Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 5

Rozdział 5.

 

Dotarłszy do strażnicy w mieście, kapitan straży wszedł do pomieszczenia służbowego, które mu z racji pełnionej funkcji przysługiwało. Miecz odpasawszy, oparł go o łóżko, po czym tak jak stał, obuty a w kaftanie, na zatęchnięty siennik się zwalił. Przez ścianę słyszał głosy towarzyszących mu w ostatnich dniach strażników, po skończonej służbie się przebierających, a przez jedyne okno dochodził zwyczajny gwar uliczny. Ukołysany znajomymi dźwiękami, zara też usnął.

Dobiegający z ulicy rwetes wyrwał go nagle z głębokiego snu. Głosy to były, żywo a gwałtownie o czymś rozprawiające przed wejściem do ratusza, w którym to strażnica miejska siedzibę swą miała. Stękając, dowódca straży uniósł się z posłania. Wypity na pusty żołądek alkohol, ale i niewyspanie, trudnym do zniesienia bólem łeb mu tera rozsadzały. Wstał niechętnie, by sprawdzić, co się dzieje.

Zobaczywszy kapitana, zgromadzeni licznie, wzburzeni mieszkańcy Podgórza, a śród nich najgłośniej a najwięcej rozprawiający kowal, Remes, jeden po drugim milkli. Gdy wrzawa zupełnie juże ustała, twarze wszystkich, w pełnym napięcia oczekiwaniu, skierowały się ku kowalowi.

– Czegoście chcieli? Czego tak jazgoczecie? – mrużąc oczy przed ostrym, południowym słońcem, Tumir Czerma powlókł zaspanym spojrzeniem po gawiedzi, lecz nikt odezwać się nie śmiał. Jeden z drugim jęli Remesa poszturchiwać, w najbardziej demokratyczny sposób na przedstawiciela swego go naznaczając. – No? Zapomnieliście języka w gębie? Drzecie się i pieklicie jeno, spać po służbie nie dajecie!

– My tu przyszlim, wielmożny panie, zwiedzieć się... – zaczął niepewnie ktoś z tyłu stojący.

– A mówże głośniej! – dowódca straży przerwał mu, coraz sroższy czując ból, co żelazną obręczą ciasno mu czaszkę opasywał. Ktoś tam w ciżbie odchrząknął, odcharknął i ten sam głos, już głośniej, po raz wtóry zagadał:

– My tu przyszlim wszyćkie, wielmożny panie, bo słyszelim... – snadź nie wiedząc jednak, co więcej rzec, urwał.

Gremialnie udzielony przed chwilą kowalowi mandat ambasadora zebranych, pospołu z pokrzepiającym po ramionach poklepywaniem, animuszu mu nagle przydały a przemówić pchnęły:

– Chcielim wielmożnego pana kapitana wypytać, co z Trzypalcym – pytał o parobka z zajazdu Przy Rozstajach, którego, co dwa u ręki miał obcięte paluchy, Trzypalcym wszędy zwano. – Słyszelim, co nie żyje.

Zaszumiała i zamruczała gawiedź w potwierdzeniu, co w samej rzeczy, temu się tu zeszli. Ten a ów potakująco głową pokiwał.

– Ano, nie żyje! – rzeczowo rzekł im Czerma. – Dobrzeście słyszeli! A tera idźcież do jakiej roboty! Kiej kwoki na tyczkach tu gdaczecie!

Spojrzeli ludziska po sobie, widno, co ich ta prosta, niczym cios obuchem, odpowiedź kapitana zaskoczyła. Zafrasowani, jeden na drugiego się oglądali. I kowal w brodę się kudłatą drapał, nie wiedząc za bardzo, cóż począć.

Zamiarując wrócić do przyjemnie zacienionej strażnicy, skierował się dowódca straży ku drzwiom. Wtenczas Remes, zbyt szybko z przywilejem trybuna mieszczan rozstawać się nie chcąc, rzekł:

– Ale...jakże to, wielmożny panie... – jąkając się, niepewnie zaczął. – Przeca martwego go pono pode lasem znaleźli...

– Toć gadam, co ubity! Azaliż niewyraźnie rzekę, czy co? – dowódca straży nie był awansował na piastowany urząd z tej jeno przyczyny, co kułak jego żelazny a obuta w ciężki, żołnierski trep stopa, ostudzić umiały zapał najbardziej krewkich zabijaków w mieście lepiej, niźli niespodziana kąpiel w przeręblu. Wymownym a hardym będąc, umiał ci on tak się z ludźmi gładko obejść, tak im miodu abo i dziegciu do uszu nawtykać, co pewni byli, że dostali to, za czym przyszli. Uspokajało to ciżbę na tyle akurat, coby kapitan, przez nikogo nie niepokojony, oddalić się mógł, a wraz z nim jego kapitańska duma i godność. Otumanienie rychło z głów ludzkich wietrzało, prawda to. Cóż jednak z tego, skoro pomni euforii sprzed chwili, ludzie zbyt naiwności się własnej sromali, a udając wzajem przed sobą, że moralne odnieśli zwycięstwo, najczęściej w pokoju się rozchodzili. W rzadkich tych przypadkach, kiej rozejść się nie chcieli, słynna na okolicę pięść a gwoździem gęsto bity bucior, dziarsko dzieła dokańczały.

Nie chciał dać jednak kowal za wygraną i czując siłę wbitych w siebie spojrzeń kilku najmniej dziesiątek, próbował jeszcze:

– Kiej ludzie chcą się zwiedzieć...

– Jacy ludzie? Kto a co jeszcze chce wiedzieć? – okiem wodząc po twarzach zgromadzonych, zawołał kapitan. Potęgowany prażącym niemiłosiernie słońcem ból w skroniach sprawił, co zakręciło mu się w głowie. – Pytajcie, ludziska, a śmiało!

Żaden jednakowoż z mieszkańców pytać juże nie śmiał o przeraźliwe szczegóły, o których plotki wichrem po mieście się rozchodziły. Straszliwa ta historia bowiem, z każdym wypitym przez Karlukowego chłopaka, a i przez niejednego z teraz tu stojących, dzbanem piwa, wczorajszego wieczora coraz bardziej krew w żyłach mrożąca, dzisiaj, w jasnym świetle południowego słońca, w przytomności kapitana straży, bladła i współcześnie z wyparowującym z głów alkoholem, mocno przesadną się widziała.

W milczącym tłumie ten mruknął coś pod nosem, ów chrząknął, aliści nikt juże gęby roztworzyć nie chciał. Kowal jeno, któren, upiwszy się chwilowo nadaną władzą, trzeźwieć jeszcze nie zechciał, po raz ostatni wyjęczał:

– My jeno chcielim potwierdzić...

– I potwierdziliście! – Czerma jeńców nie brał. O tym teraz aby myślał, by co rychlej pragnienie palące ugasić a ciężki łeb na posłaniu złożyć.

Nie czekając juże na nic, do strażnicy wrócił i ze stojącego pod ścianą cebra napił się ciepławej, cuhnącej wody. Zalegając na łóżko, słyszał jeszcze, co niewiele juże ze sobą rozprawiając, ludzie rozchodzili się. W dusznym, atoli chłodniejszym, aniżeli skwarem pieczona ulica, pomieszczeniu, ból w głowie zelżał nieco.

Dysząc ciężko, kapitan straży leżał czas jaki jeszcze, po czym martwym snem zasnął.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania