Ten, co nie rzuca cienia
Działo się to na początku ubiegłego wieku, na Kresach. Babcia opowiadała to zawsze tym samym cichym głosem, jakby bała się, że ktoś podsłucha.
Zima była wtedy szczególnie zła. Dziadek, dotąd mocny jak dąb, zaczął gasnąć przy kominku. Dni całe siedział owinięty kożuchami, grzał sine dłonie i szeptał pacierze – nie wiadomo już, za siebie czy za tych, co zostają.
W izbie pachniało dymem, żywicą i mokrą wełną. Światło wpadało blade, odbite od śniegu, i prawie nie docierało do kątów.
Wtedy zaczął przychodzić.
Codziennie około południa. Czarny surdut, czarne palto, czarne rękawiczki – wszystko jakby wyjęte z trumny, a jednak schludne. Siadał naprzeciw chorego bez słowa. Dostawał miskę barszczu czy kapuśniaku, jadł powoli, bez pośpiechu. Patrzył. Czasem tylko przesuwał krzesło – o centymetr, może dwa – bliżej.
Zegar na ścianie odmierzał. Tik. Tak.
Nikt go nie pytał, kim jest. Nikt nie śmiał powiedzieć: „nie znam cię, idź precz”. W tamtych stronach gość w progu był gościem Bożym, nawet jeśli śmierdział ziemią i lodem.
Czasem, gdy dziadek zasypiał z różańcem w dłoniach, człowiek w czerni unosił głowę i patrzył na babcię – małą wtedy, skuloną przy piecu. Uśmiechał się. Bardzo lekko. Zbyt lekko.
Któregoś dnia oddech dziadka urwał się jak nić. W tej samej chwili tamten skinął głową – raz, spokojnie – wstał, poprawił poły palta i wyszedł w świszczącą biel za progiem. Śnieg nie zaskrzypiał pod jego butami. Śladów nie było.
Od tamtej pory, gdy w domu ktoś zaczynał ciężko chorować, babcia milkła i nasłuchiwała. Czy drzwi zaskrzypią około południa. Czy zegar nie zacznie bić odrobinę wolniej. Czy w progu nie stanie znów ten, który nie rzuca cienia.
Tik. Tak.
I zegar tyka dalej.
Komentarze (5)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania