Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 12
Rozdział 12.
Nastała długa cisza, kiedy Katosz opowieść snuć skończył, w ciszy tej oboje się zadumali, każde w sobie. Sprawę karczmarz wyłożył rzetelnie, acz wedle własnego sumienia, więc Aniela usłyszała jeno, co Trzypalcy okrutnie porżnięty był a nieżyw, nic więcej o nim. Resztę powtórzył Katosz podłóg prawdy a po sprawiedliwości. Czuł teraz ulgę.
Mieszając w kotle, w końcu stara rzekła:
– Dobrześ uczynił, mój chłopcze, coś wszyćko wyznał. A niczegoś nie przekroczył aby?
Zwrócona do Katosza, wydała się przebijać jego duszę swymi bielmem malowanymi oczami.
– Niczego.
Kobieta dumała nad czymś, nieruchoma, by zaraz pogmerać w palenisku i stwierdzić prosto:
– Widzi mi się, co wasz parobek dał gardła bez potrzeby żadnej. Spłacić go jeno trza było, a tęgo nastraszyć, coby zawarł gębę. Abo utopić we wodzie, pijus on był, a awanturnik. Nikt by się nie dziwował. A teroz jeno smród się wszędy rozwlekł, a huczy po ludziach od rozmysłów. Strażniki tego nie ostawią i na kark wam wsiędą, kiej zwęszą co więcy. Milczysz? Co nic nie rzeczesz, mój chłopcze? Zdziwionyś?
We własne buty wpatrzonego Katosza wstyd a lęk zdjął nagły, co tak gładko ich Aniela przejrzeć zdołała.
– Nie turbuj się, mój chłopcze, więcy człek rozumem uwidzi, kiej oczy nie przeszkadzają. Łacno mnie, starej, wskroś was przejrzeć, co znam ci ja was dobrze, a od dawna. Nie dla wszyćkich to takie widne, co zaszło. Świża to sprawa, po ludziach plot narozpuszczać jeszcze wczas, co Trzypalcemu rozum się we łbie mieszał od picia. Jużci, źle, co rozbebeszon ci on został tak okrutnie. Zwierz zeźre zaroz, co zabije, nie rozwłócza ci on flaków krotochwilnie. Ech – westchnęła – chytrzyca rozum odjąć umi. Źleście zrobili... Ale tam, rada jakowaś się znajdzie i na to. Jeno nic głupiego wiency nie róbta. Ludu wszelakiego na jarmark ściągnęło, typy podejrzane wszędy łażą. Znajdzieta jakiego łachmytę, co to nikt po nim łzy nie zroni, a truchło jego pode borem gdzie ostawita, jako Trzypalcego. Jeno sprawić go tak samo musita, dla śladu zmylenia.
Zamieszawszy w kotle, stara dosypała doń szczyptę jakiegoś proszku i wszystko zabulgotało a zasyczało gwałtownie. Odrobinę na drewnianą łyżkę nabrawszy, ostrożnie powąchała, z uznaniem głową kiwnęła, po czym wyszła, zostawiając karczmarza jego własnemu zadumie.
Gdy słowa Anieli doszły wreszcie do Katosza, mdłości dławiące za krtań go szponem uchwyciły, ciało zaś lekkim mu się zdało, jakby w górę iść chciało, a wszystko wokoło zawirowało. Trwało to mgnienie aby, zara bowiem ponura oczywistość ku światu go na powrót szarpnęła.
I ze łbem zwieszonym siedział.
Ciche jakieś stukanie z odrętwienia go wydobyło, to stara przyniesione ziele siekała i na krzątającą się po izbie patrzył teraz, rzec coś jakby chcąc, sprzeciwić się jej, lecz nie mógł.
Aniela wywaru z kociołka zaczerpnęła i mu podała.
– Zjedże co, bladyś, kiej trupiszcze.
Ujął Katosz naczynie w dłoń, lecz miast jeść, wodził lękliwie oczami po misce, kotle i starej, która zaśmiała się na to, dziąsło bezzębne prezentując, i rzekła:
– Cóżeś taki strachliwy? Starej a zasuszonej czerownicy mus czasem wlać co dobrego do kałduna.
To powiedziawszy, i sobie nabrała.
Jedli razem, siorbiąc głośno.
Długie cienie rzucając wszem pod nogi, spuszczało się słońce ku widnokręgowi, gorączkę upalnego dnia w chłód wieczorny rychło przemienić obiecując, kiej w zagrodach obrządki powszednie kończyli gospodarze, a gospodynie drób zganiały do kurników i wietrzące się bielizny rozmaite z opłotków ściągały. Z rzadka jeno pozdrowienie czyjeś odwzajemniał Katosz, w zadumie zanurzonym do karczmy Skrajnicznej idąc, dokąd po sprawunki Aniela go posłała. Czego mu wcześniej stara do łba nakroiła, z tego się teraz polewka gotowała. Że Sara wściekłością się znów zapiecze, było mu wiadome, ale i obojętne jakoś. Najmocniej ciążyło mu wspomnienie tego, co wespół z żoną uczynili, a co jeszcze Aniela im zrobić przykazała. Sprawić jakiego nieszczęśnika, jako Trzypalcego byli sprawili...czemuś miało to odwrócić wścibskie oczy od Katosza i Sary, o co wszystkim szło.
„Wszystkim?”
Przemóc się i porwać na coś podobnego, to jedno. A jak się zabrać za to? Natenczas, kiedy Sara parobka w stajni widłami pchnęła, wszystko ułożyło się samo, bystro a żwawo postępować musieli potem, na trapienie się a frasunek czasu nie stało. I Sara działała, a on przy niej, podług jej dyspozycji a poleceń. Ale upatrzeć kogo i zarżnąć, kiej zwierzę? Nie podobna to! Zamysł nawet najmniejszy zbrodni takiej zaraz łeb mu zakręcał a dławił, lecz już mniej jakby. Wyłożył se, co niechybnie człek się w bestię przemienia, niech no jeno o własną skórę rzecz była! „A czy jam takoż taki? Zbrukanymi krwią rękami jeść umiał będę?”, w serca swego czeluście wglądał. Nieprzemożny w swej pokusie coraz bardziej zamysł jeden, powracając, kołatał mu się po łbie, kiej ziarno grochu po garncu, coby wyzbyć się nareszcie ciężaru straszliwego a wyznać wszystko Czermie. Nie mogąc myśli znieść, by cośkolwiek złego Sarze stać się miało, zamiarował na się przewinę całą wziąć, niech jego karzą, jeśliby ano do wyznania się przed kapitanem śmiałość w sobie znalazł.
„A wianek?”
Wianek...Alina... Cóż ona wie? Aniela najsurowiej przykazała mu, coby Alinie o niczym nie powiadać, zabroniła w czymkolwiek dziewczynie się przeciwiać, niczym jej miano nie zakłócać. Wsunąwszy dłoń do kieszeni, namacał zawiniątko, które dała mu stara, przykazując, aby w tajemnicy największej przed Sarą podłożył to Alinie tam, kaj ta sypia najchętniej. Zagadnięta o zawartość, z gniewem a srogością, jakiej nigdy u niej nie bywało, Aniela zakazała sprawdzać, co tam jest, przy czym przestrach jakowyś widocznie jej fizjonomię woalem okrywał.
Myśl o wyznaniu prawdy i powzięciu na się przewin wróciła, by pokusą być mu silną. Uratowawszy życie Sarze, po cóż miałaby Alina jej szkodzić... No ale kapitan straży? Mogąc wskazać Katosza mordercą, ostawiłby je w pokoju? Dałby wiarę?
– Wiary nie daję! – gromki głos Tumira Czermy, niczym obuch wymierzony w czaszkę, oszołomił Katosza, który stanął jak wkuty, w roześmianą twarz starego kompana patrząc właśnie. Kiej przygłupawy odrostek sprytną kurę na łące, bezładne myśli swe we łbie gorączkowo przeganiał karczmarz, żadnej ucapić nie umiejąc, tymczasem potrząsający nim kapitan przemówił:
– To ci spotkanie! Cóżeś ślepia wybałuszył? Upioraś zoczył, czy co? – po niedźwiedziemu klepną Czerma Katosza w ramię, śmiejąc się. – No! Mówże co! A to ci spotkanie!
– Po mięso a rybym przybył, a tu do babki, do starej Anieli żem zajrzał – zaskoczony, Katosz wyłożył posłusznie i skarcił się zaraz za to w duchu.
– A i dobrze – pogodnie stwierdził kapitan. – Zanocuj tu ze mną przeto, komorę mam u Ynkiela, to zjemy, napijemy a kośćmi rzucim.
Wymawiać się a wyginać Katosz próbował, bo nie było mu w smak to osobliwe w Skrajnicy spotkanie, przy szarpiących duszę jego sumienia rozterkach.
Tyle z tego aby przyszło, co na wspólny wieczór w końcu przystał.
Jakoś to niedługo potem Katosz do karczmy wlazł, Czermę znalazł i zaraz też przepili do siebie arakiem, którego Ynkiel z zapałem nastarczał, a razem z nim ciepłe jedzenie i posłanie osobne. Choć Ynkiel zapłaty nie żądał, bynajmniej, wzbraniając się od jej przyjęcia, zapłacił mu jednakowoż kapitan tąż samą sakiewką, którą mu tamten wcześniej przy posłaniu podłożył.
Samowtór w komorze ostawszy z Katoszem, Czerma ku drzwiom plunął.
– Ścierwo nikczemne...zdaje mu się, co każden do kupienia.
– A nie każden? – Katosz rozejrzał się.
– A dajżesz mi pokój. Lepszyś? – odgryzł mu kapitan.
– Lepszym? Nie... – po czym dodał, lecz już pod nosem – oby nie gorszym...
– Cóżeś tam zaburczał?
– Nic. Czegoś się dowiedział? Cóż nowego? – Katosz starał się zwyczajnie prawić, ale mu nie szło.
– Niewiele tego, jeno to, co się aby po ozorach ludziskom przesnuje... A tyś z dziewczyną gadał?
Westchnął Katosz.
– Próbowałem, cóż z tego, skoro daremnie. Trudniej coraz rozmówić się z nią.
– Może ja sam bym... – kapitan przerwał, obawiając się nie tyle znowuż rozsierdzić towarzysza, ile tego, co być to mogło tym razem Katosz przytwierdziłby mu. A choć paliło Czermę zwiedzieć się, w czym sprawa z wiankiem przy trupie, do rozmowy nijakiej z dziewczyną się nie kwapił.
Zmilkli obydwa i przepijając arakiem, kośćmi rzucać poczęli, by po kilku kubkach we wspomnieniach wspólnie przeżytych lat się unurzać.
Razem rosnąc od pacholęcia, częstokroć grywali, pijali a biedy napytywali sobie razem. Wojnę nawet udało się im jako przeżyć, jeden drugiemu wsparciem będąc. Czerma stryczka na szyję był się już dosłużył, rozkazów bowiem nie słuchał a wszystko robił, co chciał. Natenczas sprawa się stała, co popadł w niewolę ktoś ważny i Czerma, Katosz wraz z jeszcze kilkoma śmiałkami, sami zdecydowali go uwolnić. Krwawą była w obozie wroga potyczka, z której żywymi uszli trzej jeno: Czerma, Katosz i nieszczęsny więzień. Pomimo ciężkiej rany, Katosz zdołał wyciągnąć ku swoim oficjela, a potem Czermę, którzy bezprzytomnie legli w walce. Kiej byli już bezpieczni, padł i Katosz w błoto pyskiem, do cna wyczerpany. O brzasku pierwszy Czerma się podniósł i ledwie żyw, juchą brocząc, pomocy jakiej wołać się powlókł. I to jego bohaterem głoszono, jemu zaszczytów a zasług za druhów uratowanie przydawano. Stryczek z gardła takoż mu odjęto, toteż postanowili obydwa, co niech lepiej tak ostanie, niczego prostować już nie zamiarując. Katoszowi sprawa cała jeno rąbek chwały przydała a szpetną blizną facjatę mu przyozdobiła.
Na ową szramę patrzył akurat kapitan.
– Wrednieś chlaśnięty przez pysk tam był, nie ma co – rzekł. – Wołosowi a Perunowi dziękować, coś z życiem a oczami oboma uszedł!
Katosz dotknął twarzy.
– Inszych gorzej siekli – stwierdził smutnie. – Niebywałe, cośmy uszli stamtąd, prawda... Szczęściem, co przewin ci odpuścili a z szubienicy zdjęli, nim ścierwo zdradzieckie zaś ku swoim poleciał, hahaha.
– Hańba to – rzekł smutnie Czerma – co jeno mnie zasług przydali. Kiej świń naszych w ów czas narżnęli, niechbyś ty nas stamtąd nie poniósł, Katosz, takoż byśmy tam ostali...
– Dajże pokój temu nareszcie – prawił mu Katosz. – Co po tym, komu łapę ściskają a kogo klepią po rzyci, skorośmy oba wyżyli. Ważne, coś z pętli nie zadyndał.
Znowu krzepko przepili, znowu kości po stole poszły.
Narastająca w Katoszu pokusa wylania całej żółci a ropy cuchnącej, wokół jątrzącej się rany w sercu wezbranej, przywiodła go nareszcie ku postanowieniu, że powie! Że wyzna! I już usta bodaj otwierał, kiedy wtem pierwszy ozwał się Czerma:
– Winienem ci, Szpetny, pomnym tego! – kurzyć ze łba musiało się już kapitanowi nieźle, kiej przezwiskiem do kompana się zwracał. – Dług swój spłacę ci, spłacę! Póki sił a życia, spłacę!
– Oby się nigdy tak nie przydarzyło, cobyś miał okazję – nie mniej upity Katosz zarechotał, kiwając się nieco.
– Spłacę! Rzekłem! – ciągnął kapitan. – Pomnym, coś mi gadał, jakem cię chciał do nas, do straży brać! O zajeździe, o interesie a rodzicach żeś mi prawił. Wykładałeś, co do straży się nie nadasz, co to ja mam ścierwo a łajno z gościńców a traktów sprzątać. „Ty, Tumir”, rzekłeś, „uczciwyś, charakternyś a moralność mający”. Takeś do mnie rzekł. „Mnie”, prawiłeś, „zajazdu doglądać a o rodziców dbać”. Co? Może nie było to? Pomnisz? – Czerma spojrzał w twarz towarzysza.
– Uchlał żeś się, Tumir, wspominki ci lezą...
– Azaliż gadał żeś tak? Czy nie gadał? – upierał się kapitan.
– Nie pomnym dziś, co wczora było!
– Ha! Pomnyś dobrze! – zaznaczył Czerma w uniesieniu. – Oba pomnim! I wiesz, co ci rzeknę? Co gówno z tego wszystkiego! Łajno a gówno na całą tę moją uczciwość a moralność! W dół kloaczny mnie z mą szlachetnością ano cisnąć, a gnojem przełożyć i widłami zaklepać!
– Arak ci szkodzi, czy co? W plebejskie mordy szlachetny lać trunek... – próbował Katosz żartować, lecz nieudolnie. – Nie ma Ynkiel co inszego?
Lecz nie zajmując się niczym, prócz własnej duszy zbolałej, z której wydobyć był musiał akurat tego wieczora jaką klątwę uroczystą, w kułak ścisłą dłonią grożąc światu, kapitan ciągnął:
– Rzekę ci, co gnojem podłożyć całą moralność moją a przysrać jeszcze. I zaszczać! Tyleć warte są one, rzekę ci, to słuchaj mnie! Bo wiem, co rzekę! – wypiwszy, trzasnął mocno kubkiem w blat. – Skurwiłem się, Szpetny! Zaprzedałem się! Tyś mnie życie oddał, jam zaszczytem rzyć se maścił! Służyć ludziom miałem, a skurwić się dałem!
– A dajże już pokój temu! Zaszczyty! Zdrajca a ścierwo zwyczajne, wyszło zara! Tyle z zaszczytów! – przypomniał Katosz.
– Nie powiadaj, sameś był, to wiesz, jak sprawa stała! Izbę w strażnicy dali, grosz płacili, karmili. Twą odwagę mnie przypierali, Katosz! Gadałeś na ów czas „dobrze się stało, Tumir boś uczciwy i ludziom czego dobrego przydasz. Niech tak zostanie”. Takoś prawił. A cóż ja? Jako łajza jaka przedałem się, niechby mi kto jeno trzosem zabrzęczał! Rzekłeś, a po prawdzie, com taki, jak te ścierwo Ynkielowe! Takim sam, rzekę ci!
Gwałtownym gestem strącił Czerma ze stołu, co tam sięgnął. Hałasu ciekawa gospodyni przez drzwi zajrzała, jednakowoż napotkawszy dziki wzrok kapitana, zaraz je za soba zamknęła.
– Każden do się grabi siano – rzekł Katosz – jam nie lepszy, wiesz przecie sam...
– O nie! – z zapałem zaprzeczył Czerma. – Tyś inny jest, zawsześ był! Zajazd utrzymujesz, handlujesz, czym się przytrafi, jako każdy czyni. Tu prawda! Aleś złodziejem! A lichwą! A mordercą! – palec ku górze wzniósł – ...nigdy nie był!
Posępny siedział Katosz, a kapitan żywiołowe snuł wyznania:
– Odwagę a siłę ducha tyś miał, ja nie! Rzeknę ci, czym mnie dusza gnije! Ty słuchaj, bo ja wiem, co prawię! – kilka łyków z butli prosto golnąwszy, arak odstawił. – Ostałbyś tam na pastwę wroga, niechbym to ja na moich plecach miał ciebie ponieść! Miarkujesz, co ci rzekę? Ostawiłbym cię! Natenczas, co już naszych zgoła porżnięto, kiej uwidziałem ciebie, skrwawionego a jęczącego w konwulsji, tom zesrał się we własne portki! Szedłem precz stamtąd, ilem miał sił w nogach! Nawet żem nie uwidział, kto a czem mnie ciął, bom uciekał, Katosz! Temu mnie przez plecy urżnął! Łgałem po tem wszem, com otoczony walczył dzielnie, póki nie uszli! Gdzie prawda taka, co tchórzowska to rana, bom tchórzem podszyt!
Sięgnąwszy po arak, zara kapitan grdyką poruszał, a pustą butlą o ścianę rąbnął.
Nikt już drzwiami nie zajrzał.
Patrząc na dyszącego rozmówcę, podniósł Katosz butlę i ozwał się:
– Pleciesz. Dobrzem widział, jako to szło...
– A gównoś tam widział! – oburzył się kapitan. – W posoceś pływał własnej i utopiłbyś się w niej, bom cię ostawił! Jeno mnie usiekli! Lecz to mnie! – uderzył się gniewną pięścią w pierś. – To mnie do księcia proszono! Mnie po ucztach wożono! Za ciebiem się nażarł, nachlał a nachędożył, Katosz! To mnie się kłaniali potem, kiej w pasie kapitańskim ulicami lazłem! A jam pomny był zawżdy, co tchórzem jestem a hańbą okryt! Ścierwo załgane! Temum cię omijał, rzedziej a rzedziej odwiedzał. Sromałem się w oczy ci wejrzeć, skurwić się wolałem, bo łacniej! Ale basta!
Głosem wielkim rzekłszy, wstał kapitan, a twarz jego, rozpromienioną i bez przytomności, jakby błogość osnuła.
– Starość we łbie ci miesza? Co cię naszło, Tumir? – pijanym głosem powiedział Katosz. – Napijże się, przejdzie...
– Rzekę ci, to wierzaj! Basta! Koniec! – kapitan wycelował palcem w pierś kompana. – Tyś mnie wiernym zawszy był kompanem, gdym ja ze strachu śmierci cię ostawił! Ja się skurwiałem, a tyś harował a modlitwy słał ku bogom i demonom, coby ci dzieciątko zesłali! O rodzinę staranie miałeś, kiej ci córę Sara zrodziła! Srogą żonę masz! Oj, srogą! Każden by ją na pysk wyrzucił, sekutnica przeklęta! Ale nie ty, tyś rodzinę uszanował! Córa twoja... – w zapale pijanym będąc, zdołał się jednakowoż Czerma powściągnąć, by słowa odpowiednie znaleźć – nawet, kiej córa twa więcej trosk, niźli pociechy wam przydawała, tyś miłował ją a żyć z wami przyzwalał! A ty wiesz, co ja, bydlę, już nawet umyśliłem se, coś ty sam tego parobka ubił? Jeno nie umiałem wyrozumieć, po cóż miałbyś to robić. Tak, Katosz, takiego to kompana masz we mnie! Tyś bohater, tobie czołem bić, nie ścierwu, jak ja!
– Prawisz o sprawach, co wiele zim temu ze śniegiem rzeką spłynęły. Dawniej, to dawniej. Czasy insze i my insze.
– Rzekłeś! – palec znów ku górze wystrzelił. – I temu rzekę ci, co basta! Coś w tym mieście jeszczem wart! Jeszcze ci w oczy spojrzeć będę godzien! Katosz! I jak tobie równy prawicę twą uścisnę!
Nalał Katosz im w kubki i ze swego wypił.
– Uchlał żeś się, Tumir! Tyla! – stwierdził. – Jak i ja.
– Temu piję, coby upicie było! – zaśmiał się kapitan i już nieco rozpogodzony a uspokojony, trzymając uniesiony kubek, rzekł cokolwiek uroczyście: – Znajdę tego, co ci parobka zaszlachtował, Katosz. Niechby to miało być ostatnim, co w życiu uczynię, przywiodę łachmytę do szubienicy! Zarówno mi, kasztelan to czy sam książę! Zawiśnie z dęba abo rusztowania! A niech mi co jeszcze potem z kaprawego żywota ostanie, to się innem szubrawstwem zajmę! Spłacę ci, com winien! Druhu mój!
W uniesieniu wypiwszy, chcąc pewnikiem przyrzeczenie jakoś zapieczętować, mocarną dłonią ścisnął kubek i niczym garść słomy zmiął go.
Ciężko jeno westchnąwszy, Katosz ramiona zwiesił.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania