Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 8

Rozdział 8.

 

Słońce już wschodziło a właściciel Dziurawego Akordeonu, najpodlejszej karczmy w Podgórzu, w najnikczemniejszej miasta dzielnicy się mieszczącej, Zmierzchach, zamykać akurat zamiarował, kiedy wszedł do środka mężczyzna i o piwo poprosił. Człek zdrożonym wielce być musiał, bo ubiór kurzawą miał pokryty, a tobół wielki, co go taszczył ze sobą, u nóg sobie zrzucił. Prócz śpiących pod ścianami, dla których miejsc w komorach brakło, karczmarza i dziewki służebnej, naczynia ze stołów zbierającej, nikogo już w izbie karczemnej nie było.

– Kasza ze skwarkiem jest jeszcze, jeśliście głodni – rzekł ponury, zgoła łysy karczmarz, dzban przed nieznajomym stawiając.

Pragnieniem okrutnym dręczony, długo się człowiek od naczynia oderwać nie mógł. Otarłszy w końcu usta, ozwał się:

– A podajcie, mości gospodarzu, zjem co, bom głodny, z gościńca prosto – zasiadł ciężko za stołem. – Można się tu u was gdzie przenocować?

– Posłań wolnych nie ma, co jarmark i ludu siła się zjechała – całym dniem umęczony, ospały oberżysta postawił obok piwa michę wodnistej polewki, w której kilka ledwie ziaren jaglanych jedną chudą skwarkę ganiało. – Można w izbie wspólnej gdzie na podłodze, abo na sianie. Nade stajnią wyżka jest, za węgłem, podle gospody. Jakeście w siodle przyszli, to musi, co konia tam daliście.

– Słoma a siano na stryszku wygodne, kiej se człek rzyć porządnie ogniecie a oka nie zmruży dnie całe – z pełnymi ustami rzekł przybysz. – A nie macie, mości gospodarzu, czego tłustszego a mięsnego? Chleba jakiego? Mam czym płacić.

To rzekłszy, brzęknął monetami o stół. Karczmarz żwawiej się zakrzątnął i udziec barani, do połowy aby jeno ogryziony, przed głodnym postawił, a i kołacza niedojedzonego też się jaki kawał znalazł.

Wnet służebna robotę swą skończyła, a oberżysta latarnie pogasił i okiennice pozawierał. Najadłszy się a opiwszy do woli, beknął głośno mężczyzna i od stołu wstał. Właściciel, zarobek jaki taki węsząc, udał się do izby wspólnej i jął kopniakami śpiących rozsuwać, coby miejsce przybyszowi zrobić.

– A pójdźcie, dobrodzieju, tutej se spocznijcie – zachęcił.

Tamten jednak, ręką machnąwszy, pokręcił głową.

– Nie potrza, mości gospodarzu. Znać zrazu, coście dobrze gościom karczmarzyli, pierdzą tera a bekają, co oddychać nie ma czym, zaduch niemożliwy. Nade stajnią, na sianie głowę złożę, aż nadto mi będzie.

– Ano, prawda – zarechotał oberżysta. – Ale płacić od razu musicie, dobrodzieju, kury pieją i zawieram właśnie. Wybaczcie, ale ludu tyla tera, co upilnować nie sposób – w obawie, by człek, wyspawszy się, bez płacenia nie czmychnął, tonem uniżonym tłumaczył.

– A jużci, co zapłacę, mości gospodarzu – dobył naście monet i na stół rzucił.

– To za wiela... – rzekły usta karczmarza, oczom jego chciwym przecząc.

– Weźcie wszystko, mości gospodarzu – mężczyzna uśmiechnął się i zachęcająco przesunął pieniądze ku właścicielowi. – Konia rad bym zostawić u was i na wyżce nocy kilka przemieszkać. Dobrze tedy będzie?

Oberżysta, zadowolony, szybko zgarnął zapłatę ze stołu.

– Ano! A jak się izba jaka zwolni, bagaż dobrodzieja zara znieść każę!

– Nie trza, mości gospodarzu, stryszek w sam raz dla mie. No, zmęczonym już.

Ku drzwiom się skierowawszy, zatrzymał się jednak jeszcze i zapytał:

– A można tu gdzie u was siodło a uprząż kupić? – uśmiechnął się niewinnie. – Spałem ci kajś przy gościńcu i psiekrwie mi jakoweś ukradły... wiem, co u rymarza można, ale grosza przyoszczędzić chciałem, jakie stare mi się nada... – wyciągnąwszy zza pazuchy sakiewkę, zachęcająco nią potrząsnął.

– Siodło, powiadacie...? – wyraźnie zawahał się oberżysta, miarkował bowiem, iż mało co któren koniokrad bierze konia wraz z rynsztunkiem.

– Ano, mości gospodarzu – głosem przymilnym rzekł człowiek. – Ani chybi, co musicie jakie mieć przy gospodzie, jako we zwyczaju jest...

– Jakieś stare mam, ale...popręg a uzda poprzecierane – wykręcał się podejrzliwy właściciel. – Jest ci u nas, przy ratuszu, rymarz, lepsze ci on przedaje a tanio. Tam szukajcie, dobrodzieju...

– To wasze mi starczy, mości panie gospodarzu – nieco wymuszona uprzejmość w głosie nieznajomego ścierała się z rosnącym w siłę zniecierpliwieniem. – Gdzież wisi?

– Ale popręg i uzda... – niechętnie próbował karczmarz.

– Pewnym, co się nada, mości gospodarzu – przybrawszy nagle nieprzyjemną barwę, głos mężczyzny nie wróżył nic dobrego. – Dratwy a szpile jakie mam, poprawię...

– Ale...

– Gdzie wisi siodło? – włożywszy w dłoń karczmarza sporą sakiewkę, człowiek dodał: – Sprzedajcie, mości gospodarzu...nie pożałujecie...

Zmiarkowawszy, co za bele jakie, stare siodło, nieznajomy płacić jest gotów ze dwa razy więcej, niźli musiałby za nowe, oberżysta przełknął nerwowo ślinę. Coś w sposobie bycia człowieka obiecywało także, że niechby się karczmarz wzbraniać dłużej ośmielił, naówczas właśnie pożałowałby...

– A, co mi tam... Wasza wola... – uśmiechnąwszy się słabo i schował pieniądze. – Siodło na stryszku, łatwo znajdziecie...

Udawszy się we wskazane przez właściciela miejsce, mężczyzna wlazł po drabinie na wyżkę, gdzie nie tylko tęchlizną zalatujące siano i słoma leżały, ale inszych rupieci całe mnóstwo. Znalazł od razu stare siodło z uprzężą, których kondycja daleko lepszą była, niźli opisywał ją karczmarz. Upewniwszy się, iż dziura, którą na górę się dostał, stanowi jedyne wejście, wciągnął drabinę, na umoszczonej słomie się rozłożył i zasnął.

 

Słońce już stało wysoko, południe dnia zwiastując a prażąc niemiłosiernie, kiedy człowiek zbudził się i schowawszy dobrze swój dobytek, do wypełnionej tera po brzegi zlazł karczmy, zjadł suto i na ulicę wyszedł. Zanurzony z lubością w płynący zewsząd potok ludzki a zgiełk tętniącego życiem miasta, po jakimś czasie na główny plac targowy dotarł, gdzie, zachwalając nieprzebrane towary, przekrzykiwali się handlarze, kupcy, przekupnie i wciąż ktoś go za rękaw szarpał, do kupna zabawek, kołaczy, narzędzi, sukien, zwierząt, mięsa, tanich ozdób, przypraw i całego mnóstwa innych towarów namawiając. Targował się tu i ówdzie, zainteresowanie udając, zatrzymywał przy jakim kramie, pytał o cenę i szedł dalej. Niekiedy złapanego za nadgarstek odrostka, któren z kieszeni mu coś ukraść próbował, kopniakiem w rzyć wymierzonym odganiał. Rzekłszy zwięźle, jednym był z wielu ludzi, w czasie jarmarku na ulice wylegających.

Lecz ni targ, ni żadne dziwowiska człeka tego nie zajmowały. Ratusz on bacznie obserwując, nad rynkiem wielkim górujący, w tłum wmieszany i uwagi ku sobie zbytniej nie zwracając, kilkakroć wokoło go obszedł. Zarejestrowawszy w głowie wszelkie szczegóły, przez resztę dnia przyglądał się bacznie strażnikom miejskim, gęsto o tym czasie ulice patrolującym.

Nie zdążył zmrok jeszcze zapaść, a po drabinie na wyżkę znów właził, by, upewniwszy się, co nikt w rzeczach jego nie gmerał, na słomie się wyciągnąć.

 

Późnym już wieczorem mężczyzna zlazł do zatłoczonej a gwarnej gospody, kaj wolnej ławy nie znalazłszy, z dzbanem w jednej i michą pełną dymiącej strawy w drugiej ręce, do kilku grających w kości osób dosiadł. Jedząc a popijając, lekko znudzony obserwował toczącą się rozgrywkę, a i mocno już podpitych graczy. Dwie kobiety i ich czterej kompani głośno a wesoło rozprawiali, tudzież komentowali toczącą się grę.

– Rzucajże nareszcie, no! – pierwsza z niewiast, czarnowłosa, ponaglała elegancko ubranego towarzysza, który kości w dłoni ściskając, szeptał coś na ucho drugiej, rudowłosej. Ta, zarumieniwszy się, zachichotała.

– Ostawże go w pokoju, Kosza! – drugi z kompanów, brodaty i z wydatnym brzuchem, zadudnił basem. – Kiej kto nie ma szczęścia w kości, szukać winien go w miłości! – ryknąwszy głośnym śmiechem, z uciechy walił ciężko w stół, naczynie z piwem przewracając.

– Ostrożnie! – trzeci z siedzących, wysoki, chudy a bardzo blady, pospiesznie uniósł ręce i co tam miał przed sobą, przed przelewającą się przez blat kałużą chronił.

– Coby szczęście mieć w miłości, trza by najprzód wygrać w kości! – czwarty z grających, ponad miarę szeroki w barach, krępy, niskim basem zaśmiał się i wielką niczym łopata ręką dorzucił monet na stosik w środku stołu.

– Zawrzyj gębę, świnio! – tym razem ze złości, rudowłosa poczerwieniała jeszcze bardziej. – Nie jestem twoją dziewką!

– A czyjąż? – zagrzmiał brzuchacz z brodą, śmiechem się zanosząc.

– Dajcież jej spokój, bydlaki! – zawołała czarnowłosa Kosza. – Grajcież lepiej! Kości wstrzymujecie!

Ponaglony brzuchacz rzucił. Wygrał.

– Psiakrew! Kosza! Ani chybi, jak tera to was obie z Sieją mogę przypłacić! – grzmiąc uradowany, zgarniał ze stołu wygraną.

– Uspokój się! – napomniawszy brodacza, elegancko ubrany gestem przywołał służebną dziewczynę i zamówił kolejkę. – Nie słuchaj ich, Siejka – zwrócił się do rudowłosej. – A wy zawrzyjcie te swoje pyski i miarkujcie się trochę!

– Czci niewieściej obrońca się znalazł! Widzicie go! – zadrwił brodaty brzuchacz. – A cóż ty jej tam na uszko naplatasz, hę?

– Nic, jeno się targuje! – basem dorzuciwszy olbrzym, śmiać się ze swojego żartu począł, tak mocno kułakiem w stół przy tym waląc, aże wszystkie naczynia podskakiwały.

– A zamknijcie się nareszcie, skupić się nie sposób! – poprawiając nasadzone na nos binokle, zawołał chudy. – Do komory pójdę, tam spokój!

Pozbierawszy ze stołu zwitków a pergaminów jakowychś, wstawać począł, ale elegancki przytrzymał go, rękę na ramieniu kładąc.

– Gdzie! Tu siedź! – rzekł. – Nikt ci przeszkadzać już nie będzie. Słyszeliście? – groźnym spojrzeniem omiótł siedzących, którzy przytwierdzili.

Naówczas dopiero spostrzegł mężczyzna, któren zjadłszy i wypiwszy, z nudów się kompanii tej przyglądał, iż wysoki chudzielec w kości nie grał, jeno pergaminy jakoweś uważnie studiował, skrzętnie ich pilnując i przed rozlanym piwem wcześniej chroniąc. Poszedłszy do szynkwasu po kolejne piwo, wracając próbował lepiej się przyjrzeć, cóż to być mogły za dokumenta, jednak chudzielec, zorientowawszy się w tym, prędko rękami je nakrył. Znużonego udając, począł nieznajomy uważniej rozbawioną gromadę obserwować. Tymczasem chudy nachylił się ku eleganckiemu, do ucha coś mu szepnął i obaj zerknęli najpierw na siedzącego obok, potem znacząco na siebie, po czym elegancki pergaminy za pazuchę schował a długi do gry w kości dołączył.

– No, nareszcie! Jużeś z tymi mapami skończył? – brzuchacz podał chudemu kości. – W czas to, bo już sakwy puste!

– Zawrzyj gębę!

Jednocześnie elegancki i chudy na niego warknąwszy, spojrzeli ku mężczyźnie, któren tak we własnych rozmyślaniach pogrążonym był, iż uwagi na nich żadnej nie zdawał się zwracać.

Dopiero teraz nieznajomego zauważywszy, brodacz a reszta bandy umilkli.

– Nie przeszkadzamy ci aby, mości przyjacielu? – najbliżej mężczyzny siedząc, barczysty zagadnął go swoim basem. – A w kości to z nami zagrasz?

Nie odezwał się człowiek, rzekomo w swe własne rozterki osnuty.

– Ej! Ty! Ozora w gębie nie masz? – zawołał barczysty, z ławy się unosząc. Był olbrzymich rozmiarów.

– Dajże pokój, Kafa. Pewnikiem się nasz sąsiad zamyślił – gestem dłoni zatrzymał elegancki wielkiego, któren opadł na ławę z powrotem. – Nie podobna zignorować tak uprzejme do kompaniji zaproszenie, niegrzecznym by to było...

– A i zdrowiu szkodzące! – zarechotał po swojemu brodacz, napotkawszy jednakowoż zimne spojrzenie eleganckiego, urwał.

– Ej, mości nieznajomy! – dopiero trącony przez olbrzyma mężczyzna ocknął się, spoglądając na niego pełnym zaskoczenia okiem. – Porzucasz z nami w kości?

Wydobywszy się jakoby niespodziewanie z czeluści własnych swych roztrząsań, człowiek rozejrzał się wokoło po twarzach srogich a wyczekujących i rozbrajająco uśmiechnął.

– A dziękuję wam, ludkowie dobrzy – rzekł ochoczo a tonem uniżonym – ale gdzież mi tam do was, moście dobrodzieje! Kaszym pożarł, piwem kiszki spłukał, wczas mi już.

Podnieść się usiłował, lecz olbrzym położył mu na ramieniu ciężką niczym kłoda rękę.

– Ale tam... – na twarz eleganckiego wpełzł fałszywy uśmiech – wieczór młody jeszcze, posiedźże se z nami... jak cię swoi zwą, przyjacielu?

– Doprawdy, moście dobrodzieje, wczas mi już... – wstać spróbowawszy ponownie, znowu na ławę opaść musiał, gdyż kłoda wciąż na swoim miejscu tkwiła. – Gdzież mnie, obdartusowi, do tak zacnej kompaniji...

– Dajże spokój, przyjacielu... – rzekł mu elegancki – zostańże a dołącz, wszyscy byśmy radzi lepiej cię poznać. Prawda to?

Nie spuszczając z nieznajomego ponurych spojrzeń, wszyscy pokiwali głowami w zapewnieniu, iż w rzeczy samej, radzi byliby dowiedzieć się nieco więcej o swoim nowym towarzyszu...

– A widzisz! No, to jak cię zwą? Widzi mi się, co stałym bywalcem tego miejsca nie jesteś?

– Rzekliście, mości dobrodzieju! – odrzekł mężczyzna. – Po rowach a rynsztokach mi sypiać, ze psami resztki żreć, nie w tak zacnym przybytku rzycią ławy wysiadywać!

Usłyszawszy słowa „zacny przybytek”, ten i ów z obok siedzących, z nudów całemu zajściu się przypatrując, rozejrzał się ukradkiem, czy go aby jaka siła nieczysta z Dziurawego Akordeonu, który najgorszą cieszył się sławą w całym mieście, do jakiej innej gospody nie przeniosła.

– Dzisiaj jenom wstąpił – ciągnął dalej – bom sprzedał wszystko, com na targ przyniósł. Pewnikiem se jeszcze posiedzę z dzionek, abo i ze dwa, popatrzę na cudaki a widowiska jarmarczne, i we świat dalej ruszę.

Wtem rudowłosa Sieja wtrąciła się, palcem na nieznajomego wskazując.

– Ja go chyba już gdzieś widziałam...

– Bedzie, co między żebraki jakiemy kiedy, we świecie, bo nikaj indziej tak blisko pięknej damy być nie podobna, hehehe – zapewnił mężczyzna, śmiejąc się niepewnie. – Abo w zajeździe, co to glejta w nim wjazdowe skarbiec z rajcą przedawali – dodał.

– A cóżeś ty na targu sprzedawał, co? – zaciekawił się elegancki. – Może kupiłbym co od ciebie? I skądeś ty, skoro glejt do miasta w zajeździeś nabywać musiał?

– A cóżem ja mógł przedawać, moście panie dobrodzieju! – wyjaśniał nieznajomy. – Struganki, com z kory a drewienek wycinał, a kamyki okrągłe, com po gościńcach nazbierał. Ludziska hamuletów różnech łakną, coby przed złem strzegły, to przedaję...

– Amulety ochronne sprzedajesz? – ożywiła się Kosza.

– Ale, jakież tam znowu hamulety! – odrzekł jej rozbrajająco. – Zwekłe to cudeńka a kamyki, jeno lśniące a ładne. Miarkuję, co nie przyzwoicie tak, ale przeca nie każecie biednego włóczęgi w żelazo zakuwać, co jeno na miskę strawy goręcej a kufel piwa chce czasem potargować?

Spojrzał błagalnie po skupionych na nim twarzach, znowu się uśmiechnąwszy.

– Nie masz się czego lękać, przyjacielu... – zapewnił elegancki. – Nie my prawo stanowim, nie my go strzec będziem... prawda li to?

– Prawda! – żywiołowo zawtórowali wszyscy.

– Jak cię zwą? Napijże się z nami, przyjacielu, ze szczerego serca do stołu zapraszamy! – szerokim gestem zachęcał elegancki.

– Zbytek łaski, moście panie dobrodzieju...

– Głupstwo, doprawdy – wziąwszy dopiero co przyniesiony kufel pełen piwa, elegancki zasiadł z drugiej strony przy nieznajomym i postawił przed nim naczynie. – Na zdrowie!

Nie odwracając utkwionego w mężczyznę wejrzenia, wzniosła kompania naczynia i wychylili wszyscy. Tamten także napił się, łapczywie, i otarłszy usta piwem ociekające, ze śmiechem stuknął kuflem o blat.

– No, jakeśmy już ku się przepili, wczas się poznać! – teatralnym, zamaszystym gestem wskazał na towarzyszy elegancki, którzy rozluźniwszy się nieco, cicho przemawiać między sobą znów poczęli, wciąż nieufnie na mężczyznę spozierając. – Grupą przyjaciół jesteśmy, co zebrali się tutaj, towarzystwa a rozrywki szukając! Ale i wytchnienia chwili od trudów podróży, bośmy z drogi prosto. Ta czarująca, kruczowłosa dama, to Kosza. Płomiennowłosa, urodziwa niewiasta obok Koszy, ta, której wpadłeś w oko, przyjacielu, to Sieja. Milczący i długi, kiej tyczka fasoli chudzielec, to Finet. Rubaszny brodacz, od którego humoru większy jest bodaj jeno jego brzuch, to Barbatus. Obok ciebie, przyjacielu, siedzący, porywczy, lecz dobrego a romantycznego serca olbrzym, to Kafa. Mnie zaś zwią Arys! Tyle wiesz już o nas, my o tobie nic jeszcze! Nie godzi się! No to jak cię zwą? – ostatnie słowa wypowiedział elegancki z naciskiem, nie pozostawiając wątpliwości, iż lepiej by było dla nieznajomego, aby dalszych uników poniechał i przedstawił się.

Uśmiechnąwszy się w duchu, mężczyzna oznajmił:

– Jam jest Smalec, moście dobrodzieje!

Roześmiali się szczerze wszyscy przy stole siedzący.

– Smalec? – niedowierzając, spytała wesoło Kosza.

– Smalec! – wesoło zapewnił ją mężczyzna.

– Zatem witaj wśród przyjaciół, mości Smalec! – uniósł swój kufel Arys. – Wychylmy za zdrowie naszego nowego kompana, mości Smalca!

Wznieśli, kto co miał w ręku, przepijając, a z nimi nawet ponury dotąd i zamyślony nad czymś Finet.

– A masz co jeszcze z tych swoich amuletów abo kamyczków, mości Smalcu? – z drwiną w głosie zapytał Arys. – Może byśmy co kupili? O złe na trakcie nie trudno!

– A gdzieżby, moście dobrodzieju! Skupczyłech wszyćko, com miał – bezradnie ręce rozłożył Smalec. – Ale kiej potrza, to zara wyjdę i hamuletów jakich przed gospodą nazbieram. Ale nocne, to i drogie będą! – zaśmiał się.

Poweselała gromada, wielce Smalcem rozbawiona, a nieufność i podejrzliwość pierwej przez niego wzbudzane, wesołej atmosferze rychło miejsca ustąpiły. I tak, tęgo pijąc a suto jedząc, bawieni naiwną prostodusznością i prostolinijnością Smalca, używali sobie towarzysze tego wieczora. Jedni tylko Arys i Finet, pomni, co się ich nowy kompan pergaminom na stole rozłożonym przyjrzeć ukradkiem próbował, baczenie większe na niego mieli i miarkowali się nieco, by w przytomności względnej wytrwać. Drugi zaś Smalec, a czego tamci wiedzieć wszak nie mogli, chętniej za kołnierz, aniżeli w gardło wlewał, wymiarkował se on bowiem, co gdy rozstać się im przyjdzie, łacniej tropem ich podążyć zdoła, kiej na nogach mniej się kołysać będzie. Umyślił sobie on bowiem, że gdy już los tak przygodnie ich ścieżki splótł, dowie się czegoś o dziwnej tej kompanii, zaś własne jego zamiary, do Podgórza go przywodzące, poczekać mogą.

Jak to się dzieje w każdej gospodzie, jeno o innym czasie, do Dziurawego Akordeonu ta pora nocy właśnie nadeszła, kiedy więcej szlachetnego jeszcze rano trunku, przelawszy się za dnia przez wiecznie spragnione gardła i w pospolite szczyny teraz zamieniwszy, wsiąkało teraz w okoliczny grunt, aniżeli go zostało w beczkach za szynkwasem stojących. Coraz mniej ludzi za stołami siedziało, coraz więcej zaś leżało pod nimi, bezpańskim psom w kości niedojedzonych podgryzaniu przeszkadzając.

Wesoła kompania takoż więcej już o tym, kaj by tu łeb zapity przyłożyć, niźli o zabawie dalszej myśląc, ku pożegnaniom się kwapiła.

– Wczas mi już, moście dobrodzieje, pora na mie – Smalec wstał, zaraz jednak przez Arysa wstrzymany.

– Odprowadzimy cię, mości Smalec – dobrodusznie zaproponował Arys. – Nie pozwolim, coby nieszczęście jakie spotkało naszego druha. Zmierzchy to niebezpieczna dzielnica.

Co przytomniejsi jęli dobudzać przysypiających na stole współtowarzyszy.

– Doprawdy, nie trza – wzbraniał się Smalec. – Dobrodziej karczmarz pozwolili mnie ło, tu, na wyżce przenocować, nade stajnią.

– Ależ, drobiazg! – zapewnił Arys. – No ale skoro to jeno tuż za węgłem, to nie trza, byśmy wszyscy szli. Wszystkie już pijane w diabła... Sieja! A idźże i upewnij się, co mości Smalec dotrze do swoich komnat bezpiecznie! My idziem do komory. A wypocząć mi tam, żebyście mi jutro nie smęcili!

Wytoczyli się tedy z karczmy razem, rudowłosa Sieja i człowiek Smalcem siebie zwący, zataczając się i wzajem podtrzymując. Już w stajni, pod drabiną na strych prowadzącą opiekunkę pożegnawszy, mężczyzna wspinać się przymierzył, wtem dziewczyna zręcznie go między konie powaliwszy, własnym ciałem przycisnęła, nóż do gardła mu przystawiając.

– Pomnam już, skąd cię znam – wycedziła przez zęby. Twarz jej niemalże jego twarzy dotykała.

– Jaśnie pani dobrodz... – uczuwszy zwiększony nacisk ostrza na grdyce, urwał w pół słowa.

– Daruj sobie, czasu szkoda. Zara mnie szukać będą – Sieja mówiła prędko, a oddech jej śmierdział kwaśno pitym cały wieczór piwem i winem. – Chwila ta, choć krótka, do końca twego parszywego życia trwać będzie, jeśli mi nie wyznasz, a sprawiedliwie, coś za jeden i czegoś węszył koło Arysa i jego map. W zajeździe cię widziałam Przy Rozstajach, jakeś oklep przyjechał na zagłodzonej i do krwi zgonionej szkapinie. To ten koń, tam, pode ścianą. Siodło a uprząż teraz na nim, ale to ten sam wybiedzony koń. Obserwowałam cię, bo krew mnie chciała zalać, takeś biedne zwierzę pokaleczył.

Wściekłość ledwie poskromiona ją zalała na samo wspomnienie i ostrze mocniej przycisnęła, skórę mu kalecząc. Nie próbując nawet skryć pogardy, którą do niego czuła, pragnęła, coby z bólu zaskomlał, lecz on nie drgnął nawet.

– Zeżarłeś, wypiłeś i odjechałeś – cedziła mu do ucha zajadłe słowa. – Krew z ciebie spuścić, kiej z wieprza w tej stajni mogę, powiem, co wychędożyć mnie chciałeś. Rano rzuci ktoś twoje ścierwo na gnój i będzie to koniec twojej żałosnej historii. Wszystkich żeś zaczarował dzisiaj, przy stole, przygłupiego Smalca udając. Szło ci niezgorzej, prawda. I mnie omamić ci się niemalże udało, choć wieczór cały przypomnieć sobie ciebie próbowałam. Przed chwilą obaczyłam jednak tę twoją szkapinę i wszystko wróciło. Widzisz, suczy synu? Twoje własne okrucieństwo cię zgubiło! Teraz rolę życia swojego masz do odegrania. Oczarować mnie spróbuj, cobym ci gardła nie poderżnęła, a pewien bądź, niczego w tej chwili bardziej nie pragnę i bez słowa to uczynię, jeśli tylko najmniejszy cień fałszu w twych słowach wyczuję. Wiele kłamstw padło dzisiejszego wieczora, ale w to, com przed chwilą rzekła, lepiej uwierz. Zrozumiałeś? No, to zaczynaj!

To powiedziawszy, zwolniła odrobinę nacisk noża na krtań, tyle akurat, aby mówić dał radę.

Leżący pod nią mężczyzna nie bardzo się teraz o swoje życie lękał, pomny, co jak kto chce drugiemu nóż w serce wrazić, nie gada przy tym tyle. Spodobała mu się dziewczyna już przy stole, a zręczność, z jaką go powaliła i namiętność, z którą mu groziła, podnieceniem go niespodziewanym napełniły.

– Koniam kupił gdzie na gościńcu, tani był, bo zbiedzony – mówił niespiesznie, ostrożnie, nóż bowiem ślizgał się nieprzyjemnie po jego grdyce. – Z nim glejt na jakiegoś Smalca wydany. Do Podgórzam przybył, bom chciał... – zawahał się. – Bom chciał wywiedzieć się, kędy ku starej kopalni iść by można. Srebro. Na was przygodnie trafiłem, jeśliś mnie uwidziała gdzie wcześniej, przypadkiem to jeno być mogło. Zjeść a pomyśleć żem chciał, temu do karczmy zszedłem. Karczmarza pytaj, sam niech ci rzeknie, co mi wyżkę odnajął. Samaś widziała, co ciżba a tumult w gospodzie, spać nie ma gdzie. Wasz herszt się naówczas nadarzył, grozić chciał, tom się uląkł i łgać począł, skórę ratować chciałem.

– A mapy? Skądeś o mapach wiedział? – przyciskając ostrze mocniej, spytała Sieja.

– Nicem nie wiedział o żadnych mapach, dokąd brodacz sam o nich wspomniał – trwogą nagle zdjęty, spiesznie jej wyjaśniał, pomiarkowawszy, że być to może, co wysłał ją Arys, by zwiedziała się jeno, czy aby wspólników żadnych nie ma, nim go nożem pchnie, że temu całe to gadanie. – A cóż z tego, żem podejrzeć chciał? Kiej ktoś chowa co, same oko leci, choćbyś nie chciał, a zezować będziesz.

Przerwał. Lęk z ekscytacją mieszały mu się w trzewiach, oddech bowiem dziewczyny, którego woń drażnić już go przestała, czuł na sobie, gdy ta w oczy głęboko mu cały czas patrzyła.

– Jak się nazywasz? – spytała, coraz mocniej nóż podsuwając.

– Morlaud – wyrzucił z siebie bez wahania.

Cisza. Nawet śliny już przełykać nie próbował. W końcu, po chwili wieczność trwającej, ostrze na bezpieczną odległość od jego szyi się odsunęło.

– Niech będzie, co ci wierzę...przynajmniej w to, że nazywasz się Morlaud. Wstaniemy teraz powoli, acz spłosz mnie czym aby, zaszlachtuję kiej wieprza!

Nóż drapał go po gardle nieprzyjemnie, gdy powoli się podnosili. Na własnych nogach już stanąwszy, powstrzymał się od rozbrojenia dziewczyny, rozumując, co skoro nie zadźgała go jednak leżącego w kupie gnoju, to nie dybie na życie jego. Musi ona chcieć czego od niego, a on umyślił se dowiedzieć się, cóż to ma być.

– Teraz gadać nie możemy, bo wracać muszę – powiedziała, chowając nóż. – Ale bądź w południe przy ratuszu. Widowisko jakie przy dybach ma być, ja tam czekać będę właśnie. Wszystko ci...

– Sieejaa! Sieejkaaa! – rozległo się wołanie Arysa, któren, zza węgła się wyłoniwszy, zdumiony na nich spojrzał. – A co wy tu...

Nie zastanawiając się, przyciągnął Morlaud dziewczynę do siebie i pocałował ją. Ona, wyrwawszy się z jego objęć, zaskoczona wymierzyła mu siarczysty policzek.

– Nie dla psa kiełbasa! Widzicie go! – nie musząc udawać rozgniewania, Sieja raz jeszcze po gębie mu dała, aże plasnęło głośno i do śmiejącego się z całego zajścia Arysa odeszła.

Obejmując się, zniknęli zaraz za węgłem.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania