Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 16
Rozdział 16.
Duszący, ciężki swąd spalenizny, dymu i sadzy wciąż roztaczał się wokół zajazdu, acz już mniej się w nozdrza a gardło wgryzając, zaś czerniejące zgliszcza parowały jeszcze a kopciły, gdy przekopywać się przez nie poczęto w poszukiwaniu dobytku, którego ogień, ulewą gwałtowną stłumiony, strawić nie zdążył. Spalił się kurzętnik wraz z przystającym doń spichlerzem, stodoła i część dachu nad oborą, a także przyparty do kamiennej gospody drewniany budynek, kilka wygodniejszych izb dla zamożnych gości mieszczący, których to w czas pobudzono abo wytargano tych z upicia bezprzytomnych, osmalonych aby nieco. Jako co przyjezdnych siła na zewnątrz we wozach i przy ogniskach noclegowała, toteż oborę a stajnię ratować rzucono się od razu, tym sposobem wszelkie zwierzę od śmierci wybawiając.
Uwijał się parobek, wraz z naprędce przynajętymi do pomocy ludźmi wygrzebując z rumowiska, co się aby jeno dało, dobytku jak najwięcej wyratować usiłując. Krzątała się Kulawa, ocalałe z pożogi a do cna pomoczone ziarno przykazując zacierać, by je na fermentacyję w kadziach pozaczyniać, marnacyji zupełnej zapobiegając. Takoż ptactwo, pogorzeliskiem przywalone a popalone, juże wyparzone a wyskubane było i w kuchni przyrządzane, jako sama gospodyni byłaby zapewne zarządziła, niechby jeno zdatna była.
Aliści Sara żadnych dyspozycji wydawać nie mogła.
Natenczas, kiej płomienie zachłannie trawić poczęły przybytki, szaleństwem jakimś nagłym opętana i lamentem rzuciła się Sara w sam ich środek, ledwie zdołano ją spod walących się belek a ognia wydobyć. Szmatami w miodzie nasączonymi poowijana, leżała ci ona tera w swej alkowie, stękając w cierpieniu ogromnym, poparzona i pogruchotana. Przy niej czuwał Katosz, oglądając przywołanego z miasta sędziwego medyka, któren długo juże chorą badał. Zakończywszy swe zabiegi, ręce obmył i obaj w milczeniu do sieni wyszli.
– Nie wyżyje wam kobita, widzi mi się – orzekł bez większych ceregieli, kiej sami już byli. – Poparzona silnie, prawda, wszakże z gorszych poparzeń ludziska się wylizują a żywią potem jako tako, pacholęta ano strasząc, boć blizny od tego straszliwe ostają. Dobrzeście uczynili, miodem a świżą cebulą od razu okładając, miód na infekcyję dobry. Atoli pieni się łona juchą w gębie, kiej oddycha, a żadnych innych ran na cielem nie uwidział. Widno ziobra ma roztrzaskane i jaka spękana kość trzewie płucne jej przebiła, a temu juże medycyna nie poredzi żadna. Krwim upuścił, maść na bólu złagodzenie ostawić wam mogę, nic więcej nie poredzę.
Karczmarz wejrzenie strapione wbijał w rozmówcę, nadziei tracić ni umiejąc, nic chcąc.
– Co mam, wszyćko oddam, jeno pomóżcie. Ile trza, zapłacę – wyrzekłszy tonem błagalnym, wyjął pokaźny trzos, cyrulikowi go podając.
Ten jednak pieniędzy nie przyjął. Wydobył aby jakoweś mazidło a płyn i podał Katoszowi, pouczając go, jak środki stosować. Do wyjścia się juże zabierał, kiej ozwał się jeszcze:
– Ongiś jużem żonę waszą na marach opatrywał, atoli wyżyła... – stary medyk zawiesił głos, wahając się a deliberując nad czymś. – Snadź ciało jej a ustrój mocniejsze, niźli innych... – zapatrzył się w karczmarza. – Rodzicieli waszych znałem, dobrzy a użyci byli ludzie... Wasza matka... łona... ja... – wspominał – Ja znałem waszych rodziców, ojca...a matkę waszą znałem. Piękna to była kobieta...
– Pomnym, coście bywali u ojców – rzekł Katosz – jakem podrostkiem a pacholęciem jeszcze był, zawżdyście co słodkiego dla mię mieli. W kartyście rżnęli i kości wieczorami, a częstokroć to i do dnia, zaś matula do stołu wam aby donosiła, czego tam wam zbrakło.
– Rzekliście, takoż to bywało drzewiej... – uśmiechnął się stary cyrulik do wspomnień, zara spoważniał jednak i czujnie wejrzał Katoszowi w oczy: – Niejednegom zipiącego wciąż nieboszczyka w życiu widział, któren, choć na świecie jeszcze, juże nie dla świata. Nie wiem ci ja tedy, czymżeście natenczas żonę od śmierci wyratowali, któż a czem ją leczył. I nie stoję o to, nie trza mi tego wiedzieć. Rzekę wam jeno, co... – urwał, czujnie się rozejrzał i głos zniżywszy, kontynuował ciszej: – ...do tych samych „bogów” modły a ochwiarę zanoście, co wprzódy, bo kostucha tu zębami o miskę aże dzwoni. A nie zabaczcie medykamentów, com dla chorej ostawił, cebulę a szmaty zaś świże, w miodzie moczone, dwa razy dnia kładźcie na sparzeliznę. Może to być, co uda się wam...”bogów” przychylność znowuż se zjednać... – znacząco spojrzał medyk na Katosza – ... tedy to, com wam dał, wspomoże chorą. A jużci, miarkuję se, co bywa i tak, że...”bogowie” zbyt czymś zajęci, modłów czy wołań ci nie usłyszą... „Błogosławieństwo” jednakowoż raz od nich dostane... – staruszek dwoił się a troił, coby karczmarz wyrozumiał, w czym rzecz – potrafi człeka wzmocnić i ostać z nim, tedy łacniej ci łon choroby wszelkie przemoże. Miarkujecie se, co wam gadam?
Katosz łbem skinął wolno, uradzając se w duchu, co mus mu baczniej ze staruchami wszelkimi poczynać a obchodzić się, widno bowiem, iż daleko głębiej ci oni rozumują a widzą, niźli oko i ucho sięga.
– Miarkuję w czym rzecz – wejrzał karczmarz w starego cyrulika. – Ochwiar a modlitw żarliwych nie poskąpię, niechby jeno któren...”bóg”...zechciał się zlitować nad cierpiącą... Może to być, co wiecie ano o jakim? Gotowym „błogosławić” potrzebujących? Pomożecie?
– Nic więcy dla was uczynić nie poredzę – odparł staruszek. – A niechbyście specyfiki, co to je wam ostawiłem, wykończyli, a chora śród żywych wciąż będzie, poślijcie kogo do mnie. Smarowidło dostaniecie a i ja przylecę jej doglądnąć.
– Weźcie pieniądze – chciał znowu Katosz wręczyć medykowi sakiewkę, lecz tamten, odmówiwszy, wyszedł.
Zajrzał karczmarz do Sary i serce mu się ścisnęło na widok cierpiącej. Najmocniej żar poparzył lewą rękę, z której sporej części skóra do cna zlazła, żywe mięso ukazując. Włosy na połowie głowy spalone były, skórę na niej wraz z twarzy sporą częścią pokrywały pęcherze i bąble. Ucho wyglądało, kiej wielki skwarek, zaś powieki pozbawione oko jawiło się, niby ugotowane jajo, okropnym bielmem gorsząc. Przy każdym rzężącym oddechu usta pieniły się jasnoczerwoną śliną. Katoszowi zdało się, że Sara śpi, cichutko czasem pojękując, ostawił ją zatem i udał się po obejściu rozpatrzeć a w stratach rozeznać.
Szło wszystko, jak należy, Kulawa bowiem od dawna pomagała przy gospodzie i eksperiencją swą dobrze rządziła, a i parobek, zgodzony czas jaki temu, ukazywał się był gospodarnym a pracowitym. Toteż robota aże furczała.
Akuratnie kilku ludzi stało w zgliszczach spichlerza, pokazując se cosik a rozprawiając przy tem głośno, podszedł tedy ku nim karczmarz. Jedna ze skrzyń na ziarno podwójne dno miała, którego połamane dechy ukazały duży pakunek, w skóry a grube płótno skrzętnie owinięty i rzemieniami ciasno związany. Z pomocą parobka, co tobół ciężki był, zadał se go Katosz na ramię, i, z wysiłku sapiąc, do izby, do Sary poniósł. Położywszy go tam na podłodze, ślepił w niego w zadumie, znał ci on bowiem zwyczaje żony, która, kiej wiewiórka orzechy, miała we zwyczaju zmyślnie chować co bardziej drogocenne przedmioty, przed utratą je chroniąc, aliści o kryjówce w spichlerzu karczmarz pojęcia nie miał.
Spojrzał na Sarę, w bezruchu leżącą, a jedynym widzącym okiem to na niego, to na ładunek spozierającą.
– Toś tego tak poleciała szukać? Ech... – westchnął ciężko. – Cóżeś tam takiego schowała, co na zatracenie swoje prostoś w ogień wlazła? Co?
Jęknęła Sara, lecz nic odrzec mu nie zdołała, duszącym kaszlem się zanosząc a krwawą śliną plwając. Otarł jej Katosz usta i zwilżył, smutnie patrząc na okaleczone oblicze żony.
– Wszyćkie twoje skrytki znam, tej mi nigdyś nie zdradziła – bardzo delikatnie poprawił opatrunek na głowie chorej. Jęknęła z bólu. – Cóż za sekretyś tam pochowała, skoro ducha ci za nie wyzionąć przyjdzie?
Szarpnęła się a napięła z wysiłku na te słowa Sara, w boleściach wzdychając, widocznie rzec mu coś próbując. Z ust jej wydobyło się jeno ciche gulgotanie i zaś kasłać poczęła. Opadła.
– Leż spokojnie, ptaszko moja, leż. Przyniosłem ci przeca te twoje skarby, byś je miała przy sobie, kiej tak ważne. Zara ci je roztworzę, cobyś choć oczy nimi napaść mogła... – łzy potoczyły się mu po polikach.
Wstał i postąpił, by pakunek rozpakować, Sara rzuciła się jednak na łożu, w cierpieniu zawyła przeciągle, charcząc, rzężąc a kaszląc okrutnie, i uspokajać się ją przyskoczył. Kiej po chwili udręka a wysiłek przemogły ją a w sen zapadła, usłyszał Katosz ruch a pogwary jakoweś w sieniach, ktoś tam o niego pytał. Okazało się, że był to pchnięty do Skrajnicy goniec, któren Anielę miał sprowadzić do Sary, nikaj jej atoli znaleźć nie poradził. Za ludzkie języki pociągnąwszy, zwiedział się posłaniec, co zielarka przepadła, kiej by kamieniem we wodę cisnął, takoż stary jej kundel, pod nieobecność Anieli zawżdy w progu chaty stróżujący, kajś za panią polazł.
Zafrasował się Katosz.
Od Aliny pomocy jakiej czekać było daremnym, wykładał se, traktowała ją bowiem Sara bardzo źle i dziewczyna jawnie juże niechęć swą a wzgardę do macochy żywione okazywała. Od wybuchu pożaru zresztą nigdzie nie można jej było znaleźć, a przepatrywał karczmarz wszędzie. Nadzieję żywił tedy, co właśnie Aniela przyjdzie, a na swady dawne nie bacząc, córę swą od mąk a śmierci wybawi.
Aliści płonne to było marzenie. Cóż mu tera czynić, nie bardzo wiedząc, ku spiżarce się tedy Katosz skierował, kaj, wpośród sprzętów skrzętnie ukryty, gąsiorek półpełen był nań czekał.
W pogorzelisku, którym stała się niedawna przybudówka dla gości, śród pozawalanych resztek, nad osmoloną, rozwartą skrzynią, z trudem przemagając wzbierającą w nim wściekłość, czarny od sadzy a w poprzypalanym odzieniu stał Arys. Kompani jego odpoczywali, zziajani i takoż utytłani. W milczeniu siedzieli, kto gdzie rzyć przyłożył, czekając herszta swego reakcji na odgruzowane z niemałym trudem znalezisko, czy raczej, by rzec akuratniej, znaleziska brak.
– Mapy znikły... – z wejrzeniem utkwionym w próżne wnętrze kufra, wolno stwierdził Arys. – Może to być, co wiadomo komu z was, kaj są?
Pod groźnym wzrokiem z jednego na następnego przeskakującym, towarzysze łby spuszczali, nic nie rzekąc.
– Takem se właśnie miarkował... – skwitował herszt bandy. – Finet takoż znikł... Wiadomo komu, kaj się udał a po co?
Zrazu nikt ozwać się nie śmiał, jedna Kosza, odchrząknąwszy, w końcu rzekła:
– Mamrotał Finet coś o sprawunkach, co je gdzie w okolicy miał, czy co... nie pomnę akuratnie, o co mu szło, wszyscyśmy ochlani do cna byli... Tyś takoż przegadywał, coś go do Podgórza z mapami puścić zamiarował – spojrzała na szefa.
– Prawda... – wycedził Arys, zimnym wejrzeniem kolejne fizjonomie badając. – Tyś jedna słyszeć to mogła – przygwoździł nim Koszę – pomnym dobrze. Za nim miałaś tropić. Azaliż nie rzekłem ci tego?
Lico Koszy pobladło, aliści zdzierżyła miażdżący wzrok i powieką nawet nie drgnąwszy, odparła jeno:
– Rzekłeś.
– Czemu zatem map nie ma, Fineta nie ma, a tyś tu? – w głosie wisiała groźba.
– Rzekłeś takoż, co przy świadkach mapy wręczysz, bo obcy ci on jest w naszej bandzie, a ty obcym nie ufasz – wypowiadając ostatnie słowa, znamiennie na Sieję spojrzała. – Kajże tedy masz tych świadków?
Paskudny uśmiech wypełzł na wykrzywioną ledwie powstrzymywanym gniewem twarz Arysa.
– Azaliż dobrzem cię usłyszał, Kosza? – słowa, kiej brzytwy ostre, cięły powietrze na plasterki. – Powiadasz...
– Powiadam – przerwała mu – co nie dawałeś Finetowi żadnych map. Kaj są, nie wiadomo. Aleś jemu ich nie powierzył, znam cię dobrze, nazbyt ostrożnyś, coby...
– Znasz mnie? – wolno wyprostował się Arys, wyszczerzając zęby. – Azaliż ździebko się aby nie zapuszczasz, przyjaciółko?
– Nie zapuszczam się, a co miarkujesz se to dobrze, pewnam. – Choć pewnie stąpała po wąziuteńkiej, usypującej się skalistej ścieżce, tuż nade przepaścią się wijącej, rozumowała dobrze Kosza, iż niechby ano jeden fałszywy krok gdzie uczyniła, tłumacząc się teraz przed Arysem, ów strąciłby ją w czeluść bez wahania. Przyłączyła się do świty, której przewodził Arys, już trzy roki temu, bacznie a czujnie przepatrując odtąd przywódcę, dwojakie ci on namiętności bowiem w niej wywoływał. Wulgarne jego okrucieństwo, brutalność czy sadyzm, częstokroć przygłupów a tumanów cechujące, Arys intelektem swym i chytrością wręcz celebrował, do rangi sztuki je wznosząc wysoce wyrafinowanej, co nieprzemożnie Koszę brzydziło i odpychało, zarazem intrygując, fascynując i pociągając ku niemu. Tedy wykładała se juże jako tako, cóż to za ziółko jest ten Arys, a jakże z nim gadać trza w zależności od jego nastroju. Zaś akuratnie Arys był kiej ten zwierz dziki a wściekły, na najbliższą ofiarę gotów skoczyć i kłami a szponami ją rozszarpać, niechby jeno wycofać abo łasić się spróbowała. Tera mus jej było stać prosto a w ślepie mu twardo zaglądać. – Przyjacielu – dodała równie jadowicie, kontenansu se nieco przydając.
– Porzekadło niesie – Arys wydobył rozpadającego się ćmika i przypalił – co sto beczek skwaśniałego mleka wychlasz z kim, a jeszcze pewności nie masz, czy ci on aby przy sraniu pokrzyw nie narwie, cobyś se rzyć a jajce poparzył. Ci dwaj moi druhowie – łbem kiwnął w kierunku Barbatusa i Kafy – z któremi świat cały zjeździlim, z któremi podrostkami aby jeszcze będąc, a juże kradlim, rabowalim, mordowalim a chędożylim, oni są w prawie rzec, co mnie znają. Ale ty?
– Rozżalonyś jeno, co przechytrzył cię kto a okradł, sposobności zarobku pozbawiając – Kosza czuła, iż ścieżka zrobiła się tak wąska, co już plecami w skałę wparta iść musiała, by nie spaść. – Temu żółć wylewasz na mnie a złość wyżąć rad byś. Pomnyś dobrze, co odkąd się znamy, lojalną ci jestem kompanką a bliską...i słabość ku mnie zawżdy miałeś... – niezamierzony zazdrości wyrzut wybrzmiał w ostatnich wypowiedzianych słowach.
– Rozżalonym? Zarobek? – błysnęły ślepia Arysowi a krok ku niej postąpił, boć oliwą dziewczyna mu płomień w duszy szalejący podlewała, czelną a śmiałą nazbyt się mu jawiąc. – Bliską mi byłaś, bom chędożenia a sodomy złaknion był, kiej ten pies, co bele sukę kryć będzie, niech go jeno chuć ogniem przypiecze...dopóty, dopóki jej insza nie zastąpi... – na te słowa aże westchnienie dała z siebie Sieja, kiedy on cedził przez ściśnięte kły, kiej te wilki kąsającymi słowy, kroczek po kroczku czujnie ku Koszy postępując, a o pozawalane ruiny potykając. – Pomnym takoż, kaj my się poznali, przyjaciółko, a okoliczności były to zgoła... zasrany kloc! – zasyczał z bólu, o kolejną przepaloną więźbę hacząc butem.
Miarkowała Kosza, co sytuacja staje się groźna, ratować się więc jakoś usiłowała, aliści bezkresny ocean gniewu ją zalał, wściekłą burzą nieprzemożnej zazdrości a wichrem zawiści do Arysa i tej rudej zapowietrzonej suki targany, nieskoro jej tedy było duszy swej pogodę w ryzach utrzymać. Rumieńcem wstydliwego upokorzenia oblawszy się, rzuciła zimno:
– Ta twoja nowa ruda suka – rzuciła pełne pogardy wejrzenie na Sieję – wraz z Finetem znaleźli ciebie, kiej te mapy wpadły nam...ci w łapska. Jeden z szajki znika, kiej mapy przepadły, drugi się ostaje dla pozoru a śladów zatarcia...
Kiej biczem świsnęła na to Sieja, pąsowiejąc niezgorzej od rywalki:
– Jak śmiesz!
– Och! Nie udawaj, co nie wiesz, o czym gadam! – prychnęła Kosza. – Baczysz na Fineta a ślepisz za nim bez ustanku, snadź mus wam w komitywie a porozumieniu być!
– Ty żmijo! – wciąż kiej ćwikła czerwieniejąc, śladami Arysa Sieja ku Koszy ruszyła, a szło jej znacznie od niego sprytniej. Osaczana Kosza z występującym na jej lico lękiem, nieznacznie wycofywać się poczęła. – Wara ci ode mnie! Łeż to jeno jest, nic więcej!
– Łeż? Doprawdy? Nie tyś to, kiej suka w gonieniu, rzycią wywijała Arysowi przed nosem, coby świata nie uwidział? Nie tak było? Nie tyś to na kolanka mu wskakiwała chwacko, boś korzenia jego szukała, cobyś choć pozezować na one mapy se mogła, bo je cięgiem Arys przepatrywał a wyrozumieć usiłował? Oczyłaś za nimi, bacznie oczyłaś!
– Ty suko! – łzami złości bezsilnej skrzącymi się oczami nienawistne wejrzenie wbiwszy w pałające nie mniejszym morderstwem oczy Koszy, długim susem skoczyła ku niej Sieja, w zapamiętaniu przewracając potrąconego Arysa. W dłoniach obydwu dziewczyn błysnęły noże.
– No chodźże!
I kiej borsuk z rosomakiem rzuciłyby się na siebie niewiasty najpewniej, atoli gmerający od jakiej chwili w pustej skrzyni Kafa, zadudnił:
– To są mapy.
Wszyscy zamarli i ku niemu się przedzierać na łeb, na szyję rzucili, waśnie na bok tymczasem odkładając. Zajrzeli do środka, lecz nie było tam niczego, prócz śmieci, które obejrzeli sobie byli już prędzej. Wyczekująco tedy na górującego nad wszystkim Kafę wglądając, usłyszeli głos Arysa, któren jedyny aby zmiarkował, o czym gada jego olbrzymi towarzysz:
– Zwęgliły się od żaru? – z kufra wzrok jego przeskoczył ku Kafie. – Może to być, co zwęgliły a spopieliły się?
Sięgał do wnętrza wysmolonego pudła, którego blaszany pancerz powyginany był tu i ówdzie a poskręcany, widocznie srogiego ognia w pożarze się doczekawszy, i wydobywając sczerniałe resztki, badał je bacznie. Kompani w napięcia pełnym oczekiwaniu trwali, Sieja z Koszą błyskawicami z oczu w siebie wzajem miotając.
– Kiej szczelnie zamknięte drewno na węgiel się wypala żarem, nie ogniem żywym? – ni to do siebie, ni to do świata, rozpatrywał a dumał Arys – Podobna to?
– Takem se wyłożył zrazu, jakem uwidział te szczątki – zagrzmiał Kafa. – Pomniście, kiej ranyśmy lizali a gościli czas jaki u tych samoludów, co wedle rzeki wyrabiali węgiel z drewna? Takoż mnie wyłożył jeden, co...
– Wiem...pomnym... – ruchem dłoni uciszył go herszt. – To mi się właśnie we łbie kolebie... Skrzynia tęgo opalona, zdobienia a kucia poskręcane aże od żaru...Pomór ciężki niech to trafi! – wypaczone od ognia wieko z głuchym trzaskiem opadło, kopnięte zamaszyście.
Usiadłszy na pudle, zadumał się Arys, czoło marszcząc a klnąc paskudnie pod nosem, snadź umyślić usiłował, cóż mu tera z kasztelanem począć, któren map owych zażądał, w zamian za wykup spod niechybnej szubienicy, niechby kto Arysa jeno pochwycił a do Pobratycza na postronku powiódł. Jeśliby, rzecz jasna, przetrwał loch i tortury. Nikt ozwać się nie śmiał, dopóki herszt nie podniósł na nich swych wilczych oczu.
– Mus nam ostać a zwiedzieć się czego o wypatroszonym parobku z gospody – rzekł nareszcie, a głos miał dziwny, osobliwy, jakiego juże dawno nikt u niego nie słyszał. Był to głos zwiastujący śmierć. – Ostaniem tu tedy jeszcze. Jeżeli owe zwęglone resztki pod moją rzycią nie są mapami, jeżeli ktoś mi je wykradł i są całe, niech mi je odda. To są niezwykle ważne dla nas mapy. Znajdą się one na powrót w tej skrzyni, nim stąd ruszymy dalej, złodziej otrzyma ode mnie kilka dni, by wynieść się z tej części świata, nim ruszę jego śladem. A ruszę na pewno, wierzajcie mi. I odnajdę. Złapanemu przez któregoś z was, włos z głowy spaść kurwiemu synowi...abo suczej córce...nie może, nim do mnie dostarczon nie będzie. Jeśliby jednakowoż zdrajca wciąż okpiwać mnie usiłował, znalazłszy go zakuję w łańcuchy i utrzymam przy zmysłach a życiu dopóty, dopóki w jego przytomności wszystkich jego krewnych nie pomorduję w męczarniach najokrutniejszych, jakie mi ano do imaginacji przyjdą, niechbym miał jedno to czynić do końca dni moich, tak się stanie – cięgiem przepatrywał Arys fizjonomie kompanów, rozczytać w nich cosik próbując. – Za wszelakie wiadomości, ku map zdobyciu wiodące, każdego bardzo hojnie nagrodzę. Dowiem się, co kto z was pomagał we wszystkim, rodzinę a jego samego takoż ze skóry obedrę. Miarkujecie se, a dobrze, com rzekł?
Zamruczeli wszyscy a pokiwali głowami.
– Nicem nie usłyszał – warknął Arys. – Miarkujecie se, azaliż nie!
Juże ochoczo przytwierdzili kompani, głośno przyświadczając.
– Dobrze – kontynuował herszt. – Co się zaś tyczy Fineta, któreś z was puści się jego tropem a na sznurze mi go przywiedzie i pod nogi rzuci. Ktoś na ochotnika?
Odpowiedziała mu cisza, oczywistym bowiem było, co jeśli kto porwał mapy, dawno uszedł, a spodziewano się srogiej kary za nie wykonanie dyspozycji, jako we zwyczaju zawżdy było.
– Nie głupio se wykładacie, co szukaj tera wicherka w polu – z uznaniem orzekł Arys. – Pomnijcie atoli, co są w Podgórzu skryby a insze rozmaite miejsca, kaj mapy rysują, wyrozumieją i rozczytują. Musi ci złodziej kajś się udać po pomoc, rozeznać się aby trza.
Spoglądali po sobie, jednakowoż nikt się nie kwapił do niewdzięcznej tej roboty, jedna Sieja umyśliła se, co jej nieuchronna swada z Koszą pozorem być może niezgorszym, by się stąd wyrwać a do miasta, do swoich się udać. Więc chociaż w niej złość do rywalki stygła z wolna, udając ciągle zagniewaną, prychnęła z udawaną pogardą:
– Poderżnę tej suce krtań, za oszczerstwa a obelgi, niechbym musiała oddychać tym samym z nią powietrzem jeszcze choć chwilę, mus mi tedy w przeciwnym kierunku ujechać a ochłonąć od niej! – splunęła pod nogi Koszy, która na te słowa na powrót się zacietrzewiła.
– Skórę ci z pyska zdrapię, suko! – wygrażała pięścią Kosza. – Pojedziesz i tyle cię będziem widzieć! Z twoim Finetem! Ja pojadę i za koniem go przywlekę!
– Ty zawszona, plugawa świnio! – w dłoni Sieji zaś pojawił się nóż i byłaby skoczyła ku czarnowłosej przeciwniczce, lecz Kafa je rozdzielił a Arys zakomenderował:
– Spokój! Cosik obu się wam naraz udała myśl, by stąd zniknąć! Jedna przez następną się tera rwą a potykają, patrzajcie no! – zmarszczył czoło a dziewczyny zamilkły. – Mus wam obu tedy jechać, widzi mi się, skoroście takie ku temu skwapliwe.
Sieja i Kosza zdumione spojrzały na Arysa a jazgotać poczęły naraz, wyzywając się i plwając na się wzajem w zapewnieniach, iż niechby jeno chwilę dłużej na się patrzyć miały, jucha chluśnie strugą. Barbatus i Kafa radzi byli widowisku, toteż śmiali się aby z bab kłótliwych.
– Zawrzyjcie pyski! – uciszył je Arys, któremu już bokiem te zazdroście a zawiście babskie wylazły, boć odkąd pojawiwszy się Sieja całą atencję przywódcy sobie zaskarbiła, łypały na się złym ślepiem obie z Koszą, aże sierść się im coraz to bardziej srożyła. A i za karczmarzową córą od dawna wodził maślanym wejrzeniem a mrowienie w lędźwiach czuł, niechby jeno gdzie w pobliżu się okazała. Okazja się tera nadarzyła, by ostać się bez wścibskich niewieścich oczu. – Tak będzie, jakom rzekł, i basta! Sieja! Kosza! Razem macie jechać a powęszyć i rozeznać się czego o Finecie. Uda się wam go znaleźć, mus wam do mnie go zwieść, a całego i żywego! A niech dowiem się jeno, co niczegoście nie zdziałały, boście się żreć cięgiem musiały, to na pysk obity wykopię a na cztery wiatry przegnam!
Niechby wejrzenie rozwścieczonej baby życie odebrać mogło, trupem padłby tera Arys niechybnie pod podopiecznych swych wściekłym wzrokiem.
Od stóp do głów pokryta sadzą, krwią a zeschłym błotem, w strzępami zwisającej na niej popalonej szacie, bezprzytomnie gnała przed się Alina, borem się przedzierając, a nie odstępujące pani swej choćby i na krok, zziajane a z jęzorami wywieszonymi czteronogie sługi kroku jej trzymały. Dokąd a po cóż tak gna, ani przez myśl jej przelazło, pchała ją nieprzemożna potrzeba, by jak najdalej od ludzi a świata być tera, jak najdalej od...niego.
Naraz z gęstwiny splątanej prosto na rozległą polanę wypadła, stanęła i rozpatrzyła się wokół, dychając ciężko. Łąka osobliwą Alinie się zdała, nie miarkowała aliści, czemuż tak było. Tłukące się w piersi serce, pędzone wytężonym wysiłkiem gonitwy, uspokajało się z wolna, kiej śród wysokich traw, kwiatów, krzewów a samosiejek drzew przechadzała się niespiesznie, wyrozumieć próbując, cóż takiego urzekło ją w tym miejscu. Natknęła się na strumień, co szemrząc a pluskając, beztrosko przez polanę przebiegał. Dopadła doń i chciwie piła, a z nią razem jej zwierzęta. Oderwawszy się nareszcie od orzeźwiającej, chłodnej wody, odsapnęła a uczuła ogromne znużenie w całym ciele, rozognionym wciąż gorączką przedziwną, co od spotkania z tajemniczym mężczyzną nieprzerwanie płomieniem palącym ją trawiła, ugasić którego żadną mocą nie poradziła. Zdarłszy z siebie resztkę wiszących skrawków, położyła się tedy w płytkim ruczaju i naówczas dopiero ulgę jako taką uczuła, krystaliczną wodą obmywana a dłońmi popołudniowego słońca pieszczona. W niebo nad sobą patrzyła, stłumiony szmer potoku jeno słysząc, co uszy jej pod wodą były. Ponad nią, na osnowie błękitnego, obłokami upstrzonego nieba, leśne ptaki dokazywały krotochwilnie, goniąc w podniebnych swawolach i tańcach. Podglądała te harce, niekiedy w chyżą ucieczkę przechodzące, kiej drapieżny jaki ptak pojawiał się, majestatycznie zataczając kręgi hen, wysoko ponad puszczą, powieki zaś jej cięższymi się coraz stawały. Otulana rześką, źródlaną wodą a słońcem rozgrzewana, błogości się poddała, co znużenie z kości przeparła a chuć tajemniczą, jej podbrzuch jątrzącą, ugasiła.
Kojona pochylającą się zewsząd nad nią przyrodą a lasu wonią, przymknęła oczy i rozkoszowała się cudownym tym spokojem. Zdało się jej, co unosi się lekko ponad polaną, nad trawami a zaroślami, przepatrując wszystko wokoło, choćby siebie samą, w potoku zaległą. Zgoła juże ciało czuć przestała, w półśnie swoistym trwając, jaźnią własną aby jeno hasała wszędy, coraz to szersze zataczając nad okolicą koła.
Kiej nareszcie roztworzyła oczy, ujrzała wschodzący półmiesiąc, któren żółcił się na rozgwieżdżonym, granatowym niebie, kiej świetlisty bochen chleba. Zziębnięta się ocknęła, w bezruchu tkwić musiała pewnikiem we wodzie a dygocząc wstała tera, by schronienia jakiego poszukać i jako częstokroć bywało, kiej w ostępach leśnych noc jej spędzić przyszło, wtulić się w kudłatych swych kompanów. Tymczasem nikaj żadnego z nich nie zoczyła, a na jej przyzwanie basior jeno podszedł, zaś pies się kajś opodal odezwał aby, naszczekując. Ponownie przywołała do się psa, atoli tamten ponownie naszczekiwał. Wilk takoż w tamtę stronę się kierował, widocznie na panią się swą oglądając. Pomiarkowawszy, w czym rzecz, podążyła za wilkiem.
Pies, nosem przy gruncie wietrząc, obchodził starą, gąszczem dzikich pnączy porosłą chatę, skrytą w niskich konarach ogromnego, wiekowego drzewa, z którego zdawała się wyrastać. Alina z trudem rozwarła rozlatujące się drzwi i wstąpiła do środka.
Od wejścia zara uderzyła ją woń zbutwiałego drewna, wilgoci a ziemii. Zapomniane i opuszczone owo miejsce martwym było od dawna. Omacując, obeszła dziewczyna w mroku zatopione wnętrze. Co krok niemalże o coś wadząc a trącając, zmacała nareszcie kąt jaki pusty, w nim też położywszy się, we włochatych swych przyjaciół wtulona w sen odpłynęła.
W tym śnie stała na skalistym szczycie posępnego górzyska, u podnóża którego świat cały truchlał i kulił się pod władczym jej wejrzeniem. Przepatrywała nieprzebrane borów połacie, knieje gąszczem nieprzebytym porosłe a rzeki, których cienkie wstęgi wiły się, kiej leniwe rtęciowe węże z rozdętymi tu i ówdzie brzuszyskami jezior. Liche sadyby ludzkie, okazalsze sioła i niezdobyte twierdze, przeogromnych miast strzegące, kiełkowały wpośród tych krain, jakoby z ziarna wyrastając, ręką prastarego siewcy rzuconego. Wszystek świat ten ku niej trwożne swe oblicza wznosił, w niemym, lękliwym proszeniu o pomoc łaski a zmiłowania upatrując. Daremne wszakże były to zabiegi, bowiem ciemnieć juże poczynał widnokrąg, a ciężkie, granatowoczarne chmurzyska rozłaziły się po nieboskłonie, kiejby opasłe jakie potwory, gotowe na skinienie jej jedno ognistym deszczem gromów spopielić wszystek ten padół. Wicher straszliwy poprzedzał te ponure, podniebne bestie, wściekle uderzając o pobrużdżone skały u jej stóp a lodowatym deszczem siekąc bezlitośnie, gestu jedynie czekając, by spaść i siać zniszczenie. A choć żadnej mocy nad złowrogimi tymi siłami zła mieć przecież Alina nie mogła, czuła atoli, co właśnie ku niej błagalne modły śle wszystko, co żyje, wiedziała skądś, iż kłębiąca się złowroga burza na jej właśnie rozkaz czeka, by runąć a zagładę przynieść wszystkiemu. Zarazem przestraszała a roznamiętniała ją owa moc nieprzebrana i groźna, nie wiada skąd pochodząca, wskroś przeszywając zapierającym dech poczuciem nieodwracalności i bezmiaru śmierci a spustoszenia, jakich dotąd świat nie uwidział.
Urzeczona nieokiełznaną potęgą żywiołów, co mrokiem świat cały zasnuły, by kłębić się, wyć a grzmieć naokół tej wiecznej góry, na szczycie której ona, ich Pani, stała, wyciągała Alina ku czarnym niebiosom ręce, wołając do nich, lecz śród huku wichrów a gromów nie sposób jej było słyszeć, co. Na lekko rozchylonych nogach stojąc w strugach deszczu, co nagość jej siekł zapalczywie, od włosów ku stopom bezwstydnymi kaskadami spływając, poprzez piersi, plecy, brzuch, pośladki, łono a uda lubieżnie się przesączając, dygotała z rozkoszy wszechogarniającej, ustokrotnionej teraz przytomnością Jego, któren szedł ku niej z wyciągniętą dłonią. Krok za krokiem zbliżał się, a wraz z nim narastała w jej lędźwiach i łonie żądza gwałtowna, gdy spętana nań czekała. W ciemnościach ledwie zarys zoczyć mogła sylwetki, kiej kroczył, jeno ślepia ogniem żywym płonące a w niej utkwione widziała. W świetle błyskawic ukazywała się straszna Jego postać na mgnienie, zdawało jej się naówczas, co kształty potworne przybiera, nieludzkie, acz niknął tedy na powrót w mroku, nim przepatrzeć Mu się mogła. Jarzącymi się Jego oczami zniewolona, żądzą opętana osobliwą, co kiej przyboju falami biła w jej piersi a łono, aże dyszała już dziko, czekając. Naraz wyrósł tuż przed nią, a choć ciemność i deszcz oczy zalewający mącił obraz, zdało jej się, co ni to człek, ni to bestia stoi, sierścią porosła a szatą czarną okryta. Rozkrzyżowaną trwając przed nim, z rękami wciąż ku niebiosom wyciągniętymi a nogami rozstawionymi, obnażona i lubieżnie chłostana ulewą, już nie drżała, a wiła się i miotała, na krawędzi nieokiełznanej lubości będąc. I gdy już myślała, co zara rozsadzi ją i spali wulkanicznym, pierwotnym ogniem ta niezaspokojona chuć, uczuła szponiastą dłoń łona jej dobywającą, a w blasku błyskawicy zobaczyła Jego sprośny bezwstyd, ciężko kołyszący się a żarem buchający. Wezbrana konwulsja ekstazy targnęła Aliną, spomiędzy ud jej uchodząc gwałtownie, piersi rwąc w strzępy ekstatyczne, a gardło zwierzęcy, ogłuszający krzyk rozkoszy wydało, aże wszechbyt zatrząsł się od niego.
Dysząc chrapliwie, spocona, szarpana gasnącymi z wolna skurczami rozkoszy, wybudziła się Alina z mary sennej, o tyle osobliwej, co intensywnością doznań a ich prawdziwością przekraczającą wszystko, czego dotychczas doznać jej było dane na jawie. Leżąc wciąż wtulona w basiora i psa swego, rozpatrywała w myślach, cóż znaczyć ma to wszystko, co udziałem jej się stawało. W zadumie cichej a mroku pogrążona, na powrót usnęła.
Z zewnątrz dał się słyszeć szmer jakowyś, skrobanie jakieś. U stóp swej pani zwinięty wilk podniósł swój trójkątny łeb, zara się jednak na powrót do czuwania ułożył.
Komentarze (1)
I've really been enjoying your story your characters and storytelling are fantastic. Honestly, I think it would work incredibly well as a manga or webtoon and could help you reach an even bigger audience.
I'm a commission-based manga/webtoon artist, and I'd love to help bring your story to life if you're ever interested. Feel free to reach out at gm@il: akiracomicart2@
inst@ akiraa_artly
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania