Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 7

Rozdział 7.

 

Kapitan straży w Podgórzu nie potrafił stwierdzić, azaliż bijący zewsząd smród pochodził z kozłów do czyszczenia świeżych skór i walających się wokoło nich gnijących resztek, z olbrzymich dołów, w których, w miksturze wapna i popiołu, skóry się moczyły, czy może wreszcie z wielkich kadzi, gdzie je dębiono. Dość by rzec, co w garbarni i jej sąsiedztwie cuchnęło niemiłosiernie.

Jadąc stępem, niespiesznie i w zamyśleniu, wcale konia nie prowadząc, nie pojmował Czerma, co go tu przywiodło, czego szukać chciał, ni kogóż a o coż miałby pytać. Frasowało go jednakowoż morderstwo Trzypalcego, nie bywało to bowiem często, by tak brutalnie kto kogo życia pozbawiał. Na domiar wszelki, umyślnie bez wątpienia wetknięty w trupią rękę wianek, więcej jeszcze utrapień przydawał. Wykładając sobie na wsze sposoby powody, dla których ktokolwiek miałby grzebać w cuchnącym i na poły przegnitym ścierwie, by ów wianek podkładać, za każdym razem wychodziło kapitanowi, co wskazówką miał on być, niczym innym. Kiej muchy natrętnej odgonić nie sposobna, co z łajna prosto na twarz skacze, nie umiał Czerma odpędzić myśli, że to Alina czemuś zrobić musiała. Jakimże zamysłem goły był trup, zupełnie odzienia pozbawion, też pojąć nie było sposobu. Zbadawszy okolicę pobieżnie jeno, ni skrawka płótna, ni strzępku odzienia nie znalazł. Smród i widok nie do wytrzymania były, prawda, lecz wyrzucał sobie teraz, co nie był się przyjrzał dokładniej, tak trupowi, jak polanie wokół niego. Westchnąwszy ciężko, postanowił wrócić tam i dokładniej zbadać wszystko.

Minąwszy garbarnię, przejeżdżał akurat dowódca straży mimo jednej z gospód miejskich, gdy burczące brzuszysko przypomniało mu, co od wstania wczesnego niczego w ustach jeszcze nie miał, toteż zjeść a napić się czegoś postanowił. Jeśli nie liczyć kilku mężczyzn, grających w kości przy zastawionym naczyniami stole, w środku było pusto.

Zasiadł przy jakim stole, piwo przed sobą postawiwszy a michę z jełczejącą już nieco kaszą, i westchnął znowu na wspomnienie, co mus mu będzie wrócić na tę śmierdzącą polanę. Rozkazawszy kopidołowi ścierwo uprzątnąć a spalić na mogilniku, chociaż tego widoku oszczędzi sobie. Ale rozwłóczonych na kilka kroków dookoła, gnijących resztek, kopidoł na pewno nie tknął. Kuszącą zdała mu się myśl, by jakiego strażnika tam posłać, wiedząc jednak, co ten uchlałby się jeno w gospodzie, do lasu nawet nie zbliżywszy, pomysł ten zaraz odrzucił. Dziwić się trudno, bo ani zaszczytna, ani dobrze płatna praca w straży nie była. Nie zawsze pewna miska lurowatej, zimnej polewki, pleśniejący barłóg, na którym po służbie głowę złożyć wolno i gwarantowana pogarda każdego niemalże mieszkańca, włączywszy w to coraz liczniejszą brać żebraczą, jeno szumowiny przyciągać mogła. Umyślnie do upadku straż w Podgórzu przywiedziono, by skuteczną być nie mogła. Kasztelanowi a burmistrzowi, wraz z rajcami, stan ten zgoła podobał się, nic więc nie czyniono, by mu zaradzić.

A i sam Czerma nic naprzeciw nie miał.

Nie martwiąc się o dach nad głową, ni o jadło, pozwalało mu to, jak dotąd, przeżyć każdy z kolejnych parszywych dni. Dość było bowiem, by nie przyglądał się zbytnio prowadzonym częściej nocami, niż za dnia, interesom, a kupcy i kramarze zawsze gotowi byli ugaszczać kapitana straży dzbanem szczyn, za piwo w tych stronach uchodzących, a michą pośledniego żarcia. Niejeden też chętnie trzosem zabrzęczał, gdy konkurencję mogące stanowić gospoda, stragan czy sklepik, zamieniały się w ponure pogorzelisko, zgliszczami a kikutam niedopalonymi jeno już straszące, lub by towar podejrzany transportując, zbrojną eskortę mu zapewnić. Takimi to sposobami, będąca wszak częścią administracji miejskiej straż, o delikatną równowagę w obszarze towarów i usług w Podgórzu dbała.

Harmider wszczęty z nagła z zadumy go wydobył.

– Ty świnio! – podniósłszy się we wzburzeniu, jeden z grających ponad stołem huknął drugiego w łeb, na podłogę zwalając, po czym z powrotem na miejsce swe zasiadłszy, spokojnie do gry powrócił. Oszołomiony i złorzecząc coś pod nosem, wstał z podłogi tamten i chwiejnym krokiem ku wyjściu się skierował. Reszta nawet oczu nie podniosła.

Zapatrzył się Czerma w kufel, na dnie którego resztki jęczmiennej brei już tylko osiadły. Wielką, szlamem wypełnioną po brzegi kadzią był cały, ogromny region, miasto zaś spód jej stanowiło. Składająca się ze wszystkich dusz, dla których miejsca bliżej powierzchni nie stało, mętna zawiesina tu właśnie, przy tym dnie osiadała, by przez szczeliny a pęknięcia się przesączywszy, w całą okolicę wsiąkać.

W tych zapomnianych przez wszelkich bogów i świat cały przygranicznych stronach, bijatyki, kradzieże, napady czy morderstwa chlebem powszednim były. Dopóki przytrafiały się innym, nikt też z mieszkańców uwagi większej ku nim nie kierował. Jednakowoż wieść o ścierwie Trzypalcego, do cna rozebranym, porżniętym a rozwłóczonym po lesie, wstrząsając ludźmi, coraz szerzej się niosła. Rozumował wtedy kapitan, co zbrodnia ta była kroplą, czarę cierpliwości społecznej wypełniającą. Czarę, której napełnienia siedząc bezczynnie na rzyci czekać nie zamierzał, przelana bowiem, nowego kapitana straży oznaczać mogła.

Czasy nie były złe, w duchu rzekł do się, i trza by się upewnić, co tak zostanie.

 

Czerma nikogo tym razem postanowił z sobą nie brać, samemu raz jeszcze zbadać wszystko zamiarując. Z myśliwym, który na trupa się natknął, takoż rozmówić się postanowił, nadzieję żywiąc, iż ten, otrząsnąwszy się z wrażenia, co nowego mu powie. Nie spodziewając się, by rozmowy z mieszkańcami Skrajnicy, wioski okolicznej, dały mu wiele, rozumował, co od czegoś zacząć musi, udać się więc i tam również umyślił sobie. Czuł przez skórę, co prawda, że najwięcej dałoby mu rozpytanie karczmarzowej córy, Aliny, z tym jednak na Katosza spuścić się musiał, jako uzgodnili obaj. I dobrze. Znalazłszy się w pobliżu dziwnej tej dziewczyny, zawżdy niepokój go dziwny ogarniał, rad był zatem, co nie on będzie z nią o tym gadał.

Dotarł tymczasem do miejsca, gdzie kilka dni temu konie zostawili. Pomimo gęstych zarośli i krzaków łatwo polanę, gdzie trup był leżał, odnaleźć mu się udało, naznaczona bowiem była płótnem, wysoko na drzewie przewiązanym.

Rozejrzawszy się wokoło, ni trupa, ni żadnych nawet jego szczątek, których gnijących mnóstwo po polanie rozwłóczonych znaleźć się spodziewał, nie zoczył. Obszedł miejsce kilka razy, nic jednak nie znalazł. Gdyby nie końskie odchody sprzed kilku dni, podejrzewałby zapewne, co ktoś znacznik przesunął dla straży zmylenia. Roztrząsając w duchu, czy podobnym jest, aby kopidoł do cna wszystko wyzbierał, raz jeszcze w szerz a wzdłuż przemierzył niedużą w końcu polanę. Będąc gęsto porośniętą bujnymi trawami a zielem rozmaitym, strasznego miejsca sprzed dni paru zgoła nie przypominała. Po głowie w zdumieniu się drapiąc, poszwendał się tak Czerma czas jakiś, po czym udał się do myśliwego.

 

Wenter, będąc czymś akurat zajęty, na widok kapitana straży pracę przerwał, niechęci jednak do gościa żywionej, wcale nie krył.

– Roboty mam wiela – rzekł mu bez ogródek.

– Jako i ja mam, temum przyjechał – Czerma zeskoczył z konia. – Azaliż byliście jako teraz, na dniach, znowu tam, kiejście trupa naszli?

– A niby po cóż miałbym tam łazić?

– A częstoście tamtędy z lasu wracali? Możeście tam kogo widzieli?

– Nie.

– Czyliście owędy pierwszy raz łazili?

– Nie.

– Zrozumcież, panie myśliwy, co człeka zamordowano a okrutnie wypatroszono...

– Ni pierwszego, ni ostatniego pewnie, wielmożny panie kapitanie – rzekł myśliwy, trzema ostatnimi słowy spluwając więcej, niźli je wypowiadając. – A nie pomnym, coby przy jakim inszym straż miejska w skromne me progi zajść raczyła, anim nie słyszał nigdzie, coby się inszemi zbrodniami interesować miała... Podobna to, co tym razem zarżnięto parobka komu ważniejszemu, niźli człek zwyczajny? Kompanowi od gorzałki kogo z ratusza? Ze straży? – wyrzucał głosem gniewnym Wenter. – Powiedzcie no, wielmożny panie kapitanie, prawdę li rzekę, co temu akurat ten trup tak pomszczonym być musi? Co?

Ręce na piersi krzyżując, drwiącym uśmiechem twarz przyozdobiwszy, patrzył myśliwy na kapitana. Ten zaś srogi wyraz na twarz przywołał i w oczy rozmówcy mocno wejrzał.

– Rzekę wam, panie Wenter, bacznie mnie przeto tera słuchajcie, cobym powtarzać nie musiał – nie próbując kryć groźby, kajś między słowami zawartej, zaczął Czerma. – Nie bacząc, czyim parobkiem był zajmujący mnie dzisiaj trup, nie bacząc, ile onegdaj trupów znaleziono w okolicy, ni jak mało ktokolwiek się nimi interesował, nie bacząc, jakkolwiek wiele trupów w przyszłości znalezionych być może, i czy choć kondel z nogą kulawą się o nie troskać będzie, bez żadnego względu na to, jak głęboką pogardę lokalna ludność żywi do straży w Podgórzu i jej sprzedajnego kapitana, zgoła żadnego względu nie mając na to wszystko, ów zepsuty kapitan, na czele owej, przez wszystkich wzgardzanej, wyśmiewanej a opluwanej straży miejskiej stojący, każden kamień odwróci, w każdy kąt zajrzy. – Poprzez zgrzytające zęby cedząc słowa, dźgał nimi Czerma, niczym piką. – Ów kapitan każdą wieść, która użyteczną mu stać się może, wytrząśnie z każdego człowieka, jeśli go o posiadanie owej wieści będzie choćby i jeno podejrzewał. Jeśliby nawet zmuszonym był człeka tego w żelazo zakuć i w lochach, o chlebie a wodzie, do samego końca tego chędożonego, zasranego świata trzymać, za nic mając, co człek ów, zupełnie przypadkowy, w rzeczy samej, pozwoleństwo na odłów zwierzyny w lasach okolicznych straci, a z nim źródła utrzymania się wyzbędzie. Ów sprzedajny kapitan pogardzanej straży miejskiej, przy ochoczej wręcz pomocy lokalnej ludności, to akurat morderstwo rozplącze. Ów kapitan miarkuje, co na tę ochoczą pomoc liczyć może. Bowiem rozumną będąc, lokalna ludność miarkuje, co mimo, abo może właśnie i dzięki swemu zepsuciu, kapitan ów tyle jeszcze dzierży w ręce swej władzy, by lokalnej ludności życie w kupę gnoju zamienić. Azaliż zrozumieliście mnie, panie Wenter?

Wyglądał myśliwy, jakby go kto znienacka łajnem krowim w pysk trzepnął. Zupełnie buta a hardość z niego uszły, miarkował on przecie, o kim Czerma gada.

– Rozumiem, wielmożny panie kapitanie.

– Przeto gadajcie tu zara, co czasu mi szkoda. Częstoście łazili tam, podle rzeki, gdzieście trupa naszli? Pomnym, co miejsce owe daleko, hen od odłowu waszego granicy leży, rozumuję przeto, żeście zbłądzić musieli, czy co? Bo jak nie, to ani chybi kłusownictwem to z daleka cuchnie. Wnoszę, iż pomniście, panie myśliwy, co kłusowników w Podgórzu wieszamy... – uśmiechnął się Czerma paskudnie. – Jakże to więc było? Mówcież!

– W mgielną gęstwę za zwierzem się puścił, pobłądziłem zwyczajnie – gdzie wcześniej pycha tańcowała, tam tera pokora jeno w kącie cicho stała.

– Pobłądziliście? W lesie? – nie chciał wiary dać kapitan.

– Ano. Opar długo wisiał, po omacku na byka wielkiego żem naszedł – prawił Wenter tonem cokolwiek zrezygnowanym. – Myślałem, com go utrafił, tom się za nim puścił, alem zgubił trop całkiem. Drogę powrotną znaleźć próbując co najkrótszą, smród padlinym poczuł i zaraz trupa znalazłem.

– A jakże to, co psy za jeleniem nie zwietrzyły? Tropu nie podjęły?

– Psów na razie nie mam, wilcy mi zeżarły, abo co – zachmurzył się Wenter.

– Wilki?

– Ano. Ode wiosny te bestie czarcie obydwa posokowce mi zeżarły! – zezłościł się myśliwy. – Od podgórza kędyś przełażą, psubraty, abo skąd. Od gór, od starej kopalni. Jednego kłami w zagrodzie rozszarpały, przy domie.

– Latem pod zagrodami się pałętają? Podobna to? – zdziwił się Czerma.

– Wiem, co nie podobna, sam się temu dziwuję. Czemuś złażą się ku ludziom, choć w borze zwierz tłusty za każdym krzakiem przyczajony, choć nastąpić możesz.

– Może to nie wilki? Niedźwiedź może jaki?

– Miodojady a miedźwiedzie w górach, hen, wysoko łowiska wysiadują – rzekł myśliwy. – Nie pomnę, kiej w puszczy obrzeżach ostatnio kto jakiego uwidział, będzie, co roków dziesiątek, abo i dawniej. Musi, co wilcy byli... Abo... – nie dokończył.

– Abo?

Rozważywszy w duchu, czy więcej co powiedzieć, westchnął Wenter w końcu i przemówił:

– Jużem sam głupi, nic nie wiem. Będzie miesiąc jaki temu, mniej może, co psy ujadać w nocy zaczęły, lecz niczegom nie uwidział, wyszedłszy zaraz. Dopiero rankiem było, com sznur znalazł zerwany po psie jednym... tego a następnego dnia żem widział wedle rzeki jednego z tych jej olbrzymów...wiecie, wielmożny panie kapitanie. Tej cudacznicy z zajazdu, od Katoszów. Lazł brzegiem, a to wietrzył, to znów gront zwąchiwał i szedł dalej, ku borowi. Wiem, co ten to był, z bliskam go naówczas widział, co na Karluka czekałem przy rzece. Drobnicy jakiej zawsze od sieci mu ostanie, bierę czasem i psom skarmiam abo świniom. Posokowcam swego więcej nie obaczył...

Ciarkami mróz po plecach kapitanowi przebiegł. Najprzód wianek, tera pies.

– A pewniście, co jej ten pies był? Była tam? – spytał.

– Bydlę wielkie, kiej cielę, żaden inny mu się równać nie podobien, nie pomylisz się. Na odyńca czarnego z takim iść nie strach. Onegdaj Szpetnego zagaiłem o tę bestię, czy sprzedałby abo pary puścił jakiej, skąd go ma. To rzekł mi tyle, co dziewka przysposobiła se go kajś i z nim przyszła. Próbowałem i ją o psa rozpytać, to uśmiechała się jeno, a wianek do łapy mi wcisnęła, nic nie rzekąc. Jak to ona...wiecie sami... – łypnął Wenter okiem na kapitana.

– Ano wiem...

– Ale trza sprawiedliwość oddać, co mimo, że dziwaczka, ma ci ona do zwierząt rękę – w głosie myśliwego podziw szczery wybrzmiał. – Basiora tak ułożyć, coby chadzał za człowiekiem, kiej pies jaki! Nie podobna to! I to jakiego dzikusa! Olbrzyma jakiego! Żywota krótko, by takie dziwy oglądać!

– Basiora?

– Ano, basiora – rzekł Wenter. – Przecie już od dawna, kiej wilk za nią łazi, musieliście go przecie widzieć.

– Wilk to jest? Miarkowałem, co psisko wielkie aby – zdziwił się Czerma.

– Kiej się człek lasami zmorze, bór tajemnic mieć nie może – odparł myśliwy. – Za długom się po tych puszczach za zwierzyną naskradał, cobym psa od wilka nie odznaczył. Najprawdziwszy ci to basior, bestia okrutna! Chwost nisko, przy groncie, sztorcem uszy, ten chód... nie, wielmożny panie kapitanie, to jest wilk – ze znawstwem ocenił Wenter. – Abo ja nie jestem myśliwym. Jakem go pierwszy raz, co na oczy własne uwidział, dobrzem go sobie opatrzył. Wiary dać nie podobna mi było, tak jej przy nodze lazł! A ta se jeszcze wianuszek jemu, kiej szczenięciu jakiemu abo kocięciu, na karku oplotła! A ogromny jaki! Ech, nie poskąpiłbym ja gotowego grosza, coby taką bestię przy nodze do lasu a na polowanie prowadzać! – rozmarzył się.

Wzdrygnął się czemuś kapitan.

– A ten wasz drugi pies? Rzekliście, co w zagrodzie padł.

– Wilcy zagryzły, samemum nie widział, tropy jeno wszędy były – wyraźnie posmutniał myśliwy, wspominając. – Nocą naszły we cztery i zagryzły mi zwierzę. Ni kur, ni kozy nie chyciły, jeno psa mi zadusiły. Nawet nie zeżarły.Taki posocz...ech.

– Dawno to było?

– Zara jakoś, kiej ten pierwszy zaginął. Dawno.

Pomyślawszy chwilę, jeszcze o coś zagadnął Czerma myśliwego.

– Zeżrą padlinę zwierzęta? – spytał. –Trupa resztki, pożrą? Po drodze do was, onej polanie, gdzie trup leżał, przyjrzeć się chciałem. Ni kawałeczka po nim już nie było, śladu najmniejszego. Podobna to? Truchło kopidoł powiózł na mogilnik, to wiem. Zdumionym jeno był, co wszystko wyżarte, do cna.

– Zwierz niegłupi. Kiej człek, bestia woli zeżreć leniwie, niźli upocić się o strawę – oznajmił Wenter. – I padlinę, a trupa nawet weźnie zwierzę, kiej głód przyprze. A skoro wilcy mi po psa podeszły, to być może, co ich co płoszy, co nie polują – zastanawiał się. – Kto wie, może i rację macie, może to i miodojad jaki abo prawdziwy miedźwiedź zlazł niżej, w las? Czort wie. Śladów żadnych żem nie uwidział. Łazi tam kto po tym starym borze, przy górze? Od starej kopalni?

Zastanowił się kapitan i pokręcił głową.

– Nikt. A wy? Sprawdzilibyście, czy to aby niedźwiedzie nie zeszły ku rzece? – spytał Czerma. – Pozwoleństwo na wilka a niedźwiedzia załatwię. Na czas odpowiedni, coby sprawę zbadać, a przetrzebić, co potrza...

Błysnęły oczy myśliwemu, bo teren do odłowów to był bogaty, a grubym zwierzęciem usiany.

– Ano, niechbym pozwoleństwo dostał, to pochodzę. Ale, teren to wielki, a od chaty daleko. To i czasu by trza na to było... – Wenter głos zawiesił – do zwiesny? Do roztopów?

– Do śniegów głębokich, co z przesileniem nadejdą – odrzekł kapitan. – Możecie się zapuszczać choćby i od jutra.

– Niech co tylko zwęszę, poślę po wielmożnego pana kapitana – wyraźnie zadowolony z takiego spraw ułożenia, powiedział myśliwy.

Uścisk dłoni wymieniwszy z Wenterem, wsiadł Czerma na konia i ku rzece się skierował, której brzegiem do samej Skrajnicy dotrzeć zamiarował. Tam zjeść coś, napić się i przespać w gospodzie se umyślił.

Nade wszystko jednak napić się.

 

Wzdłuż rzeki ku wsi jadąc, kapitan zoczył postać jakąś, która to pojawiała się, to znikała w trzcinach. Rybak ze Skrajnicy, Gulo Karluk, złorzecząc pod nosem, sieci jakoweś z wody na brzeg targał. Gdy bliżej podszedłszy, kapitan trzcinami zaszeleścił, za wiosło chwycił Gulo i uniósł je w obronnej pozie.

– Aleście mnie strachu przydali, wielmożny panie kapitanie! – rozpoznawszy znajomą twarz, opuścił rybak swą broń. – Myślałem już, co mnie te sucze syny naszły! A co tam we świecie dobrego?

– Ty się obawiasz kogo, Gulo? Ty? – półżartem zapytał Czerma, rybak bowiem na całą okolicę ze swej nieustępliwości a zawziętości znanym był, gdy o własnych spraw pilnowanie szło. Sam w drogę nikomu wchodzić nie zwykł, niechby jednak kto jemu na odcisk nadeptał, rychło był tego pożałował. Czterej jego synowie, wraz z najmłodszą córą, w zajadłości ojcu swemu nic nie ustępowali.

– Psiejuchy! Rzekę mi przegradzają a ryby kradną! Ło, tu, u tej sieci! Toć oka kiej kieszeń małe! Widzicie? – uniósł splątaną sieć, w której mnogo ryb było, w większości całkiem drobnych. – Nic nie przelizie! A niechby im świże gówno w zęby brać przyszło! Patrzaj pan, widzicie? Cała rzeka przegrodzona!

Kontynuował rybak wyciąganie sieci, której większa część we wodzie wciąż była.

– A kto rzekę ci przegradza? Kto ryby kradnie?

– Kto kradnie? Kradną wszystkie, komu jeno sposobność się nadarza. A przegrody jeno myśliwego psubraty stawiają! Ynkiel im sieciów nastarcza, a te stawiają! – nie przerywając pracy, zachmurzony opowiadał Gulo. – Dzielą się potem jako zdobycznym, Ynkiel tą swoja polewkę z rybów z drobnicy nawarzy, wielkoludów zaś nawędzi, nazasala i przedaje potem we gospodzie, parch jeden! Żyła złota! Ode mnie juże ledwie tyle bierze, co dla oka. Jeno patrzeć, a se stragan z rybą we wsi otworzy, jucha wyklęta! – rybak z wściekłością sieć szarpał. – Onegdaj córa mi gadała, co się już Ynkiel ze starym Tabaczym zwęchiwał, chwost świński! No wiecie, tem, co to tartaku dla miasta dogląda. No tego tam, zara za wsią! Jak przyjdzie do tego, co Tabaczy rybów ode mnie brać dla tartacznych najemników przestanie, to łeb psubratu, kiej powrósło skręcę!

– I wiedzą ludzie, co to ukłusowane? Co nie z odłowu?

– Wiedzą, wiedzą. Dobrze wiedzą, co mają nie wiedzieć. Cóż z tego, kiej bida piszczy wszędy a kużden przyoszczędzić na czym się jeno da próbuje. Mało tego szachrajstwa parchowego, to ludzi podmawia Ynkiel przeciwko mnie i naszczuwa. Gada wszędy, co dzierżawy nie płacąc, darmo se rybów nauławiam, a z gawiedzi się śmieję za plecami, płacąc sobie za nie każąc! Tfu! Parch a złodziej! – Gulo splunął.

Pomny był dowódca straży, co Gulo Karluk zalega z dzierżawną opłatą od jesieni, skarżył się już bowiem dwa razy podskarbi na niego. Rybak natomiast płacić nie chciał, sprawiedliwości wołając, póki straż kłusowników ryb kradnących nie wyłapie i do lochu nie wtrąci, by raz na zawsze spokój od nich był. Spotkali się już nawet w tej sprawie we trzech w ratuszu, rybak, kapitan i podskarbi. Obiecawszy naówczas, co sprawą się zajmie, Czermie wstyd było teraz słuchać rybaka wyrzekań, bo do dziś palcem nawet nie kiwnął.

– A cóż z myśliwym? – zapytał kapitan.

– A cóże ma być? Wyrostków dwóch od niego z Ynkielem się zwąchało i przegradzają – wyprostowawszy się, Gulo pot z czoła otarł. – Ynkiel krwi własnej ciężką robotą nie zhańbi przecie, na szalach wagowych oszukiwać a gorzałę szczynami rozrzedzać syna aby uczy! Ale zwlec rzyć z barłogu przed jutrznią, a utaplać się we wodzie zimnej, już nie dla nich! – ciągnął rybak, a pogarda w jego głosie tężała. – To myśliwe wyrotski rybów nawyciągają i poniesą mu pod sam nos!

– I płaci im za to Ynkiel?

– A ja tam nie wiem, jak się oni liczą za to. Za pazuchą przecie mnie nie noszą, to i skąd mnie wiedzieć – Gulo wzruszył ramionami. – We wsi ludzie gadają, co borgi se chłopaki odrabiają, za gorzałkę a strawę, kiej się przy hulankach ochleją a obeżrą. Nie raz i nie dwa, co to im stary Wenter po grzbietach rzemieniem przeleciał, a skóry nagarbował, ale, co to da. Młode ci one, durne, łatwego łase, to dalej kłusują. A i ociec rzemieniem takoż za mocno nie wywijał, co potrzebuje on z Ynkielem uhandlować czasem, to mu za to gównożerca zawżdy taniej co puści. Ech... – westchnąwszy, na kapitana straży spojrzał, wyczekując, cóż on na to wszystko rzeknie. Czy cokolwiek.

– Trza się będzie z nim rozmówić... – ni to do rybaka, ni to do siebie, zamruczał Czerma pod nosem.

– Ano, zdałoby się nareszcie... – odrzekł niechętnie Gulo. – Nim przyjdzie do tego, co się jucha rozleje...

– Sam nic nie czyń, Gulo – napomniał go kapitan, pomnym będąc, jako to czas jakiś temu, rybaka wraz z synami do lochu wtrącono, bowiem poturbowali przyłapanych na gorącym uczynku kłusowników.

– Panie kapitanie! – wyprostowawszy się, ostrzej pewnie, niźli wypadało, zaczął Gulo. – Nie podobna mi siedzieć bezczynnie...

– Nie będziesz musiał – wszedł mu w zdanie Czerma. – Tymczasem miej baczenie, abyście ani ty sam, ani dziatki twoje, biedy sobie jakiej nie napytali. – Prawiąc to, miał na myśli kapitan nie tylko synów Karlukowych, ale i córkę jego, która, choć młódka jeszcze, hersztem bratniego klanu już będąc, zajadle a bez litości tłukła każdego, kto tam jej się pod rękę nawinąć miał nieszczęście. – Pomogłoby niemało, kiejbyś zaległą za dzierżawę zapłatę przyniósł... – dodał ostrożnie.

– Panie Czerma – głosem zimnym a okraszonym zniecierpliwieniem mocno już nadwyrężonym, rzekł mu rybak. – Rybaczył tę rzekę ociec mój, zawżdy płacąc panom, co należy. Po nim ja rybaczę, żem płacił ile trza i na czas. Co rok więcej, alem płacił. Bo żyć z czegoś trza, a i gąb rozwartych do jadła w chałupie mnogo. Ale i temu, co rzeka to żyzna, rybów w niej moc, kiej się obejść z nią, jak należy. Kiej poczęły mi psiekrwie rybę kraść a w drogę wchodzić, polazłem do ratusza skarżyć. I żem płacił dalej, ile trza. A gadała mi kobita a ociec, gadali dzieciuchy, com głupi, co nic to nie da. Dawajcież tatulu, prawili, gnatów złodziejskim chwostom nautrącama, sprawa się załatwi. Alem im wykładał, co robim wszystko jak trza, bo nie nasza jest rzeka, a panów. My dzierżawy płacim, bierzem z rzeki, co się należy, maliznę wracamy, olbrzymy też, niechaj się namnażają, kiej takie sprytne i porosły. Pomogą nam pany, strażniki z panem kapitanem nam pomogą, gadałem. Po sprawiedliwości. I nic. – Patrząc kapitanowi prosto w oczy, gorzko opowiadał Gulo. – Tom płacić przestał i do ratusza żem się wybrał. A gadała mi kobita, ociec a dzieciuchy, com głupi. Trza gnatów nautrącać psom zapowietrzonym tatulu, prawili, tedy się sprawa załatwi. Alem im odrzekł, co pomogą nam pany a strażniki po sprawiedliwości, kiej dzierżawy nie uświadczą. I nic. No to żem do samego pana wielmożnego kapitana straży skarżyć polazł, a pan kapitan sprawiedliwość obiecał. I nic.

Słuchając rybaka, coraz trudniej było kapitanowi wytrzymać oskarżycielskie, goryczy pełne wejrzenie. Kiełkujący od jakiegoś czasu w jego duszy palący wstyd, wobec szczerych a sprawiedliwych wyrzutów, pierwsze swoje pędy teraz wypuszczał.

Gulo Karluk kontynuował:

– Zaś gadali mi kobita, ociec a dzieciuchy, com głupi. Tom i poszeł za ichnią radą, nautrącalim chwostom złodziejskim gnatów sami, kiej znikąd sprawiedliwość nie przyszła. I tyleśmy z tego mieli, co w żelazo zakuci do lochu poszlim, a kobita po ludziach, po prośbie iść musiała, coby nas wykupić. I dziś przychodzisz do mnie, dowódca straży, i rzeczesz mi, co mam, niczego nie robiąc, zaległą dzierżawę spłacić? – w skwaśniałym głosie rybaka dały się słyszeć drwina i wyrzut. – Cóż się z tobą stało, kapitanie Czerma? Komornika juże z ciebie uczynili? W szuwarach mnie a trzcińskach szukasz, coby do opłat przynaglić? No to masz! – wyciągnął rybak w kierunku kapitana kłusowniczą sieć, drobną rybą naćkaną. – Niech wielmożny pan kapitan weźmie a do skarbca schowa! Moja dzierżawa! Tym mogę zapłacić!

To powiedziawszy, ze złością cisnął Gulo sieć do stóp kapitanowi, i plecami się od niego odwróciwszy, pracę swą kontynuował.

Tumir Czerma poczuł się, jakby w pysk dostał. Nawet w latach młodzieńczych nigdy nie przyozdabiający jego lica pąs zakłopotania, teraz rumieńcem wstydu po jego duszy i gębie się rozlewał. „Co się ze mną dzieje?”, pomyślał, „muszę się napić”.

Zebrawszy się nieco w garść, rzekł po chwili:

– Nie o dzierżawiem chciał z tobą mówić, Gulo, jeno o Trzypalcym dowiedzieć się czego. Słyszałeś zapewne, co zaszło.

– O Trzypalcym? – nie przerywając zajęcia, parsknął rybak. – A cóż ja mam wiedzieć? Słyszał żem to, co insi, napadło go coś w lesie a zeżarło. Wilcy, miodojad jaki może, abo i ryś, czarta trza pytać. Może i gorszego co nawet...

– Gorszego co?

Rozprostowawszy urobione plecy, odpowiedział mu Gulo:

– A to nie wiecie? Kiej kto nocą w borze łazi, sam se łeb do pętli wrazi. Rzeką ludziska, co pani lasu pilnuje, co pokutnice a mary z kopalni porozłażane takoż ucapić mogą. Nie zliczy już, ile ludzi pożarła knieja. Zwierz dziki to nie najgorsze, co człeka w lesie spotkać może.

– I ty wierzysz w te bajania, Gulo? – spytał Czerma. – O borowej wiedźmie, o stworach a demonach, co w lesie żyją? O wyłażących z zawalonej kopalni trupiszczach?

– A wy nie? – wejrzał rybak rozmówcy prosto w oczy. – Myślicie, co to jeno bajdy dla dzieci, które ludzie powtarzają, coby nudę przegnać?

– Ja rozumuję, co ktoś go ubił i chcę się jeno dowiedzieć, kto – wykrętnie odrzekł mu Czerma. – Wilki abo inny zwierz, jeśliby one na śmierć go pogryzły, dawno zeżarłyby trupa. Leżał tam tyle, co zgnić zdążył.

– Powiadacie, co człek jaki go tak strasznie porzezał? – zdziwił się Gulo. – Awanturny był i zawadiaka, prawda. Ale żeby kto go miał mordować? Nie widzi mi się. Że rozum mu się mieszał z gorzałką, że za tyłki babskie uszczypiwać lubił, prawda. Ale żeby pod skórę komu tak wleźć, co jak wieprza by go kto miał szlachtować? Nie podobna to. Za prosty człek to był, co miałby komu się tak utrapić.

Widząc, co rybak łódź bliżej podciąga i kłębowisko sieci a ryb ładować na nią zaczyna, kapitan pomógł mu. Brodząc obydwaj po kolana w mulistym brzegu, skończyli po chwili. Robiąc bokami od wysiłku i z błota rzecznego się nieco oczyszczając, stali teraz.

– No, mnie już w czas – Gulo prawicę ku Czermie wyciągnął. – Bywajcie zdrowi.

– I ty, Karluk – uścisnął podaną dłoń kapitan. – A gdybyś se co przypomniał, daj mi znać, mnie mus dowiedzieć się czego. A co do tego kłusowania...

Zachmurzył się rybak i twardo rzekł:

– Tera juże załatwimy to, jak Karluki. Dość mi psubraty nabrały, basta!

– Biedy se jeno napytasz, rzekę ci, poniechaj. Ja to zrobię. – Poczucie winy i wstydu oblały znów Czermę. – Po sprawiedliwości ci rzekę.

– Panie kapitanie... – srodze prawić począł Gulo, lecz kapitan mu przerwał.

– Poniechaj, rzekłem! Bo znów ci synów do lochu zamknę! – zmęczonym, acz stanowczym głosem powiedział, uspokoiwszy się jednak zaraz i westchnąwszy głośno, popatrzył na rybaka. – Prawię przecie, co się tym zajmę, to się zajmę. To od kogo sieci biorą? Od Ynkiela, rzekłeś? A wiesz, gdzie trzymają?

– A niby gdzie mają trzymać – niechętnie burknął Gulo, zapewnieniom kapitańskim nie bardzo wiarę dając. – We wodzie cały czas stoją. Z rzadka jeno, kiej we trzcinach co znajdę. Podpłyną, rybów podbiorą i dalej we wodę. A sieciów, jako rzekłem, ten parch im nastarcza.

– No tak...

Wsiadając na konia, jeszcze się czymś Czerma trapił, coś mu się tam we łbie kołatało. Zdążył Gulo łódź już na wodę zepchnąć i od brzegu odbić, kiedy zawołał ku niemu kapitan:

– A dawno Ynkiel ryby od ciebie kupował? Wiele?

– Będzie, co ze dwa miesiące abo i lepiej, zwiesną jeszcze! Drobnicy beczkę, co tania! – odkrzyknął rybak.

Machnąwszy mu na pożegnanie, chwycił Czerma lejce i koń, człapiąc kopytami w mulistym brzegu, przed siebie stępem ruszył.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania