Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 10
Rozdział 10.
Wobec prażącego niemiłosiernie słońca, niczym fale morskie, tłumy ludzi kłębiły się a przetaczały przez plac targowy w mieście, a dochodzącymi doń alejami i uliczkami wciąż nowe ich masy napływały. Będąc zatłoczonym miejscem przez cały rok, w czas jarmarku rynek był zgoła oblegany. Jednakowoż w te dnie, kiej egzekutor miał w przytomności tłumu torturować, ścinać abo wieszać skazanego, ludzi przybywało najwięcej. Ufając, co są witalną częścią działającego systemu sprawiedliwości, potrzebowali mieszkańcy miasta przekonać się, co każda zbrodnia zostaje odkryta, a jej sprawca przykładnie a widowiskowo ukarany. W owe dnie całymi rodzinami wylegali podgórzanie na ulice. Nawet sędziwi, z kulasami gośćcem powykręcanymi staruszkowie, zwykle skorzej w chałupach zostający, by nad malcami pieczę trzymać, a już zupełnie jeno przy okazji, pod nieobecność gospodyń, ukradkiem possać bezzębnymi dziąsłami słoniny lebo chyłkiem śmietany polizać, tegoż dnia, chyżo kuśtykali ku rynkowi, w zgnite, podmiękłe owoce czasem, a częściej w twarde kamienie pozbrojeni.
Ogłuszający ryk tłumu powitał kata, po drewnianym rusztowaniu przechadzającym się właśnie pomiędzy stołem tortur, dybami, szubienicą i pniem do ścinania tych skazanych, którzy zgoła do końca żywota swego czuliby się urażeni, niechby jeno jako pospolitych przestępców ich powieszono. Nim jednak nieszczęśników wyprowadzono przeciw tłumowi, jeszcze egzekutor ukazywał ludziom narzędzia tortur, do uroczystego domknięcia się cyklu sprawiedliwości a praworządności służące. Eksperiencja udowadniała, co im głośniejsze, wymyślniejsze a krwawsze zakończenie tegoż cyklu, tym jego początkiem a przebiegiem atencja społeczna mniej się była zajmowała.
Morlaud zamiarował udać się ku rynkowi sporo wcześniej, chcąc tłoku uniknąć a upewnić się też, czy aby pułapki jakiej Sieja nań nie uczyniła. Aczkolwiek, nie doceniwszy zapału, z jakim mieszkańcy miasta, partycypacją swą, gremialnie legitymizowali tortury, jako zachętę ku prawa przestrzeganiu, z wielkim trudem przez tłum się akurat przeciskał, który składał się głównie z łokci, kolan a ciężkiego obuwia, o czym Morlaud przekonywał się boleśnie. Wysiłki te daremnymi się zdały, gdyż na powrót wypychano go na brzeg morza ludzi, gdzie stał bezradny i frasował się, co dalej robić, kiej przy uchu znajomy głos posłyszał:
– Teraz widzę, coś nie stąd – Sieja stała tuż za nim. – Tyś naprawdę myślał, co dopchasz się pod rusztowanie? Ludziska zbierają się tu jeszcze z wieczora, coby lepszy widok był.
– Tropiłaś mnie – rzekł jej, lecz bez wyrzutu.
– W rzeczy samej – uśmiechnęła się. – Przegapiłam cię niemalże, boś tak wcześnie wstał, by tropić mnie. Chodź za mną. Rozmówić się nam potrzeba.
– Pewnaś, co nikt cię nie uwidział?
– O moją czy swoją skórę się martwisz? – odrzekła mu, za rękę chwyciła a pociągnęła za sobą w ciżbę.
Uśmiechnąwszy się w duchu, Morlaud podążył za swą przewodniczką, podziwiając grację a łatwość, z jaką przez gęstwę ludzi się przemykała, poczucie czasem mając, jako to przechodnie sami się przed nią usuwają, a już całkiem pewnym będąc, iż niechby dłoń jego puściła, zrazu straciłby ją z oczu.
– Gdzie mnie ciągniesz? – od mijanych ludzi się odbijając, spytał.
– Nie bój się, nic ci nie zrobię...póki co... – obejrzawszy się, mrugnęła doń okiem.
Nie odezwał się więcej. Pewność siebie dziewczyny, jej hardość a zręczność, z jaką go kontrolowała, złościły go, ale też podobały mu się. Miała ten typ urody, który, pospolity udając, iście królewskim był. Przyciągała go wdziękiem a lekkością ruchów, sylwetką, wszystkim. Zmieni plany, jakie miał dla niej, gdy już potrzebna mu być przestanie. Zadowolony, znów się uśmiechnął.
– To już tuż – rzuciła Sieja.
Podążając teraz jedną z bocznych ulic, gdzie tłum wyraźnie przerzedł, dziewczyna puściła jego rękę, przyspieszając marsz i ledwie nadążyć mógł za nią teraz. Zaraz też w mniejszą, wąską, zupełnie zacienioną uliczkę weszli, by w końcu zejść po kilku schodach i przed solidnymi drewnianymi drzwiami stanąć.
Sieja zapukać już miała, gdy zawahała się i ku towarzyszowi zwróciła:
– Jeśli broń masz przy sobie jakąś, zaniechaj i nie sięgaj po nią – prosto w oczy mu wejrzała. – Nic o tobie nie wiem, nie znam cię i nie ufam ci.
– Rzekłem ci już, co przecież... – Morlaud mówić zaczął, lecz ona palec mu na ustach położyła.
– Ciii... – jej usta ułożyły się w uśmiech. – Nie trza nic gadać. Poniechaj. Ani cię znam, ani ci ufam, ani cię lubię, wczoraj ci to wyłożyłam. Pomnam też, co przysporzyłam ci powodów, byś i ty mnie nie lubił. Jeśliś jednak sprawiedliwie a prawdziwie gadał, co ku kopalni się wybierasz – głos jej do szeptu zszedł – to nam po drodze i przysłużyć się sobie możemy. Dobrze se to wyłóż i w przytomności miej, kiedy z jasnej ulicy w ciemną piwnicę zaraz wejdziemy i pokusa cię najdzie, by skaleczoną twą wczoraj dumę uleczyć, zabić abo okraść mnie próbując. Pojmujesz?
– Lubujesz się w przemowach, co? – uśmiechnął się chłodno.
– Nie. Lubuję za to, gdy wszystko jest dla wszystkich tak proste a jasne, jak tylko być może... w naszej sytuacji... – odwzajemniwszy uśmiech, zapukała.
Po dłuższej chwili w drzwiach otworzyło się małe zakratowane okienko i zamajaczyła w nim niewyraźna twarz, która męskim głosem spytała krótko:
– Kto to?
– Przysłużyć się nam może – odrzekła Sieja.
– Ale kto to?
– Otwórzże, do ciężkiej choroby! Sterczym tu, kiej dwa łajna na śniegu!
Ledwie widoczna twarz potępiająco przyglądała się stojącemu przed drzwiami nieznajomemu, widocznie się wahając, czyby otworzyć.
– Nie przystoi twemu opisowi – stwierdziła twarz ostrożnie. – Pewnaś, co to ten sam człek?
– Pogmatwały się sprawy – wyjaśniła zniecierpliwiona. – Tego przypadkiem naszłam wczoraj wieczorem. Wpuśćże nas!
W milczeniu prośbę rozważywszy, twarz zniknęła po chwili a okienko się zamknęło. Zaraz drzwi uchyliły się odrobinę i głos ich doleciał:
– Sama wejdź!
Gestem przykazując Morlaudowi, by poczekał, Sieja wślizgnęła się i zniknęła. Zaraz drzwi otwarły się szerzej i też wszedł.
Czując zapach dymu i smoły z wygaszonych dopiero co pochodni, miarkował, co chciano go w ten sposób mrokiem wewnątrz panującym oślepić na chwilę. Uznał to za chytre, uśmiechając się na to.
Wyczuł obok siebie ruch.
– Ślepym a głuchym, gadajże wreszcie, w czym rzecz! – rzucił w mrok.
Wtem dwie pary silnych rąk, powaliwszy wpierw i unieruchomiwszy, przeszukały go, by lżejszego o dwa noże a sztylet, zaraz na powrót na nogi dźwignąć.
– Nie żyw urazy – usłyszał głos Sieji – mus mi pewność mieć, co głupiego nic nie zrobisz.
Nic nie odrzekł na to, miarkując se wprzódy, co tak się właśnie sprawy potoczą. Aczkolwiek będąc wciąż pomiatanym przez dziewczynę, złość coraz większą miał w sobie i do porządku sam siebie przywieść musiał, plan swój własny a nagrodę wspomniawszy.
– Tędy – za rękę poprowadzono go ku kolejnemu pomieszczeniu, za równie solidnymi drzwiami się znajdującemu. Żagiew na ścianie zatknięta oświetlała izbę, stosami worków, skrzyń i powiązanych w pęki skór wypełnioną, a i półkami przeróżnymi, towarami zawalonymi.
Prócz Morauda i Sieji, dwie osoby jeszcze przytomne były. Rude, młode, acz mocnej budowy chłopaczysko i zakapturzona postać, akuratnie poza zasięgiem słabego światła w kącie siedząca.
W Morlaudzie ponownie gniew zawrzał, ponownie o własnych zamiarach przypomnieć sobie musiał, by opanować go.
– Czas teraz, by prosto i szczerze się rozmówić – rzekła Sieja. – Prawda to, co ku kopalni chcesz iść?
– Oddajcie mi, coście wzięli.
– Za tobą.
Bez słowa swoje rzeczy podniósłszy, wskazał na nie i spytał:
– Po czemu zatem to wszystko?
– Wiesz dobrze, po czemu. – Powiedziawszy to, Sieja podeszła do niego, wyciągnęła dwa mniejsze noże zza jego pasa i jednym, płynnym ruchem rzuciła nimi w o jakie dziesięć kroków stojący regał, w który ze stuknięciem ostrza się wbiły, trzy palce jedno od drugiego.
– Kopalni szukać chcesz? Prawda to? – powtórzyła zapytanie.
– Taki zamiar mnie tu przywiódł, wieść o starej kopalni niesie się daleko, tom szczęścia swego popróbować przyjechał – uśmiechnął się, noże wyciągając. Wbite były głębiej, niźli się spodziewał. – Kajś się tak zgrabnie rzucać nauczyła?
– A podaje wieść i o tym, co za łażenie a węszenie w tych rejonach gardła dać można? – dziewczyna zignorowała pytanie.
– O srebrze wieść prawi, co to leży a czeka jeno, aby je podnieść. Mnie to starczy.
– A o wszystkich tych nieszczęśnikach, co owe srebro zbierać się wybrali a nigdy ich już oko ludzkie nie widziało? Takoż wieść prawi?
– Mówże wreszcie, jeśli masz co do gadania – nieco zniecierpliwiony już rzekł Morlaud. – Przez pół światam zwlókł się tutaj, coby srebra poszukać. Że trudna to sprawa a niebezpieczna, której samemu czoła nie stawić, rozumuję dobrze, bo byście tu teraz mnie, obcego, nie macali, ktom jest a jakie mam zamiary. Sama wiesz, com wczoraj bez przypadek wpadł na ciebie i tyś to mnie tu dzisiaj zaciągnęła. Abo gadajżesz już, w czym rzecz, abo mnie puśćcie.
Spojrzała pytająco Sieja na milczących dotąd towarzyszy, zaraz też zdało się, jakoby w kapturze skryta głowa kiwnęła. Spojrzała Sieja na rudego. Rudy spojrzał na Morlauda. Potem na Sieję. W końcu ozwał się:
– Do biesa czarnego z tym! Leto zara przejdzie, a my nie pójdziem!
Teraz Morlaud spojrzał pytająco na Sieję.
– No to do rzeczy – zaczęła dziewczyna. – Wiadoma rzecz, co w kopalni srebro kopano. Wiadoma rzecz, co od dawien pozawalana jest. Wiadoma rzecz, co ... – zawisł jej głos na moment – wielu ludzi zasypało w korytarzach a sztolniach. Wiadoma rzecz, co czemuś nigdy nie odkopano kopalni. Wiadoma rzecz, co z wszystkich ludzi, od lasu próbujących do kopalni iść, żyw nikt nie wrócił.
– Wiadomo wszem, co w lesie pomrzeli wszystkie – poprawił Sieję rudy chłopak. – Co pani lasu a duchy kniei ich potraciły, to wiadomo!
Z rozbawieniem spojrzał Morlaud na poruszonego chłopaka.
– A niech ci będzie – zrezygnowanym głosem przytwierdziła Sieja – wieść niesie, co wiedźma jakowaś, potwory a duchy pomordowały tych, co w bór weszli. Zadowolonyś?
– A ty temu wiary nie dajesz – zauważył Morlaud. – Czemu zatem nikt nie wraca? Co się im stało?
Zaglądając mu w oczy, Sieja podumała chwilę, by zaraz rzeczowo rzec:
– Widzi mi się, co to wszystko legenda jeno, przez kogoś z krwi i kości uczyniona. Ni żadne czerownice, ni duchy, ni demony, jeno ludzie zwyczajni, co sami srebro kopią a nie chcą, coby się im kto tam szwendał. Niechby się rozniosło wszędy, co w góry można iść a bogaczem wrócić, i wojska zastępu mało, coby tłumy chętnych pędzić a gonić precz.
– Żałować będziesz, co kpisz a wyśmiewasz z pani lasu – mruknął rudy chłopak.
– A czy ja kogo wyśmiewam? Wiary jeno nie daję legendom a bajaniom, i tyle.
– To nie bajdy żadne! – rudy zamilkł, ręce na piersi zaplótłszy, najwidoczniej urażony.
Z zaciekawieniem rozeznawał się Morlaud w sprawie, zamiarując wywiedzieć się czegoś więcej. Za gawędę z początku całą historię mając, rosło w nim teraz poczucie, co warto być może się pochylić nad nią niżej.
– Rzec by można – rzekł na to – co po drodze nam być może, bo i ja ku kopalni chcę, i wy. Prawda to?
Sieja i rudy kiwnęli głowami, jednakowoż zauważył Morlaud, że kaptur nie poruszył się.
– Czas, bym wyłożył wam dokładnie, co mnie wiadomo – rzekł Morlaud.
Urwał dla efektu, swą misternie zdobioną fajkę nabitą wydobył, przypalił i samemu się zaciągnąwszy, zaproponował innym, którzy odmówili, lecz zaciekawieni przyglądali się przyrządowi. Paląc, ciągnął dalej:
– Dopiero co, jakem tu przybył, więc od kupców a włóczykijów jeno znam sprawę całą. Słyszałem, co moc srebra ciągnięto z kopalni, dopóki się nie zawaliła, ludzi żywcem grzebiąc. Przy próbach odgrzebywania korytarzy, więcej jeszcze ludzi pomarło, bo te takoż się czemuś zawalały. Przez las próbowano się tam dostać, to nikt nie wrócił żywy...
– Pani lasu – wtrącił chłopak.
– Plotka niesie, co bór, góry, duchy i – Morlaud znacząco na chłopaka spojrzał – ...pani lasu dostępu bronią. Czy tak?
– Żadna to plotka! – oburzył się rudy. – Biada nam, jeśli nie pomnim...
– Fidus! – zareagowała ostro Sieja. – Nie przerywaj!
– Ja tam swoje wim... – niczym kot prychnąwszy, rudy znów się obraził.
– Szczędź nam tego! A ty praw dalej – zwróciła się do Morlauda, któren ramionami na to aby wzruszył.
– Wszystko to już chyba – oznajmił. – Wielu próbowało, a nikt nie wracał. Pono nikt nie wie, cóż się kryje za tym przeklętym borem. Ale tego to się już sami zwiemy, prawda to?
Błysk radości przeleciał wiatrem po twarzach Sieji i rudego Fidusa, nawet kaptur jakby się trochę ożywił.
– Niczegoś więcej o tych stronach nie słyszał? – podejrzliwie spojrzała Morlaudowi w oczy Sieja. – Stara kopalnia, srebro, legendy o duchach... tak, wiem, Fidus... I nic więcej?
– A jest co więcej? – odrzekł jej na to. – O wojnie wszem wiadomo i wobec, lata już, jak się skończyła. Nierzadko słychać opowieści, jak niebezpieczne a dzikie jest pogranicze, co ziemia nie rodzi, co głód. Cóż więcej ma być? Bajania o wiedźmach, pokutnicach, miksturach życia i śmierci, demonach... nic więcej.
Ukradkowe spojrzenie, rzucone ku kapturowi przez Sieję, kiedy Morlaud wspomniał mikstury, nie uszło jego uwadze.
– To bodaj wszystko, co wiem, teraz wy gadajcie – rozejrzał się. – Obyście więcej wiedzieli ode mnie.
Zafrasowana lekko dziewczyna, obiegła spojrzeniem po wszystkich, na koniec zwracając się do Morlauda:
– Niewiele więcej jest tego, co „wiemy” – rzekła niepewnie. – Od ludzi, z którymi wczoraj mnie widziałeś, zamiarowałam zwiedzieć się więcej a dokładniej, z ichnich map.
„Mapy! Czyliż to były mapy do kopalni!”, pomyślał Morlaud i uczuł zalewającą go dumę i satysfakcję, zdawszy sobie sprawę, co znowu miał rację.
– Kilka dni temu napotkałam ich Przy Rozstajach – mówiła dalej Sieja. – To ten zajad, w którym ciebie uwidziałam... i twojego konia – zawiesiła głos i przebiła Morlauda oczami. – Z gadania ich wyrozumiałam, co barona jakiego napadli, którego krewny onegdaj dużo stracił w jakowejś starej kopalni, a któren miał też jakieś mapy za pazuchą, jednak z map tych niczego odczytać nie zdołali. Przystałam z nimi, zamiarując jakoś im te mapy podpatrzeć choćby, bo podebrać je nie sposób, coby Arys pomsty okrutnej na nas nie szukał zaraz. Już w Podgórzu Finet się do nas dosiadł, miał on się na mapach wyznać i odcyfrować je dla Arysa. I on jednakowoż niczego z tych pergaminów wyrozumieć nie zdołał. Jakoś zara tyś się do nas dosiadł, znajomym zrazu mnie się wydałeś, tom pewna była, co czemuś tropisz za nami, lecz tyś zaraz łeb, kiej żuraw zapuszczał nuż Finetowi te mapy podejrzeć, i stanęło mi wszystko w oczach jasno.
– Rzekłaś, co niczego Finet nie wyczytał – przypomniał jej Morlaud.
– Może to być, co zełgał, udając jeno, co nie wyczytał – przytomnie stwierdziła Sieja. – Dość rzec, że namawiał Arysa, by mu ten przyzwolił owe mapy na dzień abo dwa do kogoś zabrać, kto odcyfrować by je poradził, ale do kogo musiałby on, Finet, udać się z mapami sam.
– Zdradził się z czym? Jakie imię? – zapytał Fidus. – I czemu sam?
– Nic więcej.
– Arys mapy nosi przy sobie?
– Cały czas, umyślił sobie bowiem, co zaraz, jak robotę w Podgórzu skończą, to znajdą przejścia w lesie, ku kopalni, abo...
Sieja urwała i w kierunku zacienionego kaptura okiem łypnęła. Nastąpił po tym długi moment ciszy.
– Powiedz mu – niski, ciężki, chrapliwy głos dobiegł spod kaptura, bardziej mruknięcia niedźwiedzia, niźli ludzki głos przypominający. Niczym kamienne płyty ze zgrzytem przesuwające się wewnątrz głów i głębokie bruzdy w niej pozostawiające, dwa te słowa osiadły w jaźni każdego, kto je słyszał.
Przyjrzeć się baczniej zakapturzonej postaci chciał Morlaud, lecz siedząc w mroku, tuż poza granicą słabego światła pochodni, wciąż zagadkową pozostawała.
Sieja odchrząknęła.
– Arys utrzymuje, że jak do srebra żadnego nie dotrą, to na pewno znajdą gdzieś tam...roczar.
– Roczar? – powtórzył Morlaud.
Ponownie podejrzliwie przyjrzała mu się Sieja.
– Tyleś słyszał o zabobonach z tych stron, aleś o roczarze nie słyszał nic? Podobna to? – rzekła. – Roczar, nieśmiertelnik, ziele trujące, co życie wracać potrafi. Ponoć rośnie jeno w tym lesie.
– Trujące, co życie wraca? Nic nie rozumiem. Chodzi o te mikstury życia i śmierci?
– Rzekłeś. To z tego ziela da się je przyrządzić...ale trza wiedzieć, jak to uczynić.
Morlaud pokręcił głową.
– Arys w bór chce iść i zioła zbierać? – zaśmiał się. – I potrzebuje ludzi? Map? Nie do wiary to...
– Wyłożę ci to po raz wtóry, jako pacholęciu prawiąc powoli – złośliwy uśmieszek pojawił się na twarzy Sieji – bo widzę, żeś ani w ramionach, ani w głowie krzepki nie jest. Arys coś ma w mieście do zrobienia, do tego mu zgraja potrzebna. Co mają robić, nie moja rzecz. Napadłszy na jakiegoś bogacza, przypadkiem trafili na te mapy, i sądząc, co może to być stara kopalnia srebra, umyślili se, że w czas im szczęścia popróbować, jak już swoje w Podgórzu sprawy skończą. A jeśliby srebra nie ukopali jednak, to w tamtych okolicach pewnie roczaru naznajdują, i z tego pieniądz zarobią. Naówczas ja napatoczyłam się na nich, a ty na nas. Wyrozumiał żeś teraz?
„Ty zapowietrzona suko!”, zapienił się w duchu Morlaud, a purpurą wściekłość twarz mu zalała. „Zapłacisz mi za to!...ale jeszcze nie teraz...” Opanować się próbował, lecz daremnie. Boki niczym miechy kowalskie mu pracowały, jak u byka, a głos wiązł mu w gardle, czy to z emocji, czy w obawie, coby znów błazna z siebie nie uczynić. Patrzący na niego na rozbawionych wyglądali.
– Cóż ci? – z trudem śmiech powstrzymując, spytała dziewczyna. – Kiejbyś grudę ziemi strawić próbował
– Pomiarkuj się... – przez zaciśnięte zęby wycedził Morlaud.
– Dajże mu pokój, Sieja – wesoło włączył się Fidus. – Przeca jucha uszami a nosem mu zaraz pójdzie!
– Poniechajcie mnie, rzekę wam... – głos Morlauda niby napięta cięciwa łuku był. Wciąż dysząc ciężko, powiódł wściekłym spojrzeniem wkoło, topiąc się w bezradności a wstydzie, rozpalające go płomieniem, którego w końcu nie podobna ugasić inaczej, niż... na myśl o rozkoszy, jaka nieuchronnie stanie się jego udziałem, zdołał się jako tako opamiętać. Poddając się pokusie, zamknął oczy i wyobraził sobie przez mgnienie pomstę, jakiej dokona na krnąbrnej dziewczynie i jej przyjaciołach... Zaraz też udało mu się uspokoić i panowanie nad sobą zupełne odzyskać, gdy wzrok wszystkich, ze zgrozą w jego ręce utkwiony wyczuł. Za ich oczami podążywszy, obaczył strugę krwi, spływającą z zaciśniętej na sztylecie dłoni.
– Dajże pokój – rzekła dziewczyna, uspokoić się go starając. – My tak jeno, dla uciechy. Skraśniałeś, jak bykowe jajce na ruję... Dobrze się czujesz?
Przyglądali mu się z uwagą.
Przymusiwszy się do uśmiechu a sztylet za pas wsunąwszy, Morlaud zawinął skaleczoną dłoń w kawałek płótna i ochrypłym głosem rzekł:
– Tak, błaznaście ze mnie zrobili, tom się prosto wściekł, czego się dziwicie. Co to za roczar? Ten nieśmiertelnik?
Patrzyła ciekawie na niego jeszcze chwilę Sieja, by w końcu ramionami wzruszyć i rzec:
– Z roczaru abo nieśmiertelnika, bo tak się zwie owo ziele, wywar da się zrobić, który każdą chorobę leczy. Każdą. Trza jeno ten wywar dobrze zrobić, bo jak się coś pomyli, to cierpienia okrutne spowoduje a niechybną śmierć przyniesie. Prawią, co odpowiednio zgotowany a długo jedzony, może... – ponowne ukradkowe spojrzenie na kaptur – ...może starzenie wstrzymać, życie przedłużając.
– Prawda ci to? Dajesz temu wiarę? – spytał Morlaud.
– Sama nie wiem... Pomnam jednako, co „w bajce a legendzie ziarno prawdy tkwić będzie” – ostrożnie przypomniała stare porzekadło.
– Nie wyrozumiem – zwątpił Morlaud. – Przecież jeśliby tak miało być, jako prawisz, dawno skarczowany las byłby, zaś wszyscy w Podgórzu po sto lat byliby żyli. Takowe panaceum warte krocie!
– A widzisz! Prawdęś rzekł! – przytwierdziła mu Sieja. – Krocie! Lecz szkopułów jest w tym takoż kilka. Otóż receptura znana jest niewielu, a ci pilnie jej strzegą. A jak się coś źle uczyni przy warzeniu, w silną toksynę wywar się przemienia, który wprzódy niby uleczy chorego, by go zaraz do mąk a śmierci przywieść. Bywa, co zabija po miesiącu, bywa, co po kilku. Temu nie sposób zawczasu stwierdzić, z czym akurat do czynienia jest.
Zadumany co bądź, rzekł Morlaud powoli:
– Sporo ci o tym wiadomo...
– Zdawać ci się tak może, lecz to ci każdy stąd opowie – Sieja spojrzała na niego a opowieść szła dalej. – Mikstura z nieśmiertelnika, trucizna, taką moc ma w sobie, co jednym ponoć kuflem wlanym do studni zamkowej, w kilka księżyców miesączków potruto mieszkańców wraz z podgrodziami dwoma. Ponadto, podług gadania ludzkiego, rośnie nieśmiertelnik jeno kajś w borze głębokim. Jednakowoż zaraz po wojnie porastać on począł wszędzie, kaj tylko w potyczkach a bitwach ludzi poginęło. Rychło takoż wieść wicher rozwiał, co rośnie roczar wszędy tam, kaj krew ludzka a ciało w ziemię wsiąkły... Wykładasz sobie, co się działo? – głos Sieji zadrżał. – Mordowali się wzajem ludziska, a juchą gront żyźnili i flakami. Niedługo potem ukaz wydano, wszystkiego, co związane z roczarem, pod karą śmierci zakazujący.
– A prawda to, co ziele rośnie tam, gdzie kto pomarł?
– Tego nie wiadomo – prawiła Sieja, cięgiem ku kapturowi zerkając. – Wiadomo, co kasztelan z rajcami baczenie mają, by nikt nie śmiał słowem choćby pisnąć o nieśmiertelniku. A możeś i temu nic o tym nie słyszał w swych stronach.
Patrząc po obecnych, gryzł się czymś Morlaud widocznie. W końcu powiedział:
– A jest ktoś, kto miksturę przyrządza?
– Do kopalni po srebro idziemy, nie po roczar – przypomniała Sieja. – Nie potrzeba nam nikogo, kto zna się na tym.
– Nie przecz, żeś myślała o młodości a urodzie wiecznej...
– Nie przeczę – rzekła mu – ale sposobu nie ma na to, by się czegokolwiek dowiedzieć, gardłem nie ryzykując. Tu nikt nie ufa nikomu.
– A dlaczegóż ja? Czemuż to mnie o wszystkim prawisz? – Morlaud zadał pytanie, które od początku po głowie mu się tłukło. – Słusznie przypominasz, co nie lubisz mnie i nie ufasz, a naraz opowieści snujesz, za które w tych stronach wieszają. W czym rzecz?
Konfuzja wystąpiła Sieji na lico.
– Widziałeś mi się kimś, kogo nająć by można, na mapy uwagę zwróciłeś, tom zmiarkowała, co czytać je potrafisz... – spojrzała mu w oczy. – Omyliłam się?
– Nie omyliłaś. Znam się na tym.
– Coś mi podszepnęło takoż, żeś nie stąd. Musiało mi to starczyć. W bór, w góry nie idzie się w pojedynkę, ludzi trza.
– A jaką pewność masz, co nie mam tu swoich kamratów i z nimi wyprawy nie planuję?
– A masz? – Sieja spojrzała na niego.
Patrzył jej chwilę w oczy, po czym westchnął i rzekł:
– Nie mam,
Dziewczyna uśmiechnęła się.
– Wiedziałam.
– To wielu nas jest? Was trzy i ja czwarty?
Słysząc, co nieznajomy najpewniej do nich dołączy, rudy Fidus ożywił się.
– Starczy! – zapewnił żywo. – Obmyślelim a zaplanowalim wszystko! Zapasy jadła gotowe, rynsztunek zebrany, na samo wyruszenie jeno, co jucznego się przysposobi.
– Nie tańcujże tak, kiej pierwiastka przed kupałą! – ostudziła go Sieja. – Widzicie go! Wprzódy mapy nam zdobyć a dowiedzieć się z nich czego!
– Jak zamiarowałaś je zdobyć? – zapytał Morlaud.
– Niczegom jeszcze nie umyśliła, rozeznawałam się jeno w sprawie i temu znosiłam umizgi Arysa – przyznała głosem nasączonym odrazą – gdy słabość ku mnie wykazywał. Gadał, że jeśliby przyzwolił Finetowi gdzieś z mapami się tłuc, mnie abo Koszę za nim puści.
– A gdyby dać mu w łeb i zabrać?
– Arys ze swojemi oprychami są na żołdzie u Ulardoma – rzekł rudy Fidus – i w całym Podgórzu z bezwzględności a okrucieństwa sławni. Porżniesz ich, to wszystkich oprychów, a i zbrojnych, na karku mieć będziesz. Okradniesz, krewniaków ci żywcem ze skóry obedrą.
– W rzeczy samej – przyznała Sieja – zamiarowałam tak uczynić, coby podejrzenie na Fineta skierować. Abo z nami go zabrać, niechby się do nas przygodził.
– To jego przyprowadzić dziś miałaś, nie mnie? – odgadł Morlaud, uśmiechając się.
Dziewczyna uśmiechem się odwzajemniła.
– Prawda, tak planowałam uczynić, dopóki...zalotów jego nie odtrąciłam. Widzi mi się, co dumę męską, choćby i paznokciem ledwie zadrap, to i wywarem roczarowym jej nie zaleczysz – mrugnęła figlarnie okiem na Morlauda. – Prawdę rzekę?
Pewność siebie dziewczyny, która tak silnie go ku niej przyciągała, zaś burzę gniewu nagłego w jego duszy wzbudziła. Znów wolę zebrać musiał, by wrócił mu spokój, a jedynym już aby pozostało kłucie zadry w duszy mu tkwiącej, przypominającej wciąż boleśnie, co Sieja ma rację. Co uczynić, by kłucie zanikło, wiedział dobrze. To, co całe życie uczyniał. To, co zawżdy ulgę przynosiło. Lecz to potem, póki co, potrzebował jej.
Przymusił się do chłodnego uśmiechu.
– Plan jakiś nam ułożyć, to pierwsza rzecz – rzekł. – Cóż, kiej mapy nic nie wartymi się ukażą? Poniechamy wyprawy, czy prosto w las pójdziem, na własne myśliwskie zdolności się zdając?
Nie od razu Sieja odpowiedziała mu na to, brwi zmarszczywszy a w milczeniu na zakapturzonego osobnika spoglądając. Kiedy wreszcie odezwała się, głos jej mniej pewnym był, aniżeli przed chwilą:
– Jeśliby nie szło inaczej, znajdziemy...przewodnika.
– Cóżeś rzekła? Co jest ktoś, kto nas ku kopalni zawieść może?
– Że jest ktoś, kto dostać się nam do kopalni pomóc jest mocen. Ale jego usługi...bardzo kosztownymi okazać się mogą.
– Nic nie pojmuję! Jeżeli jest kto taki, to przecie nabije se sakwy srebrem, jako i my!
Zdało się, że przez moment chciała nawet dziewczyna wyłożyć mu, w czym sprawa, nim jednak usta roztworzyć zdążyła, kaptur nieznacznie się poruszył, na co, wypuszczając powietrze, nic nie rzekła.
Z pomocą przyszedł Fidus.
– Rzecz w tym, co statki a kosztowności ma ów człek w rzyci – wyjaśniał. – I w ogóle nie ma o czym prawić więcej, trza umyśleć, jak te mapy zdobyć. – Chciał uciąć wątek rudy chłopak, ale Morlaud badał dalej.
– Aleście tajemniczy, niechaj was czart owącha! – prychnął. – Czegóż może zażądać przewodnik? Pół dnia prawim, co drogę ku kopalni mus nam znać, a wy, że przewodnik, to owszem, jest jeden, ale za nic najmować się go nie da!
– Rzekłam nieszczęśliwie, to poprawię zaraz – powiedziała Sieja, westchnąwszy ciężko. – Prosto rzekąc, nie ma żadnego przewodnika, ale jest ktoś, komu znajome może być przejście przez las ku górom. Wątpliwym, coby pomóc nam chciał, niechby jednak zechciał, dług mielibyśmy u niego, a długów u niego żadnych mieć nie chcemy. I wierzaj mi, kiedy ci rzekę, co i ty nie chcesz. Ostawmy to zatem.
Nie powiedziano mu tu o wszystkim, to pewne. Zastanawiał się teraz Morlaud, czy coś jeszcze wiedzieć chciał, wyszło mu jednak, co do urzeczywistnienia własnego planu, który w głowie zrodził mu się właśnie, nie trza mu nic więcej, niźli tych map nieszczęsnych.
– Wielu nas iść będzie? Wszyscy tu? – spojrzał w kierunku kaptura.
– Ja, ty, Fidus i tych dwóch, co ci broń wzięli – wyliczyła dziewczyna. – Są z nami.
– Raczej z wami...
– Nie frasuj się nimi, są z „nami”.
– Znam cię ledwie od wczoraj, wywijasz mną, kiej kukłą a traktujesz, jak pacholę jakieś – rzekł Morlaud. – Chwila nie upłynie, byś mi o swojej pogardzie a zaufania braku nie wspomniała. Pięciu was, jam sam jest. Dziwota ci, com ostrożny?
– Prawda, ostrożnym być masz prawo – przytwierdziła Sieja – lecz jeśli razem iść mamy, wierzyć nam musisz, abo tu się rozstańmy. Poza tym cztery nas jest.
– Tamten nie idzie? – skinieniem głowy wskazał na kaptur.
– Idzie w bór jeno, tam się nam drogi rozejdą.
O szczegóły zapytywać Morlaud nie zamierzał, im mniej ludzi po srebro pójdzie, tym lepiej. Poza tym było w zakapturzonej postaci coś, co napawało lękiem dziwnym a niepokojem.
– Jeszcze sprawa rozdziału łupu – powiedział. – Jakże to go dzielić będziem?
– O czym tu prawić – odparła dziewczyna – każdy z idących równą część otrzyma.
– A tamci? – Morlaud gestem wskazał na sąsiednią izbę.
– Co z nimi?
– Dostaną tyle, co my?
– Tak.
Morlaud sprzeciwić się zrazu chciał, powstrzymał się jednak, zrozumiawszy, co bez znaczenia to było. Rozważając sobie po raz ostatni wszystko, zadowolony obserwował napięte fizjonomie Sieji i Fidusa, rad bowiem był, co tak dalece go potrzebowali. Kiej nadejdzie pora ku temu odpowiednia, nie zawaha się tego wykorzystać. W końcu wyprostował się a rzekł wesoło:
– A niech tam! Idziem na wyprawę! Rzekliście, co wszystko macie gotowe?
– Rzekłeś! – żywo potwierdził Fidus.
– Żarcie, liny, narzędzia?
– Prócz jucznych, jest wszystko – dodała Sieja. – Najmie się na samą podróż.
Podrapawszy się po brodzie, Morlaud znowu się zadumał.
– Czyli jeno tych map nam trza... – orzekł. – I prawicie, co ukraść abo i zwyczajnie po łbie dać nie sposób? Najszybsza to metoda, najprostsza...
Dziewczyna przecząco głową pokręciła.
– Nie, jeśli każdego bandyty a zbrojnego w Podgórzu na kark se wziąć nie chcemy...
– A co wiadomo o Finecie?
– Niewiele, dopiero zamiarowałam podpatrzeć go nieco, kiej tyś się utrafił.
– Ja bym jednak po prostu zabrał... – stwierdził Morlaud.
– Arys i reszta widzieli, jakeś mapy chciał podejrzeć, jużeś zabaczył? – przypomniała mu Sieja. – Wyłóż sobie, co zrobią, kiej znikną mapy, a z nimi ty i ja? Za kim tropić będą wszystkie zbiry? Arys zna tu, w Podgórzu, kąt każden a każdego żebraka. I jego wszyscy znają. Znają a boją się. Ty sakwy se napchawszy, we cztery świata strony się rozjedziesz, do swoich wrócisz abo dalej kajś wywędrujesz. Ale nam tutaj żyć, a z nami rodzinom naszym.
– Cóżeś czynić zatem zamiarowała? Miałaś plan jaki?
– Żadnego – wyznała prosto. – Powłóczyć się z nimi jeno zamiarowałam, rozeznać w sprawie.
– A co, jeślibym wam tu dziś odmówił? Żywy bym nie wyszedł?
Sieja uśmiechnęła się nieprzyjemnie.
– Musieliśmy spróbować – stwierdziła wymijająco. – Nadzieję żywię, co ani my, ani ty, nie pożałujemy.
Morlaud zmilczał, równie paskudny uśmiech na twarz przywołując.
Wtem wstał, jeszcze raz po zebranych się obejrzał, po czym, dłonie zatarłszy, zaczął:
– Skoro nikt lepszego pomysłu na zdobycie tych map nie ma, mój jest taki...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania