Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
"SKRAJNICA" autor Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz.15
Rozdział 15.
Długo człapał na swej szkapinie Morlaud, kolebiąc się miarowo a ze wszech sił w siodle wytrzymać się przymuszając, kiedy cierpienie straszliwe, ze słabizny pachwinowej promieniujące, do białości rozgrzanym żelazem palić go już przestało a drętwotą uśmierzającą całego objęło. Obolały, przemoknięty, a nade wszystko upokorzony i wściekły, ostrożnymi ruchy upewnił się, czy aby zawiniątka z mapami zaś gdzie nie zagubił, jako juże dwa razy mu się trafiło, odkąd z gospody ruszył. Dwakroć osuwać się na ziemię tedy musiał, dwakroć nazad na koń wdrapywać. A ból rozdzierał go przy tym taki, aże się posrał, poszczał a porzygał, wyjąc, kiej zwierz rzeźnickim nożem rznięty. Byłby i poniechał podróży, w kłębek się zwinął a przeleżał gdzie w zaroślach, aliści burza tak gwałtowna nadeszła, ulewą siekąca straszliwą a wichrem szarpiąca potwornym, w błotniste, potokami rwące bagno świat przemieniając, co lękał się, czy mu się aby mapy na nic nie zmarnują, niechby jeno kajś na chwilę przyległ. Zębem na ząb nie trafiając, zziębnięty, udręczony, resztkami woli kurczowo konia się ułapiwszy, świata w strugach deszczu nie widzący, choć na kilka kroków, wlókł się zatem dalej.
Otępiały tera przymykał oczy, twarz nastawiając ku słońcu, którego coraz to śmielsze promienie, spomiędzy chmur przenikające, ulgę niosły. Wreszcie też jakie takie myśli we łbie złożyć mu się udawało, a i światu wokół przyjrzeć nieco. Zapatrzył się akuratnie na wypełniające horyzont, coraz bardziej wyrosłe przed nim góry, ich chmurami okryte granie, gdy coś uwagę jego przykuło, aże konia wstrzymał. Przyjrzał się baczniej szczytom, szukając przełęczy stanowiącej jedyne znane przejście graniczne do sąsiedniej krainy, a podle której wzniesiona była twierdza Podgórska wraz z przypierającym do niej miastem.
Nie uwidział przełęczy przed sobą.
Ściągnął lejce, wolno obracając konia w kierunku, gdzie w oddali góry się mniejszymi znacznie wydawały.
Tera uwidział przełęcz przed sobą.
Daleko przed sobą.
- ...sucza jej mać... - jęknął żałośliwie.
Mało, by jeno kierunki zmylił, pomiarkował się bowiem zara, co z gościńca zjechał i przemierzał nieznane zupełnie zakątki, drzewem a krzaczorami porosłe, przetkane częstokroć ostrymi pazurami skał, strzeliście ku niebiosom kamienne szpony wyciągającymi wprost z wątpi matki ziemi. Takoż o jamę jaką, pieczarę czy zapadlisko trudno nie było. Wnet wspomniał se Morlaud zasłyszane w mieście wspominki, co niebezpieczne to były rejony, łacno bowiem tu było zbójom wszelakim abo nieprzyjaciołom długimi miesiącami taić się a zamęt w okolicy czynić. Przemykały ulicami miasta posępne cienie opowieści, ściszonym i trwożnym głosem przekazywanych, o całych kilkuosobowych grupach tęgo zbrojnych, krzepkich śmiałków, którzy, raz zapuściwszy się w te strony, nie wracali już nigdy.
Badał tedy dokładnie okolicę Morlaud, próbując wymiarkować, czy aby jakie niebezpieczeństwo nie czyha w pobliżu. Cierpienie, choć zelżałe nieco, wciąż szarpało jego twarz skurczami, zaś zmarznięte, udręczone ciało, drgawki chłodu nękały co chwilę. Nie zoczył niczego, jednakowoż podmuchy wiatru przynosiły woń dymu z ogniska, który, czując go już przez czas pewien, za oznakę rychłego do miasta dotarcia brał wprzódy.
Atoli Podgórze leżało daleko stąd.
A ognisko paliło się w pobliżu i zwiastować mogło kłopoty, na przeprawę z którymi, srodze pobity a cierpiący okrutnie Morlaud, nie mógł sobie pozwolić.
Zawrócił, obrał kierunek ku odległej przełęczy a baczenie mając na mijane kępy zarośli i skały, przed się ruszył, przeklinając w duchu zwierzę, które drogę zmyliło. Poprzysiągł sobie, co niech jeno koń mu zbędnym będzie, rozprawi się z nim, mszcząc swe krzywdy a karząc owo zołzowate bydlę. Kiwając się w siodle, zaszlochał w bezsilnym żalu, że tyle drogi mu wracać przyjdzie, a gdzie do miasta jeszcze. O nijakim spoczynku tutaj nie podobna myśleć nawet, obudziłby się zapewne okradziony ze wszystkiego, a i z gardzielą gładko poderżniętą.
Mus więc było brnąć dalej.
Czasem zdało mu się, że czas dłuższy nie wyniuchał zdradzieckiego dymu, to znowuż woń powracała, a nawet odległe głosy ludzkie posłyszeć mu się udało. Nieruchomiał naówczas w krzaku jakowymś, czujnie ucha nadstawiając, raz po raz szkapinę po pysku waląc, coby zarżeć nie śmiała. Pogwary milkły, zaś Morlaud trapić się począł, czy aby nie kima, udręczony a zbolały, i czy aby to nie imaginacja jego abo mara senna była. Ruszał tedy na powrót w drogę, pilnując jeno bacznie, by tym razem ku przełęczy zmierzać.
Minąwszy zenit łuku błękitnej nici, po której wędrował złoty koral, coraz dłuższymi cieniami przyozdabiało ziemię słońce, tu i ówdzie aby dotykając traw a ziela przebijającymi się przez korony drzew promieniami. Ocknąwszy się z sennego odrętwienia, z przestrachem odkrył Morlaud, co w lesie wysokim się znajduje, nie pomnąc, by bór ten przemierzał uprzednio. Gałęzie liściem porosłe obficie skryły masywy górskie i sporo mu zajęło, by znaleźć wreszcie zwyżkę, z której wyjrzeć we świat podobna było. Z ulgą stwierdził, że kierunku nie stracił i pojechał dalej.
Łeb zdążył mu się snem zakiwać kilkakroć, gdy stanął przed wąwozem, którego ściany stromymi zboczami pięły się wysoko, w obietnicy srogiej, długiej a znojnej przeprawy, niechby zechciał go obchodzić. Środkiem szerokiego parowu wił się strumień ulewą dopiero co przeszłą spieniony. Wykładał sobie Morlaud, co zbójem będąc napadaniem na ludzi żyjącym, ani chybi w takim właśnie jarze czyhałby na swe ofiary. U krańca sił się jednakowoż znajdował, zatem poprawiwszy rzemienie trzymające drogocenny ładunek, sprawdził broń i ruszył, zanurzając się w ciszę a półmrok wąwóz zalegające.
Trzymając w drżących dłoniach pergaminy, ze zmarszczonym czołem badał je Diurnarius uważnie, co i rusz spozierając na Fineta, któren ledwie zdążył na krzesło opaść, by po podróży odsapnąć. Staruszek spoglądał znad binokli to na pergaminy, to na towarzysza, zgoła nic nie rzekąc. Obracał badane przedmioty w jedną i w drugą stronę, ku światłu je podnosząc, w siwiuteńką głowę się skrobał, mamrotał coś przy tym pod nosem a cmokał.
- No? - zagadnął Finet, snadź ukontentowany. - Widzieliście kiedy co takiego?
Stary skryba odłożył w końcu wszystko, długo a czujnie wejrzał w wyczekującą, zadowoloną twarz kompana i ozwał się:
- Ano, widziałem. Płachty sprawiane, widzi mi się, co płodowe, jagnięcine. Jeno czyste, nic na nich nie ma. Powiadałeś o mapach jakowyś do przerysowania, tom myślał, co one to są.
Kiej człek, co nieopatrznie palcem u stopy najmniejszym o największy w izbie mebel trzaśnie a przez mgnienie jeszcze, na poły zdziwiony, przygląda się zniekształconemu kikutowi, gdy świat zamiera zgoła na kilka serca uderzeń, by tym mocniej przeraźliwym bólem przeszyć, niech no jeno głowa otrzyma od nogi wiadomość, cóż się właściwie wydarzyło, takoż Finet tkwił jeszcze przez moment w bezruchu, nie pojąwszy zrazu tego, co wyrzekł Diurnarius. Powoli, z wciąż przyczapanym do twarzy, lecz już obumierającym uśmiechem, podszedł i spojrzał na podebrane z Arysowej skrzyni pergaminy.
I patrzył, oczom swym wiary zrazu dać nie mogąc. Najzwyczajniejszymi pode słońcem pergaminami bowiem były. Dobrze oczyszczonymi, a jakże, szczyną a łajnem trawionymi, z licową i mizdrową stroną do zapisu zdatną, kunsztownymi, delikatnymi, miękkimi. Nade wszystko aliści pustymi.
Jęknął Finet, coraz trwożniej płachty przeglądając, te jednak, uparte i złośliwe, mapami się stać nie chciały.
- Nic nie miarkuję - wymamrotał wreszcie ni to do siebie, ni do starca - w skrzyni nie było nic więcej, dobrzem omacał...
Opadłszy na krzesło, wpatrując się wciąż w niezapisane pergaminy, próbował Finet wyrozumieć, jak do tego doszło.
- Samem widział, kiej mapy do kufra wkładał - prawił cicho - a na klucze pozamykał. Może to być, co pomiarkował się w mych zamiarach? Podobna to, co na oku mnie miał a pilnował, coby na kradzieży przydybać? Pułapkę zastawił? Alem go przecie z oka potem nie spuścił...
- Arys chytry, kiej lis - orzekł Diurnarius - nie łacno takiemu co z miski podebrać. Jeśli tako jest, jako prawisz, jeśliś w Arysową pułapkę wlazł, mus ci tedy z Podgórza wybyć, nic tu po tobie. Nikomu ci on nie popuścił nigdy, niech no jeno kto mu pode skórę wlezie.
Wiedział o tym Finet, co po prawdzie rzecze mu stary skryba. Okrutnie i bezlitośnie rozprawiał się Arys z każdym, kto mu na drodze stanął. Wysługiwali się nim co ważniejsi a bardziej majętni ludzie w mieście, miał on konszachty wszędzie i stał ponad prawem. Licząc się z niepomyślnym dla się spraw obrotem, wyrychtował się był wprzódy Finet do ucieczki, przedał, co aby jeno mógł, resztę gotów był porzucić bez większego żalu. Miasto z dawna mu obmierzło, nikogo bliskiego w tych stronach nie miał, nic go tutaj nie trzymało. Aczkolwiek nie wiodło mu się ostatnimi czasy. To, co miał, starczyć mogło na podróż jeno, nic poza tym. Na map owych zdobycie liczył, zamiarując abo je dobrze przehandlować, abo rozczytać a przy ich pomocy fortunę znaleźć.
- Atoli po cóż by mnie wolno puszczał, kiej uwidział, com go okradł? - rozpatrywał Finet. - Nie, nie może to być. Inszy powód być to musi...
Roztrząsał na wsze strony, co zaszło, wymiarkować próbując, cóż mu tera czynić. Spowity kłębami wonnego dymu, przyglądał mu się Diurnarius, fajkę pykając a dumając nad czymś. W końcu ozwał się:
- A niczegoś nie przeoczył? Abo nikogo?
Przecknął się Finet z frasunku i spojrzał na skrybę.
- Przeoczyć? Nie...niczegom nie przeoczył... - odparł wolno. - Wszystko tako było, jako zawsze... Dobrzem baczył a pilnował wszystkich...
Jednakowoż przerwał, wpatrując się w pomarszczone lico towarzysza, i wyraźnie nad czymś zastanawiał. Naraz fizjonomia mu się zmieniła a ślepia błysnęły:
- Ta ruda! Sieja! Nigdzie jej nie było! - ożywił się. - Wszystkie się spili a pospali, dobrzem baczył, coby tak wyszło! Jeno ta ruda jakowaś dziwna była wieczór cały! Spozierała ku mnie a baczenie miała, mało wiele piła i jadła, cięgiem rozglądała się za czymś a po szynku rozłaziła. Pomnym, co razem z Arysem do komory poszła, prowadziła go pijanego a do cna ululanego. Gdy w czas jaki potem do skrzyni dobierać się wybrałem, nie była przy nim, kajś zniknęła.
- A kimże ona jest?
- Arysowa kochanica - wyjaśnił Finet. - Napatoczyła się mu jakoś zara po tem, kiej mnie do map odczytania zawołał, umizgują się do siebie odtąd.
- Podobna to, co i ona korzyści jakiej upatrywała od Arysa? - spytał Diurnarius.
- Sam nie wiem - dumał Finet. - Żarem ci ku niemu wielkim nie buchała, prawda...
- Mogła i ona onych map dla się chcieć - orzekł starzec. - Jakeś ty pilnował a oczył za Arysem, za pergaminami, mogła i ona. Jakeś ty podebrać zamiarował a podmienić, mogła i ona. Widzi mi się, co ubiegła cię prosto i tyla. Abo to, abo cię Arys przechytrzył, a tedy strzeż się. Aboś może i prześlepił mapy we skrzyni?
Pokręcił na to łbem Finet.
- Pusta ostała, pewnym tego. Z tem jeno, com podrzucił...
- Więc być to może, co chciał Arys w połach kubraka mieć, co najcenniejsze, temu na noc mapy zabrał.
Lecz i temu Finet zaprzeczył.
- Dobrzem go śpiącego omacał, jakem kluczy szukał po kieszeniach. Nic nie miał.
Westchnąwszy, wyprostował się w swym fotelu starzec.
- Jużem za stary na takie przygody, twoja głowa w tym, cóż czynić dalej - rzekł Diurnarius. - Widzi mi się ano, co w owej dziołsze sprzymierzeńca mieć możesz.
Przypalił splecionego w tytoniowym liściu ćmika Finet, przytwierdzając w milczeniu. Turbował się, cóż mu tera czynić. Niechby rację miał stary i to ruda, ubiegłszy go, ukradła pergaminy z mapami, to znikając w tym samym czasie, podejrzenie takoż na się skierował. A jeśli Arys to zaplanował, mus mu uchodzić z Podgórza.
- Markotnyś, atoli słuchaj, co ci rzekę, mój chłopcze - stary skryba położył mu kościstą rękę na ramię - Niech się jeno twoja dziołcha kajś w mieście z onymi mapami okaże, zwiem się o wszystkim. Powiadałeś, co nie były one zwykłe, te mapy, miarkuję przeto, co nie każden je odczytać poredzi. Musi ci więc i ona do kogo po radę pójść. Jeśli zostaniesz z Arysem swe sprawy prostować, miast uciekać, dam ci znać o tem.
- Dziękuję wam, Diurnariusie - odparł Finet, dłoń starego w swą biorąc a czule go obejmując. - Pewnym, co pomocy wszelakiej od was czekać mogę, jeno nie chcę, coby Arysowe oko się na was skierowało. Poniechajcie tedy, jakoś się sprawy ułożą. I tak juże groźbę na was sprowadzam.
- A dajże pokój, mój chłopcze - uspokoił go Diurnarius - zwyczajne są to usługi, by komu z pisaniem, mapami a pergaminami pomagać w skrybowym warsztacie, nie ty jeden do mnie zachadzasz, a i z dziwniejszymi jeszcze sprawami bywają.
Uściskał go serdecznie raz jeszcze Finet a na ulicę wyszedł. Oczy mrużąc i ręką się zasłaniając od przebijającego przez resztki burzowych chmur słońca, tym dotkliwszego, co z zaciemnionego wnętrza prosto w dzień wylazł, konia swego odszukał, dosiadł i wolno ruszył.
Rozłożyste korony drzew w baldachimie konarów a gałęzi tak szczelnie się splatały wysoko ponad jarem, wpośród stromizn którego człapał człek na koniu, co wszędy ścieliła się pomroka, choćby i we dnia południe. Zaś tym czasem, gdy ku widnokręgowi chylące się słońce poniżej skarp potężnych się spuszczało, jako na ptactwa leśnego spoczynek przed nocy samej nadejściem mrok się czynił. Łacniej tedy było Ropuchowi skrycie się gęstwą przemycać wąwóz porastającą a tropić za jeźdźcem, któren samojeden dnem jechał z wolna, snadź nieświadom, co prosto w zasadzkę zmierza. Śledził go a przepatrywał wprzódy z kompanem, atoli w czas jaki temu tamten przodem się puścił, coby resztę bandy przestrzec, zasadzkę zgotować. Ropuch sam zaś ostał, a za człekiem się nieco opóźniając, śledził go tajnie, baczenie mając, by odwrót mu odciąć, niechby tamten czmychnąć usiłował. Rannym się konny widział abo chorym, w siodle ledwie utrzymując, zbrojnym nie był, temu też trudności żadnych się Ropuch nie spodziewał, polecając towarzyszowi donieść, co pewnikiem marna, lecz łatwa zdobycz im w sidła lezie.
Znajomy minąwszy zakręt, schodzić jął niżej i wnet zoczył pień stary, spode którego wydobył skryty tam długaśny drąg. Oba jego końce ociosane zostały nierówno, wystarczająco ostrymi jednakowoż były, coby w miękki grunt jeden wpierając, drugim zwalić konia w biegu. Wiedział Ropuch, że po drugiej stronie jaru, niewidoczny w dziwnie prędko zapadającym dziś mroku a i mgle, która nie wiedzieć skąd nagle spłynęła, kto inny także podąża z żerdzią podobnie wyrychtowaną. Oba szli tera krajem gąszczy, każden ze swej strony ku jeźdźcowi coraz to się zbliżając, gotowi już w każdej chwili wyskoczyć, aby ucieczkę udaremnić, a prać i zabijać.
Przyjemne rozpłomienienie w trzewiach uczuwszy, Ropuch mimowiednie wargi oblizywał, dziwaczny zgoła posmak w gębie mając, coś jakby miecza ostrze lizał abo podkowiaka przeżuwał. Takoż serce cepem oszalałym młóciło mu w piersi, podniecenie w nim potęgując, młokosem bowiem ledwie był, któremu pierwszy raz z obozowiska nosa wyściubić przyzwolono, by w robocie dopomógł.
Dotychczas wysługiwano się nim, kiej dziewką jaką, drwa a wodę targać ganiano i strawę warzyć dla wszystkich przymuszano, temu aby jeno, co przez cały swój nędzny żywot mać jego parzygnatem im była a zielarką, póki ducha niespodzianie nie wyzionęła. Wykładano se tedy śród bandy, co i Ropuch, jej wzgardzany bękart, musi zna się na warzy gotowaniu a zielem leczeniu, kopniakami i szturchańcami do paleniska z kociołkiem go cięgiem zaganiając. A wyznawał się Ropuch na tej sztuce akurat tyle, aby wiedzieć czego do żarcia dodać, coby boleści wywołać u jedzących. Dodał tedy razu którego do kotła ziele u maci swej podpatrzone, wykładając se, co niech ludzi przez sraczkę okrutną nie stanie, mus i jemu będzie pójść nareszcie z innymi.
No i ściskał tera w spoconych dłoniach swój kół, skradając się a doczekać nie umiejąc, kiedy mu przyjdzie krew spuścić z pierwszego ukatrupionego przezeń człeka. Z gawęd a pogwar obozowych rozeznawał Ropuch, jako się to wszystko odbywa. W najdogodniejszym zasadzce miejscu zastępuje drogę herszt z innymi, zaś insi tyły zapierają, baczenie mając, coby nikt uciec nie zdołał. Czasem, z rzadka, brano kogo w niewolę, kiej znaczniejszy się trafił hrabia abo baron jaki, wykupu tęgiego za niego wołając. Atoli najczęściej zabijano każdego, by wieść się nie rozniosła o zbójach, co w wąwozie rąbią.
Żywiej serce Ropuchowi tłukło pod żebrami, jako miarkował se, co już wczas!
Tuż, tuż!
Wyczekiwał tera, żeby z krzaków wypaść. Pomimo osobliwie gęstej już mgły, zoczył nawet po drugiej stronie pochyloną postać, takoż z drągiem, nie sposób mu było rozeznać jeno, któren z szajki to był.
Człowiek w siodle się kiwający zdawał się zagrożenia nie przeczuwać.
Naraz, w zdumiewająco głębokiej szarości wieczora, ledwie co uwidział Ropuch ludzkie kształty, drogę jeźdźcowi zachodzące, toteż sam czym prędzej z krzaków wylazł, i drżącymi rękami jeden koniec żerdzi niezgrabnie w ziemi zapierając, drugi chwiejnie ku plecom nieznajomego na koniu skierował.
Mleczny opar zgęstniał i zdawał kłębić w mroku, to ukazując zarys jeźdźca, to go przesłaniając.
Herszt bandy przemówił, aliści przez miękką mgłę tłumionych słów nie sposób było rozeznać. Jeździec odrzekł coś tamtemu, lecz Ropuch nie wyrozumiał nic. Zdało mu się, co w zgoła inszym od kompanów świecie się znalazł, do cna wyosobnionym będąc a nic naokół nie widzącym. Ocierał co i rusz krople rosy osiadające mu na brwiach i rzęsach, nerwowo ślinę przełykał a sylwetkę konnego we mgle odszukać usiłował. Głos przywódcy z trudem przebijał się przez gęstwę oparu, któren, niczym puch, więził każdy dźwięk. Ropuch poruszył się niespokojnie, nutę lękliwą w dotąd zawżdy stalowym głosie herszta wyczuwając. Mocniej zacisnął dłonie na drągu.
- ...sameś chciał... - jakby ze studni jakiej głębokiej, doszedł Ropucha ledwie słyszalny głos.
Ropuch zamarł wmurowany, wzrok a słuch wytężając. Stał tera we mgle tak gęstej a mrocznej, co końca kija swego uwidzieć nie poradził. Zdało mu się, co samiuteńki na calutkim świecie ostał. Nie słyszał już nic, niczego obaczyć nie zdołał. Serce waliło mu oszalałe.
Wtem krótkie warknięcie się rozległo i czyjś urwany krzyk gdzieś przed nim.
Po tym cisza.
Coś przebiegło tuż za nim, nogą hacząc o wbity w ziemię kół, i słyszeć się dał głuchy odgłos upadku, po nim jakieś chrapliwe, rwane sapnięcie.
I zaś nic.
Cichość.
Ropuch, trwogą przejęty do cna juże, gwałtownie się obejrzał, przed się drągiem mierząc, lecz niczego obaczyć nie zdołał. Oddychał szybko, krok choćby uczynić się lękając, by nie natknąć się na...
Nieludzki, choć bez wątpienia do człowieka należący krzyk, rozległ się gdzieś z boku! Szarpnął się Ropuch w tę stronę, drągiem mgłę dźgając!
Nicość i głuchota.
Nasłuchując, daremnie mglistą ciemność wejrzeniem prześwidrować próbował.
Naraz usłyszał kolejne krótkie warknięcie, jakoby zwierz jaki abo kto z gardłem poderżniętym. Zamarł, rozeznać próbując kierunek, atoli żadnego w mroczności oparów odniesienia nie mając, nie poradził.
Otulała go nieprzejrzana mgła.
I martwota.
Stał tak Ropuch zamarły i zlękniony, nic nie słysząc, nic nie widząc, przez czas jakiś.
Gdy w końcu wyłożył se, co abo wszyscy pobici leżą, abo dawno uszli, czujnie kilka kroków przed się postąpić spróbował. Nagle wrzask straszliwy tuż za sobą usłyszał, do niczego mu znanego nie podobny! Na pięcie się odwrócił, odruchem pchany więcej a instynktem, niźli rozumem, i kształt straszny, ogromny, nieludzki z mgły a ciemności ku niemu napierający z owym skowytem zwierzęcym obaczył! Unieść zdołał jeno swój drąg jeszcze, by zgrozą pchnięty rąbnąć na oślep, i aby pod uderzeniem, co kiej jaja skorupkę czerep mu strzaskało, paść nieżyw...
Przecknąwszy się, uczuł Morlaud przyjemne ciepło na twarzy.
W drętwocie zanurzonym był jeszcze sennej, nie bardzo rozeznając, cóż się właściwie dzieje. Leżał zatem na plecach, z oczyma zamkniętymi, błogością chwili a słonecznymi promieniami się napawając. Nie słyszał nic zrazu, prócz szemrania w uszach, dopiero w chwilę jaką docierać doń poczęły dźwięki rozmaite, które z wolna rozpoznawać mu się dały. Szum drzew gdzieś wysoko...plusk mruczącego strumienia nieopodal...trzask płomieni tuż obok...dym...
Ognisko!
Naraz wrócił Morlaud do przytomności, a wspomnienia zdarzeń ostatnich rozlały się w nim falą grozy. Roztwarł tedy oczy, podnieść się usiłując, daremny to jednakowoż był wysiłek, przy najmniejszej bowiem próbie zmiany ciała swego ułożenia boleści chwytały go nieopisane i kaszel gwałtowny targał nim, gdy śmielej powietrza zaczerpywał. Jęknął cicho i opadł. Baczenie mając, by jeno samą głową kręcić, rozejrzał się ostrożnie.
Noc była ciemna.
Ciepło twarz mu rozgrzewające, co to je za słońca promienie wziął zrazu, ogniskiem się okazało, tuż obok którego zalegał. Powoli pokręcił głową w tę a w tamtę stronę, nic więcej aliści uwidzieć nie poradził. Raz jeszcze unieść się usiłując, powtórnie zaniechał, z bólu jeno zaskowyczawszy.
Wtem Głos bardzo niski, chrapliwy, gardłowy, do najwolniej roztwieranych starych wrót skrzypienia podobny bardziej, niźli do mowy ludzkiej, z mroku słowa wolno cedzić począł:
- ...nie ruchaj się...spocząć ci mus tera...spokojnie... - słowo każde z trudem wypowiadanym się słyszało - ...krwiąś spluty...a obityś tęgo...
Łbem pokręcił Morlaud, z cierpienia sycząc, nikogo zoczyć jednak nie zdołał. Na bok szarpnąć się usiłując, głuchy jęk bólu z gardła wydobył a kaszel rwący. Palcami jął macać, azaliż broni jakiej dobyć zdoła, choćby kija a kamienia jakiego.
- ...nie boj...nie ukrzywdzim cię...nie tu...nie tera... - powoli chrypiał Głos - szczędźże sił tedy...
Oszczędnymi ruchy przepatrywać naokół Morlaud wciąż usiłował, boleści a niemoc ignorować próbując, jednak bezpłodne to były poczynania, ponownie kaszlem a jękami zwieńczone.
- ...wodyś złaknion...mus ci czego...w pysk napuścić... - przykazująco wywarczał Głos.
Akuratnie chlać się Morlaudowi pragnęło nieprzeparcie, przeciwiać się przeto nie zamiarował, wyłożywszy se, co żyw jeszcze przecie, bezbronny, nie otrują go tu chyba nagle wodą. Naraz ruch jakowyś wyczuł ze strony zgoła dlań nieoczekiwanej, Głos bowiem gdzieś naprzeciw słyszał. Ogłupiały a otumaniony jeszcze z kontuzji i udręki, w skąpym ogniska blasku obaczył cień dłoni, które, naczynie jakoweś mu do ust przyłożywszy, czegoś mu w nie lały, łakomie tedy przełykać się rzucił. Dopiero po kilku solidnych łykach smak okropny ozór a podniebie nacuchniać i parzyć mu począł, krztuścem kaszlącym zachłysnął się na to i odwrócił głowę, wypluwając co tam jeszcze miał w gębie.
Boleść nagła wątpia mu skręciła.
Z inszego jeszcze kierunku Głos zacharczał znowu:
- ...pijże, pij... cierpkie...smaczy...nic to...łacno uśniesz... - coraz bardziej się Głos zniekształcał, falować transem osobliwym poczynało wszystko, jakoby na jeziornej tafli się tera unosił - pij tedy... Pijże! - głuchym warknięciem wybrzmiał wyraz ostatni.
Zacienione ręce na powrót gwałtem do pyska mu lać coś poczęły, aczkolwiek nie był już mocen przeciwić się, pił przeto, a chciwie.
Wybrzmiewający ni to zewsząd, ni to znikąd, Głos chrypiał i wirował wpośród snu a jawy:
- ...wywczasujesz się ty jeszcze nieboraku...wywczasujesz... - snuły się charczące, gardłowe dźwięki. - ...tera wytchnij se...ociupinkę...
Jaźni swej ostatnim wytężeniem puścił Morlaud kurczowo dotąd jeszcze ściskane rozsądek a rozum i w odmęt szaleństwa skoczył, tyla jeno dumając na ostatek, czy podobna to, co jednak trucizny mu zadano.
Naówczas przyszła kipiel.
Zwidzenia a widziadła, mar najstraszliwszych kształty przybierając, przewalały się przez Morlauda niczym bałwany białogrzywe, na środku oceanu najgłębszego sztormem rozwścieczonego, hen, w chtonicznych czeluściach Nawii rozieleniałych. Namiętności przesycały serce paraliżującym lękiem, takoż kąsały jego duszę kłami wspomnień okropnych, to znów na powrót opadał w jar, ku ognisku, gdzie zwierz leśny kręcić się czemuś począł. Wilk, dzik a jeleń ogromny z miedźwiedziem opodal ogniska tera chodziły, śmiałe jedno następnego, a w przyjacielstwie i komitywie będący widocznej, jakie się śród dzikich stworzeń nie przydarzały. W krótkich chwilach, kiedy przytomność jaka taka wydawała się mu wracać, zdało się Morlaudowi, co gwarzy z nim kto, w mroku wirującym skryty, zaś zwierz ponuro a czujnie wskroś go przepatruje. To na przewrót, że bestie rozprawiać coś poczynały, majaczyło mu się w gorączce przedziwnej a upojeniu. Przefruwali mu przed srodze wytrzeszczonymi z przerażenia ślepiami ludzie jacyś, co to ich napotkał, naukrzywdzał, a bywa co i wspomógł, choć to z rzadka. To kiej ptak szybował meandrami duszy swej spaczonej złem pierwotnym, ślepia swe pasąc widokiem cierpienia ludzkiego tak wielkiego a powszechnego, co w konwulsjach rzygać się wykręcał, a choć oczy wydrap, oderwać wejrzenia od potworności tych nie poradził. Ówdzie na przewrót, błogostanem słodkim wszystko się wypełniało, by zara jednakowoż na powrót w koszmar się przedzierzgnąć.
Długo trwał Morlaud torturowany widziadłami wszelakimi, atoli w końcu zdało mu się, co ukoiło się wszystko na tyle akurat, by zaś przy ognisku był się znalazł, w parowu rozmokniętym dnie pomoczonym a zbitym leżąc, wpośród zwierząt.
Świat wciąż się kołysał i wirował, jednakże spokojniutko a wolniej coraz.
Gardłowy, ciężki Głos sączył się w mroku:
- ...legnij se tera...spocznij...sił nazbieraj...mus ci co rychlej...do swoich...
Płasko spoczywając, spozierał Morlaud w pyski zwierzęce, z cieni nikłą poświatą ogniska malowanych wypełzające na niego, nie dziwiąc się już, że człeka przytomność ich nie płoszy. Niemoc a drętwa do cna go we władanie wzięły, aże dźwięku wydobyć z siebie nie umiał, ni gestu żadnego uczynić. Choć straszliwy jakiś a włos na karku zjeżający, Głos grozą już Morlauda nie zdejmował, jako jeszcze przed chwilą było. Gdzieś w jaźni swej przytomnych zakamarkach wykładał se, co z ran a gorączki zwidy są to jeno, a imaginacja jego, udręką zdjęta.
- ...jutrznią...trza ci ruszyć...tera śpij... - coraz bardziej kołysał go Głos.
Przegrawszy zmaganie z opadającymi powiekami, ostatnim, co obaczył Morlaud nim całkiem oczy zawarł, był olbrzymi łeb jelenia kołyszący swym porożem rozłożystym. Nie zdążył atoli przypatrzeć się mu a zdziwić choćby, w mar sennych otchłanie się osunąwszy.
Docierał uszu jego jeszcze Głos, lecz słabł i nikł z każdym oddechem, jakby z zaświatów gdzie gadano:
-...las uzdrowi...wytchnij se...
W sen zapadłszy głęboki, śnił Morlaud o korzeniach starych a młodych pędach, co z ziemii wyłażą i ciasno oplatają ciało jego, ale i ten koszmar wkrótce uleciał, w nicości mrocznej go ostawiając.
Zdecydowawszy się ostać jednak w Podgórzu a zwiedzieć czego o tych mapach nieszczęsnych, błąkał się Finet czas jakiś, dumając, cóż mu czynić, i w karczmie akuratnie ławę rzycią wysiadywał, gdzie doszła go wieść o pożarze Przy Rozstajach. Z zajazdu dopiero co przybywszy, ludzie jacyś rozprawiali przy stole obok zastawionym o tym, co tam zaszło, wianuszkiem ciekawskiej gawiedzi otoczeni.
- Gruchnęło, aże się świat zatrząsł caluteńki! - prawił tęgi jegomość, piwo z brody rękawem ocierając. - Do cna spalił się zajazd, rzekę wam, zgliszcza aby, a pożoga tam tera!
- Ale tam, wiela się im nie spaliło - prostował kto drugi - kamieniem ściany murowane, polizać se je tedy ogień jeno aby mógł. Jużci, co kurzętnik a obora spopielone, atoli zajazd stoi, jako stał.
Na to ozwał się kto inszy:
- Kamienia płomień nie chyci, jużci, co prawda to. Ale belki? A więźby? A dach? A reszta? Wszyćko drzewienne, łacno ci tedy poźre pożoga a kikutów aby jeno naostawia. Co komu po ścianach gołych, kiej wszyćko w popiołach leży?
- Mają ci Katosze grosza gotowego nadto, psiekrwie! Odbudują se oborę a ptasznik, obaczyta - orzekł ktoś z tyłu. - Ostało się im po dziadkach dość, a i karczmarzowa wszyćkiego do się nazagarnia, dobrze ci ona liczyć poredzi.
Pomruk przeleciał po zgromadzonych, zawiść bowiem do każdego, komu wiedzie się lepiej odrobinę choćby, kiej koszula do ludzkich pleców przylega.
- Pomsta to musi być za chytrość, kiej sam Perun żagwią swą w niech cisnął! - orzekł grubas, kułak wznosząc.
- Prędzej Piwosznik to był jaki, co z gąsiora gorzały zadał karczmarzowi do pyska, a ten z fajką w słomie zaspał! - krotochwilnie orzekł inny, śmiech w gromadzie powodując. - Nie nowina to, co lubi Szpetny pochlać, kaj mu popadnie!
Gwar się zrobił na to, przemawiali się bowiem obecni, w obronę biorąc karczmarza jedni, a psami go obwieszając następni.
- A jużci, co zajrzy se czasem chłopisko do garnca, cóż z tego? Ze swego se polewa, wolno mu.
- A wolno! Wolno! Niechby i nawet w kotle z kopytami se pływał, wolno mu! Jego kocioł a jego kopyta!
- Wolno mu, a jakże! - ktoś rzucił kwaśno. - Baba a córa mu gospody przypilnują, parobek chudobę oporządzi, to się wczasuje, hrabia chędożony! Użyje se taki, użyje!
- Córa to mu chwacko barłóg ugrzewa pewnikiem! Choć niedojda, przaśna a gładka, kiej z obrazka! - oblizawszy się obleśnie, dorzucił następny.
- A jakże! Mało to razy widywano ci ją na włóczędze? Co? - podchwycił zara któren, a dodał jeszcze: - Może i być to, co niedojda, za to latawiec a swawolnica! Widzieliśta one psy, co wszędy lezą za nią? Wielgie, kiej cielęta! Ciekawym, cóż tam se łona z niemi wyczynia, rozpustnica!
Szum się zaś uczynił, albowiem niejeden dobrze był pamiętał daremne swe umizgi ku córce karczmarzy uskuteczniane, gdy w sromocie, z portkami psim kłem rozdartymi, czmychać musiał, zaś baby, pomne, co urodniejszej od Katoszowej dziewczyny i ze świecą znaleźć nie poradzi, niechby i na dworze książęcym, wściekały się na nią, zapiekłością w niczym chłopom nie ustępując. Żółcią tedy skwapliwie a przy bele sposobności plwano na Alinę, jako to zawżdy bywa wszędy, kaj kto jeno aby trochę od gromady śmie odstawać.
- Azaliż nie prawda to, co bezwstydnica z bele kim nie gada, jeno se przebiera w junakach, kiej w ulęgałkach? A rozłazi się wszędy, niechaj ino kajś w portkach wiaterek zaszumi!
Przytwierdziła ciżba gromko.
- Jużci, co prawda! Sprawiedliwieście rzekli! Samam widziała, co bez odzienia nijakiego psa a bydlęta dojeżdżała! - pyskała któraś ze zgromadzonych w coraz to większym tłumie bab. - Słabiznę w szerść zwierzęcą wycierać! Tfu!
- Ano! Goło do zwierzaków lgnie ci ona, jako żywo! Od sodomii ślepia takowe śliczne ma pewno! - zawtórowała zezowata jędza. - Pomnam, co utyskiwała na dziewkę karczmarzowa! W obejściu a przy gościach pożytku z niej pono żadnego, cięgiem aby jeno bezwstydna włóczęga a zwierzaki! Tfu!
- Pewnikiem se użyje karczmarz córy, Wołosowy chwost! Darmozjada a niedojdy darmo by nie trzymali! - dorzuciła z tyłu stojąca.
- Z czartem musi się parzy, suka! Wszem wiadomo, co wzrostu to przydaje a gładkości i smukłości! - zaskrzeczał krótki, tłusty babsztyl, beczkę do kiszenia kapusty przypominający.
- Nie po próżnicy ci łona do starej Anieli lata - orzekło tyczkowate, wychudłe dziewczynisko, włosem mocnym a czarnym na ciele porosłe. - Do wiedźmowania się sucz przyucza!
Wzbierające w ludziach wzburzenie buchnęło wrzawą a gniewem, tu i ówdzie posłyszeć się dały groźby rozmaite a wyzwiska.
- Diabelska metresa!
- Rozpustnica!
- Wiedźma!
- Sprawiedliwie to, co spopielił ich Perun! Nic, jeno se używają jadła a rozpusty! Kiej paniska se żyją!
- Sam się, psubrat, podpalił, morda pijacka! Rzekę wam! - przyświadczył ktoś.
- A idźcież do stu diabłów! - usadził go kto inny. - Wtykać jęzory w cudzy garniec a miodu cudzego zalizać, kużden by rad, a zawżdy skory! Choćby i zara! Ale przepatrzeć się, z jakiej to barci ten miód, juże wam niesporo!
- A jużci, co haruje ci Katosz, kiej wół, tego nikt nie uwidzi! - przytwierdził następny.
- Bajdy powiadata - stwierdził sucho pomarszczony staruch z haczykowatym nosem - pieron szczelił i tyla! Burza ci była sroga, nie dziwota...
- A zawrzyj pysk! - naskoczyły nań baby, kiej gęsi za jastrzębiem gęgające.
Juże w całym szynku tumult się czynił a wadzili się i kłócili ludzie zażarcie, bo choć każdemu własna koszula zawiści, ułomności i przywar najbliższą jest, zawżdy to łacniej innych podglądać, kto a w czym chodzi.
Ciekawie przysłuchiwał się Finet pogwarom i wykrzykom, krzywiąc się nad glinianym kuflem a rozprawiając se cosik w zadumie. Z ludzkich opowiadań wyrozumieć próbował, cóż zaszło Przy Rozstajach, atoli niełacno mu to szło. W bajaniach gawiedzi to płonął zajazd do szczętu, co popiołu garść aby ostawała i zgliszcza, to na powrót go odbudowywano, by budynki gospodarcze kolejno podpalać a ugaszać, aże nijak wymiarkować już podobna nie było, co spłonęło a od czego. Słuchając ludzkiego gadania bowiem przyjąć należało, że Katosz, wraz z żoną Sarą i córą Aliną uchlawszy się wprzódy nieprzytomnie, rozpuście się wzajem z sobą oddawali, każde faję w zębach kopcąc przy tym i beztrosko zaprószając ogień naokół gospody całej, a to wszystko wpośród gromów, przez karzącą boską dłoń zewsząd ciskanych, i przytomności co najmniej setki wszelkiej maści kudłatych demonów i biesów.
Umyślił se tedy Finet, co mus mu ku zajazdowi się udać, w sytuacji rozeznać a koncept działania dalszego usnuć. Dopił piwo, skrzywił się, plwając czymś z odrazą i wyszedł.
Zaspane oczy rozwarłszy, w świetle dnia ujrzał Morlaud nad sobą łeb konia a pysk jego mechaty i zaśliniony. Rżąc cichutko, szkapina twarz jego niuchała a delikatnie kaftan skubała, zaniepokojona pewno pana swego długim bezruchem. Ze złością uderzywszy kułakiem biedne zwierzę w chrapy, aże zarżało żałośnie i odskoczyło spłoszone, zamarł zrazu, ostrego bólu się spodziewając i zbolałym nieco a rozbitym jeszcze będąc, atoli z ulgą zauważył, co ruchać kulasami już dane mu było bez większych boleści. Wstał i rozpatrzył się wokoło.
Wyjście z jaru tu było, w polanę rozległą przechodzące, i na niej stał tera Morlaud, podle tlącego się kilkudniowego ogniska, a strumienia, wąwozu dnem se pląsającego. Opodal koń, mimowiednie kroków kilka od wstającego odstąpiwszy, co nigdy nie był pewnym, w jakim nastroju nowy pan jego się zbudzi, spokojnie runo leśne podskubywał. Zadarłszy łeb, przed słońcem oczy zmrużyć Morlaudowi przyszło, które na tle obłoku kiej wielgachne żółtko siedziało, grzejąc serdecznie.
Naraz szelest go doszedł, a odwróciwszy się, człeka z zarośli wyłażącego obaczył.
W bosych stóp sięgającą suknię z kapturem odziany, powrozem przepasany, niósł chrustu naręcze. Szata jego łatami ze skór zwierząt rozmaitych przeszytą była obficie, u sznura zaś dyndało kilka niedużych zwierzęcych czaszek. Kudły gęste, splątane spod kaptura mu wisiały, fizjonomię skrzętnie skrywając. Skołtuniona broda, liściem tudzież patykiem tu a ówdzie przetkana, po pierś mu się kłębiła. W ręce dzierżył kij wysoki z twardego, łykowatego korzenia ususzony i wytrawiony. Na końcu kija tkwił czerniawy, kiejby wypalony, szczerbaty czerep wilczy. Gdy, nie bacząc na przytomność tuż stojącego Morlauda, dziad minął go, by patyki rzucić a przy ognisku kucnąwszy, gmerać w nim począć, ów zoczył na karku przechodzącego naszyjniki z rozmaitych kłów zwierzęcych i szabli dzików, takoż nóż, z rogu rzeźbionego rękojeść mający, i toporek na plecach za sznur zatknięte.
- Mus wam czego do pyska włożyć, skoroście już przytomni - wyrzekł człowiek, ku ognisku wciąż zwrócony. - We ruczaju woda dobra. Ochędożcie się, co bije od was padliną. Śmiercią cuchniecie.
- Wyście kto?
Zajęty ognia wzniecaniem leśny dziad zmilczał, płomień zaś do pełgania żwawego po patykach podnieciwszy, nazad ku gęstwie za polaną się zwrócił, a przez ramię jeno rzucił, nie odwracając się:
- Poniechajcie szkapy, co nie winna wam.
Zawołał nań jeszcze Morlaud, lecz daremnie, wnet dziadyga w krzakach znikł.
Baczniej przepatrywać jął okolicę, przytomność bowiem jaka taka mu wracała, wraz ze wspominkami podróży swej przebiegu. Pomny tedy ludzi, co we mgle drogę mu przestąpili, ale i potyczki, której odgłosy słyszał jeno, niczego wszakże nie widząc, śladów jakich owej walki szukał. Nijakich nie zoczywszy, siodło a rynsztunek, co z konia zdjęte na pniu wisiały, czujnie przepatrzył, a sakwy z mapami i broń swą sprawdził. Wszystko na swoim miejscu było.
Przejrzał tedy siebie Morlaud, z grymasem obrzydzenia rozdział się, a kamień jaki płaski w potoku znalazłszy, jął rózgami siec zapaskudzone odzienie, całemu się przy tem omywając. Cięgiem rozpamiętywał nieodległe ze zbójami we mgle spotkanie, jak i widziadła a zwidzenia straszliwe, niechybnie przez gorączkę na łeb mu potem przywiedzione. Zmacawszy się po głowie, guz wielgachny wyczuł, wykładał se tedy, co musiał mu kto przyrżnąć mocno, kiej w tumanie oparów prać się poczęto. Takoż od ciosu w czerep pewnikiem mątwę w myślach miał jeszcze, zgoła nie odróżniając, co snem, a co jawą być mogło, kiej bez przytomności leżał.
Jako tako się obmywszy, osłabł nieco a w głowie zawracało mu się jeszcze, spoczął zatem przy ogniu, oczy zamknął i zasnął. Nic mu się nie śniło.
Ciemno już było, gdy się ocknął. Dziad siedział przy ogniu ze skrzyżowanymi nogami, mięsiwo na patyku podpiekając, którego woń miło podrażniała nos Morlauda, aże mu w kałdunie zawarczało. Człowiek bez słowa podał mu pieczeń, sobie odłamując aby co nieco jeno, i w milczeniu zjedli. Zagadywał go Morlaud, atoli nie odezwał się już tamten ni słowem do niego, podał mu jeno bukłak, z którego napiwszy kilka łyków cierpkiego płynu, niemalże natychmiast w sen się Morlaud osunął.
Przy wygasłym ognisku w południe się zbudziwszy, nikaj leśnego samoluda nie uwidział, znalazł jeno w liściu owniętą spieczoną rybę a jagody jakoweś, które zjadł, wodą z potoku popijając. Jego szkapa pasła się z brzegu polany osiodłana i do drogi gotowa. Wymiarkowawszy se, co dziwny jego opiekun już się nie zjawi, dosiadł Morlaud konia i ruszył, baczenie mając aby, co ku przełęczy się kieruje.
Jadąc, łajał jeszcze szkapinę, acz rzadziej już a mniej złośliwie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania