Słońce leniwie ogrzewało bezchmurne jesienne niebo

Słońce leniwie ogrzewało bezchmurne jesienne niebo. Siedzieli na werandzie o wpół do piątej po południu, przysłuchując się szumowi leśnego szelestu opadających liści. Onufry podniósł do ust filiżankę herbaty i z przymrużonymi oczami posmakował gorącego napoju z rozgrzewającej lipy z dodatkiem miodu, goździków i kardamonu. Basieńka poklepała go po nodze i uśmiechnęła się zaczepnie:

- I co Frycek? Mówiłam, że Ci się tu spodoba. To takie ciche miejsce, pięknie położone na jedynym w okolicy wzgórzu. Chatka od lat czekała właśnie na takiego właściciela jak Ty.

- Tak - odparł powoli Onufry - myślę, że zostanę, tylko będzie mi trzeba sprawić jakieś dobre towarzystwo i oczywiście obrotną gosposię - mrugnął do Basi.

Frycek, jak nazywała go cała rodzina, był już mocno po sześćdziesiątce i swoje przeżył, czym uwielbiał dzielić się z wnukami, a także z nowo poznanymi ludźmi, był bowiem bardzo gadatliwy, przyjazny i towarzyski. Przyjeżdżając na wieś do Tomochół, miał nadzieję, że zapomni o niedawnej śmierci ukochanej żony, z którą spędził ponad połowę swojego dorosłego życia i najpiękniejsze chwile we dwoje. Spakował się z pomocą córki i zięcia, zamknął drzwi do wielkomiejskiego mieszkania na klucz i z westchnięciem przykleił na drzwiach dużą białą kartkę z telefonem i adresem nowego miejsca zamieszkania - tak dla sąsiadów, listonosza czy dalszych znajomych, których nie zdążył poinformować o swojej nagłej decyzji. Frycek wyrwał się z zamyślenia:

- Basiu, przywieźliśmy z Krakowa mnóstwo chrupiących przysmaków, czy mogłabyś rozpakować puszki z napisem "Od Marysi na drogę" i przynieść co tam ciocia napiekła? - jak zwykle poprosił tonem, któremu nie można było odmówić.

- Oczywiście, już lecę, też zgłodniałam - Basia poderwała się z bujanego fotela z rogu werandy i momentalnie zniknęła w ciemnościach domku.

Po chwili Basieńka przyniosła cały duży deserowy talerz ciasteczek. Ulubione ciasteczka Onufrego zwane przez wszystkich magdalenkami, wyglądały jak odlane w prążkowanej skorupie muszli. Basia ledwo zdążyła postawić je na szklanym blacie werandowego stolika, a już po ciasteczka wyciągnęły się męskie dłonie - jej ojca, Frycka i jej męża Grzegorza. Frycek miał swój rytuał, najpierw połamał ciasteczka na kilka kawałów, potem położył pierwszy z nich na łyżeczce od herbaty i podniósł do ust łyżeczkę, w której rozmoczył kawałek magdalenki. W tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciastka dotknął jego podniebienia, zadrżał, czując, że się w nim dzieje coś niezwykłego. Owładnęła nim rozkoszna słodycz, odosobniona, nieumotywowana, jednocześnie tajemnicza i taka jakby znajoma. Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mu się obojętne, klęski, niepowodzenia jego błahe, krótkość życia złudna... Zadał sobie pytanie, co to może być ów nieznany stan, nieprzynoszący żadnego logicznego wytłumaczenia, ale dający oczywistość szczęścia, realności, bycia tu i teraz w tej dosłownej chwili? I nagle wspomnienie zjawiło mu się jak żywe. Ten smak, to był smak magdalenek jego babki Kleopatii. W tym właśnie momencie postanowił, że zostaje w domku na wzgórzu, dokładnie też wiedział już, co go pochłonie na długie jesienne i zimowe wieczory.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Bożena Joanna 2 miesiące temu
    Nowa odsłona snów, nowa sceneria i magdalenki, co nadają nowy kierunek i radość życia.
    Pozdrowienia!
  • D.E.M.O.N 2 miesiące temu
    tak :)
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Po przeczytaniu zrobi się ciepło w okolicach serca. Afirmacja życia, przez weterana, który niejedno już widział jest budująca. Pozdrawiam serdecznie :)
  • D.E.M.O.N 2 miesiące temu
    dziękuję :) cieszę się, że rozgrzałem w te już październikowe, chłodne dni :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania