co jakiś czas a pogwarzał, czy to do siebie, czy to do liniejącego psa, któren z nosem przy ziemi wałęsał się obok.

- Niech wam niebo a ziemia darzą, ojczulku! - mężczyzna pozdrowił staruszka. - Podwieziecie podróżnego? Chlebem a okowitą się podzielę!

- A niech darzy, niech darzy i wam, dziękuję! - odpowiedział starzec. - Nie za chleb, a ze serca szczerego zapraszam. Ale kiej z dobrej waszej woli, dobrodzieju, kropelczynę uronić zechcecie, a opowiecie, coście we świecie szerokim uwidzieli, to ni okowitą, ni opowieścią nie wzgardzę. No, siadajcież. Burek! A dajże pokój człekowi podróżnemu! Idźże, no! - zawołał na psa, któren, powarkując, ją obwąchiwać nieznajomego. Ten, rzeczy swe na siano wrzuciwszy, wskoczył na furmankę.

- A do Podgórza, to daleko stąd, ojczulku?

- Do miasta aże jedziecie? Do miasta to daleko, ho, ho. Ale karczma po drodze. Macie szczęście, dobrodzieju, bo ja tam właśnie siano wiezę. A co was tam do miasta ciągnie, dobrodzieju? Na jarmark się pewnikiem udajecie?

- Tak... na jarmark ciągnę... A w tej karczmie to zanocować można? Konia nająć? Wiecie to?

- Jak grosz jaki macie, to nawet komorę osobną se wynająć możecie, dobrodzieju. Jak król se pośpicie na sienniku, tłusto zjecie, a tęgo popijecie! - rozmarzył się dziadunio. - Ja to we stajni sobie zawsze kąt jaki ugniotę, pośród chudoby, ale za to miętko, a gardła nikt nie poderżnie. Noce spędzać na gościńcu nieprzepiecznie dzisiaj. Nie to, co onegdaj. Jak jeszcze srebro murgrabia z kopalni wydobywał, to i milycjanty patrolowały. A teraz... Dalej, hejta, toj! - leniwie pogonił kobyłkę bacikiem, zważając, coby jej przy tym nie uderzyć.

- A konie pod siodło to wynajmują w tej karczmie, ojczulku?

- Konie? Nie słyszałech, coby konie wynajmowali... ależ ci spiekota dzisiaj... - staruszek spojrzał na południowe słońce, mlaskając przy tym głośno a zezując na pasażera, czy aby domyśli się i wyciągnie obiecany trunek. - Ale przed jarmarkiem mnogo ludu się zbiera w zajeździe, co glejty rajcy tam przedają. To i pewnikiem ktosik was, dobrodzieju, za gorzałczyny łyk na wóz weźnie... - zamlaskał znacząco, znowu łypiąc na towarzysza. - Ja dzisiaj jeno do rozstajów, do zajazdu...

- Glejty? - podając woźnicy bukłak, zaciekawił się mężczyzna. - Trza glejtu, coby do miasta wejść? Macie, napijcie się, ojczulku...

- Niechaj się wam, mości dobrodzieju, noc w dzień zamienia! - staruszek wyraźnie się ożywił i pociągnął kilka solidnych łyków, nie roniąc ani kropli. - Psiakrew! Mocne! Widno zaraz, co szlachetny trunek! Nie to, co tutejsze szczyny! - raz jeszcze se golnął i oddał bukłak właścicielowi. Tamten, ku wyraźnej uciesze woźnicy, nie schował go, a między nimi położył.

- Opowiedzcie co o tych glejtach, ojczulku.

- A, glejty... No, trzeba pozwoleństwo mieć, coby za bramę wpuścili. Taki ukaz. Ciżba a tumult w mieście coraz większe. W jarmark to cudaków z całego świata szerokiego się nazłazi, jedni kupczyć, insi kraść. Rajcy uradzili pewno, że skoro ludziska radochę a utargi mają, to i oni chcą, coby grosz im do kieszeni wlecioł. To i taki glejt trza mieć - rozebrany już trochę gorzałką a słońcem, staruszek wydobył podniszczony, poplamiony dokument zza pazuchy i pomachał nim. Nie podając go jednak nieznajomemu, zaraz schował. - Jak w murach bez pozwoleństwa ucapią, to wybatożą, w dyby abo nawet żelazno zakują, a do ciurmy wrzucą... Pozwolicie jeszcze okupinkę, mości dobrodzieju? - zapytał, wskazując kuszący zawartością bukłak.

- Pijcie na zdrowie, ojczulku. Dobrym słowem z serca mnie raczycie, to niechże tak się wam choć wywdzięczę. Możeście głodni, ojczulku? W drodzem od dawna, no ale chleba pszennego kawał się uchował. A i słoniny solonej plaster jaki mam jeszcze...

- Biały chleb? Słonina? - zająknął się staruszek, grdyką zaraz robiąc. - Czyżeście aby nie świątkiem jakiem, panie dobrodzieju? - zażartował, zezując na nieznajomego towarzysza a oblizując się, kiedy ten szperał w wypchanym worze. - Coś niecoś przegryzłbym, a pewnie... sraczka juże ano dręczy od naparu z pokrzyw, a od ścierwa, co znajduję czasem... Dalej, hejta! Toj! - znowu popędził szkapinę.

- Macie, zjedzcie se, ojczulku. A i gardło przepłuczcie, słoninę przemyć okowitą miło - uśmiechnął się mężczyzna. - W mieście mieszkacie, co glejt przy was?

- A bogać nie! - wzdrygnął się staruszek, z lubością międląc bezzębnymi dziąsłami twardy kawał słoniny i z niedowierzaniem przypatrując się kawałowi białego chleba na jego kolanach leżącemu. - Jam ze wsi, co podle wielgiego lasu, podle starej kopalni. Mieszkalim z babą, a pierworodnym. To babę mi zaraza chyciła, a synowca tułaczka wojenna. I samem ostał, piesek a konik mi krewniakami.

Nie rzekł nic na to nieznajomy. Obserwował jeno dziadka, który, pomrukując z zadowolenia a raz po raz z bukłaka pociągając, łapczywie jadło pożerał. Rozparłszy się po chwili na sianie, zamknął oczy i zakimał.

Stary co i rusz poganiał konika, chcąc widocznie wywdzięczyć się swojemu niespodziewanemu towarzyszowi szybszą podróżą. Drepczący przy wozie pies czujnie wietrzył a badał przybysza, nie warczał już ano, ni szczekał, uciszony przez swego pana. Jechali tak nawet długo, kiej nażarty a pijany już niezgorzej dziadek, dojadłszy ostatnie okruszki, popuścił sznura, którym przewiązany był w pasie, i beknąwszy głośno, począł pogwizdywać jakowąś melodię.

- Widzisz, Burek! - wesoło zagadnął do psa. - Nigdy nie uwidzi, czego dzionek przyda... taka uczta! - pokręcił siwiutką głową. - Pośpijcie se jeszcze, dobrodzieju - rzekł towarzyszowi, któren akurat się przeciągał, aże kości strzelały. - Do zajazdu dotrzem aby przed wieczorem.

- Nie wiem, jak się wam odwdzięczę, ojczulku - ziewając, zagadnął nieznajomy. - Wiele to dni, co was pierwszego żem na gościńcu napotkał, odludzie tu u was okrutne...

- A jakże, odludzie, mości dobrodzieju, odludzie... Nie to, co drzewiej - rozrzewnił się staruszek. - Drzewiej, to sznurem szły obładowane wozy w jedną, a i nazad, w drugą stronę. Do osady a do kopalni z materiałem wszelakim, a na powrót z kopalni ze srebrnym urobkiem, ku miastu. A często i dalej, hen, we świat szeroki... Dalej, no, hejta! Toj! - pogonił szkapę i prawił dalej. - Onegdaj, to do samego boru byście se, mości dobrodzieju, na sianku, jako panisko, podjechać mogli. Do wyboru, do koloru. Tyle szło transportu przeróżnego. A dzisiaj... ech. Drzewiej żelazo, a prowiant, a gorzałka całymi wozami szły. Ile wlezie, dobrodzieju! Kopalnia wszystko pożerała! Osada tedy powstała, co to w niej mieszkali pracujący przy kopalni. No, wiecie, dobrodzieju, Skrajnica. Pod tem borem wielgim - dziadek machnął ręką gdzieś w stronę majaczących w oddali, posępnych gór.

- A kopalnia? - nieznajomego, czy to z nudy długą podróżą, czy to z innego powodu, opowieść starego widocznie zajmowała.

- A kopalnia, dobrodzieju? A najjaśniejszy szlag ją trafił, i tyla! Zawaliło się pewnej nocy wszyćko! I po kopalni! - stareńki woźnica opowiadał tym chętniej, im większe zainteresowanie okazywał jego kompan.

- Jakże to! Zawaliło się?

- A kto tam może widzieć, jakże to? Najstarsi, co to jeszcze pamiętają, gadają, co to górzyska same się zatrzęsły, rycząc a grzmiąc ze złości, bo im chciwe ludzie trzewia drążą, a podziemne strumienie zatruwają. I temu niby zgubę przywiodły na kopalnię a wszystkich nieszczęśników, co tedy ryli w tunelach. Prawią, co kilka setek człeka zasypało. Insi znowuż... - staruszek zawahał się.

- Co insi?

- Insi... - kontynuował dziadek, ale ciszej już i ostrożniej nieco - insi gadają, jako to... co to las.

- Las?

- A jakże, las. Widzicie, dobrodzieju, kopalnię ryli w tej wielkiej górze, ło, tamłej - stary znowuż machnął ku wypełniającym horyzont górom. -Dołem ta góra porosła jest lasem, któren ciągnie się hen hen, nieskończenie daleko. Knieja to nieprzebyta, groźna, tajemnicza... ale... napijma się - łyknąwszy se z bukłaka, podał go nieznajomemu.

- A co jest za tym lasem?

- A komuż to wiedzieć, dobrodzieju? Przeca mówię, co bór to nieprzebyty, a niezbadany. Mało któren, co to się weń zapuścić miał odwagę, żyw był znalazł drogę powrotną. Mówią, co potężna czerownica, pani lasu ich gubi. Jak kopalnię zasypało, to jeszcze długo do nas, do Skrajnicy, przyjeżdżali tacy, co to chcieli od boru znaleźć dojście jakie do srebra, a kamieni drogich.

- A odkopać na powrót kopalni nie sposób nikomu było? Obok drążyć kilofem za srebrem nie próbowali? - mężczyzna nabijał jakimś suszonym zielem fajkę małą, metalową, misternie zdobioną, próbując nic nie rozsypać. Przychodziło mu to z trudem, jako wyrżnięte we wiosennym błocie koleiny a nierówności zeschły się teraz na skałę, aże wóz na wybojach podskakiwał. Ze zdumieniem spozierał dziadunio na mały przedmiot, któren wartał więcej, niźli jego kobyła, razem z wozem, sianem a woźnicą. Po chwili dopiero, zaciągnąwszy się aromatycznym a przyjemnie gryzącym gardło dymem, stary odrzekł:

- A jakże! Próbowali, jeszcze jak!... - zaniósł się kaszlem, lecz po chwili po raz wtóry się zaciągnął. - Ale tytuń! - zagadał z podziwem, ostrożnie oddając fajkę właścicielowi i przyglądając mu się uważnie, a z szacunkiem. - Nie wiem, ktoście wy są, jaśnie panie wielmożny dobrodzieju, ale duchy nieba a ziemi was mnie dzisiaj pewnikiem zesłały...

- Dajcież pokój, ojczulku, niechaj wam będzie na zdrowie - tajemniczy towarzysz zaciągnął się, po długiej chwili wypuścił kłąb dymu i dodał: - Prawcie dalej, ojczulku, ciekawym waszej historii.

- Jako żem juże mówił, od razu chcieli odkopać te tunele. Luda bez liku zasypało, a urobku gotowego ile! Ile żelaza, a jadła! Tyle, że co trochę odkopali, to znowu zasypywało. Nic nie pomagało. Ni stemplowanie, ni straż rozstawiana. Bo już murgrabie podejrzenie mieli, ani chybi ktosik im tam substancyji jakiej magicznej zadaje, a wysadza, coby całe te bogactwo dla się ująć... Dalej, hejta! Toj! - machnął na konia. Ostrożnie ujął w palce podaną mu znowu fajkę, po czym zaciągnął się takoż, jak to przed chwilą jego dobroczyńca uczynił. Z miejsca kaszel okrutnie dusić go począł, dopiero solidnym łykiem okowity odczyniony.

- Nic nie pomagało - stary kontynuował gawędę. - Strażnicy znikali bez śladu a tunele się waliły, grzebiąc żywcem bidoków od łopat. No i rychło kopalnię poniechano.

- Wspominaliście, ojczulku, co od lasu chcieli się dostać...

- A jakże, chcieli... pierwej co i rusz ludkowie do Skrajnicy przybywali, a to wypytywali o przełazy w borze, a to kupowali liny, a narzędzia, a wikt... Drzewiej to osada, jaśnie mości panie dobrodzieju, była przykopalniana. Zostało ludkom po komórkach a stodółkach różnych materiałów... - wykładał stary woźnica. - Ociec mój kupa konopnych sznurów, a lin wszelakich, woskiem a żywicą trawionych, przechowywał dla dziesiętnika, u nas, w obejściu... Nikt tego potem nie zabrał... to i przedawalim tym, co do lasu leźć chcieli... A jakże! Ostrzegalim we wsi, co kto do lasu wlizie, tego las poźre, a kości wypluje najwyżej! Mówilim, co staraczerownica, pani lasu, boru pilnuje. Ale... co z tego. Gnał ich kusieł jakowyś, chytrzyca nieprzejrzana... statków a zbytków im się chciało... No i szli. I tyla ich było...ale... napijma się...

- I nikt nie chodził za niemi? Nie szukano ich?

- Ale! Jaśnie moście panie dobrodzieju! A jakże! Ale Kaj pódziesz? Kaj szukać bedziesz? Jakom rzekł, las to nie zwyczajny jest, a groźny, swój rozum mający, kiej istota jakowaś żywa. Ledwie o pierwszym pianiu kura przesiekę zrobili, a poszli w knieję, tak kiej słonko na pół chłopa jeszcze było, przesieka na powrót krzakiem porosła! A krzak w borze kolczasty a gęsty porasta wszystko, choć palca wraź! Tedy coraz rzedziej a rzedziej obcy przybywali, we wsi ostalim jeno tutejsze. A co kto nowy kamień węgielny pod domostwo kłaść zawitywał, nie pytalim juże, kto zacz. Ponure pyska człek mieć może, kiej mu życie dopomoże... ale, napijma się...

- I nikt się w bór nie zapuszcza? Nikt ze wsi nie poluje? Chrustu nie zbieracie, gdzie podle samego lasu żyjecie? - niedowierzał mężczyzna. - Wszak do kopalni, gdzie tyle luda pracuje, potrza drzewa, a drzewa.

- A jakże, jaśnie moście panie dobrodzieju! Polujem, drzewo, chrust a grzyby zbieramy, a jakże! Jeno to wszystko w początku lasu, z brzega. Nawet pszczeł do ulów pszczelerz nasz naroi co lato - rozgrzany mocno trunkiem a tajemniczym podwędzony zielskiem, które to najwyraźniej rozwiązało mu język, staruszek zapewniał towarzysza, co żywiej zachęcając swoją szkapę do marszu. - Dalej, hejta! Toj! Darzy nam knieja zwierzęciem tłustem a kudłatem, co to nasz myśliwy z niech pożytek uczyniać wprawion! Takie ci on, jaśnie moście panie dobrodzieju, skórki sprawia z bubrów, co to szlachcice na czepki a rękawiczki dla bab swech ze świcą by znaleźć nie poradziły! A jakże! A bykowe łby jakie! Z weńcami, niczem dębowe konary najrozłożystsze sprawia! A odyńce ze szablami na łokeć! A jakże! Darzy nam bór, jaśnie moście panie dobrodzieju, oj darzy! A podgrzybki! Co tam podgrzybki... a króleskie grzyby! Z kapeluszem większym od mojego - imaginacja dziadunia, po morzu gorzały żeglując, folgowała se coraz śmielej - a nogą grubszą, aniżeli moja nad kolanem! Ło! A jakże! A zdrowe, kiej różowy pędrak, co to nic, jeno dynda u cyca maciczego, a mlikiem z siarą upasion, posrywa se zadowolony! A jak już się robal jaki trafi, to... no niech mnie sam Perun gromem jasnym spali, jeślim zełgał, ale to już taki robal, że koguta zadusi! - rzekąc to, uderzył się dziadek w wychudzoną pierś na dowód, co takie właśnie grzyby, z takimi robakami w lesie Skrajnicznym rosną. - Ale... napijma się...

- Czyli... kiejby głębiej w las się nie zapuszczać, to bezpiecznie? - rozbawiony opowieścią staruszka, dopytywał nieznajomy.

- A jakże! Knieja nas karmi wraz ze rzeką, co to z gór przez las idzie, a wypływa z bagien leśnych, jaśnie moście panie dobrodzieju. Rybów w niej tyla, co na zwiesnę, kiej się trzeć zbierają, suchą nogą po ichnich grzbietach na drugi brzeg se przeliziesz! A wielgachne jakie! Rybaczemu a myśliwemu już nie raz, nie dwa razy, co to im psów karpie a szczuki napowyżerały! Dalej, hejta! Toj! - zakaszlał znowu stary i oddał fajkę. - Szczęściem to, jaśnie moście panie dobrodzieju, bo gdyby nie las a rzeka, ani chybi pozdychaliby my z głodu, kiej te gęsie na lodzie. Przy lesie to jeszcze co urośnie. Plackami gdzieniebądź jaka glinka się trafi, to choć proso a kaszy namnoży. Ale więcy jałowiny masz ci u nas, niźli tego. Nic nie rośnie, jeno trawy trocha, coby chudoba przelizała nieco na zwiesnę a leto. Rzeką ludziska, co to niby klętwa jaka na ziemie te spadła. Ale...no, napijma się...

- Napijcie się, ojczulku, a przegryźcie se jeszcze słoniną - to mówiąc mężczyzna dobył z przepastnego wora kawałek zasolonego rarytasu i staremu go podał. Tamten począł ssać i lizać smakołyk, kiej kot przy tym mrucząc. - Pół dnia drogi, prawicie, z miasta do tej waszej osady?

- A jakże, jaśnie moście wielmożny panie dobrodzieju - mlaskając a oblizując się, odpowiedział dziadek. - Traktem bedzie ze pół dnia w siedle. Ale jak pod górą a wedle rzeki się puścić, to ze dwa razy prędzej, i to nogami. Tam ścieżyna jest, brody są, bo brzeg wysoki a nieprzyjazny, co trza rzekę przebradzać kilka razy. Ale nieprzepiecznie, bo wiry a prądy zdradliwe. A choć o kilka kroków zbocz, to utopi cię rzeka, co rybów tylko napasiesz swem truchłem. Tak, jaśnie moście wielmożny panie dobrodzieju, nie dla miętkich tu kraina. Tu trza wiedzieć kaj a kiej iść, coby gardła nie dać. A jak zima przyjdzie...uhu! - staruszek oblizał utłuszczone słoniną paluchy i sięgnął po bukłak.

- Srogie zimy macie tu, pod górami, ojczulku?

- A jakże, jaśnie moście wielmożny panie dobrodzieju! Srogie i tęgie, że próżno we świecie takich szukać! Ze dwa razy miesiączek ci niebo przemierzy po tem, kiedy ostatnie byki w borze ryczeć a fechtować rogiemi swemi, a grzać się z łaniami przestaną, zaraz śniegu spadnie tyla, co kunia nie zobaczysz w zasypisku. Człek wierchem przelizie, niech jeno skorupa się zmarźli. Ale niech no w zapadzisko wpadniesz, to choć zwiesny czekaj! A zamróz ściska zarozki krainę calusieńką ci taki, co najtężejsze dęby a buki z hukiem w drzazgi rozpęka! Dalej, hejta! Toj! - dziadek machnął bacikiem. - A taki ci nocami wicher duje, wtórując skowytom wilków wygłodniałych, co to stadami całemi pod siedliska się zapuszczają, co śpik w kościeniach strachem kużdemu ugotuje na galoretę! Ale wilcy najwyżej owieckę a kózkę, prosię co tłustsze ci z komórki mogą wyżreć, może i jajce wylizać. Ale wyjce! Pokutnice a potępieńce! Tych się wystrzegaj nocą wichrową! - tu staruszek przerwał i jął zezować w prawo a lewo, kiejby spodziewał się ujrzeć conajmniej jednego wyjca za każdym z krzaków, gęsto okolicę porastających. Na szczęście bukłak z trunkiem wespół z fajką okazały się wystarczającymi amuletami chroniącymi przed dybiącymi na przejeżdżających akurat okolicą wędrowców. - Ale... napijma się...

- Wyjce? Pokutnice? - zachowując powagę, dopytywał towarzysz.

- A jakże! Jaśnie wielmożny moście panie dobrodzieju! Pokutnice! A wyjce! A potępieńce! - zniżając głos snuł opowieść staruszek - Wyłażą ci one nocami ze starej kopalni, coby zatraceńców szukać, które w ciemną noc drogi do dom zabaczą. Ucapią a wysysają tedy ducha z nieszczęśnika, nasycą głód, a żądzę pomsty. Naówczas wracają nazad, do swech ciemnych a zatęchniętych mogił w kopalnianych korytarzach, gdzie żywcem pogrzebion, jedna z drugą w koście grają żebrami swojemi! Co i rusz na jakie ścierwo nieszczęsne się napatoczysz. Tu dynda u gałęzi, tam gnije po rowach, a i przy bagnie. Nieśmiertelniki jeno wyrastają po takich zatraceńcach, tyla po nich. Niech mnie grom z tem sianem spali na miejscu, jeślim zełgał! Ale...napijma się...

- Nieśmiertelniki rosną w miejscach, kaj truchła znajdowano? - nieznajomy spoważniał nagle, przerywając na chwilę nabijanie fajki - Co za nieśmiertelniki?

- A jakże, jaśnie wielmożny moście panie dobrodzieju! Nieśmiertelniki. No, te zielsko, co w bajaniach o niem stoi. Co to niby tako życie wracać potrafi, jako i zabierać, kiej się miesza w złą stronę - staruszek zdawał się dziwić, że jego towarzysz nic o tym nie słyszał. - Ale prawda, przeca wyście ze świata szerokiego są, a nieśmiertelnik pono jeno w Skrajnicznym borze wyrasta, nikaj wiency go nie uświadczysz. To i skąd jaśnie wielmożny moście pan dobrodziej mają wiedzieć - wyłożył sobie. - A możeście wy słyszeli o nieśmiertelniku, hę? - dziadek podejrzliwie zezował na towarzysza, zaciągnął się podaną mu fajką i zanosząc się kaszlem, machnął na konia bacikiem.

- Nie słyszałem nic o żadnym nieśmiertelniku - odpowiedział starcowi mężczyzna. - To jakaś lokalna legenda? Bajka jakaś?

- A jakże, jaśnie wielmożny panie moście dobrodzieju, bajka! Taka ci to bajda pikna, co grdykę sznurem abo toporem ci połechcą, kiej się za dużo się o tę bajdę rozpytywać bedziesz! - staruszek uniósł palec. - Rzekę wam, to wierzcie, łaskawco. Lud tu u nas twardy, ziemia surowa, to i prawo takież. Ale... napijma się...

- Nic nie pojmuję... za co na szubienicę ślą?

- Za nieśmiertelnik, jaśnie wielmożny moście panie dobrodzieju. Za to zielsko, co to raz życie wraca, a raz zabiera. Ot, co. Ludkowie bajają, co wyrasta ono jeno głęboko w tem borze, podle którego Skrajnica a stara kopalnia. Insi pletą, co niby rośnie nieśmiertelnik w miejscu, gdzie krew ludzka w ziemię wsiąkła. Jensze jeszcze bajdurzą, co soki z tego ziela najprzecherniejszą chorobę z człeka wygonią. Insze podają, co na przewrót jest, co ducha wyzioniesz po tym rychło, a mąk ci przy tym tyla, co i sam hegzekutor lepiej nie poradzi...dalej, hejta! Toj!

- I nikt nie sprawdzał nigdy, która historia jest prawdziwa? - podając staruszkowi okowitę, zapytał nieznajomy.

- A jakże, jaśnie wielmożny moście panie dobrodzieju! A sprawdzali, sprawdzali! - kiwając się już i chwiejąc w koźle, zapewniał dziadunio, gębę rękawem koszuli ocierając. - Jedne wywarów nagotowali i pili, ale pono nic jem to nie dało wincej, co jeno posrali się, jeden z trzecim. Insze prawili, co trza tela nieśmiertelnika na wywar zebrac, co się we worze, ło, jak ten tu wasz, wypchanym ledwie zmieści. Pono nawet chytrych na gotowy grosz najemników jakich w las gnali, coby tego ziela im we worach przytargali. Tyle z tego wyszło, co abo najemniki w borze pomrzeli, abo jakiego innego ziela znieśli. Wywar zaś taki efekt miał, co ze sraczki gwałtownej potem zdechnął kto ważny w Podgórzu. Jeszcze jensi ludziom krwi naspuszczali, z piachem a grontem mieszali, coby nieśmiertelnik rosnąć chciał. Tych hegzekutor powywieszał, kiej psów wściekłych, na gałęziach. A murgrabia ukaz wydał, co jeno się kto z nieśmiertelnikiem pokaże gdziebądź, z miejsca powieszon będzie...ale...napijma się...

- A wy, ojczulku... widzieliście kiedy ten... nieśmiertelnik? - mężczyzna czujnie łowił teraz każde słowo starego woźnicy, próbując nic nie uronić. Było to o tyle trudne, co wypity trunek, a i wypalone suszone ziele, widocznie odurzyły dziadka i prawił on coraz mniej wyraźnie, coraz częściej nić myśli z palcy upuszczając.

- Widziałem... abo nie widziałem... a jakże! Ykh! - staruszek czknął głośno. - Jaśnie wielmoż...miłościewyście panie dobrodz... Ykh! Dobrodzieju... Ale nie pomnę... mlecznik to jaki, abo osetnik... Mnie życia szkoda, wam też, jaśn... mości... dobrodzieju Ykh! Nie rozpytujta, bo tu nikomu wiary dać nie cno... Zbója pełno wszędy, co za przygarść... Ykh!... mlecznika czy osetnik... poderżną gardło... - stary zgoła już jeno bełkotał.

- Ojczulku, przegryźcie może nieco... - mężczyzna urwał kawał chleba i podał dziadkowi ale ten odtrącił nieprzytomnie, zupełnie już upity i odurzony. - A wiecie może, kto wie coś więcej o tem nieśmiertelniku? Ojczulku? Żyjecie?

- A jaksz...Ykh! Jaśnie... właśnie... panie...Ykh! Co? Kto wyście są...? Aha..no przeca... - starzec był na granicy utraty świadomości. - Ja tam nie wiem...mnie życie mił...Ykh!... miłe! Anieli pytajta...Ykh!... zielark...Ykh!...ka... Psia jej mać! Ykh!... mlecznik...nie osetnik... suka.. Ykh!... suka zapowietrzona!... Ykh! - po swoich ostatnich słowach stary woźnica opadł na wiezione przez siebie siano i głośno zachrapał.

 

3.

 

Budziła się ze snu prastara knieja. Opar mgły zarannej osnuwał najniższe partie lasu. Krzewy wraz z całym leśnym runem okryte nim były, niby taflą tajemniczego jeziora, z którego drzewa wyrastać się zdawały. Chłodne krople wody unosiły się i osiadały na pniach, trawach oraz liściach paproci, tworząc gruby na kilka stóp kobierzec, mokry a puszysty. Gdzieś wysoko w koronach drzew, ptaki śpiewem witały nieśmiałe jeszcze, pierwsze promienie wschodzącego słońca.

Wyglądający jakoby płynął, olbrzymi, brunatnorudy jeleń zadarł ponad mgłową osnowę rozłożystym wieńcem porosły łeb. Nasłuchiwał i obserwował przez moment okolicę. Nie wyczuwszy jednako zagrożenia znikąd, żer kontynuował. Po krótkiej chwili zamarł jednak znowuż. W zupełnym bezruchu, wyprostowany, wietrząc nozdrzami, nasłuchiwał. Przez wieki ostrzona czujność, ów instynkt przetrwania, któren pozwolił bykowi przeżyć w borze, przestrzegał go teraz przed czymś, co nie było zwykłą częścią jego królestwa, a niebezpieczeństwo stanowić mogło. Stojąc tak, dumnie wyprostowany a nieruchomy, dostojny, przypominał majestatyczny posąg, ucieleśnieniem piękna natury i jej potęgi będący. Jedynie szerokie jego uszy włochate, nozdrza i bursztynowoczerwone oczy poruszały się nieznacznie, badając okolicę w poszukiwaniu źródła niepokoju. Niczego atoli zwierzę nie dostrzegło. Po długiej chwili, uspokojone, schyliwszy szyję porosłą grzywą wspaniałą, zachodzącą aże na gruby jego kark, z łbem spuszczonym przy ziemi kontynuowało poszukiwanie pokarmu.

Jęk zwalnianej cięciwy dobiegł jelenia szybciej, aniżeli wypuszczona z łuku strzała. Potężne mięśnie zagrały pod skórą byka, któren w odruchu życie ratującym, rzucił się do ucieczki. Skacząc wysoko, coby rozłożyste poroże nie przeszkadzało w biegu, pomknął jeleń bezszelestnie, kiej cień, na ból nie zważając. Przemykał zręcznie przez wykroty a pnie zwalone, by skryć się w bezpiecznej gęstwinie lasu.

- Zaraza! - myśliwy zaklął pod nosem. Że trafił, tego był pewien. Aliści wilgotne opary, unoszące się tego poranka bardzo długo, nie tylko znacznie ograniczyły widoczność, celowanie utrudniając. Również lotki strzały a cięciwa łuku, mimo natłuszczenia bobrowym kastoreum, nasiąkły wilgocią, odkształcając nieznacznie tor lotu strzały i prędkość jej zmniejszając. Ponadto, z powodu mgły, myśliwy znienacka na zwierzę naszedł. Był zbyt blisko, by zmienić pozycję i próbować zajść je od boku, nie płosząc przepięknego okazu. Strzał był trudny, jeleń stał lekko obrócony ku niemu przodem. Wykładał sobie myśliwy, co z tego kąta nie uda mu się przebić obu płuc zwierzęcia. Miał jednak dużą szansę na poważne jego zranienie. Wiedział też, co przed zbliżającym się jarmarkiem, dostanie sowitą zapłatę za mięso, skórę i wieniec, a jak mało kiedy pieniędzy tera potrzebował. Strzelił więc.

Po długiej chwili błądzenia, przedarłszy się przez zarośla, myśliwy dotarł wreszcie do miejsca, gdzie, jak oceniał, pasł się jeleń. Zataczając coraz szersze kręgi, rozpoczął żmudne przeszukiwanie okolicy. Przeklinając w duchu nader gęstą mgłę, tracił z wolna nadzieję na odnalezienie jakichkolwiek śladów ostawionych przez zranionego rogacza. Już był gotów zrezygnować z tropienia, gdy na jednym z powalonych pni, przez który przeskoczyć musiał jeleń, spostrzegł kilka czerwonych kropek. Odczuwszy satysfakcję, myśliwy pogratulował sobie, bowiem w swoje strzeleckie umiejętności wątpić już począł. Usiadłszy na zwalonym drzewie a długi łyk wody z bukłaka upiwszy, przegryzł kawałkiem suszonego mięsa. W myślach oznaczył kierunek, w którym zamiarował tropić dalej. Sprawdził ekwipaż i ruszył, śladów pozostawionych przez jelenia pilnie wypatrując.

Gęste zarośla a mgła czyniły zadanie trudnym niebywale. Częstokroć musiał wracać do ostatnio znalezionego śladu posoki, czy nadłamanej umięśnioną piersią ogromnego byka gałęzi, by szerokim zygzakiem idąc, znaleźć następne. Coraz też częściej przeklinał w duchu rosę, która, miast podnieść się, jako zwyczajnie bywało, wciąż wisiała nisko, widoczność do kilku ledwie kroków ograniczając. Przeklinał jelenia, co silniejszym się okazał, niźli sądził. Miast słabnąć, co skutkowałoby coraz to wolniejszą ucieczką, a zatem i posoki śladami częstszymi, ten najwidoczniej wciąż tempo prędkie utrzymywać zdołał. Przeklinał również myśliwy siebie za zepsuty strzał, wykładał bowiem już sobie, co nieczysto musiał trafić, pewnikiem prosto w szeroką pierś zwierzęcia, w jeden z potężnych mięśni abo i kość. Świadczyły o tym coraz rzadsze ślady posoki, to zaś znaczyło, co rana najpewniej powierzchowną jeno była.

Po bardzo długim, bezskutecznym poszukiwaniu, zgoła już trop zgubił. Do cna też orientację stracił, brnąc przez coraz gęstsze zarośla. Wiedział jedynie, co droga powrotna zajmie mu kawał czasu. Jak ten rogaty potwór dał radę się tędy przedrzeć, nie pojmował. Wściekał się na cierniste krzaki, które z każdym krokiem szarpały za łuk i kołczan, wędrówkę uprzykrzając niemożebnie. Wymiarkował sobie już, co byk go zmylić zdołał. Przez wysokie zarośla ciężko było się przedrzeć człowiekowi, co dopiero rosłemu jeleniowi, z jego wieńcem szerokim.

Udręczony, podrapany a markotny, poddał się wreszcie myśliwy. Z trudem oceniając kierunek marszu, potykając się i złorzecząc w duchu, zawrócił. Taką miał przynajmniej nadzieję, pocieszenia szukając w tym jedynie, co mgła wznosić się trochę wreszcie poczęła.

- Psiakrew! - zaklął siarczyście, bo po bardzo długim przedzieraniu się z powrotem, znalazł strzałę, co to nią strzelił do jelenia. Leżała tuż obok przewróconego drzewa, gdzie wcześniej pierwszy ślad posoki odnalazł.

- Zaraza! - zgrzytał zębami. Strzała nie była złamana, wyrozumiał więc, co wbiła się bardzo płytko i wypadła od razu, tylko zwierzę w las skoczyło. Niechby znalazł ją wcześniej, nawet nie tropiłby jelenia. Takie draśnięcie nie mogło dorosłemu bykowi krzywdy żadnej uczynić.

Myśliwy usiadł na tym samym, co kilka godzin wcześniej, pniu i rozważał. Wracać, czy spróbować coś jeszcze upolować? Zmęczony i zrezygnowany wstał atoli i ku wyjściu z lasu się skierował.

Niebo właśnie zobaczył, co poprzez rzednący las się przebijało, kiedy padliny smród obrzydliwy w nozdrza go uderzył. Myśliwską ciekawością wiedziony, podążył za odorem. Nie trwało to długo, gdy zdębiał. Oczom jego widok ukazał się tak potworny, co wnet o nieudanym polowaniu zapomniał. W obrzydlistwie rzygnąwszy szczerze prosto z trzewi na buty, w te pędy do wsi się rzucił.

 

4.

Wściekłe ujadanie psów w podwórcu zbudziło właściciela zajazdu Przy Rozstajach. Katosz, Szpetnym zwany, przezwisko swe zawdzięczał bliźnie paskudnej, twarz jego od brwi aże do żuchwy przecinającej.

- Kundle parszywe... - naciągnąwszy na łeb pierzynę, zły już, zasnąć jeszcze próbował. Ledwie mu się udało, hałas obudził go znowu. Do szczekania dołączyło głośne we drzwi łomotanie. Klnąc pod nosem, nasłuchiwał, czy aby żona w izbie obok śpiąca nie wstaje, lecz nie usłyszał nic. Rozeźlony, głośniej już zaklął i na poły śpiąc jeszcze, z łóżka się wygramolił. Ciemniało, choć świtanie niedaleko już było. Namacawszy lampę olejną, na szafce stojącą, zszedł na dół. Ujadanie psów i walenie nie ustawały.

- Idę! Czego tam! - ze złością zawołał, trąc kułakiem zaspane oczy a ku szynkwasowi człapiąc. Uzbroiwszy się w ćwiekiem gęsto bitą pałkę, podszedł do drzwi i odryglował je.

W progu stanął człowiek pleczasty, w którym karczmarz poznał kapitana straży w położonym o dzień drogi mieście, Tumira Czermę. Głębiej w podwórcu, trzymając za uzdy rżące cicho i kręcące się niespokojnie konie, stało jeszcze dwóch ludzi. W słabym świetle latarni nie podobna było dostrzec, kim byli.

- Kiego czorta tak tłuczesz! Drzwi chcesz rozwalić? - odstawiając maczugę, rzekł karczmarz. Kapitana znał dobrze, toteż kłopotów żadnych się nie spodziewał. - Zachodźcie - gestem zaprosił do środka.

- Tak gości w zajeździe teraz witasz? - przestąpiwszy przez próg, powiedział kapitan, pałę pod ścianą opartą wskazując.

- Czasy takie... - niechętnie mruknął oberżysta - Co się teraz po gościńcach wyprawia, sam wiesz najlepiej. Wiadomo to, kogo czarci nocą niosą? Napijecie się?

- Rad bym - wszedłszy głębiej, gość ciężko opadł na ławę. - Te psy muszą się tak wściekać?

- Toć temu żreć im daję, coby ujadały, kiej się kto nocami po obejściu włóczy. Czego chcesz.

Rozgrzebawszy żar niedogasły w palenisku, dorzucił doń karczmarz kilka polan, które płomieniem zaraz się zajęły. W izbie zrobiło się jaśniej.

- A tamci? - karczmarz zagadnął o tych dwóch, co na zewnątrz przy koniach ostali. - Niechaj konie do stajni wstawią i przyjdą. Parobka zaś mi szlag trafił, będzie już z miesiąc, jak zachlał gdzieś i nie wrócił. A może już, psia jucha, wcale nie wracać. Na pysk go wywalę zbity i tak... Zaraz kobitę zbudzę, coś wam uwarzy - skierował się ku schodom na górę do alkierza prowadzącym.

- Nie potrza - gestem ręki wstrzymał go kapitan. - Piwa jeno daj, długo nie zabawię. A tamci niechaj czekają, sucza ich mać... Jam właśnie o tego twojego parobka rozpytać przyjechał. Kiedy zniknął?

- A co znowu? - karczmarz, dzban z piwem a dwa drewniane kufle na stole postawiwszy, nalał kwaśnego, cuchnącego płynu i zasiadł. - Nie tłukłeś się przecie po nocy po to jeno, co się uchlał znowu i tawernę jaką rozpirzył. Ostatnim razem jużem ci mówił, co w rzyci go mam, a płacić za żadne szkody nie będę! Możesz go w żelazo zakuć, wypędzić abo i powiesić, za jedno mi! No, mówże co! - ponaglił kapitana, który długi łyk piwa akurat pociągnął.

- Tym razem to nie to - skrzywiwszy się z obrzydzeniem, Czerma odstawił kufel i splunął plewą na podłogę. - Kiedyście go widzieli, ty abo twoja?

- To o co chodzi? - odstawiając swe piwo, Katosz takoż skrzywił się zniesmaczony

- Będzie wczoraj, jak trupa jego znaleźli. W borze Skrajnicznym, wedle rzeki - wbił kapitan spojrzenie w karczmarza, któremu naczynie przy ustach zamarło. - Dawno już, kiej poszedł? Kiejście go widzieli?

- Nie miarkujesz chyba, co ja.. co my... - urwał.

- Nie miarkuję, bredni nie powiadaj - rzekł dowódca straży. - Wybadać się ano muszę, co zaszło i tyle. Powiesz co wreszcie? Kiejś go tu uwidział?

- Tumir - oberżysta zwrócił się do kapitana po imieniu. - Że pracuje u mnie...

- Pracował.

- Pracował... - poprawił się Katosz cicho. - Żem wykupił go z ratusza kilka razy, to jedna rzecz. Rozum masz, to i wiesz sam, co trudno zgodzić parobka, co gnój przerzucać a drwa rąbać na tym zadupiu zechce. A i moja przywykła do niego, co dawno on już z nami siedział. Nawet Alina oswoiła się z nim, a sam wiesz, co ona... - pomyślawszy o Alinie, urwał nagle. Dziewczyna małomówna była, od ludzi stroniąca, całe dnie ze zwierzętami w stajni przesiadywała, albo z dwoma wielkimi psami, co jej rozkazów jeno słuchały, po okolicy się włóczyła. - Ale gdzieżby taką rzecz uczynić...

Kapitan odstawił kufel, na dnie którego jeno breja zawiesista ostała, i więcej piwa z dzbana sobie dolał, acz niechętnie.

- To wiem, rzecz nie w tym jest, ale w tym, co zwiedzieć się muszę, co zaszło. Taka robota, wiesz sam - rzekł, unikając czemuś wejrzenia towarzysza. - Ciebie ostatniego podejrzewać bym mógł...

Zapatrzył się w mętną zawartość naczynia przed sobą, wyraźnie coś tam se łbie ważąc. Myśli w końcu zebrawszy i golnąwszy tęgo, piwo odstawił i zmęczonym głosem zaczął:

- Katosz - tym razem dowódca straży zwrócił się imieniem do karczmarza, na powrót głęboko w oczy mu wejrzawszy - parobka twojego w lesie znaleziono, w obrzeżach Skrajnicznych, z flaków wybebeszonego a na kilka kroków rozwłóczonego. Ze łbem na miazgę roztrzaskanym. - Mimo światła słabego zauważył kapitan, co krew całkiem odeszła karczmarzowi z twarzy. - Wenter znalazł trupa, myśliwy ze Skrajnicy. Tylko co starego Karluka chłystek straże przy bramie do miasta zawiadomił, co koń wyskoczy pognałem z tamtymi dwoma - głową ku drzwiom wejściowym skinął - rozeznać się. Nie chciał mi miejsca pokazać myśliwy, tak strach a obrzydzenie go zdjęły. Upity na umór, o wilkach, duchach a zjawach jeno prawił, więcej nic. W Skrajnicy, przy borze, dziwni ludzie mieszkają, sam wiesz dobrze. Póki żelazem i lochem nie pogrozisz, a nie potrząśniesz, nikt ci nic nie powie. Zabrzęczał trzos, to i w końcu ktoś nam z dali wskazał, kaj iść, coby trupa znaleźć. Pewien byłem, co do zasranego zachodu błąkać będziemy w tym lesie przeklętym. Wiesz, jaki jest ten chędożony bór. Ale tak ci ścierwem biło z daleka, co od razuśmy go naszli. Rzekę ci, Katosz, padliną tak tam cuchnie strasznie, co zimowe kołacze wyrzygasz! - srodze przejęty, pociągnął Czerma kilka łyków piwa. - Na kroków kilka dziesiątek nie wytrzymiesz. Sam podleźć musiałem, co tamci nie chcieli. Jako te pacholęta strach ich zdjął, Katosz. Niechby szarak tam na nich nabiegł choćby, nasraliby w portki, a w las uszli. Wszystko wyrzygałem, com w kichach trzymał a oglądać polazłem. Trup wypatroszony, kiejby go rzeźnik sprawił. Łeb na nic potłuczony, kiejby błoto... Rozdziany zupełnie. Że to ten twój parobek, po palcach dwóch obciętych jeno poznałem. Wiesz...

Przerwał kapitan i wspomnieniem przygnębiony, czerep zwiesił.

Karczmarz siedział ponury, a twarz jego, wraz z opowieścią, coraz bledsza się robiła. Była teraz zupełnie biała. Zaciśnięta na kuflu dłoń zastygła mu w bezruchu.

Milczeli tak obaj czas jakiś, wzrokiem niewidzącym w poplamiony blat wpatrzeni.

- Katosz... - słabym głosem zaczął Czerma. - Trupa robaki toczą, cuchnie padliną niemożebnie... gnije on tam już czas jakiś... - podniósłszy oczy na rozmówcę, ponownie spytał: - Kiejście go w zajeździe widzieli?

Zwiesiwszy ciężko głowę, myśli zebrać próbując, siedział oberżysta. Milczący wciąż, podniósł się powoli. Wydobył zza szynkwasu gąsior mocnego samogonu i dwa gliniane kubki. Nalawszy, jeden przesunął ku dowódcy straży, sam zaś opróżnił zawartość drugiego. Dopiero naówczas, oczy na rozmówcę podnosząc, rzekł ochryple:

- Będzie miesiąc, abo i lepiej, jakeśmy go po skóry a mięsiwo do Wentera posłali. W kilka dni myśliwy sam towary przywiózł, to myślelim, co zaś gdzie zachlał - z głową zapadniętą w ramiona cicho opowiadał Katosz. - Do jarmarku wczas było jeszcze, roboty wiele nie ma... zamiarowałem akuratnie wybrać się i kogo nowego zgadzać...

Siedział kapitan nieruchomy, na obracane w palcach naczynie z alkoholem spoglądając. Wychyliwszy w końcu, oczy podniósł i w bladą twarz karczmarza wejrzał. Oświetlały ją pierwsze, nieśmiałe jeszcze promienie jutrzni, szczelinami w okiennicach do izby wpadające. Wraz ze świtaniem, w obejściu zapadła cisza. Psy nie ujadały już, a słychać było jedynie cichy trzask płomieni w palenisku i pomrukiwanie kocura, dużego a rudego, który, pojawiwszy się skądś, ocierał się teraz o nogi rozprawiających, atencji, lebo jedzenia się domagając. A pewnie jednego i drugiego.

Gdzieś w podwórzu zaspany kogut zachrypniętym pianiem obwieszczał dnia nowego początek.

Dowódca straży, nalawszy sobie i towarzyszowi jeszcze jedną porcję samogonu, odstawił gąsior. Wypili obaj, po czym przerwał kapitan ponurą ciszę grobowym głosem.

- Znalazłem przy nim to... - zza pazuchy wydobył gruby wianek, upleciony z mchu i jeszcze jakiejś rośliny. Wpatrywali się w niego teraz obaj. Obaj myśleli o tym samym. Wianek nie był zwiędnięty.

- Na bogów... nie myślisz chyba, co dziewczyna... - nie odrywając oczu od leżącego przed nim na stole przedmiotu, karczmarz jęknął słabo.

- Dajże pokój, Katosz! Nie myślę - uspokoił go cicho Czerma. - Tamte juchy nie widzieli tego, bo się podejść bali, jakom rzekł. Chciałem, cobyś ty obaczył. Był w zaciśniętej ręce trupa. Jakem go wyciągał, zoczyłem te dwa brakujące palce, temum rozpoznał, kto on, co parobek twój. Inaczej nie badałbym go tak dokładnie, ni oglądał, tak tam cuchnie. Czym prędzej odejść chciałem.

Patrząc na zielony, misternie upleciony krążek, siedzieli obaj w posępnym zamyśleniu czas pewien, nie bardzo wiedząc, co by rzec można.

Przedłużającą się ciszę znów przerwał kapitan:

- Katosz... - wiedząc dobrze, co zamiaruje poruszyć bardzo delikatny dla rozmówcy temat, zaczął niepewnie. Kochający córę karczmarz bez wahania zarąbałby każdego, kto ośmieliłby się jakkolwiek ją ukrzywdzić. - Może to być, co Alina... co ona to ostawiła...

- Milcz! - potężna pięść huknęła w blat, aże podskoczyły stojące na nim naczynia, a rude kocisko, wałęsające się czegoś tera po stole, czmychnęło spłoszone. - Miarkuj się, Tumir, bo za siebie nie ręczę!

- Ochłońże, do czarta! - rzekł mu zaraz Czerma. - Niczegom złego nie chciał! Może prosto być, że Alina uwidziała co? Słyszała co? Sameś gadał, nie raz, a nie dwa, co cięgiem się włóczy po okolicy... Może być to, że wiankiem pokazać co zamiarowała...

- Zawrzyj pysk, rzekę! - wstając gwałtownie, karczmarz ławę z trzaskiem przewrócił. Twarz jego zmieniła się, krwią nabiegła i w groźnym grymasie wykrzywiła. - Jedno jeszcze słowo wyszczekasz i kopidoł nie jednego, a dwóch trupów sprawiać będzie!

- Baczenie miej, do kogo gadasz! - podniósł się też kapitan, aliści prowadzące do alkierza na górze drzwi rozwarły się nagle i ukazała się w nich zaspana żona karczmarza, Sara. Zamilkli naraz obydwaj a na nią wejrzeli.

- Co się tam dzieje? - przecierając oczy, sennym głosem spytała. - To ty, Katosz? Co się tam tłuczesz po nocy! Gadasz z kim? Wrócił ten darmozjad, przechera? Niechże lizie do stajni, do koniów spać! Niech trzeźwieje! Jutro trza się z nim rozmówić! Tera wcześnie, Alinę zbudzicie, kiej się drzeć tak będziecie!

- Wszystko dobrze - drgającym z gniewu jeszcze, lecz łagodniejszym już głosem odrzekł żonie Katosz. - Załatwione już jest, wracaj spać. Wszystko dobrze.

- A niech mi się ścierwo nie wczasuje do dnia! Wody trza nanieść a drew urąbać! Zara jarmark w mieście, wieprze trza będzie jutro rżnąć a sparzać! - ziewnęła przeciągle Sara a za drzwiami znikła.

Przewróconą ławę postawiwszy, karczmarz usiadł i ciężko westchnął. Dowódca straży przelał resztkę mętnego piwa z dzbana do kufli.

- A dajże pokój temu świństwu - mruknął oberżysta i przyniósł drugi gąsior z samogonem, który, choć smakował okropnie a równie mocno śmierdział, to mocny był i gardło przyjemnie przepalał. Uzupełniwszy kubki, przepili.

Dobrze znając Katosza, Czerma siedział i nie odzywał się, pomnym bowiem był, co tamtemu czas jest potrzebny, coby do spokoju mógł wrócić. Zaległą pomiędzy nimi teraz ciszę pojedyncze szczeknięcia psa, dobiegające ich z podwórca, przerywały.

- Rozmówię się z Aliną...ale sam wiesz, co pewno daremne to - w pusty kubek się wpatrując, westchnął karczmarz w końcu. - A com gębę wywarł...

- O nic więcej nie zabiegam - dowódca straży przeprosin nie potrzebował, miarkując se, co ciężko było Katoszowi, któren, prócz jedynej córy, więcej potomstwa nie doczekał. A ta dziwadłem się okazała. Gadać z nikim prawie nie chciała, do pomocy w zajeździe się nie kwapiła, za portkami nie wyglądała. Młodzieniaszki zresztą stronili od niej, cóż bowiem z tego, co śliczna była, skoro wciąż latała po polach a łąkach, pilnowana przez dwa psy, na krok od niej nie odstępujące. - A o tym - wskazał na leżący pomiędzy nimi na stole wianek - my dwaj aby wiemy.

- Dziękuję - karczmarz prawicę do towarzysza wyciągnął, któren, uścisnąwszy ją, podniósł się zza stołu a ku wyjściu kierował. - Kiej się przewiem czego, do miasta pojadę, wieści ci przywiozę.

- Nie potrza - wychodząc na podwórze, odrzekł kapitan. - Mnie i tak trza będzie tu wrócić a urzędowo cię rozpytać. Sarę też. Nie ja przyjdę, to kto inszy węszyć ci tu będzie. A i uszu mniej naokół tutaj, niźli w ratuszu - dodał.

- Bywaj.

Pożegnali się.

Stał jeszcze w progu karczmarz, obserwując trzech strażników, którzy, koni dosiadłszy, przez bramę na gościniec wyjechali, ku miastu się kierując. Dopiero kiej jeźdźcy z oczu mu zeszli, przeszedł na tyły budynku, w podwórzec. Pomiędzy jego nogami przebiegł rudy kocur.

Pod ścianą stajni, w błotnistej brei, będącej mieszaniną gnoju a gnojowicy, w towarzystwie dwóch ogromnych psów, głaszcząc je po ich wielkich łbach, nago siedziała Alina. Zaschnięte, rdzawobrunatne plamy pokrywały całe jej ciało. Na głowie miała zatknięty taki sam wianek, jaki kapitan straży przyniósł przed chwilą.

Wpatrując się w Katosza błyszczącymi, ciemnofioletowymi oczami, uśmiechała się wyzywająco, zaś psy, wyczuwszy jego obecność, zawarczały groźnie, połyskując obnażonymi kłami.

 

5.

Dotarłszy do strażnicy w mieście, kapitan straży wszedł do pomieszczenia służbowego, które mu z racji pełnionej funkcji przysługiwało. Miecz odpasawszy, oparł go o łóżko, po czym tak, jak stał, obuty a w kaftanie, na zatęchnięty siennik się zwalił. Przez ścianę słyszał głosy towarzyszących mu w ostatnich dniach strażników, po skończonej służbie się przebierających, a przez jedyne okno dochodził zwykły gwar uliczny. Ukołysany znajomymi dźwiękami, zara też usnął.

Dobiegający z ulicy rwetes wyrwał go nagle z głębokiego snu. Głosy to były, żywo a gwałtownie o czymś rozprawiające przed wejściem do ratusza, w którym to strażnica miejska siedzibę swą miała. Stękając, dowódca straży zwlókł się z posłania. Wypity na pusty żołądek alkohol, ale i niewyspanie, trudnym do zniesienia bólem łeb mu teraz rozsadzały. Wstał niechętnie, by sprawdzić, co się dzieje.

Zobaczywszy kapitana, zgromadzeni licznie wzburzeni mieszkańcy Podgórza, a wpośród nich najgłośniej i najwięcej rozprawiający kowal, Remes, jeden po drugim milkli. Kiej wrzawa zupełnie juże ustała, gęby wszystkie, w pełnym napięcia oczekiwaniu, ku kowalowi się zwróciły.

- Czegoście chcieli? Czego tak jazgoczecie? - mrużąc oczy przed ostrym, południowym słońcem, Tumir Czerma powlókł zaspanym spojrzeniem po gawiedzi, lecz nikt odezwać się nie śmiał. Jeden z drugim jęli Remesa poszturchiwać, w najbardziej demokratyczny sposób na przedstawiciela swego go naznaczając. - No? Zapomnieliście języka w gębie? Drzecie się a pieklicie jeno, spać po służbie nie dajecie!

- My tu przyszlim, wielmożny panie, zwiedzieć się... - zaczął niepewnie ktoś z tyłu stojący.

- A mówże głośniej! - dowódca straży przerwał mu, coraz sroższy czując ból, co żelazną obręczą ciasno mu czaszkę opasywał tera. Ktoś tam w ciżbie odchrząknął, odcharknął, i ten sam głos, juże głośniej, po raz wtóry zagadał:

- My tu przyszlim wszyćkie, wielmożny panie, bo słyszelim... - nie wiedząc atoli, co więcej rzec, urwał.

Gremialnie udzielony przed chwilą kowalowi mandat ambasadora zebranych, jak i pokrzepiające po ramionach poklepywanie, kontenansu mu nagle przydały a przemówić pchnęły:

- Chcielim wielmożnego pana kapitana wypytać, co z Trzypalcym - pytał o parobka z zajazdu Przy Rozstajach, którego, przez te jego dwa obcięte paluchy, Trzypalcym wszędzie wołano. - Słyszelim, co nie żyje.

Zaszumiała a zamruczała gawiedź w potwierdzeniu, co w samej rzeczy, temu się tu zeszli. Ten i ów przytwierdzająco głową pokiwał.

- Ano nie żyje! - rzeczowo rzekł im Czerma. - Dobrzeście słyszeli! A tera idźcież do jakiej roboty! Kiej kwoki na tyczkach tu gdaczecie!

Spojrzeli ludziska po sobie, snadź ich ta prosta kiej cios obuchem odpowiedź kapitana zaskoczyła. Zafrasowani, jeden na następnego się oglądali. I kowal w brodę się kudłatą drapał, nie miarkując za bardzo, co począć. Zamiarując wrócić do przyjemnie zacienionej strażnicy, skierował się dowódca straży ku drzwiom. Natenczas Remes, zbyt szybko z przywilejem trybuna mieszczan rozstawać się nie chcąc, rzekł:

- Ale...jakże to, wielmożny panie... - jąkając się, niepewnie zaczął. - Przeca martwego go pono pode borem znaleźli...

- Toć gadam, co ubity! Azaliż niewyraźnie rzekę, czy co? - dowódca straży nie był awansował na piastowany urząd z tej jeno przyczyny, co jego kułak żelazny a obuta w ciężki, żołnierski trep stopa, ostudzić umiały zapał najbardziej krewkich zabijaków w mieście lepiej, niźli niespodziana kąpiel w przeręblu. Wymownym a hardym będąc bowiem, umiał tak z ludźmi gładko się obyć, tak im miodu abo i dziegciu do uszu nawtykać, co pewni byli, że dostali to, za czym przyszli. Uspokajało to ciżbę na tyle akurat, coby kapitan, przez nikogo nie niepokojony, oddalić się mógł, a wraz z nim jego kapitańska duma a godność. Otumanienie rychło z głów ludzkich wietrzało, prawda to. Cóż jednak z tego, skoro pomni euforii sprzed chwili, ludzie zbyt naiwności się własnej sromali a udając wzajem przed sobą, co moralne odnieśli zwycięstwo, najczęściej w spokoju się rozchodzili. W nieczęstych tych przypadkach, kiej rozejść się nie chcieli, słynna na okolicę pięść a gwoździem gęsto bity bucior, dziarsko dzieła dokańczały.

Nie chciał dać jednak kowal za wygraną i czując siłę wbitych w siebie spojrzeń kilku najmniej dziesiątek, próbował jeszcze:

- Kiej ludzie chcą się zwiedzieć...

- Jacy ludzie? Kto a co jeszcze chce wiedzieć? - wodząc po twarzach zebranych, zawołał kapitan. Potęgowany prażącym niemiłosiernie słońcem ból w skroniach sprawił, co zakręciło mu się w głowie. - Pytajcie, ludziska, a śmiało!

Nikt jednakowoż z mieszkańców pytać już nie śmiał o przeraźliwe szczegóły, o których plotki wichrem po mieście się rozchodziły. Straszliwa ta historia bowiem, z każdym wypitym przez Karlukowego chłopaka, ale i przez niejednego z teraz tu stojących, dzbanem piwa, wczorajszego wieczora coraz bardziej krew w żyłach mrożąca, dzisiaj, w jasnym świetle południowego słońca, w przytomności kapitana straży, bladła a współcześnie z wyparowującym z głów alkoholem, mocno przesadzoną się widziała.

W milczącym tłumie ten mruknął coś pod nosem, ów chrząknął, atoli nikt juże gęby otworzyć się nie kwapił. Kowal jeno, któren upiwszy się chwilowo nadaną władzą, trzeźwieć jeszcze nie zechciał, jęknął po raz ostatni:

- My jeno chcielim potwierdzić...

- I potwierdziliście! - Czerma jeńców nie brał. O tym teraz aby myślał, by co rychlej pragnienie palące ugasić a ciężki czerep na posłaniu złożyć.

Nie czekając juże na nic, do strażnicy wrócił i ze stojącego pod ścianą cebra napił się ciepławej, śmierdzącej wody. Zalegając na łóżko, słyszał jeszcze, jak niewiele juże ze sobą rozprawiając, ludziska rozchodzili się. W dusznym, aliści chłodniejszym, aniżeli skwarem pieczona ulica, pomieszczeniu, ból we łbie zelżał nieco.

Oddychając ciężko, kapitan straży leżał czas jaki, po czym martwym snem zasnął.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania