Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 9
Rozdział 9.
Próbując utargować nieco na zamówionych wcześniej pościeli a płótnie, przez jakąś kobietę właśnie przyniesionych, jak zwykle niezadowolona Sara o cenę się właśnie wykłócała, gdy Katosz w drzwiach się pojawił. Męża spostrzegłszy, do spiżarki go zaciągnęła, przekupkę na chwilę samą ostawiając.
– Gdzieżeś się szlajał, szukam cię po całej... – przerwała nagle, przyglądać mu się bacznie poczęła, obwąchiwać, i zorientowawszy się, co pił, w złość wpadła. – Moczymordo ty! Ja po łokcie się urabiam, a ten się chowa a chleje! Roboty tyla! Ludzi, co Kulawa nie nadąża! Szynkwasu trza doglądać, kuchni, a ten się chowa! No! Mówże co!
Lecz Katosz stał i nie mówił nic. Usiadł wreszcie na worku jakimś, głowę zwieszając.
– A cóż tobie? – uważniej jęła się mu przyglądać. – Coś taki blady? Co ci? Gadajże prędzej, no!
Siedział jednak w milczeniu karczmarz, z twarzą w dłoniach skrytą. Od czego zacząć, co żonie powiedzieć, nie wiedział.
– A tobie co? – Sara przyjrzała mu się jeszcze uważniej. – Co ty taki blady? Co ci? Gadaj prędzej! No!
Nareszcie uniósł twarz, wglądając w zapalczywą facjatę żony. Że nie spocznie, dokąd swego nie dopnie, pewien był, bowiem zawżdy taką była. On zaś zawsze narzędziem był jeno w jej rękach. Widząc, co miłuje ją mąż ponad wszystko, przez całe życie skrzętnie to wykorzystywała.
– Choryś? – spróbowała wejrzeć mu w oczy.
– Nic mi nie jest – rzekł w końcu.
– A jużci, co nic ci nie jest! Leniwe ścierwo! – wykładając sobie, co ani chybi, jeno gorzałka z niego wietrzeje i osłabł zwyczjnie, zatrajkotała gniewnie. – Wszyśko na mojej głowie! Rozmówił żeś się choć z Aliną? Rzekła co?
– Nic nie rzekła.
– No tak! Ciebie gdzie posłać po co! – rękami nad głową smutną jego machając, wygrażała mu. – Kiej ty się zdasz na co!
– Zagadałem ją, rozmówić się próbowałem, ale... – przestał, czując, że coś w nim wzbiera, gniew abo złość pienić a bulgotać w nim poczęły.
– Ale?
– Zaś to uczyniła. Zląkłem się – powiedział cicho.
Znieruchomiała na moment twarz Sary, cieniem strachu się wzdrygając. Wnet się jednak do porządku przywoławszy, odchrząknęła i spytała, acz już bez gniewu:
– Co zrobiła? O czym ty pleciesz?
– A dyć dobrze wiesz, o czym – czy alkohol to sprawiał, czy uczucia z dawna tłumione, a być to może, że i jedno i drugie, dość rzec, co czuł się teraz Katosz, kiejby nad urwiska krawędzią o krok jeden stojąc, w dół patrzył – takeś samo widziała wszystko, jak i ja... nie rób ze mnie błazna jakiego a ciołka!
– Miarkuj się a nie gadaj do mnie takim głosem!
Warem wewnętrznym rozsadzany, patrzył karczmarz na żonę swą, bokami przy tym robiąc a dysząc.
– A ostawże ty mnie w pokoju... – zgrzytnął zębami, w coraz bardziej nęcącą go przepaść zaglądając. – Wieszasz się mnie, kiej gałęzi jakiej zawżdy a bujasz, kaj ci się żywnie uwidzi, a w każdą stronę wyginasz! Mnie zatrzeszczeć nawet nie dasz, a sama cięgiem jeno grzmisz, pohukujesz a drzesz się! A idźże i gadaj z nią sama, kiejś taka mądra!
Wstał gwałtownie a drzwi demonstracyjnie na oścież roztworzył. Sapiąc juże a oczami srogo błyskając, gotował się, by w otchłań wskoczyć.
– Jak śmiesz... – przerwać mu Sara spróbowała, lecz wystraszona cofnęła się.
Karczmarz skoczył.
– A śmiem! Śmiem! – coraz mocniejszym głosem mówił. – No idźże! Czego czekasz? Czego nie idziesz? No? Boisz się czego? A może sromasz? Sromota ci a wstyd! Wstyd, co życie ci Alina wróciła, po to jeno, byś ją poniewierać mogła! Bo zawżdyś ją poniewierała! A może to jej psów się lękasz?
Spadając w otchłań, zapomnianą przez lata, rześką wolność uczuł karczmarz, zrzuciwszy brzemię, co mu na duszy tak długo ciążyło.
– Nażłopałeś się i pleciesz tera...
– Nie! Nie psów się jej boisz! Ty się boisz, boś widziała sama, co się z nią uczyniło! – ni umiał, ni chciał się teraz Katosz hamować. – Boisz się, boś to samo widziała, com ja obaczył! Boisz się, bo oczy Aliny każdego dnia teraz widujesz! Twarz jej! Boisz się, boś widziała, co jej twarz się...
– Milcz! – Sara wymierzyła mu siarczysty policzek. – Zbastuj! – drżącym, cichym głosem ostrzegła go. – Jeszcze cię kto usłyszy!
Opamiętawszy się, zamknął drzwi i głos do szeptu zniżając, z trudem hamując gniew, dalej prawił:
– Lękasz się jej, bo to przez ciebie złe ją chyciło! Lękasz się, boś to samo, co ja widziała! Boisz się, bo widno domyśla się Alina, co nie jest naszą córą! Boisz się, boś Tumira dobrze słyszała! Wiesz, co jej wianek przy nim znalazł! Wiesz, co ona wie! Na Welesa i Peruna! – z wściekłości a przerażenia drżąc, szeptał gorączkowo. – W stajni żem się rozmówić z nią próbował, rzekła mi to samo, co i tobie! Ślepia jej złem łysnęły a lato w zimę przemieniła! Z gęby mi dym leciał, jako w zamróz najsroższy! A gęba mi się lodem pokryła! Środkiem lata! Zwierzęta łby se chciały pourywać a kulasy poukręcać, coby uciec tylko stamtąd! Tak zdziczały! Alinę złe jakieś wzięło i tego się boisz!
– Przestań! – Sara pobladła, mężowego wybuchu słuchając. – Przestań! Uchlałżeś się, słyszysz? Uchlałżeś się i majaki jakie a zwidy jeno bez ten alkohol cię tumanią! – przerażenie próbowała ukryć, daremnie jednak, bo głos całkiem już jej się łamał. – Przestań! Słyszysz? Przestań!
Płaczem nagłym wstrząśnięta, na stojącą obok beczkę opadła i tak siedziała, skulona w sobie, szlochu spazmami targana. Kotłujące jeszcze przed chwilą w karczmarzu gniew a bunt, współczuciu a trosce o przygniecioną smutkiem żonę miejsca ustępować poczęły, kiedy drgające jej ramiona i twarz w dłoniach schowaną teraz widział. Odruchem serca wiedziony, zapragnął objąć żonę i pocieszyć, lecz odtrąciła go, co zwykłą jej reakcją już było na wszelkie czułości przejawy. A choć sprawiedliwym ten wybuch był a prawdziwym, tak dawno już nie był sobie pozwolił na szczerość względem żony, aże obco mu tera było ze samym sobą. Takoż z ulgą przyjął tak częste a dobrze sobie znane poczucie winy, które, niczym stary przyjaciel, rozgaszczało się teraz w jego duszy, współcześnie udręczając go a uspokajając, aczkolwiek bowiem wbrew rozumowi swemu, jednakowoż podług serca, na podobieństwo psa tyle lat ćwiczonego, jako modlitwę codzienną się wyznaje nawykiem bardziej, aniżeli wiarą, rzekł do niej:
– Wybacz mi...to moja wina... Przepraszam cię...
Gdy uspokoiła się po długiej chwili Sara, otarłszy resztki łez z oczu, w których próżno już by szukać choćby śladu słabości, patrząc mu w twarz, przemówiła głosem na wskroś zimnym:
– Coś ci się na łeb rzuciło w pijackim widzie. Nie miarkuję, cóżeś se tam wykoncypował, żeś widział. Ona nie wie nic o niczym, bo nie ma czego wiedzieć! Miarkujesz se? Nic jej nie wzięło, zło żadne, jeno niewdzięcznica jest rozkapryszona i tyla! – w twarz Katoszową syczała, a on kulił się znów przed nią. – Mus się zwiedzieć, co to za mikstury, czyby to nieśmiertelnik a roczar był, bo to żyła złota! Rozumujesz? Co od Anieli przepis ma, pewnym jest! Skądże indziej? Idźże do niej a rozmów się ze starą, zwiedźże się czego! Wyduś to z niej!
Skończywszy, Sara szukać czegoś poczęła w beczce, na której przed chwilą siedziała, bacząc przy tym, by twarzy nie ukazać.
Siedział karczmarz w podłogę wpatrzony, ulgę jeszcze się tlącą po wyrzuceniu z siebie żółci w sobie mając, wola jego jednak zaś przez poczucie winy a lęk przed gniewem żony stłamszona została. Podniósł wejrzenie na Sarę, która zwyczajnie mięsa solone teraz przekładała, kiejby zgoła nic się nie stało, o niczym przed chwilą rozprawiane nie było. Na mgnienie i Katosz zwątpieniem się okrył, czyby to rzeczywiście nie jakie zwidy jeno pijackie, czy całego gadania sobie nie uroił. Z trudem wrócił myślą do spotkania z Aliną w stajni, bo i w jego rzeczywistość uwierzyć się już wahał. Wypity alkohol nie pomagał mu w koncentracji. Zrobiło mu się niedobrze.
– A co, skoro wie? Skoro by widziała... – rzekł niepewnie a cicho.
Obróciła się Sara do niego z wściekłością.
– Nie wie niczego, ani nie widziała niczego! – rzuciła. – Przydajże się wreszcie do czego a idźże do starej! A z Tumirem takoż się rozmów, kiej trza będzie! Nie winien ci to jest? A niechby ano węszyć za dokładnie chciał a badać...zawołasz go na wieczerzę...
– Nie podobna, co po prawdzie tak gadasz... – jęknął.
– A podobna! Podobna! Wrócić nam nie da rady, trza do przodu przeć! Słyszysz? – Sara szeptała gniewnie. – Miarkujesz sam, co innej drogi nie ma! Nie po... – zawahała się – nie po tym, co zaszło!
– Na cóżeś tedy to uczyniła, co? – z wyrzutem zapytał karczmarz.
– Myśmy uczynili! Myśmy! I nie pomnij tego a bacz, coś tako winien, jako i ja! A inaczej stać się nie mogło!
– Nie trza go było... – urwawszy, ściszył głos do ledwie słyszalnego. – Trza go było poniechać!
– Zawrzyj gębę! – uciszając męża, Sara wyjrzała z komórki na korytarz, jednak nikogo widać nie było. – Wszyćko by wyszczekał, pies jeden! Sam wiesz!
– Abo i nie, trza mu jeno było dać, czego chciał...
– Głupiś! – wyśmiała męża. – Piwożłop był a kloc tępy, kiej obuch! Wyszczekałby się komu kiedy, pewne to! Abo po więcej wrócił! Miałby ci na nas Tumir pętle gotowe!
– A bo trza było Aliny radę trzymać a kogo innego zgodzić.
– Głupiś! A przybłęda panoszyć kiej kwoka w kurniku mi się nie będzie! – pogarda w głosie Sary ukłuła Katosza.
– Zbastuj, kiej o niej prawisz! Życie ci dziewczyna wróciła! – powiedział surowo. – Niechbyś usłuchała raz, co rzecze, sprawy by żadnej tera nie było!
Sara ugryźć jeszcze ochotę wielką miała, zdając sobie jednakowoż sprawę, co po prawdzie mąż jej rzecze, nieco się uspokoiła.
– Tera to jeno dzień miniony jest... – powiedziała. – Tera to wystarać się nam trza, co nikt o tem zwiedzieć się nie może. I Anieli się pokłonić musisz, czy aby nie ona dziewce pomoc dała.
– Czemuż sama z nią się nie rozmówisz? – spytał Katosz. – Twoja matka przecie...
– Mnie nic nie rzeknie, wiadoma rzecz. Ty iść musisz. Ciebie zawżdy koło serca nosiła...
Zadumał Karczmarz chwilę, po czym rzekł:
– Sara... a co z Aliną? Wierzyć nie podobna, coś nie uwidziała...
– Lepiej wierz! – rzuciła Sara i unikając mężowego wzroku, znowuż ku mięsom solonym a beczkom się zwróciła. – Żłopać przestań, a majaki i zwidy ci przejdą! Zabobonami mi głowy nie okręcaj!
Wyraźnie trzęsące się ręce wytarła w zapaskę i we wzburzeniu ze spiżarni czym prędzej uszła.
Wóz trzeszczał, na nierównościach kolebiąc się i podskakując, a z nim razem chwiał się w koźle Katosz, w jednej ręce lejce dzierżąc, drugą gąsior gliniany, co na kolanach mu spoczywał, przytrzymując. O pierwszym świtaniu z zajazdu wyruszywszy, zdążył był już i myśliwego nawiedzić, by skóry a mięsiwa obstalowane wziąć, i do rybaka się udać, od którego ryb odymianych a solonych nabrał, a tera abo ku Skrajnicy, kaj matka żony jego, Aniela, mieszkała, jechać mógł, abo do dom wracać. Bardziej z niechęci przed powrotem do zajazdu, niźli z czego inszego, ku osadzie się był skierował.
Rozciągała się ona pomiędzy lasem starym a rzeką, aże ku podnóżu gór się pnąc, gdzie ostatnimi, pojedynczymi chatami wejścia starej, pozawalanej dziś kopalni srebra sięgała. Do wsi dostać się sposobna było przez stary most abo jednym z brodów, kiej letnią porą poziom wody dostatecznie nisko opadł.
Osada dawniej życiem tętniąca, kiedy jeszcze w kopalni srebro a drogie kamienie wydobywano, po jej tajemnicą osnutym a tragicznym dla wielu zawaleniu obumierała, z roku na rok kurcząc się w sobie, jako człek żywota już dokonujący w sobie się zapada i karłowacieje.
Rozlatujące się chałupy trzciną a mchem kryto, gliną a gałęźmi je podlepiając, bowiem wyrabiane w Skrajnicznym tartaku rzecznym deski a belki spławiane były i wożone do rozrastającego się miasta. A od kiedy dzierżawca górującej ponad miastem twierdzy granicznej i zamku kasztelan, Ulardom, wespół z burmistrzem Podgrodzia uskuteczniać poczęli przygraniczny handel drewnem z sąsiadującym księstwem, nie było możliwym zdobycie pozwolenia na wycięcie surowego drzewa pod dom inaczej, aniżeli cyrograf własną krwią pieczętując i godząc się niewolniczą pracą w lesie a w tartaku materiał odrobić.
Dotarłszy do zagrody, kaj Aniela mieszkała, obaczył Katosz chałupę z jednej strony podupadającą, którą w kupie mech a oplatające ją zupełnie winorośle aby jeno trzymały. Obejście widziało mu się zgoła takim samym, jako je z dawna zapamiętał, z niedużym kurnikiem na tyłach i porośniętym nieprzeliczoną ilością najrozmaitszych roślin ogrodem, większymi a mniejszymi grządkami resztę podwórza zajmującym. Przed drzwiami, na progu, zwinięte spało wielkie stare psisko, któremu sierść plackami wypadała. Postąpił karczmarz ku wejściu, a nie chcąc na zwierzę nadepnąć, przestąpić nad nim próbował, kiej obudzony pies podniósł się z trudem wielkim, jedną łapę podkulając, i z tęgim wysiłkiem zaszczekał jękliwie a cicho. Wydawało się, co za każdym szczeknięciem tuman kurzu z psiego pyska się dobywał. Ominąwszy stróżujące zwierzę, Katosz wszedł do środka.
– Niech wam duchy nieba a ziemii przychylne będą! – próg przekraczając, zawołał.
Zdało mu się nagle, jakoby do świata innego wszedł. Wewnątrz półmrok panował, a para z bulgoczącego nad kamiennym paleniskiem kociołka, unosząc się a rozchodząc po izbie, tak oczy mamiła, co na dwa kroki przed się ledwie widać było. Przyjemnie odurzająca mikstura woni kwiatów, ziół, smażonego mięsa i dymu, wespół z kształty zmieniającym gęstym oparem, izbę zasnuwającym, czemuś myśl tak nabożną a uroczystą przywodziła, aże zdało się Katoszowi, co nie w chacie, a gaju świętym jest i żerców a wołchwów monotonne modlitwy usłyszy, które ci, ofiarę bogom złożywszy, ku nim we wszech strony zanoszą.
Ostrożnie, bojąc się co wywrócić czy potrącić, rozeznawał się wokół siebie i sprzętom przyglądał. Gdzie nie spojrzeć, były suszone abo świeże rośliny, zioła, gałązki, listowie, we wiązki abo wieńce poplecione, u pował a ścian wisząc. Na umieszczonych pod jedną ze ścian półkach, w widocznym uporządkowaniu wedle rozmiarów i rodzajów, miski a garnki stały rozmaite. Szczególną jego uwagę przykuły dziwne jakoweś naczynia, na osobnym blacie podle paleniska stojące, o kształtach, jakich wcześniej nie znał. Jedne wysokie a wąskie były, insze, szerokie dołem, ku górze się zwężały, jeszcze któreś nieduże baryłki przypominały. Większość z cyny, cienkiego srebra abo szkła zrobiona była. W dłoń jedno z nich ująwszy, Katosz z podziwem się cudeńku przypatrywał. Krocie kosztować musiały.
– Odłóżże to dokładnie, skądeś to wziął! – naraz usłyszał za plecami starej kobiety głos nieco rozeźlony. – A niczego mi wiency nie przestawiaj! Tykał żeś czego jeszcze? Mówże!
Speszony, karczmarz odłożył naczynie.
– Nie.
– Utrapienie wieczne! Juże wysrać się nie podobna, coby kto nie przyszeł a nie węszył! – wołała gniewnie stara – Psaś nie widział, co we drzwiach leży? Nie wisz to, com poszła kaj, kiej Limbis we progu? Obaczycie, co krwawych pęcherzy w rzyci doczekacie, kiej po dobremu nijak z wami nie podobna! – pogroziła kościstym palcem. – Niech jeno brzemienna po zachodzie słońca zlegnie, toście pierwsi szyję dziecku ukręcać a truchło na płot nabijać! Snadź dzierla! Czerownica! A mnie to do ustępu iść nie data, kiej zawżdy czego komu potrza! Utrapienie! Zdechnę wam, obaczyta! Ciekawam, kto wam będzie sraczkę leczył a kości prostował! Kto dzieciskom waszem w maleńkości krew sczyści! – utyskiwała. – Bedzieta pod kopalnię latać, obaczyta!
Nie doczekawszy się odpowiedzi żadnej od zaskoczonego karczmarza, przygarbiona powoli ku niemu poczłapała i dłonie na twarzy mu położywszy, drżącymi palcami badać ją poczęła. Zmacawszy jego bliznę, uspokoiła się, a uśmiechając słabo, wyszeptała:
– Nie może to być... tyś to?
– Witajcie, matko – ucałował zaraz obie jej dłonie. – Jam to, Katosz.
– Niechaj ci Perun a Wołos darzą, mój chłopcze. Skądeś ty tu? Czyby Sara... gadali ludzie, co chora... – troskę w głosie zakryć próbując, podeszła staruszka do kociołka i zamieszała w nim. Przy padającym na jej twarz blasku ognia, dostrzegł karczmarz, co oczy kobiety mleczną mgłą zaszły.
– Zupełnie ją choroba odeszła, zdrowa a zabiegająca o wszystko, jako zawsze.
Aniela westchnęła.
– Dobra to nowina – pokiwała siwą głową – Łacniej ciało się zaleczy, niźli dusza zatruta...
– A jako wam się wiedzie? Jako się miewacie, matko?
– A miewam się, miewam. Snadź lepiej by się miewała, coby ludziska życzliwe częściej zachadzali – Aniela uśmiechnęła się. – Dyć nie bierzże tego tak do serca, radam, coś przyszeł, mój chłopcze.
– I ja radym, com wreszcie przyjechał – szczerze powiedział jej Katosz. – Żal mi jeno, com wcześniej nie trafił...
Żywił do Anieli szacunek ogromny i cenił ją sobie zawsze, nade wszystko za to, co Alinę kochała a w opiece miała. W tajemnicy przed żoną długo słał starej jadło, grosz gotowy abo co jeszcze, przez umyślnego, aże dowiedziawszy się o tym, Sara zagroziła, co odejdzie od niego. Tego lękał się zawsze.
– Niechby i najzgrzebniejsza była, koszulina zawżdy skórze najbliższa... – rzekła Aniela. – A kiej kto serce we dłoni nosi, sam się o zgubę prosi – zaśmiała się gorzko. – Kole żony a dobytku ci chodzić, domu pilnować. Nie turbuj się, co o swe zabiegasz.
Pomny, co ze starą prosto a bez zakrętów trza, trudno się jednakowoż było zebrać Katoszowi i do rozmowy o Alinie przywieść. Że Sara, do matki swej nienawiścią się karmiąca, skorzej by na jej mogile garniec wychyliła, aniżeli odwiedzić ją miała, miarkowała Aniela dobrze.
– Jarmark w mieście, gości w zajeździe siła... Sara roboty ma tyla... – zaczął bez przekonania. – Sama wiecie, matko, co ona sama wszystkiego pilnować musi, o wszystko zabiegać... Niechybnie wybrałaby się ze mną... Kazała...prosiła was pozdrowić... – smutny uśmiech na twarzy kobiety widząc a głowę jej z politowaniem się kiwającą, umilkł.
– Nie potrza, mój chłopcze, dajżesz pokój. Prawisz, jakożbym córy swojej nie znała – rzekła mu Aniela. – Gadaj mi tu lepiej, czemu Alina nie zachadza. Dawno już, kiej była i zgryzota mi o nią.
– Alina...no cóż... Wiecie to sama, matko, jako z dziewczyną jest... – powiedział Katosz.
– A wim, wim – zgodziła się – i temu frasuję się o nią. Cóż z nią?
– A co ma być, matko...pomaga Sarze w zajeździe, roboty tyle...
Aniela weszła mu w słowo:
– Jarmark, gości pełno, a Sara z Aliną se lubią we dwie wszyćkiego doglądnąć, co? – zaśmiała się. – Mój chłopcze, staram juże, nieledwie żywota mi ostało. Ni ma cię latami, a kiej nareszcie mie nawiedzasz, tyle rzeczesz, coby nie rzec nic.
Chciałby jej wyznać wszystko Katosz, sprawiedliwie a prawdziwie, jako to było, przemóc się jednak nie podobna mu było, kiedy troska o Sarę a Alinę, najwyższym mu zawżdy dobrem będąc, na drodze do wyznań podobnych stała. Miarkował jednakowoż, co ani chybi odejdzie z niczym, jeśliby tylko Anieli zełgał, lub wypaczoną historię wystawił. Żona gniewem go zaś do rozmów z dziewczyną przynagli... Kiedy to się skończy? Westchnąwszy spod serca, twarz w dłonie ujął.
– Miłujące serce zawżdy lękać ma się czego, mój chłopcze – podeszła do niego i dłonie na głowie złożyła. – Lęka się o tych, co miłuje najwięcej, takoż samotności lęka się, kiej tych nie stanie. Tyś zawżdy lękał się aby jednej, któręś miłował od dawna. Lękałeś się, co stracisz ją. Potem lękałeś się, mój chłopcze, o dwie kobiety, coś je miłował, to zawżdy widne było. A tera lękasz się dwiech kobiet, co to je miłujesz, jeno nic rzec o tym nie umisz. Kiej radę jakąś od starej baby chcesz, prawże tedy, a prosto, czem zatrute twe serce, mój chłopcze.
– Wybaczcie matko – rzekł smutnie – lecz jako mi wyznać się z czegoś, czego sam nie wyrozumiem, czego sam nie wymiarkuję. Córka twoja wygnała mnie tu, cobym zwiedział się...cobym spytał...
– A jużci, co miarkuję niezgorzej, czegóż cię Sara przygnała, a jużci – stwierdziła Aniela. – Zawżdy jedno chciała, i wie ci ona, co ode mnie tego nie dostanie. Tedy ciebie, mój chłopcze, słać jej się umyśliło, boć rozumuje prawdziwie, co miłujesz ją a wszyćko dla niej uczynisz. Rozumuje słusznie też, co kole serca cię zawżdy nosiłam, boś człek dla ludzi dobry a o Alinę dbający. – Stara pokiwała smutno głową. – A jej serce, kiej głaz zimne a chytrzycą podszyte.
Słuchając Anieli, współczuł jej Katosz z serca szczerego. Ręce jej, wciąż na głowie jego spoczywające, w swoje dłonie ujął i ucałował, ku górze spoglądając w jej twarz i oczy bielmem zaszłe.
– Od jak dawna...od kiedy... – wzruszeniem głos mu się złamał.
– Jak dawno oczy mrokiem osnute? – do bulgoczącego kociołka się zbliżywszy, Aniela dosypała czegoś do parującego wywaru a zamieszała. – A jużci, co dawno, mój chłopcze, dawno.
– Nie wiedzielim... nie wiedziałem.
– A na cóż by ci wiedzieć było, mój chłopcze?
Pomiarkowawszy, co niczego by to nie zmieniło, Katosz wstydem się oblał. Sara, wieczny mając żal do matki, ucieszyłaby się pewnie, co starą los okrutnie doświadczył, a on sam...na żaden gest litości nie zdołał by się zdobyć, coby woli żony się nie sprzeciwić.
– Ano właśnie – zimno rzekła Aniela. – To teraz praw mi tu, co z Aliną? Czemuż nie zachadza do mnie?
Przypomniawszy sobie znowu kłótnie żony z dziewczyną i swoją z nią rozmowę w stajni, zimny dreszcz przepełzł Katoszowi po plecach.
– A mnie skąd wiedzieć? – powiedział. – Odkąd wie, co pasierbicą naszą, a nie córą jest, zmieniła się.
Stara kobieta drgnęła, spoważniała a rysy jej widocznie stężały. Wymamrotała jakieś słowa, których karczmarzowi zrozumieć nie podobna było, czyniąc przy tym gest dłonią dziwny.
– A jakoć to zmiarkować mogła? – spytała, a w głosie jej, po raz pierwszy bodaj, odkąd ją znał, usłyszał Katosz jeśli nie lęk, to bez ochyby obawę.
– Dajcież spokój, matko – rzekł niepewnie – wszak to już wy wiecie najlepiej...
– Praw mi to zaroz wszyćko, a nie pomiń nic! Rzekła co?
Zdziwił się karczmarz na taką Anieli reakcję.
– Wiecie, jak z Aliną jest. Nie lubi gadać wiele – stwierdził.
– To jakoż to było, co wiecie, że pomiarkowała się?
– Kilkakroć jeno rzekła, co nic o jej matce nie wiemy...
– I tyla? – Aniela na poruszoną wielce wyglądała. – Pewnyś?
– Nic więcej – aczkolwiek nie kłamał, czuł karczmarz, co winien wyznać przed starą wszystko dokładnie, jako to się stało.
– Kiejście prawili o tem?
– A zaraz jak Alina chorobę z Sary wypędziła – odpowiedział jej Katosz.
– To Alina Sarę z choroby wyciągła? Prawże tu zaroz wszyćko o tem, a nic nie pomiń, co wszyćko tu ważne! – głos Anieli zdradzał podenerowanie.
– Ale cóż mam wam, matko, prawić? Przecie wy sama najlepiej wiecie, jako to było, od Aliny... Wyście rzec jej musieli, co pasierbicą naszą jest, bo kto inszy...?
– Nicem nie rzekła Alinie o jej maci rodzonej – głucho wyznała Aniela. – A dyć prawda, co powinnam może, alem nic nie rzekła – dodała jakby do siebie. – Dawno to już, kiej była u mie, ze dwa razy po śniegach roztopnych zararozki, i tyla. Potem wcale. Prawili ludziska, co zaniemogła Sara silnie, wyglądałam za Aliną tedy, chciałam, coby w bór poszła ziół nazbierać. Uwarzyć Sarze myślałam...naparu jakiego. Wnet ci zaroz jednak przyszło, co już ozdrowiała. Praw mi to zaroz wszyćko, mój chłopcze, jakoć to było.
Trwogą jakąś dusza karczmarza się skuliła, wzruszenie starej kobiety widząc. Natenczas, kiedy maleńką dziewczynkę w koszyku nocą Aniela do zajazdu przyniosła, rzekła im, co rodzice jej a krewni z zarazy pomrzeli i niechby ją na córę swoją wychowali, to nikt nigdy nie dowie się, jako to iście było. Jakże więc się mogła Alina pomiarkować, co pasierbicą ich jest? A kto jej lekarstwa nastarczył?
– Wy naprawdę nic nie wiecie? – zapytał po raz ostatni.
– Nie – w głosie starej kobiety słychać było zniecierpliwienie. – A teroz praw mi tu wszyćko, mój chłopcze.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania