Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Prolog

NOTA OD AUTORA:

 

"Skrajnica" to powieść mroczna, dorosła, błyskotliwa. Powieść o prastarych, krwawych rytuałach i obrzędach, których odprawianie zakłóca odwieczną równowagę wszechrzeczy, przywołując moc a potęgę nieporównywalną z niczym innym, acz cena za owej równowagi zburzenie jest niewyobrażalną...

 

Jest to historia opowiadająca dzieje narodzin najpotężniejszej i najokrutniejszej Czarownicy (nie)znanej dotąd ludzkości, acz nie tylko o niej.

 

Krwawy, brutalny, cuchnący świat, nasączony zawiścią, upokorzeniem a pogardą człowieka, urzeka swą prawdziwością a realnością. Jest to świat, w którym nikt nie powinien zbaczać z ledwie naówczas dopiero przedeptanych ścieżyn i zapuszczać się w nieznane ostępy pradawnych kniei, bowiem dybiące na zbłąkanych wędrowców bandy, to nie najgorsze, co tam czeka...

 

Powieść pisana językiem, jakim żercy czy wołchwowie zanosili modły ku Wołosowi i Perunowi, a jakiego nie uświadczysz dziś niemalże nigdzie, być ma w zamierzeniu swoistym hołdem oddanym przez autora starosłowiańskim i pogańskim korzeniom oraz pięknu języka polskiego.

 

Paweł Sawicki

 

„SKRAJNICA”

 

Część Pierwsza

 

"Wybawienie".

 

Wiele dni i nocy spłynęło gdzieś poza widnokrąg nim jeździec przebył nareszcie przełęcz, dwie od wieków zwaśnione ze sobą krainy łączącą. Dwu jego kompanom, dobrze góry znającym a w wędrówkach wprawionym, trudna i niebezpieczna ta przeprawa ostatnią się okazała, gdy, klucząc pośród zdradzieckich, skalistych przełazów, żywota dokonali i trupy ich na pastwę krukom a wilkom zaległy. Zawsze surowy, a nader często szyderczy los, przewiódł na drugą stronę najmłodszego z nich, któren bez oddania towarzyszących mu przewodników i opiekunów, nigdy by do domu powrócić nie zdołał.

Za plecami groźne górzyska ostawiwszy, skrycie przemierzał tera młodzieniec prastarą puszczę, dzikiemu zwierzowi ścieżek przestąpywać nie chcąc. Bardziej jednak jeszcze od leśnych stworzeń, wystrzegał się zdziczałych, strasznych wojowników, którzy, rozbici i pokonani w mającej się ku końcowi długiej a krawej wojnie, samotnie bądź w niewielkich gromadach, ciągnęli ku górskiej przełęczy, będącej dla nich jedyną nadzieją na powrót do swoich stron. Roiły się te drzewiaste pustynie również od rozmaitych bandytów, na niedobitków wrogich polujących, ukazem bowiem panującego księcia nadawano akty łaski tym, którzy największą zapalczywość w nieprzyjaciela mordowaniu okazywali, świadectwem czego krwawe skalpy z czerepów zrywane najczęściej bywały.

Choć młody jeszcze, krzepki a rozrosły ów chłopak w boju się zaprawiał dobry już czas, co odrostkiem go jeszcze wojna zastała. Mocarnym a hartownym ponad swój wiek będąc, łacno najcięższym orężem też wywijał, niechby mu jeno kto stanąć się nie zląkł. Aliści wracał ci on z niebezpiecznej tej wyprawy lekko aby zbrojnym, najprzód, że górami się przedzierał, po wtóre, by oka ciekawskiego ku się nie przyciągać.

Wydobywszy się z drzewem gęsto porosłej okolicy, śród sterczących głazów i skał prowadził młodzieniec swego konia, którego kopyta chrzęściły w okrywającym skalne podłoża piasku. Gdzieś wysoko ptak jakowyś przefrunął z wrzaskiem, echem po rękami bogów rzeźbionych kamiennych posągach bijąc. Zara i drugi jaki wrzaskun zakrzyczał przeraźliwie, sporo bliżej, bo głośniej niósł się skrzeczący pogłos. „Musi, co gniazdo kajś mają”, pomyślał.

Juże bez konia, czujniej tera stąpając, coby krzyczącego wpośród nieodległych głazów ptaka nie spłoszyć, stary swój łuk wydobył i strzały dwie ostatnie. Wparty o wysoką skałę, podkradał się jeszcze, by w końcu wyjrzeć za krawędź.

Tam, otoczona przez gromadę mężczyzn, rozkrzyżowana na ziemi, zbita i okrwawiona, leżała naga niewiasta. Ręce jej a nogi ciężkimi buciorami przydeptywało kilku, aby nie wierzgała im zanadto. Jeden z nich, z portkami opuszczonymi do kolan, brutalnie gwałcił ją, snadź ku uciesze reszty, bo obelżywe do niej rzucali pokrzyki.

To jej rozdzierające i rwane wrzaski, wziął chłopak za ptasie.

Gniew targnął nim tak gwałtowny a pierwotny, tak rozsierdził go w okamgnieniu, co mimowiednie, z wściekłości ledwie jarzmionej drżącymi rękami, uniósł przenoszony z dawna łuk i napiął cięciwę z taką mocą, aże ta, w żałośliwym sprzeciwie pękła!

Rzucić się pragnął na nich! Gryźć! Rozszarpywać! Zabijać!

Nie zoczyli go jeszcze zbóje, sprośnością bezwstydu przemocy swej bez reszty porwani, dobyć chciał tedy miecza, by skoczyć na nich, atoli sięgnąwszy dłonią do pasa, klingi nie zmacał!

Miecz!

Opity gniewem a złością nagłą otumaniony, tera pomiarkował się dopiero, co u siodła ostawił żelazo, by mu brzękiem ptactwa nie przepłoszyło.

Do konia!

Z sercem bijącym a krwią w skroniach szumiącą, kipiąc w sobie, wycofywać się z ostrożna począł, by oręża dobyć. Powoli, bezgłośnie zniknął za załomem skalnym, odwrócił się...

...i uwidział dwóch konnych przy jego wierzchowcu stojących. Prowadzili za sobą kilka nieosiodłanych koni, widno, co z popasu abo pojenia powracając. Wejrzenia ich spotkały się.

Jeden z jeźdźców gwizdnął przeraźliwie.

– A tyś, kurwa, kto? – leżący na zbitej dziewczynie drab obejrzał się.

Chłopak stał nieruchomy, dysząc ciężko.

– Precz stąd! Szczeniaku! – na powrót robić począł lędźwiami.

Dwaj jeźdźcy, zagarnąwszy jego konia i przeprowadziwszy zwierzęta mimo stojącego bezradnie chłopaka, dołączyli do kamratów.

– Ostawcie ją! – niemocą swą przygięty, zawołał młodzieniec, lecz nikt już na niego uwagi nie zwrócił. Omacawszy się, dobył noża myśliwskiego, postąpił kilka kroków i raz jeszcze zakrzyknął: – Poniechajcie dziewki! Gore wam!

Zrazu jakby zgoła zapomniano o nim. Po chwili dopiero któryś przepatrzył naokół, by uwidziawszy go w końcu, wskazać reszcie. Łby się popodnosiły a ślepia pozwężały.

– Ostawcie ją! – zachrypiał gniewnie chłopak i machnął nożem.

– Precz, przybłędo! – zaśmiał się któryś. – Pókim dobrzy!

– Być to może, co sam zalizać se chce! – zarechotali. – Gołowąs, aleć rosły!

– Bywaj ku nam! – szydzili. – Podpatrzasz se ździebko!

Spąsowiałą twarz chłopaka złowieszczy grymas wykrzywił. Dysząc ciężko, kułaki do białości pozaciskał, aże kłykcie strzeliły.

– Poniechajcie dziewki – przez wściekłością zaciśnięte zęby cedził powoli – abo kiej kondli was porąbię!

Patrzali na niego zbóje chwilę, po czym jako jeden mąż gruchnęli śmiechem, co echem się poniósł. Opodal spłoszone stado ptaków zatrzepotało skrzydłami, ku niebu wzlatując.

– Nożem? – podciągając se portki, zapytał ubawiony oprych. – Nożem zamiarujesz nas porąbać?

Dziewczyna, nieruchomo leżąca dotąd, naraz krzyknęła do młodzieńca:

– "Uciekaj! To kasztelańscy! Zabiją cię! Uciek"... – kopnięta nagle głowa bezwładnie szarpnęła w bok. Z opuchniętych, sinych ust począł dobywać się cichy, przeciągły, gardłowy jęk. Oczy bezprzytomnej wykręciły się białkiem.

Poczuł chłopak żelazną obręcz żebra mu zaciskającącą. Konia mu swego doskoczyć nie było sposobu, nóż mu jeno ostał do obrony, atoli nie frasowało go to. Baczenia juże nie mając, kto a z czem go słał przez one przeklęte góry, uradził se aby w duchu, co tego, któren niewiastę kopnięciem zabił, usiec musi. Ten sam to był, co gwałtem ją wprzódy przemógł.

– Nożem! – rzekł. – Wieprze nożem mus sprawiać!

– Laboga! – udając przelęknionego, zawołał ten akuratnie, którego se młodzieniec ubić poprzysiągł. – Hardyś, młokosie! Udałeś mi się! Przeto do kompaniji zapraszam! – gestem szerokim zatoczył. – Jam tu dowódcą! Przystajesz?

Chłopak splunął z pogardą. Zawtórowały mu gwizdy i rechoty uznania.

– Takiś to? – nieprzyjemny uśmiech wypełzł na pysk wodza. – No, no! Patrzajta, kamraty! Hardyś! Nic to! Rzekę ci, przystań do nas! Sprawiedliwie ci rzekę! Tamłej – za plecy wskazał na znieruchomiałe ciało kobiety – ciepłe ci jeszcze truchło, a gładkie jakie! Kiej przystąpisz, odstąpiem ci pierszeństwa! Co, chopy?

Przytwierdzili gromko.

Młodzieniec prosto w ślepia wejrzał przywódcy i warknął:

– Najprzód ciebie zarżnę! – paskudnie się uśmiechnął. – Potem was porąbię!

Powoli, niespiesznie, ku młodzieńcowi ruszyli, półkolem obejść zamiarując. Jemu oczy się zwęziły, gdy z wrednym uśmiechem na gębie przepatrywał przeciwników jednego po drugim, odstępując od nich z wolna, z ostrożna, równowagę trzymającym a baczenie mającym, by krocząc, obiema nogami pewnie na ziemi stawać, do uskoku zawżdy gotowym.

– Odstąp, szczeniaku, póki o własnych siłach jeszcześ łazić mocen... – herszt szerokim gestem na kompanów swych wskazał. – Czelnyś i butnyś...atoli rachować nie poredzisz... Toć widzisz, coś samojeden przeciw kupie...

Nic nie rzekłszy na to, chłopak wiódł wilczym wejrzeniem naokół, ciężko piersią robiąc, bo oddech jego coraz bardziej sapiący się stawał. Groźna sprawa to była, w miecze i topory bowiem zbrojni, usiec go mogli gładko, niechby hurmą doń przyskoczyli. Wciąż się krok po kroku wycofując, usiłował więc młodzieniec tak stanąć, aby przeciwnik całkiem okolić go nie zdołał, ale gdzie miejsca do walki dosyć by mu było. Z jakie trzydzieści kroków za nim dwie wielkie skały się wznosiły, pomiędzy któremi nie więcej niźli dwóch ludzi ramię w ramię bić się mogło. „Żeby tak między te głazy!”, pomyślał.

– Zrobim, co swoje, a rozejdziem się – wlepiając w chłopaka ślepie, cały czas szyderczo się śmiejąc, herszt przyspieszył nieco i zbliżał się doń, reszta zaś oprychów, choć jeszcze szeroko i z dala, juże za plecy powoli zachodziła. – Wiedźmy onej ukrzywdzić nie zamiarowalim przeca... poswawolić se aby jeno trocha... jej i tak pętla a stos przeznaczeniem... cóż jej po tym, kto a kaj sukę czarcią wywiesi... Odstąp, rzekę ci...

– Stań mi! – cofając się, wyzwał go młodzieniec. Odpowiedział mu śmiech.

„Aby zwlec trochę jeszcze!”, dudniło mu we łbie. Do skał miał już niewiele ponad piętnaście kroków.

– Stanąć? Tobie? – pokręcił łbem wódz. – Jam z kasztelańskiego poruczenia wrogi tropię! Jakże mi takowemu siurdasowi stanąć? Odstąp!

– Zbójami jesteście, ścierwy! – skrzywił się chłopak. – A tyś hersztem onych psiech synów!

Wódz bandy, dłoń na klindze w pochwie tkwiącego miecza dotąd trzymający, powoli wyciągnął go tera, przeciągłym, metalicznym sykiem dając znak innym, by takoż swych broni dobyli.

– Być to może, co i sprawiedliwie prawisz – zaśmiał się kasztelański porucznik. – Czujnyś młokos! Żal, co skalp ci ze łba zedrzem zara... Ej! – krzyknął. – A niech no mu któren rzuci żelazo, coby z kozikiem w łapie nie zdychał! A żywo!

Dziesięć kroków.

Pod nogi rzucono chłopakowi miecz jego, na którego widok zagwizdał wódz zbójów.

– No, no! – rzekł z szacunkiem. – Nie byle brzeczot! Widzi mi się, co książęca brzytwa! Komuś skradł? Podnieś! – rozkazał.

– Rzekłem juże, łachmyto – warczał chłopak – co trza świniaka nożem rżnąć... Stań mi!

Zmarszczył czoło przywódca, snadź mierzić abo trwożyć go już poczęła nieustępliwość młodziana.

– Głupiś! – szorstko rzucił. – Ostatni raz ci rzekę! Abo odstąp, abo przystąp! Rzucim ci zewłok wiedźmi, kiej z niem skończym – unosząc czubek miecza, kasztelański bandyta splunął z pogardą – se ją wyżniesz, piachem przetrzesz a uciechy zadasz, póki ciepła! A kiejś taki zajadły, podnieś choć żelazo! Żal hardego ubić, kiej cielę jakie!

Zgoła niemalże domknięty krąg zaciskać się począł naokół chłopaka.

Pięć kroków.

Naówczas dopiero pojął herszt jego zamiar.

– Flaki ci wypruję, ścierwo! – krzyknął bandyta. – Brać go!

I zakląwszy, rzucił się nań, tnąc od boku zamaszyście.

Ale chłopak, miast odskoczyć, susami dwoma przesadził dzielącą ich przestrzeń i w pędzie do ziemi przypadłszy, pod ostrzem, które tuż nad nim świsnęło, z impetem w nogi herszta wpadł, obalając go.

Zakotłowało się kurzawą a wrzask bólu zlał się z rykiem wściekłości.

Zbóje przystanęli skołowani, na dwóch tarzających się, sapiących z wysiłku ludzi patrzając bezradnie, wnet rzucili się jednak przywódcę ratować, tedy charczący krzyk jego się rozległ:

– Stój! Odstąp! Stóóój!

Więcej nawet skołowani, niźli wprzódy, wmurowani stanęli, zgoła nie pojmując, w czym rzecz.

– Odstąp! Odstąp! – gdzieś spośród znieruchomiałych, splątanych dwóch ciał, w opadającym tumanie, gardłowy, tłumiony i przelękniony głos herszta znów się rozległ. – Odstąp! Kurwia wasza mać! Odstąp!

Odeszli zbóje kroków kilka, naówczas dopiero, potykając się, chwiejąc, sapiąc a stękając, bo wciąż ciasno złączeni, leżący się podnieśli. Pokrawieni, podrapani, czarni i poczochrani, że ledwie rozeznać podobna, kto jest kto, stali tera, dysząc oba chrapliwie.

W miejscu, gdzie jedno oko jego było, miał tera herszt paskudnie ziejącą, czarną krwią cieknącą jamę, obrzydliwą, krwistą a tłustą mazią po twarzy mu spływającą. Do jego krtani przyciskał nóż stojący za nim chłopak.

– Niechaj broń rzucą! – wydyszał.

– Złóżcie broń! – chrapliwie zakwiczał herszt.

Ociągali się kompani, jeden na następnego patrząc, jakby se kalkulowali, co młodzieniec jest jeden a ich kilku, i to zbrojnych.

– Złóżcie broń! Pomioty kurwie! – zaskowyczał jednooki od chwil kilku kasztelański porucznik.

Z wahaniem, atoli jeden po drugim rzucali w piach, co tam któren w łapie dzierżył a za pasem wetknięte miał.

– Niech powiążą się za plecami – wysapał chłopak. – A mocno! Kulasy też!

– Słyszeliście! – zacharczał herszt. – Jeden powiązać resztę!

Zaś po sobie wzajem łypać zbiry poczęli, snadź nieskoro im było popętanymi zdawać się na łaskę a niełaskę młokosa, którego właśnie ubić zamiarowali. Mamrotać poczęli cosik między sobą.

Chłopak wraził palca w ocalałe oko herszta, aż ten zaskowyczał.

– Czyńcie, com kazał! – gardłował. – Ze skóry poodzieram żywcem za zwłokę!

Wiele to jednak nie dało, ile ponure wejrzenia zbójów na rzucony przed nimi oręż padały. Widzący to młodzieniec, mocniej nóż do krtani trzymanego przycisnąwszy, dysząc cięgiem, ozwał się:

– Pozabijać was bezbronnych nie myślę, niepodobna mi! – sapnął z wysiłku, popuścić nie śmiąc chwytu. – Jam jest książęcy wysłannik! Pierścień mam i miecz!

To rzekłszy, rzucił im pod nogi pierścień książęcy. Oczu par kilka przepatrzyło miecz jego a sygnet, na powrót po sobie wzajem spojrzało, i tyla. Stali dalej.

– Widzicie, com w służbie a w prawie – oddech łapiąc, przemawiał ich chopak. – Róbcie, com rzekł, zara po sprawie będzie.

Ten i ów się w czerep podrapał, spozierając to na okaleczonego wodza, to na leżącą ich broń, to na książęcego wysłannika. Nareszcie rzekł któryś nieprzyjemnie:

– A nam nie wiada, ktoście są... My na piecząciach się nie wyznajem...

Reszta przyświadczyła za nim.

– Wy psie syny! – zdeformowane okrutnie oblicze przywódcy wykrzywiło się w gniewie. – Wy chwosty czarcie! To jest książęcy sygnet! Powiązać się! A już! Boć mnie urżnie!

Szarpnął się mocniej, lecz żelazny uścisk i nóż na krwawiącej szyi uspokoiły go.

– A cóż nam po tem, poseł, nie poseł? – ozwał się inny, niepozorny z wyglądu, z pyskiem przebiegłym. – Jucha mu pocieknie, jako każdemu... Dalej, chłopy, za pały i ubijem go tu zara... Wszystkiem nie poredzi...

Aże się z wściekłości zatrząsł herszt, jedynym okiem błyskając na okrwawionej poza tym twarzy.

– Gardziel mi przetnie, nim go chycicie! – zakrzyknął.

Po sobie spozierając, wahali się jeszcze oprychy. Ów z cwaniakowatą mordą, spośród wszystkich najmniejszy, po upuszczony miecz się schylając, burknął:

– A niech cię, kurwa, rżnie...

Targnąwszy w rozpaczy, kasztelański porucznik wyprężył się, wić począł, kopać a kląć, aże musiał go chłopak ścisnąć, co kości zatrzeszczały. Na powrót się uzbroiwszy, z wolna zbliżać się łotry ku nim poczęli. Miarkując se, co zara go te zbóje zabiją, raz jeszcze do nich młodzieniec przemówił:

– Baczcie, co kiej w prawie będącego a na służbie książęcej posła palcem choć ruszycie, hegzegutor a pętla dla was jeno aby, nic więcej! – cedził gniewnie, sapiąc wciąż, bo mu się trzymany wyrywał. – Kasztelan z Pobratycza ludzi puści za wami a psów gończych, co już wam żaden szynk, żadna sadyba przyjazną nie będzie! Tułać się będziecie a włóczyć jeno! Tera ciepło! A zimą? Ojców takoż wam w żelazo zakują! Toć prawo znacie!

Przystanęli, wykładając se pewnikiem, co niesporo by im było, niechby po prawdzie na banicję skazani być mieli. Najchytrzejszy i najmniejszy, któren pierwszy po miecz się schylił, by na herszta własnego zgubę nieść, tera też nie czekał, widząc ociąganie kompanów, jeno im rzekł:

– Chodźta, chopy! Praśniem go w łeb, zakopiem z tem jego pierścieniem a mieczem, co nikt jech tu nie znajdzie, i tyla! – i ruszył, miecz groźnie unosząc.

Reszta ociągając się, poszła za nim.

Wyrywającego się półślepego przywódcę ciągnąc za sobą, począł się chłopak cofać.

– Pomiarkujcie se dobrze, co kiej mnie ubijecie, katorga pewna a pętla! Posłuchajcie, a z życiem ujdziecie! Rzekę wam sprawiedliwie, co swoją skórę takoż chcę ocalić! Widzicie, com w prawie a służbie u księcia...

– A sram na twoją służbę! – parsknął mały z mieczem na przedzie idący, pewnikiem skory, coby zwalniające się akuratnie miejsce na czele szajki zająć. – Ktoż się zwiedzieć poredzi, żeś z naszej ręki padł, co? Zakopiem a popalim łachy, skórę ci z pyska obedrzem, nie rozpoznać cię nikomu!

Mamrocząc a deliberując, parli na odstępującego od nich posła książęcego i pod nożem trzymanego herszta, acz żaden kroku nie spieszał, za prędko dojść nie chcąc. Nie pierwszyzna im była po lasach a bezdrożach koczować, rzecz to zwykła w rzemiośle. Kiedy słoty jednak i chłody nadciągały, zawżdy kąt se jaki ugodzili, gdzie przy ogniu ciepłym jadła a trunków do syta mieli, bywało, co przez dziewki rumiane podawanych. Niechby sprawiedliwie prawił za wysłannika książęcego się podający, że srogi kasztelan z Pobratycza wici rozpuści, kiej jego nie stanie, wszędy już zoczać a węszyć za nimi będą, by spokoju nie zaznali. Ojców mus w kajdany abo i na pętlę poślą A i wodza żal by na pastwę porzucić, bo choć okrutnik, zawsze ci on swój, nawet jeśli gołowąsa nie przemógł...

...jednakże tutej, kaj okiem sięgnąć, bezludzie. Zwiedzieć się komu, co zaszło, nie podobna to przecie. A cóż to znowu za przywódca, co byle młodzik mu oko wycisnął?

Myśli kompanów swych wskroś jakby przejrzawszy, plwając co rusz do ust mu spływającymi posoką a ślepia resztkami, raz jeszcze szarpnął się herszt a na ludzi swych zawołał:

– Broń rzucić a odstąpić! Psiekrwie! – rzęził pod nożem, uwolnić się usiłując z chwytu mocarnego. – Miarkujcie se, co posłaniec rzekł! Niechaj se precz idzie a nam zielarki, baby jakiej szukać! Niech mi oko ratuje!

– Sam ci drugie wypalę! Chwoście świński! – widno, co od dawna wypatrywał chytry liliput sposobności, żeby znienawidzonego wodza się wyzbyć. Dogodniejszej próżno czekać. – Szczekasz aby cięgiem! Dawnośmy zęba na cię mieli! Dobrze rzekę, kamraty?

Nieskoro burknął coś ten czy ów, reszta łypała jeno po sobie, z zaciętymi coraz bardziej pyskami napierając wszak dalej.

Serce tłukło się w chłopaku.

Naraz któryś z drabów ozwał się:

– Wodza mus nam bronić...

Wściekłym ślepiem zgromił go mały.

– Zawrzyj pysk! Obu nam sprawić...

Kto inny przytwierdził:

– Prawda to, mus nam stać za wodzem...

Przystanęli. Chytry gniewnie powłóczył wejrzeniem po towarzyszach.

– Milczeć mi tam, jełopy! Nie czas tera na gawędy! – groźnie rzucił, miecz unosząc. – na nich!

Nie drgnęli jednak kompani, on też w miejscu swym pozostał, największy bowiem z bandy, za rękę go ucapiwszy, zagrzmiał:

– Herszta trza nam bronić!

– Puszczaj! – uwolnił rękę mały. – Jakiż on tobie herszt? Patrzaj na niego!

Przywódca, w rzeczy samej, marnie się akurat przedstawiał, ze ślepiem wyłupionym, pokrwawiony i pod nożem.

– Ty gnido! Zdrajco! – zżymał się pochwycony wódz. – A niechże go któren przez łeb zdzieli, kurdupla, bo mnie krew nagła zaleje!

Zoczywszy w całym zajściu sposobność skóry ocalenia, młodzieniec spróbował raz jeszcze:

– Wyzwanie rzucić wodzowi a w sprawiedliwej walce żywot mu i przywództwo odebrać, jedna rzecz – wołał. – Zdradziecko na śmierć wydać a porzucić, kiej psa, zgoła insza sprawa!

Oczy wszystkich wlepiły się w mówiącego.

– Książęcy poseł, a morały zbójom prawi! – wyszydzał przebiegły liliput. – Kodeksy zbójeckie w ratuszu czytacie? Wyjadacz od siedmiu boleści!

Oczy wszystkich w chytrym tera utkwiły.

– Kasztelany węszyć będą, kiej onego posła nie stanie... – mało pewnie wtrącił któryś.

Drapali się po czerepach osiłki, frasując, tymczasem okaleczony przywódca wycharczał:

– Na cóż czekacie, kurwie syny! Złóżcie broń, bo mi łeb oderżnie! A żywo!

Gniewnie targnął w jedną a drugą stronę, gdy trzymający go w niedźwiedzim uścisku chłopak mocniej wparł mu ostrze w grdykę i rzekł do rozdartych jego kompanów :

– Nie czytał żem kodeksów zbójowych, bo takowych nie ma – zawołał. – Atoli nie zrodziła mnie mać posłem książęcym! Wroga siekąc, rozkazom wodza swego wierny, służbą lojalną żem zaszczytu dosłużył! I pomnym, co kiej świat długi a szeroki, zawżdy mus wiernie a lojalnie dowódcy służyć!

Chciał złośliwy karzeł chłopakowi przeszkodzić w gadaniu, zgromiono go jednak a zaciszono, by tamten prawił dalej.

– Syn za ojca swego pierś nadstawi, wojakowi za wojewodą mus stać, a na bandyckim szlaku herszta słowo ostatnim! – grzmiał groźnie. – Marzysz jeden z drugim hersztem być a przewodzić, na udeptaną ziemię wyzywaj a honorowo go pobij! A któren obyczajem wzgardzi, kto zdradzi abo plecy swemu wodzowi okaże, hańba mu! Boć kiep ci on, a z dziewkami mu w rzece bieliznę rózgą oklepywać, nie zaś miecz nosić za pasem!

Chłostani palącymi słowy, kiej biczem, spode łbów strzelając zesromanymi wejrzeniami, łypali po sobie zbójniki, a ręce broń dzierżące opadały powoli. Obaczywszy, jak im dusze skruszały, ozwał się na to młodzieniec:

– Słuchajcie bacznie, co rzekę wam, jako tera będzie! – oszalałe jego serce tłukło, co wyrozumiał se, jako ujść mu jednak żywym dane będzie. – Uczynicie, co wam każę, a herszt wasz wyżyje, jako i wy! Broń złóżcie, kajście stoją!

Spozierali jeszcze podejrzliwie to na chłopaka, to na oszpeconego wodza swego. Opieszałość wyczuwszy w oprychach, herszt wrzasnął:

– Rzucać broń! Pomioty czarcie! Żywo!

Z brzękiem i klekotem rzucono na kupę, co tam kto trzymał.

– Odstąpcie kroków z dziesiątek i kłaść się mordą do ziemi, ciasno, jeden przy drugim a łapy na plecy! Do tyłu! I płasko! - krzyczał rozkazy młodzieniec. – A ty – głową skinął na największego – powrozem abo lejcami spętaj im ręce, potem kulasy! Aże jucha poleci, a do białego zaciskaj! Solidnie! Niech uwidzę jeno, co markujesz, łeb kurwiemu synowi urżnę! – zagroził.

Trwało to czas jaki, nareszcie leżeli zbóje wszyscy wedle siebie, głowa przy głowie, rzetelnie powiązani. Klątwy miotane słychać ano było a plucie, bo piachu w pyski nabierali, tarzając się niespokojnie. Przykazał największemu się na koniec ułożyć takoż, jak reszcie.

– Tera ani drgnijcie, kiej herszta waszego powiążę a na czubku miecza powiodę z sobą przy koniu – tłumaczył kapitan, na co wódz szarpnął się.

– Żywym a wolnym przysięgałeś ostawić! – zaskowyczał bandyta.

– I ostawię! Jeno puszczę cię, psi synu, ze dwie staje stąd! – odrzekł mu chłopak. – Cobym ujść zdołał, nim się oswobodzić zdołacie! A niech któren drgnie aby, nim z oczu zejdziecie, czerep waszego wodza do siodła przytroczę! Ani łba nie podnieść!

To wyrzekłszy, wciąż nożem gardło mu kalecząc, ostrożnie podprowadził młodzieniec herszta bandytów do leżącej na ziemi broni.

– Podnieś – mruknął doń, wskazując na ciężki topór o szerokim ostrzu, na długim drzewcu osadzonym – Powoli! – dociśnięte ostrze noża werżnęło się już w szyję bandyty.

Tamten podniósł i krok za krokiem poczłapali tera ku leżącym na ziemi, związanym zbójom, przystając nad największym, jedynym, któren spętanym nie był.

Szturchnął go chłopak nogą.

– Gdzie powróz? – zapytał.

– U siodeł – stłumionym głosem, z gęba pełną piachu, wybełkotał drab.

Odstąpili kroków kilka i młodzieniec rzekł głośno:

– Spętam tera herszta waszego, na koń siędę i pójdziem stąd oba. Jako rzekłem, leżeć wam mordą w ziemię a łbów nie podnosić, co oberżnę go!

Skierował jednookiego bandytę ku skubiącemu resztki wyprażonej słońcem trawy swemu koniowi i pchnął lekko.

- Idziem! – sapnął mu do ucha.

Krew szumiała mu w głowie a serce omalże wyskoczyło z piersi, dudniąc.

Poczłapali noga w nogę kroków kilka, gdy naraz, płynnym, gładkim ruchem, przerżnął książęcy poseł i wysłannik kasztelana z Pobratycza gardło kasztelańskiemu porucznikowi z Podgórza od ucha do ucha tak głęboko, co tamten zagulgutał jeno, kiej indor, śmiertelnego krzyku dobyć z siebie nie poredzając. Wyrwał konającemu topór z dłoni, i nim wódz zbójów zdążył paść na ziemię, w kilku susach doskoczył do niezwiązanego osiłka, zamachnął się i ciężkie toporzysko spuścił na niego, rozłupując mu czerep niemal dokładnie na dwie części, aże nogi w piachu raz jeno grzebły. Zrazu nie pomiarkowali się oprychy, co się stało, gdy z gębą wykrzywioną w skupionym wysiłku, unosił chłopak krwią, szpikiem i mózgiem utytłany topór, by zapalczywie raz po raz rąbać wijących się mu pod nogami ludzi, których zgroza tak wielką była, co nie krzyk, a sapanie jeno i dyszenie słychać było z rzężeniem a gurgoleniem zmieszane, gdy z trzaskiem pękających kości i mlaskaniem mięsa, niczym drwal łupie pnie drzew, zapamiętale a równo rąbał młodzieniec leżących mu pod stopami ludzi. I dopiero w krawą, galaretowatą miazgę zamieniwszy one miejsce kaźni, ślizgając się w niej a upadając co i rusz, chłopak odstąpił na bok, przysiadł na kamieniu, wsparł się na brunatnym od posoki drzewcu topora, łeb spuścił i szlochaniem się zaniósł.

 

"Poczęcie".

 

Przewalając się powoli po niebie, ołowiane chmury od brzasku bezlitośnie rzęsistym deszczem okolicę siekły. Gałęzie drzew ciężko się kołysały, a grubymi kroplami ku ziemii przyginane wysokie paprocie i trawy zdawały się kłaniać nisko. Poprzedzane błyskawicami przecinającymi sine niebo, głucho przetaczały się przez nieboskłon ponure grzmoty. Wiatr wzmagał się, coraz gwałtowniej prastarą knieją kołysząc. Przecinając srebrnymi wstęgami polany, wykroty, wąwozy i parowy, wezbrane strumienie pieniły się wściekle. Zwierz wszelaki, nosa nawet nie wysunąwszy z bezpiecznych swych schronień, suszył futro a pierze stroszył, końca nawałnicy wypatrując.

Była burza.

Pomagając sobie długim tasakiem, człowiek w przemoczonym, ubłoconym a poszarpanym ubraniu, z największym wysiłkiem przez gąszcz się przedzierał. Objuczony był pokaźnym, do pasa przytroczonym worem, drugi zaś, mniejszy, na plecach dźwigał. Klątwy miotał pod nosem a stękał z wysiłku, kiej, pełzając nieomal, boleśnie tnące skórę a odzież rwące krzaki omijać musiał. Wiarę tracił juże na znalezienie wyjścia z matni kolczastych gałęzi, co wyciągać się ku niemu zdawały, kiej zoczył, że roślinność przed nim przerzedzała się nieco. Nowe siły nadzieja w niego tchnęła, tedy ze spotęgowanym zapałem przed się ruszył, co krok tnąc ze złością nieprzyjazny busz. Po wylazł na skraj zarośli, i dysząc ciężko, na worku spoczął.

Na brzegu rozległej, zarośniętym ruczajem przeciętej polany, stała niewielka chata. Wsparta o pień ogromnego drzewa, którego najniższe konary oparciem były dla mchem porosłego dachu, zdawała się wrastać w otaczający polanę las. Wysokimi jeżynami a pnączami dzikiego wina porosła, była zgoła niewidoczna. Strużka dymu, wąziutka, podmuchami wiatru rozwiewana, wysnuwała się spomiędzy splątanych, chropowato korzastych gałęzi. Niechby jej nie było, człowiek mógłby leśnego schronienia nie obaczyć.

– Na bogi wszelkie... – szepnął mężczyzna, zalaną deszczem twarz brudną rękawicą przecierając. Zaraz też powlókł się przez rozmokłe łęgi ku schronieniu, z odkrycia jego radym będąc wielce.

Rozlatujące się drzwi, szurając o darń, ustąpiły z oporem. Schyliwszy się, coby łbem w odrzwia nie rąbnąć, wędrowiec wszedł niepewnie do środka. Czekając, aże oczy jego do półmroku wewnątrz panującego przywykną, konopny sznur odpasywał. W chacie było przyjemnie ciepło a sucho, przez szpary w drzwiach jeno docierały przytłumione odgłosy burzy i wzmagającego się wichru.

– Jest tu kto? – zawołał. Rozejrzawszy się, dostrzegł w rogu pieniek z wbitą weń siekierą, a przy nim kilka szczap. Jedną z nich rozgrzebał rozżarzony popiół w kamiennym palenisku, nad którym zawieszony cicho bulgotał metalowy kociołek, i zaraz dorzucił jeszcze kilka. Poczuł ulgę, zdjąwszy z siebie przemoczone odzienie, które złożył przy ogniu. Stała w izbie jeszcze ława, wraz z zawalonym rozmaitymi roślinami a naczyniami stołem. W blasku płomieni dostrzegł takoż barłóg pod ścianą. Upewniwszy się, co suszonych szmat płomień mu nie podeżre, ułożył się na starym posłaniu. Zara też usnął, śmiertelnie zmęczony.

Zbudził go śpiew.

Człowiek chciał się unieść, choć oczy roztworzyć, atoli nie zdołał. Lękiem zdjęty uczuł, co ni ręką, ni nogą poruszyć nie poradził. Ciało, choć jego, kiejby słuchać go przestało. Zamieć jakowaś umysł jego spowiła. Kiej deszczowe chmury na niebie, myśli powolne i ociężałe się stały. Zdało mu się, co nie leży juże, a unosi się nad swym posłaniem. Wyłożywszy se, co prosto śpi jeszcze, całą woli siłę skupił na wybudzeniu z tej mary przedziwnej. Przy wtórze nadludzkiego wysiłku ducha i ciała, zdołał atoli jedynie powieki rozchylić odrobinę. Nic wszak nie uwidział, jeno spowijającą wszystko mleczną nicość. Świat cały zdawał nurzać się w gęstej, umysł jego mamiącej mgle. Nim ołowiane powieki opadły zgoła, usypiająca jego jaźń wyczuła jeszcze, jakoby wszystko naokół spowalniać poczęło...

Deszcz...

Grzmot...

Sen...

Śpiew.

Usłyszawszy śpiew znowu, zbudził się. A może nie spał wcale? Nie poradził wymiarkować, ile juże tak leży... ile się unosi... może to jeno mary senne? Kiej pchane uporczywym nurtem rzeki głazy, myśli we łbie przetaczały się ociężale.

Osobliwie wyraźny a dźwięczny, aliści ledwie słyszalny śpiew, rozbrzmiewał tuż. Ponownie głowę odwrócić usiłował, lecz daremnie. Ponownie uchylić jeno zdołał lepkie powieki, całą siłę ducha przy tym wytężając. I ponownie mgłę wszechogarniającą ujrzeć, a może wyczuć jeno zdołał. Poświata mleczna, przez myśli a jaźń w duszę się sącząca, przydawała wrażenie, co trwa to wszystko bez końca, bez początku nijakiego. Że spowalniając, wszystko nieprawdziwym się staje...

Wszystko, prócz śpiewu...

Śpiew prawdziwym był a namacalnym.

Pośród zatrzymanego z głuchym chrzęstem wszechbytu, jeno dźwięczny, melodyjny głos delikatnie we mgle wibrował... Człowiekowi zdało się, co bicie własnego serca w tej ciszy i wszechrzeczy wstrzymaniu słyszy. Jedno uderzenie po drugim, bicie owo spowalniało. Jaźni swej otumanionej kiej ostatniego ratunku się czepiając, wsłuchiwał się w nie. Wczuwał. Z każdym uderzeniem coraz to wolniej w nicości się unosząc, myśl jego drętwiała. Bardziej i bardziej powieki mu ciążyły. Pragnął zasnąć.

Śpiew, słodki a kojący, wybrzmiewał tera w samej głowie. Serce z każdą chwilą spowalniało coraz bardziej. Resztką jaźni nie zagasłej jeszcze słyszał szum krwi we własnych żyłach, kiejby juże jeno sączyła się nimi. Wpośród serca zamierających z wolna uderzeń, wieczność starzała się a obumierała...

Martwota...

Śpiew...

Ruch.

Pływając w gęstej mgle, której srebrzyste krople dźwięczały głosem cudownym, uczuł ruch... niewidzącymi oczami, skroś zamkniętych powiek, ujrzał majaczący niewyraźnie w owej mgle kształt... lędźwiami bardziej, niźli wejrzeniem, zdołał rozpoznać postać kobiety... znał ją? Brodząc w swym umyśle, to wspominał Ją, to pamięć o Niej bladła... czy to... czy...

To Ty...?

Nie miarkował, skąd, czuł jednak, co znał Ją od zawsze. Nie było to ważne. Najważniejsze, co była tu...wyciągnął ku niej odrętwiałą rękę, a ruchy miał powolne...trwając w bezruchu, wsłuchał się w Jej śpiew...opary kłębiły się wkoło, leciuśko go unosząc...nie słyszał juże, ni wyczuwał swego serca...życiodajna posoka w żyłach zgoła była mu zastygła, śpiewem Jej kojona, a także mgłą otulona.

Oszałamiająca woń wodospadu...

To Ty!

Zatęsknił do Niej i zapragnął Jej na powrót, choć pierwszy raz dopiero...

Z oczami zamkniętymi a nadal się nie poruszając, szedł jednakowoż tera ku Niej...w owej mgły przedziwnej oparach się nurzając, zoczył jeno zarys Jej delikatny...dla niego śpiewała, jego miłowała...stojąc w miejscu, przed się płynął...ruch...jedynie wyczuwał ruch swój ku Niej...zatopiony w gęstej a mglistej cieczy, nic nie uwidział, jeno Jej postać nęcącą...

To Ty!

Za nim tera była, uczuł to wyraźnie...zdało mu się, co z wolna obrócił się, acz nie był pewien...ta mgła. Śpiew Jej brzmiał tuż, tuż...czuł wargi Jej gorące, pożądliwie muskające jego ucho, kark, śpiewające mu najsłodszą z pieśni... w mlecznym oparze nicości unurzani, orbitowali wokół siebie niespiesznie...przez mgnienie wejrzał w Jej ciemnogranatowe, kiej noc bezksiężycowa, oczy...widział palce swe, po szkarłatnych Jej wargach błądzące...

Pragnienie targnęło nim nieprzeparte, by Jej rzec, jako to jeno Ją, jedyną na calutkim świecie miłuje od zawsze...choć ledwie od dziś...

Kocham Cię!

Przylegając obnażonymi piersiami do jego pleców, owinęła go swem ciałem lubieżnie, wciąż śpiewając...mrowie lubieżnych spazmów przeszyło go na wskroś...gorąc z Jej nagiego ciała buchający, oszałamiał...oplatając go, kiej sprośna winorośl, zmysłowo wodziła po nim...

"Kocham cię"...

Delikatnie całowała jego kark...wargami drażniła plecy...duszę jego śpiewem swem takoż nasączając...

A szło to wszystko tak powoli...widziało mu się, co wszechrzecz wszelka zamarła w tym bezruchu, coby im się przyglądać...myślą swą patrząc jeno a ciałem, uczuł łaknące Jej biodra, ocierające się o niego...badała go powoli a dokładnie sobą...ustami...

"Pragnę cię"...

Nie podobna zmiarkować w gęstej tej mgle, kaj tera była...naraz przylgnęła do niego całą swoją wulgarną nagością...pachniała burzą...

"Bądź mój"...

Ekstatycznie parzące gorąco Jej ciała...usta Jej, dłonie, pieszczące go a przygotowujące...śpiew...przepotężne pragnienie Jej zawrzało w nim żądzą najdzikszą, nieokiełznaną...unoszona oparami, Ona przylgnęła swojemi głodnymi biodrami do jego lędźwi, oplatając go nogami...

Pragnę Cię!

Myśli wciąż ociężałe, zgmatwane...zmysły przytępione...jeno jaźń a ciało jego, szarpane pożądaniem...wtem, najczulej, z wolna posiadła go swem płodnym, płonącym aksamitnym łonem...ciało swe oplotła wokół jego ciała...niepojętą rozkoszą przepełniony, wyczuwał coraz prędsze Jej ruchy, kiej bezwstydnie a zmysłowo zatracali się w lubieżności coraz dzikszej i dzikszej...połączywszy się z nim w jedność, w pierwotną zmieniając się samicę, wzmagała w nim pierworodną chuć, od której świat wokół nich do cna skamieniał...a oni dwoje, złączeni po wsze czasy, wirowali w tej wyklętej przez bogów a ludzi mglistej poświacie...zapach burzy tężał ...jednego juże tera jeno pragnął, jeden jego istnienie sens juże aby miało...do cna oddać się Jej.

Jestem Twój!

Potworne fale niemożliwej do ujarzmienia żądzy! Jej najukochańsze usta, oddechem swem parzące! Śpiew! Pieszczoty! Wciąż splatając się z nim pnączami swojej dzikości nieokiełznanej, posiadała go a miłowała coraz spieszniej, coraz gwałtowniej, coraz potężniej! Swoim gorącem a nagością wnikała w jego ciało, w jego duszę! Ze skłębionych, gęstych oparów chciwie wydobywał Jej kształty! Śpiew Jej, głowę mu przeszywając, posokę w żyłach zastygłą warem mu spienionym czynił! Orbitowali żywiej a żywiej! Wtem, na samym juże krańcu świata będąc z Nią, wulkanem wezbrawszy niepowstrzymanym, wejrzał w jej ciemnogranatowe oczy! Uczuł nieprzebraną Jej moc, Jej władczość niepohamowaną!

"Teraz"!

Wszechogarniająca konwulsja ekstazy nim targnęła, miotając ciałem, a duszę mu raniąc! Niewyobrażalna rozkosz!

...i ból!

Nagłe spazmy agonii szarpnęły jego umysłem a ciałem w potwornym, rwącym na strzępy cierpieniu! Uczuł, przerażony, jakoby caluśki w kawałki się rozpadał najdrobniejsze! Gęsta, gorąca ciecz o metalicznym posmaku gardło a usta mu zalała!

Krew!

Rażony trwogą, rozpoznał znajomy smak krwi! Zachłystując się nią, krztusząc, wszystkie siły wytężył, coby uchwycić resztki jaźni gasnącej. W trwodze najdzikszej przełykał metaliczny płyn, odrobinę powietrza złapać próbując. Choć walczył, choć poddać się nie śmiał, co śmiertelnie skupiona wola, instynktem pchana, usiłowała jeszcze przetrwać, wiedział juże, co daremne to.

I na mgnienie przed zanurzeniem się w nicość najgłuchszą, kiej pierwotny strach a dławiący ból całym jego jestestwem zawładnęły...

...usłyszał śpiew.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania