Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
,,SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz.17a
Rozdział 17.
Czas jaki zabawił Tumir Czerma w Skrajnicy, więcej chlając a rozpuście się oddając w te dnie, niźli przewiadując czegośkolwiek o morderstwie, co to je rozwikłać tak solennie poprzysiągł sobie a przyjacielowi swemu. Toteż wieść o pożarze w zajeździe Przy Rozstajach znalazła go bezprzytomnego, z rozczochranym łbem w wielkie czyjeś cycki wciśniętym, a portkami kajś podzianymi. Przecknąwszy się w sobie a do świata powróciwszy, ochędożył się jako tako i do Pejsonatu udał, przewiedzieć czego o Trzypalcym zamiarując, bowiem znany był parobek z hulaszczego życia a częstej po karczmach włóczęgi. Niedługo tedy trwało, a siedział Czerma przy stole z bandą krzepkich oprychów, którzy z ubitym w komitywie zażyłej byli, co z pogwar ich był wysnuł. Zrazu nieskoro szła im gawęda, atoli z wolna rozwiązywały się ozory, bo kapitan na jadło a napitki grosza nie szczędził. Nie miarkując se, z kim to biesiadują, co żaden Czermy nie znał, radzi byli gościnie a nieznajomemu.
Naówczas wielki, łysy drab z paskudną szramą na szyi ku nim podszedł. Snadź przewodzić musiał gromadzie, starczyło bowiem, coby ślepiem na nich złym łysnął, a zamilkli wszyscy. Zasiadł, wglądać jął nieufnie w oblicze siedzącego wpośród nich kapitana, a nareszcie mało przyjemnie rzekł:
– Kapitan straży, Tumir Czerma...
Na dźwięk tych słów dzierżone w dłoniach naczynia a łyżki zamarły w pół drogi, ten i ów zaś z obrzydzeniem splunął nieprzeżutą strawą na podłogę. Twarze sposępniały i spochmurniały, naokół kapitana zrobiło się jakby ciaśniej.
– Wisielec... – Czerma uniósł swój kufel i przepił. – Za spotkanie.
– Czemu to zawdzięczamy gościnę, jaśnie wielmożny panie kapitanie? – kwaśno zapytał łysy drab, nazwany Wisielcem. – Kompaniji szukacie? Tutej?
Najdrobniejszy z bandy, widno nie obyty z szachrajską etykietą, konsumacji jadła a napitków przy jednym stole z kapitanami straży miejskich surowo zakazującej, pałaszując a popijając w najlepsze to, co na stół podano, wyrwał się:
– O Trzypalcego cięgiem rozpytywał!
Zgromił go spojrzeniem Wisielec a spytał raz jeszcze:
– Czego chcecie od nas, panie kapitanie?
– Mus mi zwiedzieć się, czemu Trzypalcy gardła dał, a kto go sprawił.
– Trzypalcy...Trzypalcy... – z wypisanym na gębie szyderstwem, Wisielec drapał się po brodzie, udając, co usiłuje se wspomnieć, kto zacz.
Najmniejszy, nie tylko fizycznie zostający daleko w tyle za resztą szajki, z gębą napchaną mięsiwem, zaś wyskoczył:
– To ten parobek od zajazdu! Owies nam targał...
Nie dokończywszy, w pysk przez herszta trzaśnięty, zwalił się z ławy, skąd zaskomlał, kiej kopnięte szczenię.
– Aaaa...ten... – gęba Wisielca rozjaśniła się. – Co z nim?
– Mus mi zwiedzieć się, co zaszło – powtórzył kapitan.
– Słyszelim, co zewłok jego ożarty kajś pode lasem leży. Tam szukajcie.
Czerma westchnął.
– Napijesz się? – zagaił, butlę araku otwierając. – Wykładam se, co nieczęsto arakiem gębę spłukujesz.
– Butlą chcecie mnie okupić? – pogardliwie prychnął Wisielec. – W rzyci mam was a araki wasze! Wczas nam juże, idziem, chłopy!
Wstał, a wraz z nim reszta podnosić się poczęła i od stołu wstawać. Na to kapitan spokojnie wlał se araku i rzekł:
– Miarkuję se dobrze, coście za interesa mieli z Trzypalcym, nie o to wszak stoję. Siadajcież, do stu diabłów, mus nam się rozmówić!
– Nie przypierajcie, kapitanie, w nic mnie nie wmotacie! – rzucił gniewnie Wisielec. – Raz jużem dyndał ze sznura, zabaczyliście? Nic tu po nas! Idziem!
Poczęli się oddalać, na co Czerma zawołał ku nim gromko, upewniając się, co słychać było go w całej karczmie:
– Wisielec!
Łysy drab obejrzał się i, zaskoczony, mimowiednie złapał rzucony mu w tej akurat chwili przez kapitana brzęczący trzos. Przy stołach nieopodal zamilkły rozmowy, a siedzący przy nich podejrzliwie spojrzeli na Wisielca, któren stał tera bezradnie z kapitańską sakwą w dłoni.
– Stokrotne dzięki za wieści ze Skrajnicy! – pogodnie zakrzyknął Czerma. – Daj znać, kiej co jeszcze ci w ucho wpadnie!
Ślepia podejrzliwie łypiące na Wisielca wyraźnie zwęziły się pod ściągniętymi brwiami bywalców. Drab zawrócił i trzasnął trzosem o blat przed kapitanem, aże zadzwoniło.
– Oszaleliście?! – wysyczał przez zęby, z przestrachem a złością zezując naokół. – Porżną nas przez was, kiej wieprzów!
– Jakom rzekł, mus mi jeno zwiedzieć się czego o Trzypalcym...
– Nie tutej! – Wisielec zaś rozpatrzył się ukradkiem po dużej izbie. Ten i ów spozierał jeszcze spode łba, acz z wolna ludziska do spraw swych powracali. – Stara drewutnia, wedle kowalskiej chaty. Znacie? – szeptem zapytał.
– Znam.
– Przed północkiem będę was czekać.
Wyszli i sam się ostał Czerma przy stole. Ukontentowany golnął se araku a zgoniwszy ze słoniny muchy, z lubością przegryzł.
Nie spodziewał się Czerma, co dybał będzie Wisielec na życie jego, lecz miarkował se, iż kości mu zrachować popróbuje, temu powróz se narychtował a wymoczył porządnie we wodzie, po czym skręcił go i ciasno nim dłonie omotał. Kociokwik we łbie mu się czynił, co od dni kilku chlał jeno a chędożył, przeto ochoty nie miał na zabawy z miejscowymi rzezimieszkami, zwiedzieć się aby czego o sprawie zamiarował a pójść dalej swoją drogą.
Nie omylił się względem Wisielcowych zamiarów. Kilku zbirów czekało przy ścieżce, którą przejść był musiał, do starej szopy chcąc się dostać. Ci jednakowoż nie zdążyli nawet rzucić się nań, bo zaszedł ich z inszej strony, niźli go patrzeli. Szparko znienacka zdzielił jednego a następnego kułakiem w pysk, aże z jękiem głuchym popadali, kolejnego w słabiznę kopnął, zaś ostatni, nieborak, piętami rzyć se poobijał, czmychając chyżo. Odczekał kapitan ociupinkę, coby odsapnąć, i ku szopce, nieopodal stojącej, poszedł.
Zobaczywszy go o własnych siłach idącego, zdziwił się Wisielec, gwizdnął krótko, wykładając se, co Czerma obszedł czaty, lecz ten rzekł:
– Daj se pokój, nie przyjdą.
– Porżnięci?
– Wyliżą się.
Wisielec zaklął szpetnie a kapitan zaczął:
– Komu pode skórę zalazł Trzypalcy, co tak go sprawiono?
Drab patrzył przez chwilę, zaskoczony.
– Wam po prawdzie o Trzypalcego idzie?
– Jakom rzekł...
– Ale... Przeca Trzypalcego cosik w lesie pożarło...
Westchnął na to Czerma, a we łbie go zakłuło.
– Przestańże nareszcie mamić, rzeknij, co wiesz i pójdziem każdy w swoją stronę.
Milczał chwilę Wisielec, snadź zdumionym szczerze był abo łgać się starał i pozorował udanie. Ozwał się w końcu:
– Ale cóże ja mam wam rzec? Wszak myśliwy dobrze przepatrzył, co Trzypalcego zwierz jakowyś ucapił a rozwłóczył po lesie...
– Widzi mnie się, co nie zwierzyna go chyciła – kapitan odplątywał powróz z dłoni. – Musi, co ubił go kto, jeno nie miarkuję, czemu rozpatroszył, kiej świniaka.
Drab spojrzał na rzucone na ziemię sznury, nie rozumując zgoła, cóż to ma być. Podniósłszy wejrzenie na powrót ku rozmówcy, orzekł:
– Wszystkie gadają, co miodojad abo jeszcze co gorszego Trzypalcego w borze ucapiło...
– Miał ci on z kim na pieńku? Zasadzał się kto na niego?
– Nicem nie słyszał.
– Awanturnik ci on był a opilec i nikt nań nie nastawał? – dziwował się Czerma. – Niejednemu był ławę na grzbiecie połamał.
– Co dnia kto komu na grzbiecie co potrzaska. Nie powód to zara do pomsty.
– Dla kogo jeszcze kradł Trzypalcy z zajazdu?
– W co mnie chceta wmotać, panie kapitanie? – czujnie spytał Wisielec, z nogi na nogę przestępując. – Rzekłem juże, com nie słyszał, by kto nań nastawał. Czegoż więcej chceta?
– Nie stoję o ciebie, ni o wasze z Trzypalcym układy...
– Nie jam jeden brał od niego, kiej co wyniósł a grosza szukał. Innych pytajta, być to może co wam więcej rzekną!
– Rzekłem ci, co stoję o wasze z Trzypalcym konszachty, kiej o łońskie roki – niecierpliwił się już Czerma, odetchnał atoli i dodał: – Ale kiej pary z gęby puścić nie chcesz, rzekę słówko Katoszowi, coście z nim złodziejską komitywę mieli.
– Dużo o niego stoję... – oznajmił hardo Wisielec, ramionami wzruszając. – Tyla mi Szpetny może, co ten kondel w opłotkach.
Uśmiechnął się na to kapitan nieszczerze.
– Nie stoisz o niego, powiadasz? – rzekł. – Wyłóż se tedy, co wasza zielarka, stara Aniela, Szpetnemu żonę zrodziła. A to se jeszcze miarkuj, co nie uważa stara córy swej od dawna, wadzą się jeno cięgiem, za to ze Szpetnym dość się wzajem uznają. Podszepnie on słówko starej wiedźmie, zara powrzodziejesz abo i zaślepniesz.
– Darmo straszycie, kapitanie! – zaśmiał się Wisielec, miast wesołością jednakowoż, ślepia jego lękiem podpasione się zdały, bo wiadomym było, co stara Aniela nie tylko na zielach się wyznaje, ale i uroki rzucać poradzi, a niejeden utrzymywał, co na mietle ją latającą nad lasem uwidziano. – Odeszła se od nas czerownica.
– Odeszła, toć i wróci.
– A bogać tam, wróci! Będzie ze trzy dnie, kiej Pierdoła lazł do niej, bo mu coś na czyraka dać przyobiecała. A tam ni starej, ni kondla jej, co to we progu zawżdy zalegał. Wszem wiadomo, co kiej stara w las szła po zioła, psisko chałupy pilnowało. Musi, co na ostatnią przechadzkę se razem poszli.
– Takiś pewny, co nie wróci? – zapytał go Czerma.
Gęba Wisielca zdradzała, co wcale nie był tego pewien. Zoczywszy to, kapitan parł dalej:
– Nie zabacz tedy tego i gadajże, co wiesz!
– A zleźcież ze mnie nareszcie! – szczerze zezłościł się Wisielec. – Naroić mam czego, czy co? Rzekę wam, co nic nie wiem o niem, bierzcież to tedy i tyla! Ot, nastarczył ci on czasem tego a owego, coby grosz jaki na hulanki a dziewki uciułać, i tyla! Nie on jeden podbiera, kaj sposobność się nadarza! – czy to ze strachu, czy ze złości na natarczywego kapitana, nareszcie popuścił łysy drab sznura, co to se na nim był jęzor wcześniej uwiązał. – Wielaż tego było! A jużci! Czarnej pszenicy czasem miarka abo chudej a pleśniałej słoniny połeć! Chlalim razem, hulalim, prawda! Bywało, co i za łby się wzięlim! Atoli nikt mu łba nie rozbił! Ani chybi zwiedziałbym się o tym przeca! Rzekę wam, co zwierz to jaki abo co gorsze go pożarło! A jakeście tacy nieufni, to do wołchwów idźta! Do żerców! Niechaj wam wywieszczą! – wspomniawszy pustelników strasznych, co hen, pode starą kopalnią aże ponoć żyli, na Skrajnicy samiusieńkim skraju, Wisielec splunął przez ramię, a słomek kilka dobywszy, naokół siebie rozrzucił.
Uśmiechnął się Czerma, tak mu się widok ogromniastego draba, co w klechdy a bajdy wierzy, udał. Wglądnąwszy jednak w strwożoną gębę łotra, niepokój czegoś go chwycił, toteż na taki siaki wypadek sam też przez ramię śliną strzyknął, po czym spytał:
– A kiedyście parobka uwidzieli, nim go zaszlachtowano?
Podumawszy chwilę jaką, odrzekł mu Wisielec:
– W czas zara jaki po tem, co to jego gospodyni ozdrowiała, widzi mi się – powoli mówił, wspominając se coś. – Pomnym, bo nadziwować się nie umiał, co trupem leżała chora, a zara potem na powrót łaziła i po dawnemu do roboty zganiała.
– Kto trupem leżał? – nie miarkując czemu, lodowate palce uczuł kapitan na plecach.
– Gospodyni, przeca rzekłem.
– Sara? Szpetnego żona na śmierć zachorzała?
– A może i Sara, toć nie wiem, jak jej jest. Gospodyni przy rozstajach.
– Kobita Szpetnego?
– Ano.
Usiłował se wspomnieć Czerma, azaliż słyszał cośkolwiek o niedomaganiach Sary.
– Dawno to było? Dawno ci o tym Trzypalcy gadał?
– Ze dwa miesiące przeszły, a może i nawet nie to. – Naraz czujnie wejrzał Wisielec w Czermę. – A cóżeście wy tacy zdziwieni? Nie kompanem wam Szpetny aby? Lepiej tedy wiedzieć winniście, niźli ja, kto tam a po czym sraczki dostał...
To samo kołatało się tera w kapitańskiej głowie.
– Wspomnij se dokładnie, jako to było, kiej gospodyni Trzypalcemu zachorzała, co ci gadał o tem a kiedy – surowo przykazał drabowi.
– A cóżeście tak pobledli? – w poświacie księżycowej zoczył drab zmienioną facjatę kapitana. – Rzekłem juże, co pono na śmierć zachorzała, potem ozdrowiała i tyla. Nic więcej...
Chwycił go raptownie za ożydle Czerma, a taka go złość nagła wzięła, że choć wielgachnym był Wisielec, kiej pędrak nogami w powietrzu zamajtał.
– Wspomnij se dokładnie – cedził kapitan, ledwie się hamując – co ci Trzypalcy gadał o chorobie gospodyni! Każde słowo!
– ...udusisz... – zdołał jeno wychrypieć Wisielec, tak go bowiem mimowiednie przydusił Czerma, co zsiniał do cna a dech utracił.
Puścił go kapitan, tamten odkaszlnął, odcharknął, gardziel pomasował i odstąpiwszy w razie czego krok od rozjuszonego, zaczął:
– Jako rzekłem, czas temu jaki Trzypalcy gadał, co jego gospodyni...Szpetnego żona, znaczy...zachorzała. Co jej tam było, sam nie wiedział, boć podsłuchać nie poredził, ni podpatrzeć. Pomiarkował se ano, co sroga to musiała być zaraza, co słał go Szpetny po cyrulików do miasta, choć daremnie, boć żaden uleczyć jej pono nie poredził. Tedy go odprawił gospodarz, potem na powrót przygodził, kiej juże ozdrowiała była...
– Odprawił a zara na powrót przygodził?
– Takoż gadał Trzypalcy, co tak było.
– Nic więcej ci nie rzekł?
Zawahał się Wisielec, nim rzucił:
– Nic...
– Do zielarki, do Skrajnicy, nie słał parobka? Coby córę uleczyła?
– Nie pomnym, coby...
Kiejby koń kopytem, pięścią grzmotnął kapitan Wisielca w kałdun, aże ten zwinął się a osunął na kolana. Charczał i rzęził, jęcząc przeciągle.
Czerma podniósł go i do ściany drewutni przyparł.
– Nie pomnyś, co go słał, azaliż tako ci rzekł Trzypalcy?
– Tak mi prawił... – wygulgotał drab.
– Co jeszcze ci gadał?
Wisielec nie odezwał się, dech złapać usiłując, a w garść splunąwszy, przypatrywał się jej.
– Co jeszcze ci gadał Trzypalcy? – groźnie powtórzył kapitan.
– Ta stara wiedźma... – wystękał.
– Aniela? Co z nią?
– Skoro rzekę co więcej, zauroczy...
– A skoro nie rzekniesz, za koniem cię powlekę do ratusza – pod nos mu podstawił kapitan wielgachny, kiej bochen chleba, kułak – a kukłą mi tam będziesz do bicia! Gadajże!
– Prawił Trzypalcy – z wysiłkiem gadał Wisielec – co kiej cyrulicy kostuchę wywróżyli... – zaniósł się kaszlem i zaś plunął w dłoń.
– Gadajże! – ponaglił go Czerma.
– ...ty kurwi pomiocie... – drab wyciągnął ku niemu rękę – krwią pluję... – znowuż kaszlem się zaniósł.
– Abo rzekniesz zara, jako to było – kapitan aże dygotał z gniewu – abo juchę z rzyci, a łajno z pyska ci wytrzepię! No? Co było po tym, kiej cyrulicy kostuchę wywieszczyli?
Nienawistnie spode łba spozierał nań Wisielec, wciąż kaszląc, acz usłużnie gadał dalej:
– Ich córa, ta niedojda, ziela jakiego leczącego od starej natargała... Ykh! Ykh! – kaszlał.
– Alina? Co za ziela?
– Tego nie rzekł, jeno, co ziela wór cały...
– I co dalej?
– Trzypalcy ze Szpetnym przetargali gospodynię do izby – drab odcharknął i splunął, krzywiąc się przy tym z boleści. – Naówczas to było, co gospodynię uwidział. Prawił nam, co kiej trupiszcze mu się zdała, jeno kości skórą obleczone. Zara po tym opłacili go złotem za rok naprzód i odprawili...
Wykładając se pomału, co się w zajeździe wydarzyło, zgrzytał Czerma zębiskami, aże dziw, co iskry nie szły.
– A starej zielarki nie uwidział nikaj? – upewniał się. – Jeno Alinę...córę gospodarzy, z worem ziół napchanym? I naówczas go popuścili z parobkowania?
– Takoż gadał...
– A kiej na powrót go zawołali, juże gospodyni ozdrowiała była?
– Gadał Trzypalcy – Wisielec kaszlał a plwał co które słowo – co jako zawsze, po staremu wszyćko szło a po zarazie ni ślad nie ostał...
– Kiej go na powrót zgodzono?
– Jaki miesiąc, może być, co i prędzej, boć majątek żwawo przepuszczał...Ykh!...Ykh! – zaniósł się kaszlem a zacharczał i stękał chwilę, po czym gadał dalej – kamratów do kompaniji takoż mu nie zbrakło, co nie szczędził nikomu ni jadła, ni napitku. Sameśmy się z nim pogościowali niezgorzej – wspominał.
– Tedy poszedł do Szpetnego o zarobek prosić, co mu się odprawa skończyła?
– Widzi mi się, co... – zaczął Wisielec, lecz zaraz się poprawił – Gadał mi Trzypalcy, co umyślnym go znaleźli a do parobkowania sami namawiali, aże dziwował się, boć przeca tyla pieniędzy na odprawę dali wprzódy.
Kiwał łbem Czerma, rozpatrując se to wszystko po swojemu.
– Potem jużeście go nie spotkali?
– A jużci, cośmy se jeszcze pogościowali razem, boć kiej zwąchał Trzypalcy, co gospodarzom pilno doń było, wydębił ci on jeszcze od nich jaki grosz...Ykh! Ykh! Ykh! – za brzuch się trzymając, pokaszlał se Wisielec chwilę a gadał dalej: – Rozpowiadał takoż wpośród swojemi, co sekretu się jakowegoś kajś dopatrzył, z czego fortuny tęgiej się spodziewał...Ykh! Ykh!
Tężały rysy na gębie kapitana coraz bardziej.
– Gadał, co za sekret a od kogo ta fortuna?
– Pytalim, to zaciął się a nic więcej gadać nie chciał. Potem juże go nie spotkalim, słyszelim jeno, co łaził ci on jeszcze po ludziach po prośbie, coby mu kto okowity dał na borg, a i za dziołchami skomlił – Wisielec stał niespokojnie, upatrując, azaliż łupnie go kapitan straży raz jeszcze.
Ten jednakowoż milczał nieruchomy, bokami jeno robiąc a dysząc z gniewu, kiej tur.
– Zbiorę ano do kupy, coś mi rzekł – wyrzekł wreszcie. – Jaki czas temu, nie tak dawno, Szpetnego żona zachorzała śmiertelnie, co żaden cyrulik nie poredził jej uleczyć. I Trzypalcy przyświadczył, co zmarniała była Sara do cna, kiej trup wyglądająca, ledwie dychająca, co uwidział ją na marach własnymi ślepiami. Córa ich, Alina, od starej zielarki przytargała wór ziół leczących i zara tedy odprawili Trzypalcego, płacąc mu srebrem za rok najprzód. Niedługo potem, jednakowoż, na powrót go zgadzają do roboty, zaś podpłacając, coby robić przylazł. I naówczas juże Szpetnego kobita ozdrowiałą była, a po chorobie śladu nie było już żadnego. Takoż ci właśnie Trzypalcy gadał?
– Tako gadał – Wisielec przytwierdzająco łbem pokiwał.
Czerma głosem napiętym, kiej cięciwa łuku, prawił dalej.
– A kiej go zaś do zajazdu przynajęto, zara też Trzypalcy o sekrecie gadał, co miał mu fortunę przynieść, ale pary nie puścił, co to za sekret. W czas jaki niedługi potem jego ścierwo w lesie znalazł myśliwy, porznięte a rozbebeszone, co nie sposób rozeznać, czyj to trup. Co więcej wiesz?
Skulił się mimowiednie Wisielec w sobie.
– Widzi mi się, co tako to było... – odrzekł z ostrożna. – Tyle, com trupa nie oglądał, jeno od myśliwego a ludzim słyszał, co wypatroszon ci on był...reszta się zgadza.
Kapitan ułapił go znowuż za łach a ścisnął mocarnie, z bliska w ślepia zaglądając.
– Pewnyś? – warknął. – Bo jeśliś czego zabaczył abo co zataił, w żelazo zakuty wapno kopał a ugaszał będziesz łapami swemi! Miarkujesz se?
– Com ano wiedział, tom rzekł... – wyjęczał Wisielec, stopami gruntu sięgnąć próbując, zaś mu bowiem nogi w powietrzu zwisły.
Wpatrywał się w niego kapitan, puścił nareszcie. Drab zsunął się po ścianie drewutni, protestować ni drgnąć choćby nie śmiąc, tak groźnym we wściekłości kipiącej tamten mu się widział.
– Obyś nie łgał... – kopnął go jeszcze Czerma w rzyć, po czym poszedł w noc, co jeno klątwy pod nosem miotane słychać było, a i te w końcu ucichły.
Spieszno było kapitanowi rozpatrzeć się w gospodzie Przy Rozstajach a z Katoszem rozmówić, przełajem się tedy puścił, z przedeptanych ścieżek zbaczając.
Nie lękał się obłąkać w drzewem a chaszczem gęsto porosłej okolicy, rozeznawał się bowiem w lasach onych niezgorzej, a to jeszcze z czasów dawniejszych, z wojny. Gdy latami wróg pustoszył przygraniczne ziemie, grabiąc, mordując a do niewoli przymuszając, ukrywała się ludność po ostępach leśnych, śród nich i młody Czerma z krewniakami swemi, póki od ziemi nie odrósł na tyle, coby z przybyłymi w końcu z odsieczą wojami iść na nieprzyjaciela i bić go.
Umęczony nie mniej od konia swego, bo częstokroć złazić z niego mus mu było, coby stromizny zdradliwe a kamieniste przełazy przebyć, dobijał juże Czerma do traktu ku rozstajom prowadzącego, gdy żałosne psie zawodzenie uszu jego dobiło, pojedynczymi szczeknięciami przetykane. Skierowawszy się, skąd wycie dochodziło, zara też obaczył sporawego, ubłoconego a zbiedzonego kundla, któren, przy człowieczym trupie czatując, co chwilę łeb unosił a zawodził potępięczo, snadź pana swego żałując.
Zbliżył się kapitan do umarlaka, coby se go lepiej przepatrzeć, na co pies warczeć a zęby szczerzyć ku niemu począł, dostępu broniąc. Zrazu zamiarował kundla odegnać, kija jakiego znalazłszy, wstrzymał się jednakowoż i mięsiwa kawał z juków dobywszy, rzucił opodal, zwierzę odciągnąć tym sposobem na stronę próbując. Wygłodniały pies ślepiami powiódł za smakołykiem i śliny z pyska natoczył, atoli nie ruszywszy się a wciąż ujadając, szczątek pana swego pilnował.
– Takiś to strażnik? – wzruszony nieco psa wstrzemięźliwością a wiernością, drugi kawał rzucił mu kapitan pod pysk już prosto. Pies czujnie jedzenie obwąchał, oczu z Czermy nie zdejmując, po czym, kłapnąwszy raz paszczą, zeżarł. Oblizawszy się, zaś powarkiwać a ujadać począł, lecz mniej groźnie, z psiej powinności niejako więcej a żałości za stratą, niźli niechęci szczerej. Podniósł kapitan z ziemi mięso i, kilka kroków bliżej postąpiwszy, takoż pod pysk kundlowi podetkał. Ten pożarł, szczekać przestał, powarkiwał aby jeszcze z cicha na Czermę, któren dłoń z resztką jadła przed się wyciągnął. Zara też ośmieliło się psisko i, merdając nieśmiało, z ręki wzięło ostatni kąsek.
Tera dopiero zoczył kapitan, że co wprzódy za błoto wziął, zastygłą w psiej sierści krwią było. Takoż na pysku jego zadrapania a ślady walki widniały, widno odganiać kundel był musiał jakie dzikie zwierzę, co na truchle pana jego pożywić się przylazło. Poklepał poczciwe a wierne psisko, po łbie pogładził i juże nijakich przeszkód nie doznając, na umarlaka popatrzył.
Ten z twarzą w ziemi leżał, baczenie tedy mając, coby zarazą się jaką nie powalać, pomagając se gałęzią grubaśną, z wysiłkiem przerzucił Czerma sztywnego trupa na plecy. Zara tedy psisko, kulejąc, doskoczyło lizać śmiercią naznaczone, martwym grymasem zaciągnięte oblicze, aże musiał je kapitan odepchnąć. Starzec to jakowyś był w łachmany odziany, a od czego padły, nie podobna było wymiarkować, bo rany żadnej widocznej nie odniósł. Jedna jego ręka na piersi spoczywała, atoli odsłoniwszy ją, też niczego kapitan nie znalazł.
Przepatrzywszy naokół, zara też znalazł Czerma na poły rozbebeszony tobół, a w nim, wpośród starych klamotów, skrzętnie owinięte, choć podpleśniałe już nieco, bochen białego chleba i sera duży kawał, także dwa skórzane bukłaki z okowitą i jeden do cna pusty. Napitek niezgorszy był, co stwierdził kapitan straży od razu, w pysk se go lejąc.
Zabrawszy wiktuały a na koń wskoczywszy, ruszył dalej.
Nie ujechał wiele, gdy zoczył krzaki spalone, przy nich wozu zgliszcze z siana resztkami niedopalonymi, bez konia. Podumał nad znaleziskiem, kopnął w osmaloną obręcz koła, po czym na siodło wlazł i odjechał wolno. Naraz szczeknięcie usłyszał. Pies stał przy ruinie, w Czermę czujnie się wpatrując. Szczeknął raz jeszcze.
– A ty czego? Małoś to zeżarł? – rzekł kapitan i konia trąciwszy, w swoją drogę się kierował.
Pies szczeknął znowu, ale nie obeszło to już Czermy. Na to kundel, wciąż kuśtykając, przyskoczył ku jadącemu, cięgiem szczekając, i zatrzymał się.
– A idźże do czorta! Bo kopniakiem przepędzę! – wierzchowca nie wstrzymując, kapitan machnął ręką, choć ukrzywdzić zwierzęcia wcale nie zamiarował.
Pies ponownie zabiegł mu drogę, szczekać nie przestając.
– Czegoż chcesz, kundlu? – Czerma ściągnął lejce. – Żreć? Masz ci!
Rzucił psu kawał słoniny, atoli ten nawet za nią nie spojrzał, podbiegł jeno kilka kroków nazad, ku spalonemu wozowi i, stanąwszy, obejrzał się na jeźdźca, któren tera ciekawie mu się przypatrywał. Uwidząc to, pies ku ruinie potruchtał, oglądając się, azaliż się człek na koniu pomiarkuje, w czym rzecz. Ten nareszcie zawrócił i za kundlem podążył.
Minąwszy zgliszcze, wiódł go pies dalej jeszcze, nareszcie zatrzymał się wpośród rozłożystych łopianów, a czekając na z wolna ciągnącego za nim konnego, poszczekiwał.
– Cóżeś tam znalazł? – zbliżył się do zwierzęcia kapitan.
Kilka zwiędniętych, dużych liści leżało przy podesłych już nieco odchodach, na ludzkie wyglądających. Tuż obok, z łbem niemalże od cielska oderwanym, wąż był martwy, na którego zajadle warczał a ujadał tera kundel.
– Takaż to dola – posępnie mruknął Czerma – co abo człeka zaraza z biedą zmorzą, abo na wążu w szczerym polu usiądzie...
Na to, jakby przytwierdzić chcąc smutny los istoty wszelkiej, zawył pies żałośnie. Po łbie go kapitan poklepał, rozumnością zwierzęcia a zmyślnością do cna już przejęty. Wymiarkował bowiem, co zagryzł kundel gadzinę, która pana jego uchlała, a gdy ten od trucizny padł nieżyw, warował przy zwłokach, dzikiej zwierzynie przystępu wzbraniając.
Konia dosiadłszy, przed się ruszył, nad przewrotnością doli człowieczej dumając.
W ślad za nim, kulejąc, podążył pies.
Niewiele zostało ze wzburzenia i gniewu w sercu Tumira Czermy się kotłujących, gdy do gospody Przy Rozstajach nareszcie dotarł. Obraz zaś nieszczęścia, jakie na Katosza a Sarę spadło, i tych szczątek go wyzbył.
Oba markotni, choć każden z inszej strony, siedzieli tera w małej izbie, gdzie rozmówić się w spokoju od ludzi było można, okowitę przez kapitana straży zdobytą popijając.
– A niech to! – uniósłszy brwi, rzekł karczmarz. – Podobna to, co pijem pondegrajską wypalanicę? Wykładasz se, Tumir, ile to kosztuje? Kajś ją zdobył?
Z zadumania dobyty zajrzał Czerma do swego naczynia.
– A czort wie, cóż to jest – odparł nijako – gardziel porządnie grzeje, to i dobrze.
– Kupiłbym antałek abo i ze dwa, kiej jaki przystęp masz.
– Przystęp? Nijakiego przystępu nie ma. Ot, znalazłem... – odrzekł kapitan.
– Znalazłeś? – zdumiał się Katosz. – Kpisz se prosto ze mnie, no ale kiej gadać nie chcesz, twoja wola... nic mi do tego...
Westchnął Czerma.
– Rzekę ci, com znalazł i tyla. Przełajamim się puścił ze Skrajnicy do was tutaj i o nieborakam się potknął, co od wąża padły chyba był. Przy nim skóry z gorzałką były. Tom zabrał, cóż jemu po nich tera... Ulałem nań miarkę, samem pociągnął... ot, i rzecz cała...
Wglądał w twarz kompana karczmarz, zrazu niewiele wiary dając opowieści, zara jednak i on wylał kubek na podłogę, rzekąc:
– Skoro tako było, jako gadasz, niechże duch jego se użyje po raz ostatni...
– A cóż to za wypalanica, że kosztowna taka? – chcąc pewnie się oderwać od ponurych myśli, co mu się we łbie cięgiem kotłowały, zagaił Czerma, choć po prawdzie mało go to obchodziło.
– Pondegrajska wypalanica. Ociec powiadali, co z obcych a dalekich krain trza jej nastarczać. Pono nikomu nie wiada, co za ingredientów do tego trza ani jak ją przyrządzać. Latami całemi się ją bodaj zaczynia, nim do picia zdatną będzie.
– Aże dziwota bierze, co nikt receptury nie wykradł, kiej tak rzadka a kosztowna – sucho orzekł kapitan.
– Daremne i to – machnął ręką karczmarz – co owoc do wypalanicy się zdający, pono jeno hen, w tamtych stronach dalekich zbierają. A psowa się on w drodze rychło, co sposobu nie ma, by kajś go wywieźć. Temu rarytas taki, ta pondegrajska wypalanica. Jeśliś to przy trupie spotkał, musi, co bogacz jaki, abo wędrownik z daleka. Trza by może kasztelanowi abo rajcom słowo o tem zanieść. Ociec gadali, co kiej posłów słano czy heroldów, wypalanicę częstokroć niesiono w podarku. Wyglądał ci on na takiego?
– Dziadyga to był, staruch w łachmanie. Pewnikiem skradł to komu, abo co... – Czerma rzekł oszczędnie, cięgiem się w duchu sposobiąc, by nareszcie wyrzec kompanowi, z czym po prawdzie doń przyszedł. – Opodal spalonego wozu se leży...
I znowuż se oba siedzieli milczący czas jakiś, wypalanicą przepijając a dumając. Zza drzwi przytłumione odgłosy i gwar goszczących się w głównej izbie dochodziły.
Do rozmowy nie kwapił się żaden, jeden rozmyśliwując o kochanej żony cierpieniu, drugi szczerości w sobie szukając, by rotworzyć się przed kompanem z rozterkami swemi a bolączkami, co mu duszę trawiły. Jakby bowiem se tego Czerma nie przekręcał, nie wywracał a na powrót nie składał, zawżdy wychodziło mu, co mus mu wywlec się nareszcie przed Katoszem z domysłami swemi. A jeśli dotąd tego nie uczynił, to temu chyba aby jeno, co z Aliną rozmówić się coraz bardziej zamiarował. Również całe życie sromając się tchórzostwa swego, do którego był się nareszcie przed Katoszem wyznał, a za wzór cnót i męstwa kompana zawżdy mając, nijako mu było tera tak podłą zbrodnię mu przysądzić, niechby nawet narzędziem jeno w rękach Sary miał być. A wykładał se, co ona musiała stać za wszystkim, nigdy bowiem nie poradził by se wyimaginować kapitan, co Katosz zdolnym do takich czynów był. Na to wszystko, zwiedziawszy się po przybyciu o Sary cierpieniu, wola się w nim zapadła i chwost pod się podkuliła, co świadomość tego, jak bardzo Katosz kochał swą żonę, nożem w serce mu prosto była.
Siedział tedy naprzeciw kompana i sącząc wypalanicę, która zaiste wybornie się w gębie rozlewała, dumał nad okrutnym losem ludzkim.
Takoż Katosz, niewidzące oczy wlepiwszy gdzieś przed siebie, rozpamiętywał coś a pomrukiwał jedynie przy każdym łyku, snadź tak mu się ona gorzała pondegrajska udała.
Pukanie do drzwi ich obu z odmętów zamyślenia wróciło.
– A czegóż tam znowu? – ponuro uniósł łeb Katosz.
– Panie gospodarzu... – głowa pomocnicy się w uchylonych drzwiach okazała i prędko a cicho rzekła. – A toć pani gospodyni...
Skoczył karczmarz ku drzwiom i rozwarłszy je z hukiem, wybiegł, dziewkę przy tym pchnąwszy, aże ta na podłogę padła, w ślad za nim biegł Czerma.
W alkowie, gdzie na łożu swym śmiertelnym leżała Sara, zastali ją na łokciach unieść się próbującą, bezsilnie opadła na poduszki jednak, gdy weszli. W leciuśkim uśmiechu usta jej drgnęły, kiedy mąż przypadł do niej.
– Moja ptaszyno! Moja kochana! – łkając, głaskał żonę najdelikatniej, usta jej ocierając. – Jakże ci, najdroższa? Czegoż ci trza, najmileńsza?
Nic mu wszak rzec Sara w mocy nie była. Wsparta na poduszkach i półleżąca, wodziła wejrzeniem po izbie ni ręką, ni głową nie ruszywszy nawet. Słabiusieńka była, z bólu pojękująca, ledwie usta jej drgały, zwilżane przez Katosza.
– Kwiecie mój...moja kochana... – najczulej poprawiając poduszki a opatrunki, szlochał mąż. – Leż, spoczywaj... Czegóż ci trza, najmileńsza? Pić? Jeść? – zgadywał. – Mrugnij ano, przynieść każę... Ptaszyno moja...
Zara też zwrócił twarz karczmarz do kompana, prosić o usługę nie śmiąc, aliści ostawić tera żony swej takoż nie chcąc.
– Pozwól, pójdę a polewki jakiej narządzić każę i naparu przynieść – cicho rzekł Czerma, rad oddalić się aby choć na chwilę, tak dojmujący go żal chwycił.
Wdzięczności pełne wejrzenie posłał mu Katosz i ku Sarze powrócił, opiekować się nią.
Kulawej dyspozycję odniósłszy, wyszedł kapitan na zewnętrze powietrza zaczerpnąć a przechłodzić się, dzień gorący był bowiem i duszny.
W podwórcu ciżba i zgiełk panowały. Najemni uprzątali zgliszcz pozostałości, pod bacznym okiem cieśli w sterty składając to, co zdatnym jeszcze do użytku było, resztę na stos w lesie opodal wynosząc. Insi końmi drewno zwozili do ciosania, kamienie i czego tam jeszcze do budowy było potrzeba. Wpośród w stogi poskładanych siana i słomy powiązane rżały konie, a trzoda muczała, beczała i pochrząkiwała w naprędce skleconych zagródkach. Ludu bez liku się wszędy krzątało: goście się gościli, pijacy chlali, robotnicy robili, a przybłędy błąkały. Na to wszystko, przez gwar a pokrzykiwania przebijało się dochodzące skądś ujadanie zamkniętych w klatce psów i wrzawa ptactwa rozmaitego, gdaczącego, gęgającego i gulgoczącego.
Ze studni se wody chłodnej uciągnąwszy, łeb do cebra wraził Czerma i strzepał po psiemu.
Ciąg Dalszy Nastąpi...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania