Słońce z Apteki.
W żyłach mi płynie sztuczne słońce z apteki
słodko-gorzkie krople w metalowej rzece
czasem rozpalą w głowie czerwone daleki
a czasem gasną nagle w lodowatej świecy
Raz jestem burzą w klatce z napiętych kabli
iskra w gardzieli, wilk z odsłoniętym kłem
słowa jak kamień lecą w stronę ludzi nagle
a gniew jak ogień drapie w rozedrgany pień
Lecz nim się zdążę w gniewnym huku rozproszyć
pęka to wszystko jak cienki lód na wodzie
i zamiast furii w oczach zaczynam przepraszać
jak deszcz jesienny stoję w skruszonym chłodzie
Potem na chwilę przychodzi cisza łagodna
jak letni wiatr co uspokaja jeziora
mówię spokojnie, twarz mam prawie pogodną
jakby w mym sercu zgasła na moment wichura
Lecz gdy wśród ludzi stanę pod ich spojrzeniami
wstyd jak mgła gęsta otula moje kroki
i chowam wzrok przed obcymi oczami
jak cień co szuka w murach bezpiecznej zatoki
Więc płynę dalej w tej chemicznej pogodzie
gdzie gniew i skrucha zmieniają się bez ostrzeżeń
a moje serce jak łódź na wzburzonej wodzie
szuka spokojnych, prawdziwych wybrzeży.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania