Ślady nie z tego świata

Pierwszą rzeczą, którą zaraz po przebudzeniu robił Jan – a w zasadzie Janeczek, ponieważ tak zwykła zwracać się do szczupłego chłopaka reszta mieszkańców wsi – było wypchanie sobie kiszek zatrważającą ilością białego napoju, potocznie zwanego mlekiem, lecz w Łazach nie wiadomo czemu określanego białym nektarem.

Nieraz obrywało mu się za często niepochamowany konsumpcjonizm. Nie przejmował się jednak tym zbytnio – pomimo niskiego wzrostu i przyjmowania solidnych porcji kalorii, wskaźnik na wadze łazienkowej pod naciskiem masy ciała jedynego syna Krystyny i Radosława ani razu nie przekroczył pięćdziesięciu kilogramów.

Jaglerowe (jeszcze wtedy nieoficjalnie) wiedli spokojny, wiejski żywot do momentu, gdy faktem stała się brzemienność ponadprzeciętnie wysokiej kobiety z domu Krasoń. Wtedy też Radek nie miał wyjścia i musiał uklęknąć – oddając tym samym życie w ciasne objęcia dorosłej egzystencji. Ze wszystkimi jej wadami i zaletami. W tak małej miejscowości odwrócenie się plecami od przyszłej rodziny było równoznaczne ze społecznym ostracyzmem. Z drugiej jednak strony – sąsiedzkie wsparcie we wszelakiej maści problemach było aż nazbyt obecne.

Ledwo mieszczący się w drzwiach, bujnie zarośnięty ojciec Janeczka przestał od kilku miesięcy odwiedzać człowieka mieszkającego w sprawiającym wrażenie opustoszałego gospodarstwie. Dom z numerem 98 znajdował się na końcu polnej drogi, dokąd pieszo Radek miał nie więcej niż kilka kilometrów. Od ogłoszenia wszem i wobec, że w drodze jest dziecko – właściciel drewnianej, rozpadającej się chatki przestał wchodzić z nim w głębsze dywagacje, dziczejąc coraz bardziej. Radosław czuł nieopisane pulsowanie w klatce piersiowej, wędrując krzaczastą ścieżką na koniec wsi i zbliżając się tym samym do porastających bujnie okolice dróżki ciemnych, nieprzeniknionych leśnych zawiłości. Wrażenie niedające się podporządkować do złej czy dobrej strony wachlarza ludzkich odczuć. Widział jednak gołym okiem, że stan zdrowia jego ojca pogarsza się i pomimo wglądu na łączącą ich przeszłość, nierad był swojej bezradności w tym aspekcie.

Już nikt nie chciał z nim doglądać cierpiącego na różnego rodzaju starcze przypadłości ojca. Nawet jego żona stwierdziła, że „już wcześniej był chory, na starość zdziczał, a po narodzeniu Janeczka dodatkowo zwariował”. Dlatego też był zmuszony samemu co jakiś czas odwiedzać garbatego staruszka i upewniać się, że żyje. Kluczowe jest słowo „był” – ponieważ od dobrych dwóch lat niemal codziennie wyręcza go w tym jego młodociany syn.

Nikt nie rozumiał, dlaczego tak dobrze Janeczek dogaduje się z ojcem Radka. Ignacy miał temperament – upust swoim częstym wybuchom gniewu dawno temu zwykł dawać na Radku, lejąc go i wyzywając w niebogłosy. Nie wspominając o obarczaniu młokosa za śmierć Teresy – pomimo fakt, iż wiedział, że matka dzieciaka zmarła pół roku po tym, jak sam został oddelegowany na wojskową emeryturę. Zamiast opiekować się chorowitą żoną, wolał angażować się we włóczenie po wsi z gromadą innych, post–mundurowych odszczepieńców. Codzienna gra w kości i picie do etapu utraty świadomości były na porządku dziennym.

Po śmierci matki Radka Ignacy przestał babrać się hazardem. Pił nadal, do czego już jego syn przyzwyczaić się zdążył. Poprzysiągł sobie, że co by się nie działo, on będzie lepszy ojcem dla swojego dziecka. Nie wyobrażał sobie bicia potomka oraz nie był zbytnio stanowczy jeżeli chodzi o kwestie wychowawcze – tutaj lepiej sprawdzała się Krystyna – lecz mądrość, jaką wyniósł ze stosów książek czytanych za młodu w zaciemnionym, strychowym pokoiku ze skutecznością przelał wraz z materiałem genetycznym na Janeczka.

Chłopak był bardzo dociekliwy i inteligentny. Tudzież tym bardziej zatrważający był fakt coraz częstszych jego wizyt u Ignacego. Starzec jednak zwykł czuć się znacznie lepiej w obecności młodzieńca. Zdawało się, że to właśnie wieść o przyszłych narodzinach Janeczka tak go zmieniła – stał się chorowity, posępny i niedostępny, utrzymując kontakt jedynie z Radkiem. Do momentu ukończenia przez swojego wnuczka szesnastu lat pogłębiała się w nim obcość i odmienność, której nawet nie starał się nazbyt tuszować. Gdy jednak młodzieniec osiągnął wiek bliski dorosłości, Ignacy zaczął odbywać z nim długie, wieczorne rozmowy i oprowadzać go po okolicznych terenach – bujnych w roślinność najróżniejszego rodzaju, co na obydwu liliputach zdawało się odciskać pozytywny ślad.

Finalnie państwo Jaglerowie stwierdzili, że skoro Janeczek nie zawala szkoły przez zasiadywanie się u dziadka, a dodatkowo Ignacy zyskuje na zdrowiu w obecności młodzieńca – to nie ma żadnych przeciwskazań, by ich pogłębiającą się relacje urywać. Z początku Krystyna martwiła się, znając mroczny cień jaki spadł na dzieciństwo jej męża, że starzec będzie uczył chłopaka niepoprawnych wzorców – a nawet nakłaniał go do picia i hazardu czy stosował na nim przemoc. Cierpliwym głosem Radosław oznajmiał wówczas, że te czasy u jego ojca minęły bezpowrotnie i nie ma się czym przejmować. Zapewnił, że będzie trzymał pieczę nad relacja swojego syna z Ignacym – wywiązując się z tej obietnicy coraz mniej rzetelnie.

To zapewne po dziadku Janeczek przejął nawyk picia białego nektaru oraz żarłoczności. Obydwaj byli niscy i szczupli – więc ich metabolizm musiał funkcjonować nadzwyczaj szybko. Od dłuższego już czasu wnuk i dziadek spędzali ze sobą szybko mijające popołudnia, dywagując przy misach pełnych mleka o sprawach mniej lub bardziej błahych. O etapie swojej mrocznej przeszłości – tej po opuszczeniu Białostockiego Pułku Rozpoznawczego – Ignacy nie mówił nic. Radek zakomunikował mu klarownie zawczasu: „nie wybaczę ci krzywd przeszłości, podobnie jak nie wymarzę twojej krwi we mnie płynącej. Na starość, prócz reumatyzmu i demencji, został ci praktycznie jedynie mój syn – lecz ani słowa o diable, jakim kiedyś byłeś. Pamiętaj!”.

Tak też, garbaty częstował wnuczka wszelkiego rodzaju opowieściami spod szyldu życia w mundurze. Opowiadał o planie dnia żołnierza – było ono jednak zbyt monotonne i przewidywalne jak na umysł młodego, żądnego wiedzy i przygód Janeczka. Pobudka, poranny rozruch fizyczny, następnie o 7:00 śniadanie, apel, szkolenie, obiad już po południu, potem nieco czasu wolnego i kolacja, po której przychodziła pora na prysznic i wieczorny apel. Gdy dodatkowo wspominał o sprzątaniu – potrafił zanudzić wnuczka do nieprzytomności.

Dlatego też, po pewnym czasie zaczynał wplatać w swoje sztampowe historie nieco pikanterii. Z początku celowo pomijał brawurowe akcje, w jakich uczestniczył wraz z innymi mężczyznami zaciągniętymi do woja. Nie chciał być może przestraszyć wnuczka charakterem opowieści lub też po prostu z powodu podeszłego wieku nie potrafił określić, które z nich były prawdziwe.

Patrząc jednak na reakcje i zaangażowanie niskiego chłopaka – nie sposób było pominąć fakt, że interesują go najbardziej tematy związane z ich bezpośrednią okolicą. Oczywiście, młodziak tym szerzej rozwierał oczy, im bardziej nieprawdopodobne słowa padały z ust Ignacego. Starzec, który przy wnuczku zwykł dziwnie zdrowieć z bólu stawów i demencji, odgrywał przed Janeczkiem przedziwne spektakle. To skakał po dębowej, nadjedzonej przez korniki ławce, to kucał i turlał się, to przyjmował pozy niemogące zakwalifikować się w znany ludzkości kanon figur.

Najciekawiej – zarówno dla Ignacego i Janeczka – robiło się wówczas, gdy garbaty zręcznym, rozpalonym przez poprzednie historie językiem wkraczał w tematy dotyczące jego zamierzchłych wypraw do Biebrzańskiego Parku Narodowego.

– Kiedyś to było, chłopcze. Pewnego dnia myśmy, to znaczy Józek i Tadek, zaraz po rannym apelu czmychnęli z jednostki w stronę krzaczastych, rosnących wysoko krzewów. Baliśmy się jak nic, że po nitce pójdą szepty do pułkownika. A wtedy sam wiesz – brał w momentach największego zaciekawienia Janeczka spory łyk białego nektaru. – Byśmy poszli pod pas komisji dyscyplinarnej, a następnie won z jednostki! A wtedy…

– Mów, dziadku, mów! – ponaglał go młody, kręcąc się na wciskającym w tyłek siedzisku.

Większość tego typu opowieści kończyła się mniej lub bardziej przewidywalną puentą. A to wyszli i wrócili, gubiąc po drodze część specjalistycznego sprzętu rozpoznawczego. To natrafili na inne grupy chcące opuścić jednostkę częściej niż zezwalały na to przepustki. Nieraz ze dwa razy zostali w końcu nakryci przez Vitalija – sowieckiego porucznika, oddelegowanego pod mundurem do LWP, pod którym pełnili służbę i który z niewiadomych do dzisiaj powodów nie podkablował ich do pułkownika.

Malutka część historii z czasem przybierała coraz to bardziej nienaturalny, niedający się przewidzieć charakter. Sam ich opis wydobywający się z ust Ignacego dziwnie zmieniał swoją barwę – i to rozpalało wyobraźnię Janeczka do czerwoności.

„Dziadku, opowiedz mi znów o tej grudniowej warcie w sylwestra na skraju parku! Dziadku, dlaczego w okolicach Wilczej Góry nikt nie chciał pełnić służby? Dziadku, jak to jest uciekać przed czymś, czego się nie widzi, a jedynie słyszy? Dziadku, czy aby na pewno byłeś wtedy w pełni rozumu, widząc chylące się ku ziemi, kolorowo szpetne olsze, a między nimi, tak jak to mówiłeś, ślady nie z tego świata?”

Najgorsze było ostatnie pytanie. Resztę dało się puścić obok uszu lub też odpowiedzieć wymijająco.

Po co garbaty wspominał o „śladach nie z tego świata”? Kto go wie. Mógł to zrobić celowo, bądź też demencyjny umysł nie potrafił oddzielić imaginacji od prawdy. Niemniej jednak, hasło rzucone przez Ignacego zadziałało jak zapalnik w głowię młodego, zastępując większość styków w mózgu odpowiedzialnych za racjonalne myślenie swoistą rurą PCV, przez którą zezwolenie na przepływ miały jedynie najbardziej wyimaginowane, ohydne i niedające się pojąć ludzkiemu umysłowi podszepty.

Chciał wiedzieć więcej i więcej. A starzec – wierzyć bądź nie jego słowom – odpowiadał:

– Nieważne, wnuczku. Nic takiego nie miało miejsca. Musiało mi się pomylić z chodem leśnej zwierzyny czy tym moich ówczesnych współtowarzyszy broni.

Jego tłumaczenia jednak nie miały siły przebicia. Gdy pierwszy raz wspomniał o tym, co widział w rozjaśnionej przez nienaturalnie bijącej promienie słońca polanie – na twarzy pojawił mu się ledwie zauważalny przebłysk eterowego strachu, zaraz skorygowany faktem pogłębiającej się (chodź sytuacyjnie polepszonej obecnością Janeczka) utraty zmysłów.

Obydwaj jednak czuli niedającą się opisać więź. Starzec, niczym frachtowiec przywiązany do portu w Odessie, znalazł po wielu latach przystań, do której mógł dobić i odsapnąć – odzyskując nieco młodzieńczych sił i zmysłów. Janeczek natomiast, pełniący rolę portowej opoki dla wymęczonego wieloletnim błąkaniem po wodach statku, korzystał z cumowanego łączenia, by odkryć nieznane i nieopisane nigdzie indziej historie, pisane często krwią, doświadczeniem i szaleństwem – a gromadzone w najgłębszych zakamarkach maszynowni starego okrętu.

Nadszedł wiec czas, gdy młodzieniec kompletnie przestał słuchać zwierzeń dziadka na temat swojej przeszłości – z wyjątkiem tych odnoszących się do tajemniczych, fosforyzujących śladów – których jednak na tamten moment praktycznie nie było. Nalegał na coraz to bardziej wahającego się Ignacego, by ten przemógł się i rozwinął tę ewidentnie najbardziej zagadkową historię życia.

– Dziadku, opowiedz, proszę! Przecież nic się nie stanie. Pokaż mi, gdzie to było, możemy się tam przejść. Mieszkamy przecież tak niedaleko parku, że cała ta historia stoi przed nami otworem!

Tego Ignacy bał się najbardziej. Wiedział doskonale, jak pewnie rzeczy – raz wryte w pamięć, niczym udarowo wwiercone śruby w ścianę – nigdy nie opuszczą swojego nowego lokum.

– Nie wiesz, o co prosisz, Janeczku. Zresztą – przerywał, jak to miał w zwyczaju, w momentach najwyższej, emocjonalnej dawki. – Musiało mi się to wszystko przyśnić. Już stary jestem, nie do końca wiem, co jadłem wczoraj na śniadanie, a ty starca z demencją prosisz o takie dziwy.

Pewnego promienistego dnia, gdy Janeczek wracał z rodzicami z niedzielnej mszy, do jego umysłu ponownie wdarł się temat tajemniczych śladów. Już mniej było okresów, gdy myślał o czymś innym niż zagadkowa, unikana przez dziadka historia. Pragną dowiedzieć się, co wtedy miało miejsce w parku – i jaki wywarło to efekt na doświadczających tego dziadku, Józku i Tadku.

Miał jedną opcje – musiał przekonać Ignacego – a w zasadzie postawić go pod ścianą, spod której ruchliwy ostatnimi czasy starzec nie mógłby zbiec. Jeszcze kilka lat temu spytałby dwóch towarzyszy dziadka „co się wtedy działo w Biebrzańskim Parku Narodowym?”, lecz dobrze wiedział, że emerytowani żołnierze mogą mieć nierówno pod sufitem. W końcu nie raz słyszał opowieści o nich i Ignacym. O tym, co działo się, gdy opuścili jednostkę. Trzymał to wszystko dla siebie, wiedząc, że ojciec nie byłby rad ze świadomości przenikliwego umysłu syna w tym aspekcie.

Pomimo faktu nie do końca dosadnej i trafnej znajomości przeszłości dziadka, Janeczek wysuwał jego właśnie niejako na piedestał. Najpierw był on – Ignacy. A potem ci zafajdani, robiący pod siebie w ostatnich tygodniach życia Józek i Tadek.

Ignacy nie mógł się mylić i młody wiedział, że przypadku w słowach garbatego nie sposób się doszukać. Szansa na to, że dziadek po tym, jak w oczach zyskuje fizycznie i umysłowo na kontakcie z wnuczkiem, palnie coś wyssanego z palca – była według chłopaka nie większa niż to, że koniec świata według kalendarza Majów faktycznie nastąpi 21 grudnia 2012 – pomimo, że wedle tego samego zbioru liczb miał nastąpić już niejeden raz w przeszłości.

Tak więc po dniu Pańskim, w okolicy południa młodziak zawiązał nadzwyczaj mocno sznurówki w wysłużonych trampkach, ubrał ciepłe, luźne dresy i jaskrawą, okalającą go dokładnie bluzę. Do plecaka wpakował dwie kanapki z dżemem wymieszanym z twarogiem (robionym oczywiście z białego nektaru), mleko, latarkę ojca z piwnicy, kompas pożyczony od kolegi Maksa i zapałki. Upewnił się, że telefon ma naładowany – chodź akurat tam, gdzie planuje wyruszyć, smartfon nie przyda mu się na wiele. Oznajmił rodzicom, że wróci, a oni widząc, że targa ze sobą butelkę jeszcze ciepłego mleka, nie mieli pytań, gdzie, po co, ani czemu znów tam idzie. Wszystko było jasne.

– Dziadku, hej, dziadku! – stukał w zaryglowane drzwi starca zaraz po tym, jak wbiegł na jego podwórko. – Dziadku! To ja, Janeczek. Słuchaj, idę tam, tą ścieżką, na która tak lękliwie spoglądałeś, gdy mówiłeś o dobrze wiesz której opowieści. Pójdę nią sam, bądź z tobą. Czekam dwie minuty!

W umyśle chłopaka od razu zrodziła się pewna myśl, podsunięta przez gadzi, przedwieczny ośrodek mózgu, mający za cel chronić człowieka przed podstawowymi zagrożeniami życia codziennego.

Co będzie, jeśli starzec nie wyjdzie z chatki i pozostawi chłopaka samemu sobie?

Minęła minuta, a młody zaczął niecierpliwie tupać trampkiem o drewniane ławeczkę na werandzie. Zaczął liczyć upływające sekundy w głowie, celowo odmierzając je wolniej, niż robiłby to zegar.

30…20…10…

On nie wyjdzie.

5…4…3…2…1…

– A więc idę!

Chodź nie łatwo w takich momentach rozpoznać barwę swojego głosu, to Janeczek miał świadomość, że lęk penetrujący mu trzewia nieopisanymi igłami, przebił się wraz z załamanym nienaturalnie głosem na zewnątrz.

Ruszył w stronę spróchniałej, brązowej furtki na końcu posiadłości dziadka. Chciał chwycić za klucz w zamku, przygotowując się, że będzie musiał mocniej przekręcić – w końcu dziadek od wielu lat nie używał tej ścieżki, przez co zamek mógł być zardzewiały. W tym wszystkim zapomniał jednak, że furtka jest na zasuwę. Odsunął ją wiec z lekkim, penetrującym z wolna uszy zgrzytem i pchnął drzwiczki.

Ociągał się z przejściem na drugą stronę jak tylko mógł. Ciągle liczył, że Ignacy nie pozwoli, by on – młody, niski i nieznający terenu chłopak – zapuścił się w tajemnicze, owiane legendarną grozą wśród nielicznych, rejony.

– Chrzanić to, idę sam – splunął w rosnące przy płocie, rozjaśnione blaskiem słońca jeżyny i szybkim krokiem ruszył w stronę zakręcającej w półmroku dróżki. Gdy przeszedł kilkanaście metrów, nie zdawał sobie sprawy, że korony niezliczonych drzew tak efektywnie kamuflują próbujące przebić się przez ciemnozielone listki światło.

Było ciemniej, niż sądził. Było ciemniej, niż powinno być.

Wtedy też usłyszał ciche charczenie. Stanął i odwrócił się na pięcie. Nic.

– Pewnie jakaś zwierzyna – wzruszył ramionami, lecz nie ze zdziwienia, a z przestrachu.

Gdy pokonał pierwszy zakręt, ujrzał w oddali coś, co zlękło go bez liku. Gdy ubrany w długie, znoszone dżinsy i polową, dawno niepraną koszulę cień podniósł się z powalonego pnia drzewa i skierował w jego stronę, Janeczek o mało nie dał nóg za pas.

Co to takiego? Kroczyło w jego stronę wolno i stanowczo, lecz było za daleko, by młodzieniec mógł to rozpoznać oraz za blisko, by próbować uciekać.

Po chwili do jego otumanionej głowy dotarł pewien niuans. To coś było mężczyzną. Podstarzałym, zgarbionym mężczyzną i miało na imię Ignacy.

– Dziadek! – z euforią krzykną młody, natychmiast zakrywając usta dłonią, tak jakby mając świadomość, że jakieś dziwnie, nieprzeniknione siły mogą dosłyszeć jego wrzask.

– Tak, ale nie krzycz. Wiedziałem, że tu przyjdziesz. Czekałem na ciebie. Wiele się zmieniło, ale sam nie mogę uciekać dłużej przed tym, co nieuniknione. Za mną.

– Skąd wiedziałeś? Stukałem, pukałem, a ty…

– Nie było mnie w domu. Zresztą, nieistotne już. Za mną, chłopcze.

Młody z tonu głosu garbatego domyślił się, że nie ma sensu zagłębiać tematu szóstego zmysłu. Bóg jeden wie – albo siły z przeciwnego bieguna mocny – skąd Ignacy wiedział, że właśnie dzisiaj, o tej godzinie i tutaj napotka Janeczka.

Koneserzy wyrobów mlecznych wnikali coraz bardziej w zbiorowiska roślinne nieprzeniknionych w całości rejonów Biebrzańskiego Parku Narodowego. O ile wejście na teren leśnego kompleksu od strony posesji garbatego było przyprószone kilkoma dłużącymi się z każdym metrem cieniami – to i tak nie generowało to przestrachu większego, niż obiektywnie powinno. Zdawać by się wręcz mogło, że wrota parku od strony działki zachęcały wręcz swoim na przekór dwuznacznym charakterem do wizytacji. Wyglądały w końcu całkiem normalnie – a ich wizualny charakter zaczął się mieć nijak do tego, jak po blisko trzystu metrach prezentowała się Kotlina Biebrzańska.

– Dziadku, a czy…

– Ciszej mów. Tutaj – wzdrygnął się, nie wiadomo, czy pod pływem niewyjawionych w głowie myśli, czy też z powodu niezdarnego uniknięcia torującej drogę olszy czarnej. – Trzeba mieć się na baczności.

Wkroczyli właśnie w bagnisty rejon lasu olszowego. Ich buty zaczęły chlupotać w stojącej tu przez większą cześć roku wodzie. Promienie słońca ociężale spoczywały w górnej warstwie korony drzew – pozostawiając sponiewierane, wygniecione i namokłe do granic możliwości runo leśne samemu sobie. Zdawać by się mogło, że do tego typu struktur naturalnych blask naszej gwiazdy powinien z wolna się przedostawać. Niemniej jednak, z niewiadomych logicznemu, niebotanicznemu umysłowi, liście brzóz, jesionów, sosen i oczywiście olszy z nienaturalną wręcz efektywnością tłumiły zapędy czerwonego, ognistego potwora.

Do uszu Janeczka ponownie doleciał dudniący tym razem odgłos charczenia. Obejrzał się wokół, kręcąc szybko na pięcie – nic nie dostrzegł. Spojrzał na dziadka i już miał mu wspomnieć o swoich obawach, gdy Ignacy zatrzymał się i wskazał palcem odległy w tle punkt.

– Tam, widzisz prześwit? – Janeczek odpowiedział twierdzącym skinieniem głowy.

– Patrz teraz tutaj.

Dziadek kucnął i pociągnął za bluzę chłopaka. W niewysokich higrofitach wyglądali jak dwaj nieumiejętnie skradający się zwiadowcy. Jak tylko garbaty wskazał mu odciśnięty na madzie rzecznym ślad, skurcz wstrętu i strachu przeszył trzewia młodzieńca. Jednocześnie poczuli nieopisany dotąd zapach, powoli przechodzący w odór nadgniłej leszczyny oraz rozkładającego się ciała.

– To właśnie ten ślad. Pamiętasz, jak…

Janeczek przestał słuchać dziadka. W całości pochłonęła go obserwacja niedającego się określić kształtu na ciemnym, podmokłym gruncie. Gdy odsunął kilka większych kamyków, mógł w całości oddać się hipnotycznej wręcz analizie długiemu na metr i szerokiemu na pół odciskowi kończyny. Nie przypominała ona jednak kształtem jakichkolwiek mogących powstać w tym rejonie tropów. Łoś? Nawet tak potężne i rosłe zwierzę nie mogło pozostawić po sobie spuścizny tak rozległej i ohydnej w swoim nieprzeniknionym charakterze. To coś zaczęło z wolna bić fosforyzującym się światłem. Młody z otwartą gębą obserwował, jak na jego oczach dzieją się rzeczy nieprzyśnione nigdy fizykom. Nie przeszkadzał mu nawet dojmujący zapach rozkładu, który coraz efektywniej nęcił nerw węchowy.

Nagle zielonkawy blask począł rozprzestrzeniać się. Z wolna ujawniały się kolejne – dotąd niedostrzegalne przez panującą tutaj ciemność – ślady, prowadzący do wcześniej wskazanego przez Ignacego miejsca.

Janeczek właśnie zdał sobie sprawę, że zostawił swój plecach w miejscu, gdzie spotkał dziadka. A bez wątpienia latarka czy kompas mogły okazać się przydatne. Chociaż z drugiej strony, garbaty znał te tereny jak własną kieszeń i jeżeli on nie przysposobił się w tego typu narzędzia, to mogły one finalnie okazać się zbędne.

– Hej, chłopcze. Chodź.

Szarpnięciem za dłoń wyrwał go z letargu. Głowę chłopaka od dłuższej chwili penetrował dający się zrozumieć strach – lecz co za cholerstwo mogło zostawić po sobie tak szpetne i niewyjaśnione ślady?

– Szybciej.

Poczuł, jak stary o mało nie wybił mu barku. Nagle, nie widzieć kiedy – zaczęli biec w stronę rozszerzającego się otworowi światła, a ślady nie z tego świata zaczęły coś za nimi materializować – tak strasznego i cuchnącego, tak odległego w swej bliskości, że nie sposób było obrócić głowę choćby na centymetr.

Nagle wpadli na wielką, rozświetloną przestrzeń. Janeczek momentalnie uświadomił sobie, że to jest miejsce, o którym wspomniał mu wcześniej dziadek. Zza ich pleców dobiegał odgłos chlupoczącego tupotu, a torfowiskowego typu przestrzeń okalająca początkowy rejon pozbawionej drzew i porośniętej roślinnością zielną polany zdawała się wybawczo, wręcz dojmująca zawładnąć nad ich wszelkimi zmysłami. Zaczęli się odwracać. Bardzo powoli.

Kątek oka Janeczek zauważył, że dziadek coś do niego krzyczy. Nie był w stanie dosłyszeć jednak co – zbliżająca się nieubłagalnie obecność tego, co biegło w ich stronę wypełniała całą, świetlistą polanę zielonkawą poświatą.

Chłopakowi udało się w pewnej części na moment zwalczył wirusa, który owładną jego motorycznymi funkcjami. Był w stanie zerknąć jedynie pod siebie – już w połowie odwrócony – gdzie dojrzał obok swoich wymazanych leszczyną trampków idealnie wręcz odciśnięty kształt. Z większą precyzją i pogłębiającym się, irracjonalnym w tym wypadku zachowaniem – zaczął wchodzić w odmęty śladu. Chwilę potem coś zadudniło kilka centymetrów obok dwójki mlecznych ludzi – tak, że o mało się nie przewrócili. Nie wiedzieli jednak, czy obecnie doświadczane przeżycia są efektem snu, czy rozwoju najohydniejszych – ale dziejących się naprawdę – scenariuszy.

Nie miało to jednak już znaczenia. Nic nie czuli, nic nie mogli i nic nie wiedzieli prócz tego, że ślady nie z tego świata potrafią zmaterializować się w tym świecie.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • anat 4 dni temu
    Opisy kpiarsko-górnolotne psują treść "dzieła". Np. "było wypchanie sobie kiszek zatrważającą ilością białego napoju, potocznie zwanego mlekiem" . "Biały nektar", "niepohamowany konsumpcjonizm", "przyjmowania solidnych porcji kalorii", "faktem stała się brzemienność ponadprzeciętnie wysokiej kobiety"-barokowość w opisie. "czy tym moich ówczesnych współtowarzyszy broni."?
  • PawelRzeszowiak 4 dni temu
    Dziękuję za komentarz. Opisy górsko-wojskowe zostały niejako "wplecione" do opowiadania na potrzeby konkursu, na który jednak nie zdecydowałem się wysłać pracy.
  • Piotrek71 4 dni temu
    Dobre, podobało mi się, klimacik. 5/5
  • PawelRzeszowiak 4 dni temu
    Miło mi to czytać :) Dziękuję.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania