Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 1-2

Rozdział 1.

 

– Trzym mocniej! – niecierpliwy, kobiecy głos w ciemnościach wybrzmiał. – Zara wleci do wody!

– Trzymiem przecie! – sapiąc z wysiłku, odparł niższy, męski głos. Po krótkiej szamotaninie a kilku stęknięciach, dodał: – Po cóż w ogóle targamy go aże tutaj? Nie lepiej było by...

– Nie lepiej! – przerwała mu ostro kobieta. – Rzekłam ci, co tak trza!

– Pomnym... – mężczyzna złagodniał. – Miarkuję se jeno...

– Miarkowanie ostaw mnie! – kiejby biczem, jęzorem świsnęła nań kobieta. – Róbże, co rzekę, a pysk zawrzyj, bo jeszcze nas kto usłyszy w tych parszywych trzcinach! To bydle na wodzie jest! Może nadpłynąć kiedy bądź!

– Pomnym... – mruknął mężczyzna.

Dwie sylwetki wyłoniły się z szuwarów. Niższa, drobniejsza, czujnie przodem parła. Nieledwie kilka kroków za nią, targając na barach cosik dużego, wyższa a bardziej krępa z wysiłkiem brnęła w podmokłym brzegu. Zatrzymywały się co pewien czas, nasłuchując, by po chwili powoli człapać dalej. Odsadziwszy się od brzegu, wyraźnie przyspieszyły, choć ta ładunek niosąca, nie nadążając, coraz to z tyłu ostawała.

– Żywiej! – syknęła kobieta, ponaglając towarzysza. – Dnieć zara będzie!

– Ciężki, kiej czort – tłumaczył się mężczyzna, stękając przy tym z wysiłku. – Kiego czarta mus go targać aż tam?

– Wiesz dobrze! – głos kobiety zdradzał wzmagającą się złość na pełniącego rolę tragarza kompana. – Nie gadaj tyle, jeno chodź! To niedaleko!

Juże w milczeniu zupełnym, sapnięciami obładowanego mężczyzny czasami przerywanym, posuwali się dalej. Zmierzali ku majaczącej w nocnym mroku lini drzew, których korony kołysały się majestatycznie na tle zachmurzonego, nocnego nieba, by w końcu zgoła się w las zanurzyć a zniknąć.

 

Rozdział 2.

 

Drzemiącego w gęstych krzakach człowieka obudziło szczeknięcie psa opodal i czyjś głos. Wyjrzawszy ostrożnie na drogę, obaczył zbliżający się z wolna zaprzęg.

Załadowany sianem, rozklekotany wóz powoli toczył wyboistym traktem, zatrzymując się co rusz, kiej ciągnąca go wychudzona szkapina przystawała, coby szerokim jęzorem zagarnąć kolejną kępę mizernej trawy. Nie mniej od swego konia zasuszony, stareńki woźnica zwierzęcia nie poganiał. Pogwizdywał se a pogwarzał, czy to do siebie, czy do liniejącego psa, któren, z nosem przy ziemi, wałęsał się obok.

– Niechaj wam niebo a ziemia darzą, ojczulku! – człek pozdrowił staruszka. – Podwieziecie podróżnego? Chlebem a okowitą się podzielę!

– A niech darzy, niech darzy i wam, dziękuję! – odrzekł starzec. – Nie za chleb, a ze serca szczerego zapraszam. Atoli kiej z dobrej waszej woli, dobrodzieju, kropelczynę uronić zechcecie, a opowiecie, coście we świecie szerokim uwidzieli, to ni okowitą, ni opowieścią nie wzgardzę. No, siadajcież. Burek! A dajże pokój człekowi podróżnemu! Idźże, no! – zawołał na psa, któren, powarkując, ją obwąchiwać nieznajomego. Ten, rzeczy swe na siano wrzuciwszy, szparko wskoczył na furmankę.

– A do Podgórza to daleko stąd, ojczulku?

– Ku miastu aże jedziecie? Do miasta to daleko, ho, ho! Atoli karczma po drodze. Macie szczęście, dobrodzieju, bo ja tamłej właśnie siano wiezę. A coż to was tam, do miasta ciągnie, dobrodzieju? Na jarmark się pewnikiem udajecie?

– Ta... na jarmark ciągnę... A w onej karczmie to zanocować można? Konia nająć? Wiecie to?

– Kiej grosz jaki macie, to nawet komorę osobną se nająć możecie, dobrodzieju. Kiej król se pośpicie na sienniku, tłusto zjecie, a tęgo popijecie! – rozmarzył się dziadunio. – Ja to kajś we stajni sobie zawsze kąt jaki ugniotę, pośród chudoby, atoli miętko, a gardła nikt nie poderżnie. Noce spędzać na gościńcu nieprzepiecznie dzisiaj. Nie to, co onegdaj. Skoro srebro murgrabia z kopalni wydobywał, to i milycjanty patrolowały. A tera... Dalej, hejta, toj! – leniwie pogonił kobyłkę bacikiem, zważając, coby jej przy tym nie uderzyć.

– A konie pod siodło to wynajmują w onym szynku, ojczulku?

– Konie? Nie słyszałech, coby konie wynajmowali... ależ ci spiekota dzisiaj... – staruszek spojrzał na południowe słońce, mlaskając przy tym głośno a zezując na pasażera, azaliż domyśli się a wyciągnie przyobiecany trunek. – Atoli przed jarmarkiem mnogo ludu się zbiera w zajeździe, co glejty rajcy tam przedają. To i pewnikiem ktosik was, dobrodzieju, za gorzałczyny łyk na wóz weźnie... – zamlaskał znacząco, znowu łypiąc na towarzysza. – Ja dzisiaj aby do rozstajów, do zajazdu...

– Glejty? – podając woźnicy bukłak, zaciekawił się mężczyzna. – Trza glejtu, coby do miasta wejść? Macie, napijcie się, ojczulku...

– Niechaj się wam, mości dobrodzieju, noc w dzień zamienia! – staruszek wyraźnie się ożywił a pociągnął kilka solidnych łyków, nie roniąc ni kropli. – Psiakrew! Mocne! Widno zara, co szlachetny trunek! Nie to, co tutejsze szczyny! – raz jeszcze se golnął i oddał bukłak właścicielowi. Tamten, ku wyraźnej uciesze woźnicy, nie schował go, a między nimi położył.

– Opowiedzcie co o tych glejtach, ojczulku.

– A, glejty... No, trzeba pozwoleństwo mieć, coby za bramę wpuścili. Taki ukaz. Ciżba a tumult w mieście coraz większe. W jarmark to cudaków z całego świata szerokiego się nazłazi, jedni kupczyć, insi kraść. Rajcy uradzili pewno, że skoro ludziska radochę a utargi mają, to i łoni chcą, coby grosz jem do kieszeni jaki wlecioł. To i taki glejt mus mieć – rozebrany juże trochę gorzałką a słońcem, staruszek wydobył zza pazuchy podniszczony, poplamiony dokument i pomachał nim. Nie podając go jednak nieznajomemu, zara schował. – Niech w murach bez pozwoleństwa ucapią, to wybatożą, w dyby abo nawet żelazno zakują, a do ciurmy wrzucą... Pozwolicie jeszcze okupinkę, mości dobrodzieju? – zapytał, wskazując kuszący zawartością bukłak.

– Pijcie na zdrowie, ojczulku. Dobrym słowem ze serca mnie raczycie, to niechże tako się wam choć wywdzięczę. Możeście głodni, ojczulku? W drodzem od dawna, no ale chleba pszennego kawał się uchował. A i słoniny solonej plaster jaki mam jeszcze...

– Biały chleb? Słonina? – zająknął się staruszek, grdyką robiąc. – Czyżeście aby nie świątkiem jakiem, panie dobrodzieju? – zażartował, zezując na nieznajomego towarzysza a oblizując się, kiej ten szperał w wypchanym worze. – Coś niecoś przegryzłbym, a jużci... sraczka juże ano dręczy od naparu z pokrzyw, a od ścierwa, co znajduję czasem... Dalej, hejta! Toj! – znowuż popędził szkapinę.

– Macie, zjedzcie se, ojczulku. A i gardło przepłuczcie, słoninę przemyć okowitą miło – uśmiechnął się mężczyzna. – W mieście mieszkacie, co glejt przy was?

– A bogać nie! – wzdrygnął się staruszek, z lubością międląc bezzębnymi dziąsłami twardy kawał słoniny i z niedowierzaniem przypatrując się kawałowi białego chleba na jego kolanach leżącemu. – Jam ze wsi, co podle wielgiego lasu, podle starej kopalni. Mieszkalim z babą, a pierworodnym. To babę mi zaraza chyciła, a chłopaka tułaczka wojenna. I samem ostał, piesek a konik mi krewniakami...

Nie rzekł nic na to nieznajomy. Obserwował jeno dziadka, któren, pomrukując z zadowolenia a raz po raz z bukłaka pociągając, łapczywie jadło pożerał. Rozparłszy się po chwili na sianie, zamknął człek oczy i zakimał.

Stary co i rusz poganiał konika, snadź wywdzięczyć się zamiarując niespodziewanemu dobrodziejowi wartką podróżą. Drepczący przy wozie pies czujnie wietrzył a badał przybysza, nie warczał juże ano, ni szczekał, uciszony przez swego pana. Jechali tak nawet długo, kiej nażarty a pijany juże niezgorzej dziadunio, dojadłszy ostatnie okruszki, popuścił sznura, którym przewiązany był w pasie, i beknąwszy głośno a pierdnąwszy, pogwizdywać począł jakowąś melodię.

– Widzisz, Burek! – swawolnie zagadnął do psa. – Nigdy nie uwidzi, czego dzionek przyda... takaż uczta! – pokręcił siwiutką głową. – Pośpijcie se jeszcze, dobrodzieju – rzekł towarzyszowi, któren akurat się przeciągał, aże kości strzelały. – Do zajazdu dotrzem aby przed wieczorem.

– Nie wiem, jak się wam odwdzięczę, ojczulku – ziewając, zagadnął wędrowiec. – Wiele to dni, co was pierwszego żem na gościńcu napotkał, odludzie tu u was okrutne...

– A jakże! Odludzie, mości dobrodzieju, odludzie... Nie to, co drzewiej – rozrzewnił się staruszek. – Drzewiej, to sznurem szły obładowane wozy w jedną, a i nazad, w drugą stronę. Do osady a do kopalni z materiałem wszelakim, a na powrót z kopalni ze srebrnym urobkiem, ku miastu. A często i dalej, hen! We świat szeroki... Dalej, no! Hejta! Toj! – pogonił szkapę i prawił dalej. – Onegdaj, to do samiuśkiego boru byście se, mości dobrodzieju, na sianku, kiejby panisko jakie, podjechać mogli. Do wyboru, do koloru. Tyla szło transportu przeróżnego. A dzisiaj... ech. Drzewiej żelazo, a prowiant, a gorzałka całymi wozami szły. Ile wlezie, dobrodzieju! Kopalnia wszyćko pożerała! Osada tedy powstała, co to w niej mieszkali pracujący przy kopalni. No, wiecie, dobrodzieju. Skrajnica. Pod tem borem wielgim – dziadek machnął ręką w stronę majaczących w oddali, posępnych gór.

– A kopalnia? – nieznajomego, azali z nudy długą podróżą, czy to z innego powodu, opowieść starego widocznie zajmowała.

– A kopalnia, dobrodzieju? A najjaśniejszy szlag ją trafił, i tyla! Zawaliło się pewnej nocy wszyćko! I po kopalni! – stareńki woźnica opowiadał tym chętniej, im większe zainteresowanie okazywał jego kompan.

– Jakże to! Zawaliło się?

– A kto tam może widzieć, jakże to? Najstarsi, co to jeszcze pamiętają, prawią, co to górzyska same się zatrzęsły, rycząc a grzmiąc ze złości, że im chciwe ludzie trzewia drążą a podziemne strumienie zatruwają. I temu niby zgubę przywiodły na kopalnię a wszystkich nieszczęśników, co tedy ryli w tunelach. Rzeką, co kilka setek człeka zasypało. Insi znowuż... – staruszek zawahał się.

– Co insi?

– Insi... – kontynuował dziadek, aliści ciszej juże a ostrożniej nieco – insi gadają, jako to... co to las.

– Las?

– A jakże! Las. Widzicie, dobrodzieju, kopalnię ryli w tej wielkiej górze, ło, tamłej – stary znowuż machnął ku wypełniającym horyzont górom. – Dołem góra porosłą jest lasem, co to ciągnie się hen, hen! Nieskończenie daleko. Knieja to nieprzebyta, groźna, tajemnicza... atoli... napijma się! – łyknąwszy se z bukłaka, podał go nieznajomemu.

– A cóż jest za tym lasem?

– A komuż to wiedzieć, dobrodzieju? Przeca rzekę, co bór to nieprzebyty a niezbadany. Mało któren, co to się weń zapuścić miał odwagę, żyw był znalazł drogę powrotną. Prawią, co potężna czerownica, pani lasu ich gubi. Kiej kopalnię zasypało, to jeszcze długo do nas, do Skrajnicy, przyjeżdżali tacy, co to chcieli od boru znaleźć dojście jakie do srebra, a kamieni drogich.

– A odkopać na powrót kopalni nie sposób nikomu było? Obok drążyć kilofem za srebrem nie próbowali? – mężczyzna nabijał jakimś suszonym zielem fajkę małą, metalową, misternie zdobioną, próbując nic nie rozsypać. Przychodziło mu to z trudem, jako wyrżnięte we wiosennym błocie koleiny a nierówności zeschły się teraz na skałę, aże wóz na wybojach podskakiwał. Ze zdumieniem spozierał dziadunio na mały przedmiot, któren wartał więcej, niźli jego kobyła, i to wraz z wozem, sianem a woźnicą. Po chwili dopiero, zaciągnąwszy się aromatycznym a przyjemnie gryzącym gardło dymem, stary odrzekł:

– A jakże! Próbowali, jeszcze jak!... – zaniósł się kaszlem, a po chwili po raz wtóry się zaciągnął. – Ależ tytuń! – zagadał z podziwem, ostrożnie oddając fajkę właścicielowi i przepatrując go uważnie, a z uznaniem. – Nie wiada mi, ktoście wy są, jaśnie panie wielmożny dobrodzieju, atoli duchy nieba a ziemi was mnie dzisiaj pewnikiem zesłały...

– Dajcież pokój, ojczulku, niechaj wam będzie na zdrowie – tajemniczy człek zaciągnął się, po długiej chwili wypuścił kłąb dymu i dodał: – Prawcie dalej, ojczulku, ciekawym tej waszej opowieści.

– Jakom rzekł, od razu chcieli odkopać te tunele. Luda bez liku zasypało, a urobku gotowego ile! Ile żelaza, a jadła! Tyle, że co trochę odkopali, to na powrót zasypywało. Nic nie pomagało. Ni stemplowanie, ni straż rozstawiana. Bo już murgrabie podejrzenie mieli, ani chybi ktosik im tam substancyji jakiej magicznej zadaje a wysadza, coby całe te bogactwo dla się ująć... Dalej, hejta! Toj! – machnął na konia. Ostrożnie ujął w palce podaną mu znowu fajkę, po czym zaciągnął się takoż, jak to przed chwilą jego dobroczyńca uczynił. Z miejsca kaszel okrutnie dusić go począł, dopiero solidnym łykiem okowity odczyniony.

– Nic nie pomagało – stary kontynuował gawędę. – Strażnicy znikali bez śladu a tunele się waliły, grzebiąc żywcem bidoków od łopat. No i rychło kopalnię poniechano.

– Wspominaliście, ojczulku, co od lasu chcieli się dostać...

– A jakże! Chcieli... pierwej co i rusz ludkowie do Skrajnicy przybywali, a to wypytywali o przełazy w borze, a to kupowali liny, a narzędzia, a wikt... Drzewiej to osada, jaśnie mości panie dobrodzieju, była przykopalniana. Zostało ludkom po komórkach a stodółkach rozmaitych materiałów... – wykładał stary woźnica. – Ociec mój kupa konopnych sznurów, a lin wszelakich, woskiem a żywicą trawionych, przechowywał dla dziesiętnika, u nas, w obejściu... Nikt tego potem nie zabrał... to i przedawalim tym, co do lasu leźć chcieli... A jakże! Przestrzegalim we wsi, co kto do lasu wlizie, tego las poźre, a kości wypluje! Prawilim, co stara czerownica, pani lasu, puszczy pilnuje. Ale tam... cóż z tego. Gnał ich kusieł jakowyś, chytrzyca nieprzejrzana... statków a zbytków im się chciało... No i szli. I tyla ich było...ale... napijma się...

– I nikt nie chodził za niemi? Nie szukano ich?

– Ale! Jaśnie moście panie dobrodzieju! A jakże! Atoli kaj pódziesz? Kaj szukać bedziesz? Jakom rzekł, las to nie zwyczajny, a groźny, swój rozum mający! Jako istota jakowaś żywa! Ledwie o pierwszym pianiu kura przesiekę zrobili, a poszli w knieję, tak kiej słonko na pół chłopa jeszcze stało, przesieka na powrót krzakiem porosła! A krzak w borze kolczasty a gęsty porasta wszystko, choć palca wraź! Tedy coraz rzedziej a rzedziej obcy przybywali, we wsi ostalim jeno tutejsze. A co kto nowy kamień węgielny pod domostwo kłaść zawitywał, nie pytalim juże, kto zacz. Ponure pyska człek mieć może, kiej mu życie dopomoże... ale, napijma się...

– I nikt się w bór nie zapuszcza? Nikt ze wsi nie poluje? Chrustu nie zbieracie, kiej wedle samego lasu żyjecie? – niedowierzał mężczyzna. – Wszak do kopalni, kaj tyle luda pracuje, potrza drzewa, a drzewa.

– A jakże! Jaśnie moście panie dobrodzieju! Polujem, drzewo, chrust a grzyby zbieramy, a jakże! Jeno to wszystko w początku lasu, z brzega. Nawet pszczeł do ulów pszczelerz nasz naroi co lato – rozgrzany mocno trunkiem a tajemniczym podwędzony zielskiem, które to najwyraźniej rozswawoliło mu jęzor, staruszek zapewniał towarzysza, co żywiej zachęcając swoją szkapę do marszu. – Dalej, hejta! Toj! Darzy nam knieja zwierzęciem tłustem a kudłatem, co to nasz myśliwy z niech pożytek uczyniać wprawion! Takie ci on, jaśnie moście panie dobrodzieju, skórki sprawia z bubrów, co to panicze na czepki a rękawiczki dla bab swech ze świcą by znaleźć nie poradziły! A jakże! A bykowe łby jakie! Z weńcami, kiej dębowe konary najrozłożystsze sprawia! A odyńce ze szablami na łokeć! A jakże! Darzy nam bór, jaśnie moście panie dobrodzieju, oj darzy! A podgrzybki! Co tam podgrzybki... a króleskie grzyby! Z kapeluszem większym, niźli mój – imaginacja dziadunia, po morzu gorzały żeglując, folgowała se coraz śmielej – a nogą grubszą, niźli moja nad kolanem! Ło! A jakże! A zdrowe, kiej różowy pędrak, co to nic, jeno dynda u cyca maciczego, a mlikiem z siarą upasion, posrywa se zadowolony! A kiej juże się robal jaki trafi, to... no niechże mnie sam Perun gromem jasnem spali, jeślim zełgał, atoli to jużże taki robal, co koguta zadusi! – rto rzeknąwszy, uderzył się dziadunio w wychudzoną pierś na dowód, co takie właśnie grzyby, z takimi robakami w lesie Skrajnicznym rosną. – Ale... napijma się...

– Czyli... kiejby głębiej w las się nie zapuszczać, to bezpiecznie? – rozbawiony opowieścią staruszka, dopytywał nieznajomy.

– A jakże! Knieja nas karmi wraz ze rzeką, co to z gór przez las idzie, a wypływa z bagien leśnych, jaśnie moście panie dobrodzieju. Rybów w niej tyla, co na zwiesnę, kiej się trzeć zbierają, suchą nogą po ichnich grzbietach na drugi brzeg se przeliziesz! A wielgachne jakie! Rybaczemu a myśliwemu juże nie raz, nie dwa razy, co to im psów karpie a szczuki napowyżerały! Dalej, hejta! Toj! – zakaszlał znowu stary i oddał fajkę. – Szczęściem to, jaśnie moście panie dobrodzieju, bo niechby lasu a rzeki nie stało, ani chybi powyzdychaliby my z głodu, kiej te gęsie na lodzie. A jużci, co podle lasu to ziemia cuś rodzi. Plackami gdzieniebądź jaka glinka się trafi, to choćby i prosa a kaszy namnoży. Atoli więcy jałowiny masz ci u nas, niźli tego. Nic nie rośnie, jeno trawy trocha, coby chudoba przelizała aby na zwiesnę a leto. Rzeką ludziska, co to niby klętwa jaka na ziemie te spadła. Ale...no, napijma się...

– Napijcie się, ojczulku, a przegryźcie se jeszcze słoniną – to mówiąc mężczyzna dobył z przepastnego wora kawałek zasolonego rarytasu i staremu podał. Tamten począł ssać a lizać smakołyk, kiej kot przy tym mrucząc. – Pół dnia drogi, prawicie, z miasta do onej osady waszej?

– A jakże! Jaśnie moście wielmożny panie dobrodzieju – mlaskając a oblizując się, odrzekł dziadek. – Traktem bedzie ze pół dnia w siedle. Atoli kiej pode górą a wedle rzeki się puścić, to ze dwa razy prędzyj, i to nogami! Tam ścieżyna jest, brody są, bo brzeg wysoki a nieprzyjazny, co trza rzekę kilkakroć przebradzać. Ale nieprzepiecznie, co wiry a prądy zdradliwe. A choć o kilka kroków zbocz, to utopi cię rzeka, co rybów jeno aby napasiesz swem truchłem. Tak, jaśnie moście wielmożny panie dobrodzieju, nie dla miętkich tu kraina. Tu trza wiedzieć kaj a kiej leźć, coby gardła nie dać. A jak zima przyjdzie...uhu! – staruszek oblizał utłuszczone słoniną paluchy i sięgnął po bukłak.

– Srogie zimy macie tu, pod górami, ojczulku?

– A jakże! Jaśnie moście wielmożny panie dobrodzieju! Srogie a tęgie, co próżno we świecie takich szukać! Ze dwa razy miesiączek ci niebo przemierzy po tem, kiej ostatnie byki w puszczy ryczeć a fechtować rogiemi swemi, a grzać z łaniami przestaną, zara ci śniegu spadnie tyla, co kunia nie zobaczysz w zasypisku! Człek wierchem przelizie, niech jeno skorupa się zmarźli. Atoli niech no w zapadzisko wleziesz, to choć zwiesny czekaj! A zamróz ściska zarozki krainę calusieńką ci taki, co najtężejsze dęby a buki z hukiem w drzazgi rozpęka! Dalej, hejta! Toj! – dziadek machnął bacikiem. – A taki ci nocami wicher duje, wtórując skowytom wilków wygłodniałych, co to gromadami całemi pod siedliska się zapuszczają, co śpik w kościeniach strachem kużdemu ugotuje na galoretę! Ale tam! Wilcy najwyżej owieckę a kózkę ucapią, prosię co tłustsze ci z komórki mogą wyżreć, może i jajce wylizać. Atoli wyjce! Pokutnice a potępieńce! Tych się wystrzegaj nocą wichrową! – tu staruszek przerwał i jął zezować na prawo a lewo, kiejby spodziewał się zoczyć conajmniej jednego wyjca za każdym z krzaków, gęsto okolicę porastających. Na szczęście bukłak z trunkiem wespół z fajką okazały się wystarczającymi amuletami chroniącymi przed złem dybiącym na przejeżdżających akurat okolicą wędrowców. – Ale... napijma się...

– Wyjce? Pokutnice? – zachowując powagę, dopytywał mężczyzna.

– A jakże! Jaśnie wielmożny moście panie dobrodzieju! Pokutnice! A wyjce! A potępieńce! – zniżając głos snuł bajania staruszek – Wyłażą ci one nocami ze starej kopalni, coby zatraceńców szukać, które w ciemną noc drogi do dom zabaczą. Ucapią a wysysają tedy ducha z nieszczęśnika, nasycą głód, a żądzę pomsty. Naówczas wracają nazad, do swech ciemnych a zatęchniętych mogił w kopalnianych korytarzach, kaj żywcem pogrzebion, jedna z drugą w koście grają żebrami swojemi! Co i rusz na jakie ścierwo nieszczęsne się napatoczysz! Tu dynda u gałęzi, tam gnije po rowach, a i przy bagnie. Nieśmiertelniki jeno wyrastają po takich zatraceńcach, tyla po nich. Niech mnie grom z tem sianem spali, jeślim zełgał! Ale...napijma się...

– Nieśmiertelniki rosną w miejscach, kaj truchła znajdowano? – nieznajomy spoważniał nagle, przerywając na chwilę nabijanie fajki – Co za nieśmiertelniki?

– A jakże! Jaśnie wielmożny moście panie dobrodzieju! Nieśmiertelniki. No, one zielsko, co to niby tako życie wracać potrafi, jako i zabierać, kiej się miesza w złe stronę – staruszek zdawał się dziwować, co jego towarzysz nic o tym nie słyszał. – Atoli prawda, przeca wyście ze świata szerokiego są, a nieśmiertelnik pono aby w Skrajnicznej kniei wyrasta, nikaj wiency go nie uświadczysz. To i skąd jaśnie wielmożny moście pan dobrodziej mają wiedzieć – wyłożył sobie. – A możeście wy słyszeli o nieśmiertelniku, hę? – dziadek podejrzliwie zezował na towarzysza, zaciągnął się podaną mu fajką i zanosząc się kaszlem, machnął na konia bacikiem.

– Niczegom o nieśmiertelniku nie słyszał – odpowiedział starcowi mężczyzna. – To miejscowa wasza bajda?

– A jakże! Jaśnie wielmożny panie moście dobrodzieju, bajda! Taka ci to bajda pikna, co grdykę sznurem abo toporem ci połechcą, kiej za szeroko się o tę bajdę rozwiadywać bedziesz! – staruszek uniósł palec. – Rzekę wam, to wierzcie, łaskawco. Lud tu u nas srogi, ziemia surowa, to i prawo takież. Atoli... napijma się...

– Nic nie pojmuję... za co na szubienicę ślą?

– Za nieśmiertelnik, jaśnie wielmożny moście panie dobrodzieju. Za to zielsko, co to raz życie wraca, a raz zabiera. Ot, co. Ludkowie bajają, co wyrasta ono jeno głęboko w tem borze, podle którego Skrajnica a stara kopalnia. Insi pletą, co pono rośnie nieśmiertelnik wszędy tam, kiej ziemia ludzką juchą nasączona. Jensze jeszcze bajdurzą, co soki z onego ziela najprzecherniejszą chorobę z człeka wygonią. Insze podają, co na przewrót jest, co ducha wyzioniesz po tym rychło, a mąk ci przy tym tyla, co i sam hegzekutor lepiej nie poredzi...dalej, hejta! Toj!

– I nikt nie sprawdzał nigdy, kaj prawda leży? – podając staruszkowi okowitę, zapytał nieznajomy.

– A jakże Jaśnie wielmożny moście panie dobrodzieju!...Ykh! A sprawdzali, sprawdzali! – kiwając się juże a chwiejąc w koźle, zapewniał dziadunio, czkając i gębę rękawem koszuli ocierając. – Jedne wywarów nagotowali i pili, atoli pono nic jem to nie dało wincej, co jeno posrali się, jeden z trzecim. Insze prawili, co trza tela nieśmiertelnika na wywar zebrac...Ykh!...co się we worze, ło, jak ten tu wasz, wypchanym ledwie zmieści. Pono nawet chytrych na gotowy grosz najemników jakowyś w las gnali, coby tego ziela jem we worach przytargali. Tyla z tego wyszło, co abo najemniki w borze pomrzeli, abo kiegoś inszego ziela znieśli. Wywar zaś taki efekt miał, co ze sraczki gwałtownej potem zdechnął kto ważny w Podgórzu. Jeszcze jensi ludziom krwi naspuszczali, z piachem a grontem mieszali, coby nieśmiertelnik rosnąć chciał. Tych hegzekutor powywieszał, kiej psów wściekłych, na gałęziach...Ykh!... A murgrabia ukaz wydał, co niech się kto aby z nieśmiertelnikiem pokaże gdzieniebądź, od razu powieszon będzie...ale...napijma się...

– A wy, ojczulku... widzieliście kiedy ten... nieśmiertelnik? – mężczyzna czujnie łowił tera każde słowo starego woźnicy, próbując nic nie uronić. Było to o tyle trudne, co prawił dziadunio coraz mniej wyraźnie, cięgiem tera nić myśli z palcy upuszczając, snadź trunkiem wychlanym a zielem wypalonym silnie otumaniony.

– Widziałem... abo nie widziałem... a jakże! Ykh! – staruszek czknął głośno. – Jaśnie wielmoż...miłościewyście panie dobrodz... Ykh! Dobrodzieju... Atoli nie pomnę... mlecznik to jaki, abo osetnik... Mnie życia szkoda, wam też, jaśn... mości... dobrodzieju Ykh! Nie rozpytujta, bo tu nikomu wiary dać nie cno... Zbója pełno wszędy, co za przygarść... Ykh!... mlecznika czy osetnik... poderżną gardło... – stary zgoła juże bełkotał.

– Ojczulku, przegryźcie może nieco... – mężczyzna urwał kawał chleba a podał dziadkowi, aliści ten odtrącił go nieprzytomnie. – A wiecie może, komu coś więcej o tem nieśmiertelniku podobna wiedzieć ? Ojczulku? Żyjecie?

– A jaksz...Ykh! Jaśnie... właśnie... panie...Ykh! Co? Kto wyście są...? Aha..no przeca... – starzec juże do cna niemalże przytomność utracił. – Mnie nie wiada...mnie życie mił...Ykh!... miłe! Anieli pytajta...Ykh!... zielark...Ykh!...ka... Sucza jej mać! Ykh!... mlecznik...nie osetnik... suka.. Ykh!... suka zapowietrzona!... Ykh! – po ostatnich swych łowach stary woźnica zaległ na wiezione przez siebie siano a głośno zachrapał.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania