Skrzydła
Leżysz na brzuchu, przebierając stopami w powietrzu, beztrosko, a jednocześnie jakbyś bał się dotknąć nimi ziemi. Zapach kwiatów jest tak intensywny, że czujesz go nawet na języku. Skórzany pasek zegarka przyjemnie wbija się w skórę nadgarstka, unoszącego się milimetry nad kartką. Pióro kreśli litery, które zawsze wyglądały tak, jak gdyby spieszyło się im bardziej niż tobie. Atrament wsiąka w kartkę, trochę zostaje też na twoich rękach. Z zadowoleniem oglądasz ubrudzone palce. Która to już strona? Kto by je zliczył. Być może leżysz tu od zawsze, od początku czasu. Być może zapisałeś już wszystkie kartki we Wszechświecie. Nieważne. Przed tobą leży pusta i cierpliwa, a ty nadal wiesz, czym ją zapełnić.
Zerkasz na zegarek. Cyfry na tarczy rozłażą się pod spojrzeniem, ale wskazówki zdają się pokazywać kilka minut po dziesiątej. Coś w twojej głowie delikatnie dzwoni na alarm - może to fakt, że całe twoje ciało skąpane jest w promieniach popołudniowego słońca. A może to, że trąciłeś kałamarz, rozlewając atrament na kartkę, koc, ziemię wokół. Macki czarnej plamy dosięgają trawy i łodyg pachnących upojnie kwiatów. Rozlewająca się wokół czerń przyciąga twój wzrok, ciągnąc go w bok, a za nim głowę i ciało - w koc, w kartkę, w ziemię. Zimną, twardą ziemię, wieczną zmarzlinę, gładką i śliską pod twoim policzkiem, jak wykafelkowana posadzka.
Nie jest lekko. Jest co najmniej bardzo nielekko. Szukasz słońca, patrzysz w górę i w tył, próbując złapać źrenicami choć trochę ciepłego złota. Ale wiesz, że na to nie ma już szans. Niestety, podłużne słońce nad lustrem ma zimny blask jarzeniówki. Wykończony ruszaniem oczami, odwracasz wzrok przed siebie. Z powrotem na ciemną, gęstą plamę bordowego atramentu sączącego się z twojej skroni.
Znów? Jedna ręka szuka krawędzi zlewu, druga ocenia straty na twojej twarzy i z boku głowy. Zdecydowanie przydałoby się odsunąć twarz od podłogi, szczególnie że wystający spomiędzy warg język dotyka brudnej fugi. Tak, znów, to nie pierwszy raz, ale trudno powiedzieć który. Na pewno pamiętasz jedno: wstać nie będzie lekko. Nigdy nie jest lekko. Przytłoczony nagłym ciężarem codzienności (czy noc też się liczy jako codzienność? skąd wiesz, że jest noc? która jest w ogóle godzina? czy każda myśl w twojej głowie musi kończyć się znakiem zapytania? skąd masz wiedzieć, jaki jest czas, skoro telefonu nie czuć w kieszeni, a w łazience nigdy nie było zegarka) bezskutecznie próbujesz usiąść. Nie jesteś pewien, czy kosmos wypełniony pierdyliardem gwiazd usiadł na tobie i pcha twoje barki od góry, czy może raczej uwiesił się i ciągnie je od dołu. Sekunda. Tak, zdecydowanie ciągnie.
No więc może inaczej. Obracasz się na brzuch, dłonie zmieniają plamę na podłodze z Rorschacha w Pollocka. Liczysz łupnięcia młotem w czaszkę, starając się wybrać moment pomiędzy nimi. Raz, dwa, trzy… Heroicznym wysiłkiem woli prostujesz ramiona, odrywając czoło od ~ziemi~ posadzki. ~Koca~. ~Kartki~. Co te słowa robią w twojej głowie? Warto się będzie zastanowić, jak poczujesz się w końcu trochę lepiej. Krawędź umywalki próbuje wyślizgnąć się z uścisku twojej dłoni jak zdradliwy przyjaciel. Trzymasz jednak wystarczająco mocno, by po chwili ujrzeć swoją rozbitą głowę w lustrze. Mogło być gorzej, myślisz, i ogrom twojego optymizmu prawie z powrotem zwala cię z nóg. Chwytasz plaster z szafki i ciągnąc za sobą jarzmo, gasisz światło i wracasz do sypialni.
Budzik. Nie jest lekko. Udaje się otworzyć tylko jedno oko, w dodatku nie jesteś pewien, ile trwał cały proces. Krzykliwy drań pokazuje siódmą dziesięć i stoi na szafce nocnej, gdzieś na horyzoncie. Zbierasz się w sobie i wyrzucasz w jego stronę dłoń. Chybia o kilometry, spadając z łoskotem w przepaść pomiędzy łóżkiem a szafką. Wzdychasz ciężko, wciągając rękę z powrotem na pościel. Trzeba się podnieść, albo nigdy nie zamkniesz mu japy. Dlaczego twoje wczorajsze ja ustawiło go tak daleko? Cokolwiek ciąży ci na ramionach, teraz jest o kilka kilo cięższe nawet niż wtedy, na kafelkach. Znów musisz przeturlać się na brzuch, inaczej nie wygrasz z grawitacją.
Sumienie każe posprzątać łazienkę, a ty każesz mu się zamknąć. Ręcznik na podłodze musi na razie wystarczyć. Wymieniasz plaster na skroni na nowy, parzysz się brązowym wrzątkiem kawy, popijając leki, które obiecywały, że noce takie jak ta nie będą się już zdarzać. W końcu mijasz maszynę do pisania zakurzoną tak, że nie widać już liter na klawiszach i zatrzaskujesz drzwi pomiędzy jedną szarą rzeczywistością a drugą.
Droga do pracy zawsze była długa. Ostatnio zrobiła się też ciężka. Wieje jeszcze mocniej niż wczoraj, idziesz pochylony do przodu, napierając barkami na żywioł. Przystajesz po drodze kilka razy, łapiąc się na tym, że przed każdym ruszeniem w dalszą drogę poprawiasz ciężar na plecach. Czy to kurtka tak ciąży, czy to ten wiecznie wiejący w oczy wiatr jest taki męczący? Ciche i nieruchome drzewa przyglądają ci się ze zdumieniem.
Wszyscy już są. Młody odwraca się od maszyny do szycia i wita cię z uśmiechem, niech go piekło pochłonie razem z tym jego entuzjazmem. Mogą przy okazji upomnieć się o zakład, ulicę, miasto i nawet o ciebie, tylko niech do diabła nie wsadzają cię z nim do tej samej celi. Kiwasz głową w odpowiedzi na potok słów, rzucasz kurtkę na krzesło w socjalnym i spieszysz się by zanurzyć się w uspokajającym, znienawidzonym rytmie. Dziś z rana gilotyna. Stal wgryza się w grube ryzy z łatwością. Układasz je równo. A1 w A2, A2 w A3, A3 w A4. Tu musisz się zatrzymać. A gdyby nakarmić maszynę jeszcze raz? A5, dwie syjamskie siostry stron rozdzielone na zawsze. I jeszcze raz, A6, sąsiednie wiersze, które już nigdy się nie spotkają. I jeszcze raz, A7, każde zdanie rozbite na dwa; tekst tego czy owego nieczytelny, niezłączalny. A8, A9, A10, strony jak trociny w tartaku.
Młody podjeżdża wózkiem po materiał, widzisz jak rusza mu się jadaczka, ale nie wiesz co mówi, chwała maszynom. Milkną dopiero podczas lunchu, więc młody rozkręca się jeszcze bardziej. Siada oczywiście obok ciebie, codziennie w tym samym miejscu, codziennie oślepiając cię refleksami słońca w szybce zegarka. Pyta o plaster na głowie, o pracę nad książką, odpowiadasz wymijająco na sam nie wiesz które pytanie, na co młody uśmiecha się ciepło i posyła ci prosto w oczy kolejnego zajączka. Wpycha sobie kanapkę do ust brudnymi od tuszu palcami. Nosi ten syf, jakby się nim chwalił. Wtedy słyszysz, że on właśnie skończył i coś o drukarni i czujesz falę gorąca i ostry ból w skroni i szybko wstajesz i nie dajesz mu w twarz miską, którą trzymasz w rękach.
Po południu łamiesz zeszyty zszyte przez młodego i kleisz grzbiety. Stukot maszyn brzmi jak jego głos. Ja skończyłem. Ja skończyłem. Ja skończyłem. Też decydujesz się skończyć, więc wychodzisz z pracy przed fajrantem, masz przecież kilka rzeczy do załatwienia przed piątą. Najważniejszą z nich jest dostać się do domu. Jak najszybciej, ale droga jest znów pod wiatr, pod górę. Haki wbijają się w barki, odwracasz się po kilkakroć, rozglądając się za broną, którą wleczesz za sobą. Docierasz do drzwi mokry, choć nie możesz sobie przypomnieć deszczu.
Wieczór przy odgrzewanych kotletach przerywa tylko co jakiś czas cichy jęk z pokoju przy drzwiach. Ledwo go słychać spod grubego dywanu kurzu, ale jednak trochę cię męczy, więc podgłaśniasz nieco telewizor.
Budzik. Nie jest lekko. Nie ma co dramatyzować, ale ta paskudna nielekkość może ocierać się już o ciężkość. Siódma trzydzieści. Ktoś musiał dwa razy włączyć ci drzemkę. Znajdziesz go i zabijesz, ale najpierw musisz wstać. Unieść głowę, podnieść ramiona. Nawet leżąc na brzuchu trudno to zrobić. Gdy w końcu siadasz na brzegu łóżka, jesteś zasapany i spocony. Nie masz czasu nawet na kawę ani piguły, wypijasz łyk wody i spieszysz do drzwi na tyle, na ile pozwala ci… co to jest do jasnej cholery? Odwracasz się z rosnącą wściekłością, ale twój wzrok pada na maszynę. Szybko wbijasz spojrzenie w podłogę, ale ona nic nie mówi. Rozumie cię. A może po prostu dała za wygraną. Idziesz do pracy powoli, krok za krokiem, mocno pochylony do przodu z dłońmi zaciśniętymi na barkach.
Młody dziś jeszcze bardziej nakręcony niż zwykle, pyta o coś, a może coś tłumaczy, entuzjastycznie kiwasz więc głową o pół stopnia i uciekasz do okładek, schować się pomiędzy kilkoma godzinami bezmyślności. Coś jednak przebija się do słodkiej nicości. Coś cię boli. Ramiona? Owszem, ale to nie o to chodzi. Młody. Młody cię boli. Rozglądasz się wokoło, ale młody stoi w przeciwległym kącie zakładu, zadowolony z siebie i pochłonięty pracą. Wracasz spojrzeniem na okładki, które oklejasz płótnem i widzisz go. Dwa słowa na grzbiecie, imię i nazwisko. Ciężar na barkach zwiększa się o tonę i twoje stopy zapadają się w gumolit na podłodze. Coś chrupie w lewym kolanie i klękasz z łoskotem. Młody podbiega i z troską kładzie ci rękę na ramieniu. Skórzany pasek zegarka dotyka twojego policzka. Wszystko w porządku. Może coś żołądkowego. Chyba pójdziesz dziś wcześniej do domu. Żeby jeszcze tylko dojść do mieszkania. Przy każdym kroku zapierasz się piętą w ziemi, przechylasz się do przodu i szarpiesz uczepiony barków ciężar o kolejne pół metra. Za tobą na chodniku ciągną się dwie linie kruszonego betonu, jak ślad hamującego pociągu. Przechodnie potykają się o nie, klnąc pod nosem.
Drzwi nie chcą się zamknąć, jakby framuga wypaczyła się kiedy przestąpiłeś próg. Trzaskasz i napierasz ciałem, aż w końcu zaskakują. Jeszcze tylko kilka kroków do salonu, krzesło w pokoju przewraca się za tobą, ale nie masz siły odwrócić się i sprawdzić czemu. Może to maszyna rzuciła je w twoim kierunku. Opadasz na kanapę przed telewizorem. Coś w środku trzeszczy głośno i dno uderza o podłogę.
Budzik. Jest ciężko. Leżysz niewygodnie na plecach, barki wbijają się głęboko w sprężyny materaca. Nie ma szans, nie wstaniesz dziś, możesz się nawet nie starać. Budzik piszczy gdzieś daleko, zaraz przy twojej rozbitej skroni. OK, poleżymy. Po co miałbyś wstawać? Po co oddawać kolejny dzień życia na zamykanie słów innych ludzi w pięknej oprawie? Możesz tu leżeć jak długo tylko chcesz, słuchając uspokajającego śpiewu budzika, i jęków maszyny z pokoju obok. Nagle szczypią cię oczy i wilgotnieją powieki. Nie. No tego nie będzie. Z piersi wyrywa ci się zwierzęcy ryk, a na czole pojawiają się żyły. Napinasz się cały i próbujesz wstać. Coś daleko pod ziemią chwyciło za… za co? Co to za jarzmo wisi ci u ramion? Ciągle krzycząc, podnosisz się, centymetr po centymetrze. Całe mieszkanie wstrzymało oddech i patrzy, co się będzie działo. Nawet budzik zamilkł, a może po prostu nie słyszysz go przez szum krwi w uszach i własny krzyk.
Siedzisz, dysząc i śliniąc się dziko. Obracasz się to w lewo, to w prawo, zarzucając ramionami i próbując dosięgnąć miejsca z jednej i drugiej strony, gdzie na plecach masz uczepiony ciężar. Jest. Masz to cholerstwo, trzymasz to w palcach, gładkie i śliskie jak kość. Uczepione gdzieś koło łopatki i długie, ciągnie się w tył. Gdybyś tylko mógł chwycić to dalej… dłoń przesuwa się po smukłej powierzchni, aż znajdujesz jakąś wypukłość, jak na końcu piszczela. Chwytasz porządniej i ciągniesz ku sobie. Jest tego więcej, jest dłuższe, kształt niknie pod kołdrą, szarpiesz więc mocniej, by wyciągnąć to spod łóżka. Pościel spada na ziemię, zaraz za nią leci materac, ale ty nie przestajesz. Masz tego coraz więcej, teraz możesz już wygodnie chwycić to obiema rękami, zabierasz się też za drugą stronę. Kościanego łańcucha wydobywa się coraz więcej zza szafek, spod zdjęć, spomiędzy sztućców w kuchni. Wszystko to ląduje na podłodze, gdy szarpiesz rozwidlające się teraz kształty, wyrywając je z coraz głębszych trzewi mieszkania. Klepki podłogowe trzeszczą i łamią się. Budzik umilkł, przygnieciony rozbitym telewizorem, a tobie jest coraz lżej. Krzyki wydobywające się z twojego gardła zaczynają coraz bardziej przypominać słowa. Jeszcze!
Łańcuchy są długie, ale też coraz cieńsze i jest ich coraz więcej. Prawie nie musisz już używać siły, wystarczy lekko pociągnąć, aby kolejne metry coraz bardziej misternych łańcuszków wysuwały się spomiędzy gruzów zrujnowanego mieszkania. W końcu czujesz, że możesz podnieść ramiona. Nie tylko ramiona, możesz też poruszyć nimi. Grubymi, tuż przy samych łopatkach, cieńszymi i rozwidlającymi się w gęstwinę dalej od ciała. Wypełniają sobą całe mieszkanie. Pot lekko chłodzi ci policzki, kiedy idziesz w kierunku drzwi. Skrzydła muskają klawisze cierpliwej maszyny do pisania. Otwierasz drzwi i wychodzisz na słoneczny poranek, rozprostowując skrzydła na lewo i prawo, wiele, wiele metrów w każdym kierunku. Szybko, póki znów jesteś młody. Zanim przypomnisz sobie, czemu je zakopałeś.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania