Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

"SKRAJNICA" Paweł Sawicki (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 3-4

Rozdział 3.

 

Budziła się ze snu prastara knieja. Opar mgły zarannej osnuwał najniższe partie lasu. Krzewy wraz z całym leśnym runem okryte nim były, niby taflą tajemniczego jeziora, z którego drzewa wyrastać się zdawały. Chłodne krople wody unosiły się i osiadały na pniach, trawach oraz liściach paproci, tworząc gruby kobierzec, mokry a puszysty. Kajś wysoko w koronach drzew, ptaki śpiewem witały nieśmiałe jeszcze, pierwsze promienie wschodzącego słońca.

Jawiąc się, kiejby płynął, olbrzymi, brunatnorudy jeleń zadarł ponad mgłową osnowę rozłożystym wieńcem porosły łeb. Nasłuchiwał a przepatrywał czas jaki okolicę. Nie wyczuwszy znikąd zagrożenia, do żeru powrócił. Po krótkiej chwili zamarł aliści znowuż. W zupełnym bezruchu, wyprostowany, nozdrzami robiąc, wietrzył a kosmatego ucha nadstawiał. Przez wieki ostrzona czujność, ów instynkt przetrwania, któren pozwolił bykowi przeżyć w puszczy, przestrzegał go tera przed czymś, co nie było zwykłą częścią jego królestwa, a niebezpieczeństwo zwiastować mogło. Stojąc tak, dumnie wyprostowany a nieruchomy, dostojny, przypominał majestatyczny posąg, ucieleśnieniem piękna natury a jej potęgi będący. Jedynie szerokie jego uszy włochate, nozdrza i bursztynowoczerwone ślepia poruszały się nieznacznie, badając okolicę w poszukiwaniu owego niepokoju źródła. Niczego atoli zwierzę nie dostrzegło. Po długiej chwili, uspokojone, schyliwszy szyję porosłą grzywą wspaniałą, zachodzącą aże na gruby jego kark, ze łbem spuszczonym ku ziemi kontynuowało poszukiwanie pokarmu.

Jęk zwalnianej cięciwy dobiegł jelenia szybciej, aniżeli wypuszczona z łuku strzała. Potężne mięśnie zagrały pod skórą byka, któren, w mimowiednym odruchu żywot ratującym, rzucił się do ucieczki. Skacząc wysoko, coby rozłożyste poroże nie przeszkadzało w biegu, pomknął jeleń bezszelestnie, kiej cień, na ból nie zważając. Przesadzał zwinnie wykroty a pnie zwalone, by skryć się w bezpiecznej gęstwie lasu.

– Zaraza! – myśliwy zaklął pod nosem.

Że trafił, był pewien. Aliści wilgotne opary, unoszące się tego poranka bardzo długo, nie tylko znacznie ograniczyły widoczność, celowanie utrudniając. Również lotki strzały a cięciwa łuku, mimo ich natłuszczenia bobrowym kastoreum, nasiąkły wilgocią, odkształcając nieco tor lotu strzały a prędkość jej zmniejszając. Ponadto we mgle klucząc, myśliwy omal na zwierzę nastąpił. Był zbyt blisko, coby zmienić pozycję a próbować zajść je od boku, nie płosząc przepięknego okazu. Strzał był trudny, jeleń bowiem stał lekko obrócony ku niemu przodem. Miarkował se myśliwy, co z tego kąta nie uda mu się przebić płuc zwierzęcia. Miał aliści dużą szansę na poważne jego zranienie. Rozumował też, co przed zbliżającym się jarmarkiem, dostanie sowitą zapłatę za mięso, skórę i wieniec, a jak mało kiedy pieniędzy akuratnie potrzebował. Strzelił więc.

Przedarłszy się przez zarośla, po czasie dotarł nareszcie myśliwy do miejsca, kaj, wedle jego rozeznania, pasł się jeleń. Coraz szerszymi kręgami obchodząc, począł żmudnie okolicę przepatrywać. Przeklinając w duchu osobliwie gęstą mgłę, tracił z wolna nadzieję na znalezienie jakichkolwiek śladów posoki, przez zranionego rogacza ostawionych. Juże był gotów zaniechać tropienia, kiej na powalonym pniu, przez który snadź przesadził był jeleń, zoczył niewielką juchy plamę.

– Tędyś pognał... – mruknął łowca ukontentowany, bowiem zwątpienie we własne talenta myśliwskie juże go podgryźć zdążyło.

Usiadłszy na zwalonym drzewie a długi łyk wody z bukłaka upiwszy, przegryzł kawałkiem suszonego mięsa. W myślach oznaczył kierunek, w którym zamiarował tropić dalej. Sprawdził ekwipaż i ruszył, śladów pozostawionych przez jelenia pilnie wypatrując.

Gęste zarośla a mgła czyniły zadanie trudnym niemożebnie. Częstokroć mus mu wracać było, kołować a krążyć omackiem, coby od znalezionego juże śladu posoki, utrąconej piersią ogromnego byka gałęzi, lebo inszego jakiego tropu, szerokim zygzakiem idąc, znajdywać następne. Coraz też częściej przeklinał w duchu rosę, która, miast podnieść się, jako zwyczajnie bywało, cięgiem wisiała nisko, widzialność do kilku ledwie kroków ograniczając. Przeklinał jelenia, co silniejszym się był okazał, niźli zrazu myśliwy rozeznawał. Miast raną udręczony słabnąć, a przez to wolniej coraz uchodzić, czego znakiem zwykle były częstsze coraz a łatwiejsze do zoczenia ślady juchy, ów snadź wciąż uchodził chyżo. Przeklinał takoż siebie za spartaczony strzał, bowiem juże se wyrozumiał, co nieczysto trafił, prosto w szeroki tors zwierzęcia, w jeden z potężnych mięśni abo i kość, zaś rana najpewniej powierzchowną jeno była, zwiastunem czego był posoki ślad coraz rzadszy.

Brnąc przez coraz zwartsze a bujniejsze zarośla, po długim, daremnym poszukiwaniu, zgoła juże trop zagubił a orientację utracił, tyle aby se miarkując, co kawał czasu zejdzie, nim wyleźć stąd zdoła. Wściekał się na cierniste krzaki, co z każdym krokiem szarpały za łuk a kołczan, wędrówkę uprzykrzając niemożebnie. Jak ten rogaty potwór, ze swym wieńcem wielgachnym, poradził przebić się tymi chaszczami, przez które ledwie człek się przedzierał, zgoła nie pojmował, ani chybi, co byk go zmylić zdołał.

Udręczony, podrapany a markotny, poddał się nareszcie myśliwy. Z trudem oznaczając kierunek marszu, potykając się a złorzecząc w duchu, zawrócił, a taką miał przynajmniej nadzieję, pocieszenia upatrując w tym jedynie, co mgła podnosić się nieco wreszcie poczęła.

– Kurwa przeklęta ci macią! Psiajucha! – klął siarczyście, kiej, po bardzo długim przedzieraniu się z powrotem, znalazł strzałę, co nią strzelił do jelenia. Dziw, co łowcy krew nagła nie zalała, tak ci złość w nim zawrzała na daremność swych poczynań. Strzała leżała tuż obok przewróconego drzewa, kaj wprzódy pierwszy ślad posoki obaczył, a nie była złamana. Wyrozumiał se zatem, co wbiła się bardzo płytko i wypadła z rany od razu, kiej zwierzę w las czmychnęło. Niechby znalazł ją był wcześniej, nawet nie tropiłby jelenia, co nie podobna to, by takowe draśnięcie krzywdę jaką uczyniło dorosłemu bykowi.

Myśliwy spoczął na tym samym, co wcześniej, pniu, i jął rozpatrywać: wracać, azaliż spróbować coś jeszcze upolować? Zmęczony a zrezygnowany wstał w końcu i ku wyjściu z lasu się kierował.

Niebo właśnie był zoczył, co poprzez rzednący las się przebijało, kiej padliny smród obrzydliwy w nozdrza go uderzył. Myśliwską ciekawością wiedziony, podążył za odorem. Nie trwało to długo, kiej zdębiał. Oczom jego widok ukazał się tak potworny, co wnet o nieudanym polowaniu zabaczył. W obrzydlistwie rzygnąwszy szczerze prosto z trzewi na buty, w te pędy do wsi się rzucił.

 

Rozdział 4.

 

Wściekłe ujadanie psów w podwórcu zbudziło właściciela zajazdu Przy Rozstajach. Katosz, Szpetnym zwany, przezwisko swe zawdzięczał bliźnie paskudnej, twarz jego od brwi do żuchwy przecinającej.

– Kundle parszywe... – naciągnąwszy na łeb pierzynę, zły, zasnąć jeszcze usiłował. Ledwie mu się udało, hałas obudził go znowu. Do szczekania dołączyło głośne we drzwi łomotanie. Klnąc pod nosem, nasłuchiwał, czy aby żona w izbie obok śpiąca nie wstaje, aliści nie usłyszał nic. Rozeźlony, głośniej juże zaklął a na poły śpiąc jeszcze, z łóżka się wygramolił. Ciemniało, choć świtanie niedaleko juże było. Namacawszy lampę olejną, na szafce stojącą, zszedł na dół. Ujadanie psów i walenie nie ustawały.

– Idę! Czego tam! – ze złością zawołał, trąc kułakiem zaspane oczy a ku szynkwasowi człapiąc. Uzbroiwszy się w ćwiekiem gęsto bitą pałkę, podszedł do drzwi a odryglował je.

W progu stał człek pleczasty, w którym karczmarz poznał kapitana straży w położonym o dzień drogi mieście, Tumira Czermę. Głębiej w podwórcu, trzymając za uzdy rżące cicho a kręcące się niespokojnie konie, stało jeszcze dwóch ludzi. W słabym świetle latarni nie podobna było zoczyć, kim byli.

– Kiego czorta tak tłuczesz! Drzwi chcesz rozwalić? – odstawiając maczugę, rzekł karczmarz. Kapitana znał dobrze, toteż kłopotów żadnych się nie spodziewał. – Zachodźcie – gestem zaprosił do środka.

– Tak gości w zajeździe tera witasz? – przestąpiwszy przez próg, rzekł kapitan, pałę pod ścianą opartą wskazując.

– Czasy takie... – niechętnie mruknął oberżysta – Co się tera po gościńcach wyprawia, wiesz sam. Nie wiada, kogo czarty nockiem wiodą. Napijecie się?

– Rad bym – wszedłszy głębiej, gość ciężko opadł na ławę. – Te psy muszą się tak wściekać?

– Toć temu żreć im daję, coby ujadały, kiej się kto nocami po obejściu włóczy. Czego chcesz...

Rozgrzebawszy żar niedogasły w palenisku, dorzucił doń karczmarz kilka polan, które płomieniem zaraz się zajęły a w izbie zrobiło się jaśniej.

– A tamci? – karczmarz zagadnął o ludzi, co na zewnątrz przy koniach ostali. – Niechaj konie do stajni wstawią a przylezą. Parobka zaś mi szlag trafił, będzie juże z miesiąc, co zachlał kajś i nie wrócił. A może juże, psiajucha, wcale nie wracać. Na pysk go wywalę zbity i tak... Zara kobitę zbudzę, czegoś wam uwarzy – skierował się ku schodom na górę do alkierza prowadzącym.

– Nie potrza – gestem ręki wstrzymał go kapitan. – Piwa jeno daj, długo nie zabawię. A tamci niechaj czekają, sucza ich mać... Jam właśnie o tego twojego parobka rozpytać przyjechał. Kiej zniknął?

– A co znowu? – karczmarz, dzban z piwem a dwa drewniane kufle na stole postawiwszy, nalał kwaśnego, cuchnącego płynu i zasiadł. – Nie tłukłeś się przecie po nocy po to aby, co się uchlał znowu a tawernę jaką rozpirzył. Ostatnim razem jużem ci rzekł, co w rzyci go mam, a płacić za żadne szkody nie będę! Możesz go w żelazo zakuć, wypędzić abo i powiesić, za jedno mi! No, gadajże co! – ponaglił kapitana, któren długi łyk piwa akurat pociągnął.

– Tym razem nie w tym jest sprawa – skrzywiwszy się z obrzydzeniem, Czerma odstawił kufel a splunął plewą na podłogę. – Kiejście go widzieli ty abo twoja?

– To o co chodzi? – odstawiając swe piwo, Katosz takoż się skrzywił.

– Będzie wczoraj, co trupa jego znaleźli. W lesie Skrajnicznym, wedle rzeki – wbił kapitan spojrzenie w karczmarza, któremu naczynie przy ustach zamarło. – Dawno juże, kiej se polazł? Kiejście go widzieli?

– Nie miarkujesz chyba, co ja.. co my... – urwał.

– Nie miarkuję, bredni nie powiadaj – zapewnił go dowódca straży. – Wybadać się ano muszę, co zaszło i tyla. Rzekniesz co wreszcie? Kiejś go tu uwidział?

– Tumir – oberżysta zwrócił się do kapitana po imieniu. – Że parobkuje u mnie...

– Parobkował.

– Parobkował... – poprawił się Katosz cicho. – Żem wykupił go z ratusza kilka razy, to jedna rzecz. Rozum masz, to i miarkujesz sam, co trudno zgodzić parobka, co gnój przerzucać a drwa rąbać na tym zadupiu zechce. A i moja przywykła do niego, co dawno on juże z nami siedział. Nawet Alina oswoiła się z nim, a sam wiesz, co ona... – pomyślawszy o Alinie, urwał nagle. Dziewczyna małomówna była, od ludzi stroniąca, całe dnie ze zwierzętami w stajni przesiadywała, abo z dwoma wielkimi psami, co jej rozkazów jeno słuchały, po okolicy się włóczyła. – Ale gdzieżby taką rzecz uczynić...

Kapitan odstawił kufel, na dnie którego jeno breja zawiesista ostała, i piwa z dzbana sobie dolał, acz niechętnie.

– To wiem, rzecz nie w tym jest, atoli w tym, co zwiedzieć się muszę, co zaszło. Taka robota, wiesz sam – rzekł, unikając czemuś wejrzenia towarzysza. – Ciebie ostatniego podejrzewać bym mógł...

Zapatrzył się w mętną zawartość naczynia przed sobą, snadź coś tam se łbie ważąc. Myśli w końcu zebrawszy a golnąwszy tęgo, piwo odstawił i zmęczonym głosem zaczął:

– Katosz – tym razem dowódca straży zwrócił się imieniem do karczmarza, na powrót głęboko w oczy mu wglądając – twego parobka w lesie znaleziono, w obrzeżach Skrajnicznych, z flaków wybebeszonego a na kilka kroków rozwłóczonego. Ze łbem na miazgę roztrzaskanym. – Mimo światła słabego zoczył kapitan, co krew całkiem odeszła karczmarzowi z twarzy. – Wenter znalazł trupa, myśliwy ze Skrajnicy. Tylko co starego Karluka chłystek straże przy bramie do miasta zawiadomił, co koń wyskoczy pognałem z tamtymi dwoma – głową ku drzwiom wejściowym skinął – rozeznać się. Nie chciał mi miejsca pokazać myśliwy, tak strach a obrzydzenie go zdjęły. Upity na umór, o wilkach, duchach a zjawach jeno prawił, więcej nic. W Skrajnicy, przy puszczy, ponure a dziwne ludziska żyją, sam wiesz dobrze. Póki żelazem a lochem nie pogrozisz, a nie potrząśniesz, nikt ci nic nie rzeknie. Zabrzęczał trzos, to i w końcu ktoś nam z dali wskazał, kaj iść, coby trupa znaleźć. Pewnym był, co do zasranego zachodu błąkać będziem w tym lesie przeklętym. Wiesz, jaki jest ten chędożony bór. Atoli tako ci ścierwem biło z daleka, cośmy od razu go naszli. Rzekę ci, Katosz, padliną tak tam cuchnie strasznie, co zimowe kołacze wyrzygasz! – srodze przejęty, pociągnął Czerma kilka łyków piwa. – Na kroków kilka dziesiątek nie podleziesz. Sam poleźć musiałem, co tamci za nic się nie ważyli. Kiej te obesrańce w porciętach strach ich zdjął, Katosz. Niechby szarak im spod krzaka skoczył, zasraliby se portki a w las uciekli! Wszystkom wyrzygał, com w kichach trzymał, i przepatrzeć polazłem. Trup wypatroszony, kiejby go rzeźnik sprawił. Łeb na nic potłuczony, prosto krwawe błoto... Rozdziany do cna. Co to ten twój parobek, po palcach obciętych jenom poznał...

Przerwał kapitan a wspomnieniem przyciśnięty, głowę zwiesił.

Karczmarz siedział ponury a twarz jego, w miarę opowieści, coraz bledszą się robiła. Była teraz zupełnie biała. Zaciśnięta na kuflu dłoń zastygła mu w bezruchu.

Milczeli tak obaj czas jakiś, wejrzeniem niewidzącym w poplamiony blat wpatrzeni.

– Katosz... – słabym głosem zaczął Czerma. – Trupa robaki toczą, cuchnie padliną niemożebnie... gnije on tam juże czas jaki... – podniósłszy oczy na rozmówcę, ponownie spytał: – Kiejście go w zajeździe widzieli?

Zwiesiwszy ciężko głowę, snadź myśli zebrać próbując, siedział oberżysta. Milczący wciąż, podniósł się powoli. Wydobył zza szynkwasu gąsior mocnego samogonu a dwa gliniane kubki. Nalawszy, jeden przesunął ku dowódcy straży, sam zaś opróżnił zawartość drugiego. Dopiero naówczas, oczy na rozmówcę podnosząc, rzekł ochryple:

– Będzie miesiąc, abo i lepiej, jakeśmy go po skóry a mięsiwo do Wentera pchnęli. W kilka dni myśliwy sam towary przywiózł, to myślelim, co zaś gdzie zachlał – z głową zapadniętą w ramiona cicho gadał Katosz. – Do jarmarku wczas jeszcze, roboty wiela nie ma... zamiarowałem akuratnie wybrać się i kogo nowego zgadzać...

Siedział kapitan nieruchomy, na obracane w palcach naczynie z alkoholem patrząc. Wychyliwszy w końcu, ślepia podniósł i w blade oblicze karczmarza wejrzał. Oświetlały je pierwsze, nieśmiałe jeszcze promienie jutrzni, szczelinami w okiennicach do izby wpadające. Wraz ze świtaniem, w obejściu zapadła cisza. Psy juże nie ujadały, a słychać było jeno cichy trzask płomieni w palenisku a pomrukiwanie kocura, dużego a rudego, któren, pojawiwszy się skądś, ocierał się tera o nogi rozprawiających, atencji, lebo jedzenia się domagając. A pewnie jednego i drugiego.

Gdzieś w podwórzu zaspany kogut zachrypniętym pianiem obwieszczał dnia nowego początek.

Dowódca straży, nalawszy sobie a towarzyszowi jeszcze jedną porcję samogonu, odstawił gąsior. Wypili obaj, po czym grobowym głosem przerwał kapitan ponurą ciszę:

– Znalazłem przy nim to... – zza pazuchy wydobył gruby wianek, z mchu a jeszcze jakiejś rośliny napleciony. Wpatrywali się w niego teraz obaj. Obaj myśleli o tym samym. Wianek nie był zwiędnięty.

– Na bogów... nie myślisz chyba, co dziewczyna... – nie odrywając oczu od leżącego przed nim na stole przedmiotu, karczmarz jęknął słabo.

– Dajże pokój, Katosz! Nie myślę – uspokoił go Czerma. – Tamte juchy nie uwidzieli tego, co podejść się bali, jakom rzekł. Chciałem, cobyś ty obaczył. Tkwił w zaciśniętej ręce trupa. Jakem go wyciągał, zoczyłem te dwa brakujące palce, temum rozpoznał, kto on, co parobek twój. Inaczej nie badałbym go tak dokładnie, ni oglądał, tak tam cuchnie. Czym prędzej precz stamtąd iść chciałem.

Patrząc na zielony, misternie pleciony krążek, siedzieli obaj w posępnym zamyśleniu czas pewien, nie bardzo snadź wiedząc, co by rzec.

Przedłużającą się ciszę zaś przerwał kapitan:

– Katosz... – począł niepewnie, miarkując dobrze, co kochający córę karczmarz bez wahania zarąbałby każdego, kto ośmieliłby się jakkolwiek ją ukrzywdzić. – Może to być, co Alina... co ona to ostawiła...

– Milcz! – potężna pięść huknęła w blat, aże podskoczyły stojące na nim naczynia, a rude kocisko, wałęsające się czegoś tera po stole, czmychnęło spłoszone. – Miarkuj się, Tumir, bo za siebie nie ręczę!

– Ochłońże, do czarta! – rzekł mu zaraz Czerma. – Niczegom złego nie chciał! Może prosto być, że Alina uwidziała co? Słyszała? Sameś gadał, nie raz, a nie dwa, co cięgiem się włóczy po okolicy... Podobna to, co wiankiem pokazać chciała...

– Zawrzyj pysk, rzekę! – wstając gwałtownie, karczmarz ławę z trzaskiem przewrócił. Gęba jego zmieniła się, krwią nabiegła a w groźnym grymasie wykrzywiła. – Jedno jeszcze słowo wyszczekasz a kopidoł dwa trupy sprawiać będzie!

– Pomnijże, na kogo huczysz a komu grozisz! – podniósł się też kapitan, aliści wtem prowadzące do alkierza na górze drzwi rozwarły się a ukazała się w nich zaspana żona karczmarza, Sara. Zamilkli natychmiast obydwaj i na nią spojrzeli.

– Co się tam wyprawia? – przecierając oczy, sennym głosem spytała Sara. – To ty, Katosz? Co się tam tłuczesz po nocy! Gadasz z kim? Wrócił ten darmozjad, przechera? Niechże lizie do stajni, do koniów spać! Niech trzeźwieje! Jutro trza się z nim rozmówić! Tera wcześnie, Alinę zbudzicie, kiej się drzeć tak będziecie!

– Wszystko dobrze – drgającym z gniewu jeszcze, aliści łagodniejszym juże głosem odrzekł żonie Katosz. – Załatwione juże, wracaj spać....wszystko dobrze...

– A niech mi się ścierwo nie wyleguje do dnia. Wody trza nanieść a drew urąbać. Zara jarmark w mieście, wieprze trza będzie jutro rznąć a sparzać! – ziewnęła przeciągle Sara i zniknęła za drzwiami.

Przewróconą ławę postawiwszy, karczmarz usiadł a ciężko westchnął. Dowódca straży przelał resztkę mętnego piwa z dzbana do kufli.

– A dajże pokój temu świństwu – mruknął oberżysta i przyniósł drugi gąsior z samogonem, któren, choć smakował okropnie a równie mocno śmierdział, to mocny był a gardło przyjemnie przepalał. Uzupełnił kubki i przepili.

Znając Katosza, Czerma siedział, nic nie rzekąc, pomnym bowiem był, co tamtemu czas jest potrzebny, coby do spokoju mógł powrócić. Zaległą pomiędzy nimi tera ciszę pojedyncze szczeknięcia psa, dobiegające ich z podwórca, przerywały.

– Rozmówię się z Aliną...atoli wiesz sam, co najpewniej nic to nie da – w pusty kubek się wpatrując, westchnął karczmarz w końcu. – A te moje huki...

– O nic więcej nie zabiegam – dowódca straży przeprosin nie potrzebował, aże nadto rozumiejąc, co ciężko było Katoszowi, któren, prócz jedynej córy, więcej potomstwa nie doczekał. A ta dziwadłem się okazała. Gadać z nikim prawie nie chciała, do pomocy w zajeździe się nie kwapiła, za chłopcami nie wyglądała. Ci zresztą stronili od niej, cóż bowiem z tego, co śliczną była, jeśli wciąż latała po polach a łąkach, pilnowana przez dwa groźne psy, na krok jej nie odstępujące. – A o tym – wskazał na leżący pomiędzy nimi na stole wianek – my dwaj jeno wiemy.

– Dziękuję – wyciągnął karczmarz prawicę do towarzysza, któren, uścisnąwszy ją, podniósł się zza stołu i ku wyjściu kierował. – Jak się czegoś przewiem, do miasta pojadę, wieści ci przywiozę.

– Nie potrza – wychodząc na podwórze, odrzekł kapitan. – Mnie i tak trza będzie tu wrócić a urzędowo cię rozpytać. Sarę też. Nie ja przyjdę, kto inszy węszyć ci tu będzie. A i uszu mniej naokół tutaj, niźli w ratuszu – dodał.

– Bywaj.

Pożegnali się.

Stał jeszcze w progu karczmarz, przepatrując trzech strażników, którzy, koni dosiadłszy, przez bramę na gościniec wyjechali. Dopiero kiej jeźdźcy z oczu mu zniknęli, przeszedł na tyły budynku, w podwórzec. Wpośród jego nóg przebiegł rudy kocur.

Pod ścianą stajni, w błotnistej brei, będącej mieszaniną gnoju i gnojowicy, w towarzystwie dwóch ogromnych psów, głaszcząc je po ich wielkich łbach, nago siedziała Alina. Zaschnięte, rdzawobrunatne plamy pokrywały całe jej ciało. Na głowie miała taki sam wianek, jaki kapitan straży przyniósł przed chwilą.

Wpatrując się w Katosza błyszczącymi, ciemnofioletowymi oczami, uśmiechała się wyzywająco, zaś psy, wyczuwszy jego obecność, zawarczały groźnie, połyskując obnażonymi kłami.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania