Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 6
Rozdział 6.
Zajazd Przy Rozstajach wzniesionym był, gdzie cztery świata strony się zbiegały, tylomaż drogami się krzyżując. Ku Skrajnicy a starej kopalni jedna wiodła, ku miastu następna, następną w głąb kraju dostać się było można, ostatnia zaś do granicy z sąsiednią krainą prowadziła. Kamieniem murowana gospoda duża była, z podwórcem obszernym, drewnianymi budynkami gospodarskimi okolonym, a drzewami starymi porośniętym.
Jak co roku o tej porze, karczma w szwach akurat pękała, jako ze wszystkich stron przybywający tłumnie na jarmark do Podgórza goście zatrzymywać się w niej musieli, tak dla odpoczynku, jak i glejtu na wjazd do miasta zezwalającego wykupienia. Właściciele dwoili się a troili natenczas, wraz z przysposobioną do pomocy czeladzią po łokcie się urabiając, coby podróżnym niczego nie zbrakło. Parobek, kilka dni wcześniej zgodzony, od świtu do zmierzchu drwa rąbał, wodę nosił, zwierząt doglądał. Takoż dziewki, niedawno do pomocy przynajęte, w pocie czoła gęsi a kaczki skubały, ciasta wyrabiały, prały, sprzątały i gościom usługiwały. Niby biczem, świszczącymi nad głowami poleceniami, ale i obietnicą sowitej zapłaty naglone, czeladne dziewki sił nie szczędziły jadło a napitki roznosząc, kiedy niekiedy oczko puszczając ku podszczypującym a poklepującym je rozweselonym gościom, tudzież w pysk waląc na odlew tych co nachalniejszych.
– Macie jakie posłanie, mości gospodarzu? – zagadnął człek z worem na ramię zarzuconym, do izby karczemnej właśnie wchodzący.
Wejrzenie podniósłszy na niego sponad dzbana, do którego akuratnie nalewał zalatującego stęchniętym jęczmieniem piwa, karczmarz przyjrzał się nieznajomemu, w myślach coś ważąc.
– Nie – wracając do swego zajęcia, odrzekł w końcu. Obcy nie spodobał mu się. Tacy więcej frasunku, niźli pieniędzy do gospody przynoszą. Wychowując się w zajeździe i prowadząc go wprzódy z rodzicami, a potem z żoną, nauczył się Katosz, okiem aby rzuciwszy, takowych poznawać.
– Wiela mi nie trza, mości gospodarzu – rzekł mężczyzna. – Zdrożnym wielce, to i bele gdzie głowę złożyć mogę, ciepłego co zjeść. A i napić się czego rad bym.
– W mieście pytajcie – napełniwszy dzbany, karczmarz przesunął oba ku czekającej dziewczynie, która zręcznie je chwyciwszy, w głąb sali poniosła.
– Mam czym płacić – nieznajomy rzucił na szynkwas kilka monet.
– Miejsc nie ma, gadam przecie.
– A strawy jakiej choć a piwa dacie, mości gospodarzu? – uśmiechnąwszy się, zrzucił z pleców wielki, zakurzony tobół, który ciężko opadł na drewnianą podłogę. – Spocząć rad bym, choć grzbiet rozprostować a kulasy wyciągnąć. Daleko to do miasta?
– Daleko abo i niedaleko, bo z dzień drogi będzie, jeśliście wozem z załadunkiem podróżujący. W siodle prędzej. Siadajcież kajś, zara wam co przyniesę – skinąwszy na dziewkę i przepatrując przybysza spode łba, Katosz wydał kilka dyspozycji. Co mu się w człeku tym nie spodobało, nie umiał se wyłożyć. Zapylony cały, brudny, nie wyglądał inaczej, aniżeli kto inszy, co z gościńca zachadza. A w jarmark to i po stokroć dziwniejsi tu bywali. Handlarze, szarlatani, kuglarze, sztukmistrze, żebracy, aktorzy, rzemieślnicy, szlachcice, trefnisie, kurwy, mordercy i złodzieje... jarmark ludzi wabił, kiej pełna barć miodu niedźwiedzie. Wziąwszy podaną mu właśnie michę kaszy skwarkiem kraszonej i piwo, poniósł do ławy, gdzie podejrzany przybysz zasiadł.
– Dziękuję, mości gospodarzu – człek zapłacił, a głodnym będąc, zara do żarcia się wziął.
– Z dalekaście ku nam szli? – schował karczmarz pieniądze i przysiadł.
– Z dalekam – z pełną gębą tamten odrzekł. Popiwszy mętnym piwem, skrzywił się, splunął i dokończył: – Ze sześć dni, abo i więcej bedzie, mości gospodarzu.
Obserwował jeszcze czas jakiś Katosz łapczywie jedzącego mężczyznę, aliści nie doczekawszy się nic więcej, na podwórzec poszedł parobka szukać. Ten poił akuratnie szkapinkę wynędzniałą, wygłodzoną, a która boki miała zakrzepłą krwią a strupem świeżym pokryte.
– Czyj ten koń? – spytał karczmarz.
– A człeczyna z tem wielgim na plecach tobołem, wielmożny panie dobrodzieju. Dopiero co, jak wlazł.
Obejrzawszy zmaltretowanego i wygłodzonego konika, którego żal się okropnie karczmarzowi zrobiło, złość na sadystycznego właściciela gwałtownie w nim wezbrała.
– Załóż mu obrok, a owsa z sieczką i zasypki nie pożałuj – polecił parobkowi i do karczmy wrócił. Odnalazł nieznajomego, któren, kaszę zeżarłszy, oparty stał tera o szynkwas i piwo pił.
– Jeszcze za konia zapłacić musicie – oznajmił Katosz.
– Jakże to, mości gospodarzu? – człowiek kufel odstawił, na podłogę splunął, nieprzyjemnie się uśmiechnął i dodał: – Odkąd to za wodę a kołek dla konia płacić trza?
– Koń zagnany i zbiedzony, tom go nakarmić przykazał.
– Jam go karmić nie kazał, mości gospodarzu...
– Zapłacicie za obrok – wymacawszy maczugę, karczmarz zacisnął na niej swoją wielką łapę.
– Jam koniowi owsa zadawać nie kazał, mości gospodarzu – wycedził mężczyzna przez zęby – to i płacić nie będę. Kiejście szczodrzy tacy, to wasza rzecz.
– Zapłaćcie za obrok – powtórzył karczmarz spokojnie – i idźcie dalej, swoją drogą.
Człowiek uśmiechnął się jeszcze paskudniej, zadał sobie na ramię tobół i ku wyjściu się skierował. Krok w krok sunął za nim uzbrojony w pałkę Katosz. Awantury robić nie zamierzał, nie wewnątrz, nie wśród wypełniających salę ludzi. Na dworze obaj zobaczyli Alinę, która zabiedzonego konia głaskała czule po mechatym pysku, do szyi jego się tuląc. Po jej policzkach płynęły łzy. Mężczyzna, w lubieżnym uśmiechu zęby wyszczerzywszy, rzekł do dziewczyny:
– Koń mój ci się udał, może i mnie obłapisz? – postąpił ku niej kilka kroków, na co idący za nim karczmarz szarpnął go, w miejscu obracając.
– Zapłać za obrok i won stąd! – Katosz pałkę mocniej w dłoń ujął.
Wciąż uśmiechając się, człowiek uniósł teatralnie ręce w geście rzekomego pojednania.
– Nie wiada wam, cóż czynicie, mości gospodarzu... – wycedził przez zęby, krok w kierunku Katosza postępując. – Dobrze wam radzę, do szynku wracajcie, ja tu z dziewką waszą się...
Urwał w pół zdania, głuche warczenie za sobą usłyszawszy. Obejrzał się powoli i dwa psy ogromne ujrzał, które z wolna ku niemu podchodziły. Nienawistne ich ślepia w nim były utkwione, a wielkie, obnażone kły, błyszczały złowrogo. Cofnąwszy się, plecami o karczmarza się zaparł. Alina patrzyła mu w oczy wyzywająco, uśmiechając się.
– Odwołajcie psy, gospodarzu – nie spuszczając oczu z cały czas zbliżających się bestii, żałosnym głosem jęknął obcy. – Zapłacę, jeno psy weźcie!
Zza poły skórzanego kaftana drżącą ręką wydłubał sakiewkę i za siebie ją podał, wejrzenia z psów nie zdejmując. Karczmarz, wyjąwszy z niej kilka monet, resztę na ziemię rzucił.
– Nigdy więcej nie pokazuj się w zajeździe – groźnie rzekł Katosz. – Tera won stąd!
Człek spojrzał na Alinę, która, do szkapiny wiąż się tuląc, na ucho coś jej szepnęła i koń zbliżył się do swego pana. Ów, wciąż z przestrachem na warczące bestie patrząc, zarzucił tobół na konia, sakwę podniósł i, na grzbiet wskoczywszy, ku bramie się zwrócił. Odjeżdżając, odwrócił się i zakrzyknął:
– Bywajcie, mości gospodarzu! Spotkamy się jeszcze! – po czym, ze złością konia spinając, pędem na trakt wyskoczył.
Czas jaki patrzył jeszcze karczmarz za odjeżdżającym, ku Alinie się zara zwracając. Niewiastą smukłą była, z jasnymi, w gruby warkocz plecionymi włosami, talii sięgającymi. Z przyozdobioną ledwie widocznymi piegami, bladą dość twarzą, jej krwistoczerwone usta, wraz z błyszczącymi, ciemnofioletowymi oczami, mocno kontrastowały. Patrząc w jej oczy, Katosz poczuł się nieswojo.
– A pójdźże do matki, szukała cię – rzekł w końcu.
– Zły to człowiek – głos Aliny cichy, acz dźwięczny i wyraźny był. Wyprostowana, głaskała nigdy jej nie odstępujące psy. One zaś siedziały czujne, dzikich ślepiów z karczmarza nie zdejmując. Gdy ten zbliżyć się do dziewczyny spróbował, zawarczały cicho i zatrzymał się.
– Łachmyta zwykły, nie lękaj się go. Nie wróci tu – uspokoił dziewczynę.
– Nie lękam się. Ale to morderca, wróci. – Odrzekłszy mu, dziewczyna uśmiechnęła się i odeszła.
Postał i podumał czas jakiś jeszcze karczmarz, po czym żonę poszedł szukać. Znalazł ją w spiżarce, gdzie słonin połcie, czosnkiem woniejące pęta kiełbas i ryby wędzone u pował wisiały, a przykrytych białym płótnem glinianych garnców ze smalcem i wszelkiego innego jadła, całe mnóstwo stało wszędy. Jako we zwyczaju miała, Sara kalkulowała coś, przeliczała, zapisywała i przekładała, w swoim będąc żywiole. Gdy wszedł, nie przerywając swego zajęcia, ni spojrzawszy nań nawet, rzekła:
– Ptactwo dzikie trzy dni temu miało być, trza będzie umyślnego słać, niechaj przywiezie. Jeno patrzeć, kiej rajca a podskarbi glejty zjadą wypisywać.
– Wczas jeszcze, gadał, co sam przywiezie...
– Wyślesz parobka! – ostro rzuciła karczmarzowa. – Jucznego niechaj weźmie a przyniesie kuropatwy, przepiórki i zajęcy. Lekkie, to i prędko obróci, zara nazad będzie. Resztę myśliwy zwiezie, jako ugadane a zapłacone.
– Gości hurma, w obejściu roboty tyla...
– Poślesz parobka! – głosem srogim powtórzyła Sara, prostując się i łyskając złym okiem na Katosza. Powściągnąwszy zaraz złość, uspokoiła się jednak, i wracając do swojej roboty, dodała: – Stajni ty dopilnujesz, drew a wody nanosisz. Za szynkwas Kulawą postaw, niechaj na desce karbuje, ja przyjdę potem i policzę.
Milcząc, Katosz czekał na jakie dalsze dyspozycje, a żadnych już nie usłyszawszy, ku niskim drzwiom się skierował. Nim jednak zdążył wyjść, kajś ponad szuraniem przesuwanych po drewnianej podłodze ciężkich garnców, z mroku, dobiegł go głos żony:
– Rozmówiłeś się już z Aliną?
W pół kroku zatrzymał się.
– Nie.
– Pogadaj z nią, wytłumacz.
– Spróbuję – niechętnie przytwierdził karczmarz – ale ze mną też już nie gada prawie.
– Przejdzie jej, jeno rozmów się z nią.
– Jej twarz... wiem, żeś widzieć musiała wtedy, co jej twarz... – urwał.
– Nie. – Głos Sary jakiś taki nieswój był, kiejby sama nie dawała wiary temu, co prawi. – Niczegom nie uwidziała! A ty też nie wydziwiaj mi tu! Rozmów się z nią i dowiedz czegoś.
Stropionym nieco wyszedłszy, wydał zaraz karczmarz polecenia czeladnym dziewkom, parobka z jucznym koniem do Skrajnicy posłał, sam zaś do stajni się udał zwierzęta poobrządzać. Skończył właśnie koniom siana zadawać, kiedy przyszła Alina, jak zawsze z psami swymi. Jeden, do wielgaśnego wilka podobny, w progu się rozłożył, drugi zaś, nieledwie mniejszy, pani swej nie odstępował.
Dziewczyna podeszła do Katosza, lecz nie odzywając się, wyczekująco wejrzała mu w oczy. Mało by rzec, co małomówną zawsze była, gdyż milcząc przeważnie, chętniej porozumiewała się fizjonomią a gestem, niźli słowem. Karczmarze długo obawiali się, iż dziewczyna ani zwykłej mowy nie rozumie, ani używać jej nie potrafi. Z czasem przyzwyczaili się jednakowoż do sposobu, w jaki Alina ze światem się komunikowała i nauczyli go.
Podszedłszy ku niej, Katosz rękę na jej ramieniu chciał położyć, Alina cofnęła się jednak o krok, wejrzenia z niego nie spuszczając.
– No tak... – odchrząknął nieco jakby uroczyście. – Nie przepomnim tego nigdy, cóżeś dla matki uczyniła. Dozgonnie wdzięczny ci będę... oboje z matką będziemy. Mikstura, co to jej matce zadałaś, życie jej wróciła. Jako matka, tak i ja, pewniśmy, co tak było. Teraz matka twoja wiedzieć ano chce, cóż to był za wywar... – zawahał się – oboje z matką chcielim wiedzieć. I skądeś go wzięła. Ważne to jest, cobyś matce... cobyś nam to wyznała – rzekąc to, zerkał karczmarz przez okno, czy aby nikt ich posłyszeć nie może. – Rzeknij, babka Aniela ci je dała? Od niej wywar abo recepturę masz? To ważne.
Milcząc, Alina stała bez ruchu i wpatrywała się w niego.
Znów zbliżyć się do niej spróbował, ona zaś ponownie odstąpiła krok w tył.
– Niczego więcej nie chcemy, jeno wywdzięczyć się jako za pomoc. Miarkujesz przecie sama, trza by pieniądz może jaki posłać, abo i jedzenie... od babki to masz?
Nieruchome wejrzenie dziewczyny zdało się przenikać go na wskroś.
– Skoro od babki Anieli to masz, matce mus to wiedzieć... poszłaby do niej, rozmówić mogły. Rozumujesz sama, co kontaktu nijakiego między nimi od dawna nie ma... najlepsza to okazja, co by spotkać się a pogadać mogły... kto wie, może i do zgody między nimi by przyszło? Wiem przecież, że bardzo byś tego chciała – prawił Katosz, do dziewczyninego serca sięgać próbując, acz sam nie bardzo wierzył we własne słowa. – Wiem, co bardzo babkę miłujesz. Matka twoja...dobry to człek, serce ma dobre...czasem jeno twardą być musi, srogą...sama wiesz dobrze, jak trudno gospody doglądać i upilnować wszystkiego. Nie wiesz też wszystkiego, co w młodości matka twoja przejść musiała...
– Nic nie wiesz o mojej matce – spokojnym głosem przerwała mu Alina.
Dźwięk tych słów sprawił, że karczmarzowi w gardle zaschło a krew mu z twarzy odpłynęła. Zebrawszy się w sobie, raz jeszcze spróbował:
– Mylisz się...twoja matka, widzisz...
– Nic nie wiesz o mojej matce – dziewczyna powtórzyła, a ton jej zmienił się nieco. Katoszowi wydało się przez moment, iż oczy jej odrobinę zbyt intensywnie błyszczą w półmroku w stajni panującym. Obłok pary z ust jego przy każdym oddechu się zaczął dobywać, a jemu samemu zimno się okropnie zrobiło. Konie kopytami w ziemię bić poczęły a rżeć niespokojnie. Musiał karczmarz całej siły woli swojej użyć, by na zewnątrz nie wybiec, tak się wystraszył.
– Babka lekarstwo abo receptę ci dała? – chciał zignorować strach, lecz daremnie. Głos miał słaby i lękliwy, a mówił cicho. – Miarkujem, co od nikogo inszego tego otrzymać nie mogłaś, jeno od niej. Musisz nam to wyznać...
Przerwał. W stajni zrobiło się mroźno, kiej zimą. Zmacawszy dłonią po brodzie, zdumiony, szron na niej wyczuł. Zdziczałe nagle, zwierzęta z więzów pozrywać się próbowały i z klatek wyskakiwać chciały.
– Naówczas, kiej ci matka wykrzyczała wszystko – ogarniający go coraz bardziej, niezrozumiały, paniczny strach, dławił mu głos w krtani – nie myślała tak, nie czuła...matka twoja wcale nie zamiarowała...
– Nic nie wiesz o mojej...
– To ty nic nie wiesz, psiakrew! – huknął nagle, emocji natężenia nie mogąc więcej udźwignąć. Zdawszy sobie jednakże sprawę, co uczynił, zamarł.
Stali teraz oboje, w milczeniu patrząc na się, wzajem swoje dusze penetrując. Waliło wciąż karczmarzowi serce, jako kowalski młot, lecz obezwładniający lęk opuścił go, tam samo niespodzianie, jak się pojawił. Powietrze z mroźnego na powrót lepkim i aże gęstym z letniej gorączki się stało, a zwierzęta uspokoiły się zupełnie. Stajnia wypełniła się charakterystycznym, intensywnym zapachem, jaki po przejściu gwałtownej, letniej burzy zazwyczaj się roztaczał.
Wpatrywała się jeszcze chwilę w jego oczy Alina, wtem zbliżyła się, by delikatnie dotknąć jego twarzy.
Jej dłoń była lodowata.
Parzyła.
Ponownie objąć ją usiłował, ponownie ona, krok jeden w tył odchodząc, stanęła. Wyszeptała kilka słów, których usłyszeć nie mógł, odwróciła się i wyszła. Olbrzymie psy podążyły za nią.
Wstrząśnięty, nie wiedział zupełnie, co zaszło. Otumaniony zjawiskiem i niemocą myśli swoich, przez podwórzec ku spichrzowi się skierował. Wlazł po drabinie na wyżkę, od dawna za graciarnię służącą, i przeszedł ostrożnie do przeciwległej ściany, mimo mroku ni razu się nie potknąwszy. Opadł na stojące tam krzesło, w znajomą wnękę sięgnął i namacał nieduży gąsiorek. Odkorkowawszy go, pociągnął kilka łyków i w rozmyślaniach o Alinie się zatopił.
Jeszcze pacholęciem będąc jeno, Alina czyniła co chciała, jak chciała a kiedy chciała. Sara często jej skórę przetrzepywała, daremnie. Na przewrót właśnie, odcinała się wówczas całkowicie od wszystkich dziewczynka, we własnym swoim świecie zupełnie zanurzając.
A odkąd, pomimo na klucz zamkniętych drzwi, z domu się wydostać już umiała, coraz częściej uciekała. Z początku długo włócząc się po okolicy, ze zwierzętami dokazywała, z czasem na całe dnie już znikała, do domu wcale nie wracając. Do Skrajnicy, do swojej babki uciekała.
Aniela, cenioną będąc i znaną na okolicę zielarką, cieszyła się, iż Alina tak chętnie tajniki alchemii i zielarstwa zgłębia. Miała jej to za złe Sara, utrzymywała bowiem, co ta dziewczynkę buntuje a od pomocy przy zajeździe odciąga. Próbowała Aniela córce wykładać, że dar a serce ma Alina do ziół, do ludzi, do alchemii. Przekonywała, co potrzebny ludziom jest ktoś, kto pomagał im będzie, choroby lecząc i dolegliwości rozmaite, ostatniej skóry z nich przy tym nie zdzierając, jak to cyrulicy i alchemicy z miejskich akademii w zwyczaju mieli. Mówiła Sarze, co ni do handlu, ni do gospody dziewczyna się nie nadaje. Sara jednakowoż słuchać nie chciała, wyrzuty czyniąc matce, że oni wraz z mężem karmią dziewczynę, ubierają i dbają o nią całe życie, ponosząc koszta a nerwy tracąc, by Aniela ją sobie teraz do terminu podebrała.
To o te koszta poniesione a nerwy potracone właśnie rozgorzała niedawno pomiędzy Sarą a Aliną awantura. Sara była temperamentną... Zawahał się Katosz w duchu i kolejny łyk z gąsiora pociągnąwszy, sam siebie poprawił, acz niechętnie. Sara gwałtowną, srogą i chciwą była jako gospodyni i matka, zaś jako kobieta i żona, niczym lód zimna.
Lecz nie zawsze tak było..
Przynająwszy się do pomocy w zajeździe, bystra, obrotna, jak mało kto do interesu się garnąca, spodobała się bardzo rodzicom Katosza. Rychło też miast wypełniać dyspozycje, sama wydawać je poczęła. Ku radości teściów, zaproponowała im, iż jeśliby tylko na syna wszystko przepisali, to gotowa choćby jutro żoną mu zostać. Ani się Katosz obejrzał, jak została Sara gospodynią w jego zajeździe. Dbała o niego, o rodziców coraz starszych, no i o gospodę. O nią dbała, jak o mało co. A on miłował ją za to dbanie, za starunek, zafascynowany jej wigorem a polotem.
Sielankowo żyli oboje do dnia, kiej Sara po raz wtóry płodu nie utrzymała i poroniła. Medyk orzekł im, co kolejna ciąża niemal na pewno śmierć tak dziecku, jak i matce zwiastować będzie. Przemieniło się natenczas coś w Sarze, z serca i duszy jej okrutną bryłę lodu uczyniając. Pochłonięta do cna gospodą, bezwzględniejszą coraz się stawała i na zarobek aby nastawioną. Chociaż nigdy od żony tego Katosz nie usłyszał, czuł jednak, że za brak potomstwa jego właśnie obwiniała, całą swą żółć nań wylewając.
Czas upływał, a oni zgoła oddalili się od siebie.
Natenczas właśnie, niespodziewanie pojawiła się malutka Alina. Matczyne uczucia, wzbierające całymi latami, a nigdy wcześniej ujścia nie mający, przelewać poczęła Sara na dziecinę, odnalazłszy nareszcie sens i promień ciepła w swoim życiu. Wielkie atoli mając nadzieje i oczekiwania względem dziewczynki, ogromniejszym stawało się jej rozczarowanie, kiedy wraz z upływającym czasem okazywało się, co Alina wyrastała na kogoś zgoła innego, niźli Sara sobie umyśliła. Bez litości biła dziewczynkę i więziła, gdy ta szła bawić się ze zwierzętami abo do babki, miast w gospodzie pomagać. A potem całymi nocami płakała w poduszkę, by razem ze łzami, żal a bezsilność z siebie wylać.
Lata mijały, a Sara biła coraz częściej, coraz rzadziej po nocach płacząc.
Próbował Katosz chronić Alinę przed gniewem żony, lecz nieudolnie a z takim dla siebie efektem, co i jemu cięgów a razów się nieraz udzieliło, taka ci zajadła to była kobieta. Chował się wówczas w piwnicy abo na wyżkę wdrapywał, by, z gąsiorka pociągając, przeczekać burzę.
Aż pewnego dnia, po kilku dniach włóczęgi, wróciła Alina do domu, a za nią przyszedł wielki, dziki pies, jedynie rozmiarem od wilka się różniący i tym, co plecioną z jakichś leśnych roślin obrożę miał na szyi. Podeszła dziewczyna wówczas do Sary i rzekła jej prosto: „nigdy więcej”. Tylko tyle. Mimo, iż więcej nic nie tłumaczyła, karczmarze zmiarkowali, w czym rzecz. Alinie szło o to, aby nie ośmielono się już nigdy na nią ręki podnieść. Nigdy też już do tego nie doszło.
Aż do ostatniej awantury.
Jakiś czas temu Sara zachorzała. Zawezwany felczer ponury wyrok ogłosił, stwierdzając gnilną infekcję podbrzusza macicznego, co to jej nijak leczyć nie umiano. Dwaj następni, w rozpaczliwej nadziei zawołani, potwierdzili jeno słowa pierwszego, pieniądze wzięli i odeszli.
Na śmiertelnym łożu końca swego czekając, Sara zmarniała tak, co swoim rozpoznać ją już było trudno. Twarz jej, z rumianej a słońcem zawżdy zdrowo malowanej, bladością trupią zaszła. Postać jej wychudła, a zapadłszy się w sobie, do Śmiertki podobną bardziej była, której kukłę ku zwieśnie palono a we wodzie topiono, niźli do niedawnej zajazdu gospodyni. Dnie całe, majaczącej i bezprzytomnej, doglądał jej Katosz, smutniejszym coraz to będąc, miłował bowiem on żonę ponad wszystko, pomimo jej srogiego z bliskimi się obejścia.
Siadywał podówczas wieczorem, kiedy już cały zajazd spać się położył, a patrzył w zadumie w poczerniałe niebo, rozmyślając, jakoż to dalej będzie. Przysiadłszy często do niego, Alina towarzystwem swym milczącym pocieszać go próbowała. Ale w końcu wybyła na zwykłą swoją włóczęgę i już sam musiał Katosz ze swym frasunkiem się potykać.
Pewnej nocy, wychudnięta, podrapana i brudna, dziewczyna wróciła. Przykazała mu, by czym prędzej gości wszystkich odprawił, gospodę zamknął i według wydanych przez nią dyspozycji, izbę największą a z paleniskiem wespół z parobkiem przysposobił i przeniósł do niej Sarę razem z jej łożem śmiertelnym. Miał też od razu parobka dobrze odprawić a już nigdy z powrotem go nie najmować. Gdy wszystko było gotowe, dziewczyna toreb a worów czymś wypchanych nataszczyła, poleciła przygotować dla się tłustej jajeczni, najprzedniejszego wina a najmocniejszego alkoholu i w izbie z Sarą się zamknęła. Codziennie musiał też Katosz gorącej wody a czystych, wygotowanych prześcieradeł nastarczać. Wszystko zostawiać miał przed drzwiami do izby, a do środka pod żadnym pozorem nie zaglądać.
Kolejne dni upływały mu na gotowaniu wody, wyparzaniu płócien i prześcieradeł, przyrządzaniu jadła, a także na nieczystości i odchodów brzusznych wynoszeniu.
Nie wyszła Alina z izby ni razu, ni razu jej Katosz nie widział.
Aż o pewnym poranku znalazł pode drzwiami wszystko takim, jako poprzedniego wieczora złożonym zostało. Zapukawszy, nie doczekał się odpowiedzi od Aliny, miast tego dobiegł go słaby jeszcze, lecz wyraźny głos wołającej na niego Sary. Ostrożnie zajrzał do środka i oczy jego ujrzały uśmiechającą się słabo do niego żonę. Nosząc jeszcze ślady choroby, która niedawno trawiła ją i pożerała, rumieńszą już była a rześką. A nade wszystko żywą. Nie mogąc jeszcze uwierzyć w to, co widzi, przypadł Katosz do łoża, łzami wzruszenia zalany.
Aliny w izbie nie było. Znalazł ją jednak prędko, śpiącą snem martwym tam, gdzie sypiała najczęściej, razem ze zwierzętami w stajni, za posłanie słomę jeno mając. Zmizerniała i wynędzniała, wyglądała, jak gdyby przez cały ten czas, Sary doglądając, oka ni razu nie zmrużyła. Na rękach ją wtedy Katosz poniósł do najprzedniejszego łoża w gospodzie, gdzie dziewczyna trzy dni i trzy noce spała.
Prędko siły odzyskawszy, Sara, pomimo sprzeciwu Aliny, gospodę dla gości otworzyć rozkazała. Wbrew woli dziewczyny, poleciła nadto, by tego samego parobka przynająć, tym to tłumacząc, co nowego od nowa przyuczać trza będzie, a i kraść może.
Zwięźle rzekąc, po staremu się wszystko zgoła toczyło.
Prawie wszystko.
Do zdrowia zupełnie powróciwszy, stała się Sara dla Aliny nad wyraz miłą i uprzejmą, nie tyle aliści wdzięcznością za życia wrócenie się kierując, ile wysiłki wszelkie czyniąc, by dowiedzieć się, cóż to za mikstura tajemna tak rychło ją śmierci z objęć wyrwała. Serce jej bowiem, czułe i troskliwe niegdyś, a dziś zajadłością i chciwością zapieczone, ogromnego zarobku widoki roztaczało, niechby recepturę tak cudownie leczącą jeno zdobyć. Zbywając jednak wciąż Sarę, Alina coraz częściej z równowagi ją wytrącała. Gwałtowność niepohamowana i posłuchu u wszystkich pragnienie, rozpierały się w Sarze coraz to bardziej, aże się przelała czara goryczy i uczyniła ona dziewczynie awanturę piekielną. Krzycząc jej w oczy, co niewdzięcznicą jest, szacunku do matki swej nie mającą, zapomniała o rychłej śmierci, od której nie kto inny wszak, jeno właśnie Alina ją wybawiła. To naówczas dziewczyna, milcząca aż dotąd, raz jeden się odezwała. „Nic nie wiesz o mojej matce”, rzekła surowo. Zupełnie zaskoczoną słowami Aliny będąc a oszołomioną kipiącym w jej duszy gniewem, Sara wymierzyła dziewczynie siarczysty policzek. Przywiedziony podniesionym głosem żony, karczmarz pojawił się właśnie w drzwiach do spiżarki, zdążając na ostatni akt dramatu.
Uderzona, gestem usadziwszy w miejscu psa, któren w obronie swej pani skoczył a zęby ukazał, Alina zwróciła się powoli ku Katoszowi. Wejrzenie jej, niemej skargi wyraz noszące, takież samo, gdy pacholęciem jeszcze będąc, na niego patrzyła, sztyletem dźgnęło jego serce i krwią duszę mu całą zbroczyło. Dziś, jak i w przeszłości, zawieszony pomiędzy współczuciem dla maltretowanej dziewczynki, a miłością do żony i strachem przed nią, stał zamurowany i patrzał jeno, nic rzec nie zdoławszy, uczynić nic nie umiejąc. Niczym kloc bukowy na dwie części rozrąbany, rozdarty tkwił wiecznie pomiędzy te, które tak bardzo miłował, a które jak woda i ogień mu były. Jednej fale spokojne niosły go lekko we świat, gdy nań się zdawał, płomień drugiej zaś na popiół go zżerał, bytności jego istotę jednak dopełniając.
Wpatrywała się w niego Alina dłuższą chwilę i wówczas po raz pierwszy ujrzał Katosz łzy płynące z jej jasnych, błękitnych oczu. Spływały po piegowatych policzkach i zdało mu się, co jej blada, nieruchoma twarz, której żaden z mięśni choćby drgnąć pod skórą nie śmiał, na jego oczach zmienia się. Zimnego, kamiennego posągu częścią wydały się być teraz jej rysy, nie twarzy dziewczęcej. Wciąż oskarżycielsko utkwione w nim oczy, wyschły nagle, z błękitnych na mgnienie przeistaczając się w szare, brunatnoczarne, by w końcu stać się ciemnofioletowymi. Nie pojmując, czego zwiastunem a świadectwem dziw ten być może, widział jednakowoż Katosz dokładnie, co rysy Aliny stężały, wyostrzyły się, a usta jej, choć niby te same, kształt i barwę zmieniwszy nieco, obcymi nagle się stały. Spojrzenia od zjawiska oderwać nie mogąc, kształt jakiś potworny w tej odmienionej zupełnie już twarzy ujrzał.
Wtem wężem oślizgłym wpełzł mu pod kapotę lęk tak pierwotny, jaki czuje sarna płocha, gdy, przez bestie otoczona, warczenie wilcze usłyszy. Bo oto nie Alina, lecz ktoś zgoła inny stał przed nim, kobieta jakaś o obliczu strasznym, zniekształconym, którego zmieniających się rysów uchwycić niepodobna. Z dziecięcej, przedzierzgała się jej fizjonomia w dojrzałą, przystojną nawet, z tej przechodząc w starczą, głębokimi zmarszczkami pobrużdżoną i z bezzębnymi usty grymasem jakimś wykrzywionymi, by zastygnąć w końcu śmiertelną maską trupa od dawna w mogile gnijącego. I tak powoli, jak odsuwa się ciężka, zakrywająca cmentarną kryptę kamienna płyta, odsłaniając zatęchłe, mroczne wnętrze, na tej ostatniej, upiornej twarzy, rozciągnął się straszliwy uśmiech. Mocen nie będąc oczu odwrócić od zjawy tej koszmarnej, patrzył na nią Katosz, dopóki trwała przed nim.
Zawyło złowieszczo zwierzę, u nóg postaci się kulące i nagle wszystko zniknęło. Znowu to Alina stała przed nim, jak przedtem, jeno oczy jej już takie same nie były, ciemnofioletowymi pozostając. Podobny do wilka, nieustraszony, groźny pies, skomlał teraz cicho, z podkulonym ogonem łasząc się do stóp swej pani. Powoli opuszczał Katosza śmiertelny strach, ciało zlane potem i z dudniącym sercem pozostawiając.
Wciąż się uśmiechając, Alina wpatrywała się w niego.
Unosząca się woń zatęchłej wilgoci i letniej burzy zatykała nozdrza.
Przeszywszy karczmarza zimnym dreszczem, wspomnienia dni, tamtego i dzisiejszego, wyrwały go z rozmyślań. Odłożył niedopity gąsior i zszedł na dół.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania