Ślad
"Na motywach przypowieści"
Stał przed gładko zagrabioną przestrzenią. W odległości dziesięciu metrów wyrastała drewniana wieża strażnicza, ze szczytu której przyglądał mu się beznamiętnie gruby esesman Kurt. Nie był złym człowiekiem. Rzadko kiedy uderzył któregoś z więźniów, czasem rzucił od niechcenia skórkę niedojedzonej pajdy białego chleba lub pstrykał w stronę wpatrzonych w niego mężczyzn dużym niedopałkiem. Dobry był z niego chłop, ale na warcie nie ma przeproś. Jeśli ktokolwiek postawiłby stopę na zagrabionej ziemi ,waliłby bez namysłu ze swego mauzera. Ordung musi być. Befehl ist befehl.
Od lat człowiek stawał tu po kolacji (o ile ten kawałeczek chleba wielkości dłoni z dodatkiem robaczywego sera, można nazwać kolacją). To był najważniejszy moment dnia, jego tarot, magiczna kula. Długo przyglądał się strażnikowi, a kiedy ten odwracał się na chwilę, stawiał szybko nogi na zagrabionym terenie. Patrzył na odbicie doskonale widoczne w zachodzącym słońcu i czekał w napięciu, ze zwierzęcym lękiem w oczach. Po dłuższej chwili ukazywało się odbicie drugich stóp tuż koło jego. Oddychał wtedy z ulgą i wracał radosny do baraku. Więźniowie patrzyli na niego jak na wariata - cieszyć się z czegokolwiek w tym przedsionku piekła? A on szczęśliwy kładł się na swojej pryczy, naciągał na głowę cienki koc rojący się od wszy (do odwszalni oddawali go co dwa tygodnie) i myślał o jutrzejszej misce zupy brukwiowej. Wiedział, że dopóki będzie ten drugi ślad Pan jest przy nim i będzie żył.
***
Kilka dni temu na placu apelowym, obok rosłego komendanta, ubranego jak zwykle w nieskazitelny, idealnie wyprasowany mundur, stali inni w takich samych czarnych uniformach. Na czapkach połyskiwała złowróżbnie trupia czaszka ze skrzyżowanymi pod nią piszczelami. Pod pachą ściskali listy obozowe. W mężczyźnie zaś ścisnęło się serce. Wiedział. Co roku przyjeżdżała specjalna komisja z departamentu obozów koncentracyjnych. Na rozwałkę szli najstarsi obozowicze – ci z najniższymi numerami. A on miał numer tysiąc trzysta jeden. Bardzo niski. Przez cztery lata jakimś cudem unikał rozstrzelania, ale wczoraj, podczas rutynowej zabawy ze strażnikiem na wieży, z przerażeniem zauważył coś strasznego. Po wskoczeniu na zagrabioną ziemię i szybkim powrocie nie było żadnych śladów! Nie było! Dopiero po chwili ukazały się, ale jakieś dziwne, wyjątkowo głębokie. I nie pojawiły się już żadne inne! Czekał i czekał, zobojętniały na reakcję strażnika, który może strzelić jak zobaczy naruszoną ziemię. Było mu to obojętne. Wiedział, co znaczy brak drugich śladów. Teraz będzie jego kolej. Pan go opuścił.
***
Od kilku dni sytuacja powtarzała się. Jutro będą rozstrzeliwać. Wskoczył z nadzieją i czekał. Nic. Po chwili ukazały się tylko pojedyncze, głębokie ślady. A więc jutro.
Drgnął. Ktoś niepostrzeżenie podszedł do niego z tyłu i położył mu rękę na ramieniu. Odprężył się, kiedy zobaczył innego więźnia. Gdyby to był esesman i ujrzał odciśnięte stopy, jutro wisiałby na pręgierzu i wył w takt uderzeń grubym bykowcem. Co ja bredzę – pomyślał – jutro to ja będę pod ścianą.
Więzień przyglądał mu się spod zaropiałych powiek. Jakoś tak dziwnie, aż po kręgosłupie przebiegły galopujące mrówki. Tamten milczał, a po chwili spojrzał na ślady na piasku.
- Co to? - zapytał, wskazując palcem.
Człowiek milczał wpatrzony w ziemię. Powie mu. I tak teraz nie ma to znaczenia. Najwyżej pomyśli, że zwariowałem, a może sam będzie wskakiwał, kiedy mnie rozwalą?
- Ślady – odetchnął. – Ale tylko moje. Zawsze były dwa. Ale Bóg mnie opuścił i zostały tylko moje. Jutro mnie rozstrzelają.
- Może nie.
Spojrzał na niego. Wariat jakiś? Nawet nie był zdziwiony moim wyjaśnieniem - przemknęło mu przez głowę - o nic nie pytał. Wariat. Przyjrzał mu się kątem oka. Tak samo jak on wychudzony, z pyszczkiem myszy, wystającymi kośćmi policzkowymi. Z oczu wyzierał głód. Wygolona głowa pokryta była licznymi strupami i bliznami.
Przesunął wzrokiem niżej - na przedramię mężczyzny. O Boże! Na przedramieniu był wytatuowany numer jeden. Było ich tu kilkadziesiąt tysięcy, ale nigdy nie słyszał, aby żył więzień z numerem jeden.
- Co, może nie? – zapytał drżącym głosem. Nieuzasadniona niczym nadzieja, powoli przesuwała się przez gardło, do żołądka, a potem w kierunku serca.
- Spójrz. – Mężczyzna przysunął mu swoje ramię przed oczy. Zamgliło na chwilę i nagle na skórze rozmówcy, człowiek zobaczył numer tysiąc trzysta jeden. Zacisnął powieki. Jak przez grubą watę dobiegał go głos.
- Ja jestem twoim Bogiem i dlatego cię ocalę. Ja nie mogę umrzeć, a ty musisz jeszcze żyć.
Gwałtownie otworzył oczy. Tamten uśmiechał się ciepło. Połatany pasiak wyglądał na nim jak najpiękniejsze szaty. Zwariowałem – pomyślał.
- Ale opuściłeś mnie! – krzyknął. – Od kilku dni są tylko moje ślady. Ciebie nie było. – Wyciągnął oskarżycielsko palec. – Zostawiłeś mnie - zaszlochał padając na kolana.
- Mylisz się – powiedział więzień kładąc mu rękę na głowie. – To były moje ślady...
- Jak to? To gdzie były moje!?
- Synu, to były moje ślady. Ciebie trzymałem na rękach. Dlatego odcisk był taki głęboki.
Komentarze (22)
Znam tę opowieść o dwóch śladach od mojej przyjaciółki ze studiów.
Była w niej mowa o śladach na plaży: gdy człowiekowi dobrze się wiodło - były ślady czterech stóp, gdy źle - tylko dwóch. To Bóg niósł wtedy człowieka na ramionach.
A ja chciałam o tym zagrabionym trawniku.
Każdy ma swój obóz koncentracyjny.
I choćby na ułamek sekundy, na milimetr sięgnąć w normalny świat...
Dlatego dałem w nagłówku, że na motywach.
Przystosowałem tę przypowieść do warunków obozowych, bo napisałem to kiedyś z okazji wyzwolenia Auschwitz, a to dzisiaj.
Taką teraz książkę czytam. O powstaniu itd. Opowieści powstańców. Relacja z pierwszej ręki.
Nie przepadam za tematyką wojenną, ale to jakoś przyjemnie się nawet czytało.
Dzięks :)
A jaki ma to związek z tym tekstem, Ewa? :)
Taka lektura raczej do wiersza pasowała.
Tematyczny. Wojna, obozy, ludzkie dramaty i inne historie. Nie gadaj, żem wyskoczyła jak Filip z...
Ciut... Tylko nie jojcz :)))
Gdzież bym śmiała!?
Dobry tekst. Działa na czytelnika.
A taki tekst bardzo na czasie...
Bardzo dobry tekst.
Jedna mała uwaga: "Befehl ist befehl". Skoro całe zdanie piszesz po niemiecku to musi to być:"Befehl ist Befehl".
Masz rację Marianie, to rzeczownik niemiecki.
Słabe...
Dawno cię nie było. Daj sobie klonie spokój.
W przeciwieństwie do twojego gniota, gdzie wszyscy zauważyli tragedię, u mnie jest zawsze odwrotnie.
I tego nie możesz znieść.
Betti chwali, a ty co? :)))
Wczoraj czytałem, ale dopiero teraz mogę to skomentować. Temat lekko na czasie, inspiracja inspiracją - moim zdaniem nie da się już napisać niczego oryginalnego, bo już na każdy temat już powstały całe tomiska, w różnym stylu i w różny sposób. Nie da się uniknąć kalk z twórczości innych lub też nie słusznie być o to oskarżony. 3000 lat istnienia sztuki swoje robi - o ile nie więcej.
Co do samego tekstu, lekko zajeżdża Coelho'szczyzną. lekko przerysowany wątek z tym, że najważniejsze rzeczy, są zwykle najbliżej nam ( wystarczy przeczytać "Alchemika"). Sam pomysł niezły, choć moim zdaniem można było zrobić to bardziej delikatniej, końcówka aż wali w oczy niczym armata, przez co moim zdaniem ( MOIM ZDANIEM - powtarzam, by nie było nieporozumień) traci na swojej naturalności. Ale sam pomysł naprawdę niezły. Gratki. 5.
Dzięki za koment Lakion.
Końcówka nie mogła być inna, bo tak się kończy owa przypowieść religijna.
Tyle, że tam się rzecz dzieje na plaży, a tekst jest króciutki.
Ja tylko dodałem fabułę z obozu i rozbudowałem znacznie warstwę psychologiczną.
Czy dobrze wyszło? Nie wiem.
Tekst napisałem ze trzy lata temu i podejrzewam, że dziś zrobiłbym to inaczej.
Dzięks za słowo.
To Ci Lakon z leksza dopitolił tą Coelho'szczyzną ;).
Mam trochę dystansowy stosunek do tego tekstu.
Sama wiesz, że to nie mój klimat :)
Że flaki niewyprute, ściany krwią nieobryzgane, a w wucecie nikt się nie seksi?
Ee, przesadzasz...
Tjeri Nooo, trochę tego by mogło być.
W końcu akcja nie dzieje się w pałacu.
Puchacz tja
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania