Służki

Zajmowały skromną izbę w prawym skrzydle tuż obok stajni. W parne letnie wieczory czuły końskie łajno, w mroźne zimowe – sztywną otulinę wilgoci łapiącą od ścian za kark. Tylko jesienią było inaczej. Wychodzące na brukowany dziedziniec okna już pozamykane, a w małym kominku przy przepierzeniu na środku przyjemnego żaru na tyle, by uniknąć i gorączki, i zapalenia płuc. Nozdrzom ani skórze nie groziło wtedy nic, czego nie chciałyby ani wąchać, ani chłonąć. Tym bardziej że z początkiem października zaczęło lać jak z cebra, przez co ulice Delft, lśniące od lamp u wozów niczym morska tafla w świetle latarni, pachniały zroszonym sitowiem. Praczka pamiętała, jak matka ciągała ją co roku do lasu na zbiory, dlatego potrafiła nazwać każdy zapach natury. Nieraz wracała do dzieciństwa, opowiadając tamtym, jak gubiła się na ścieżkach, czasem nawet o zmroku, i jak się wtedy bała, i jak wyłapywała nagle najdrobniejszy szelest, który mroził krew w żyłach. Ale lubiła tak z nimi wspominać i dalej się bać, zwłaszcza gdy, podjudzona wyobraźnią, koronczarka snuła własne historie. Cienie, które zaczęły oblewać kąty, i iskrzący się ledwie ogień, przypomniały jej teraz jak

– pewnego popołudnia razem z braćmi stanęłam na szczycie nagiego wzgórza. Nic, tylko wieje, a kawałek dalej samotny krzyż wbity w ziemię.

– Nie, nie chcę kolejnych straszydeł. Boję się was.

Kucharka bała się bardzo. Gdy któraś zniżała ponuro głos, naraz pociągała łyk przemyconego ze spiżarni ginu i nakrywała się kocem z owczej wełny, żeby nie patrzeć na oblewające kąty cienie, żeby słyszeć jak najmniej. Każdej nocy czekała, aż zrobią jej żart i z prześcieradłem na głowach przestraszą na śmierć albo złapaną w polu za miastem mysz wpuszczą pod kołdrę. I pewnie gdyby w ogóle o tym nie myślała i każdej nocy się na to nie szykowała, dawno temu z sercem w gardle przebiłaby sufit. Dziwiło ją, że jeszcze na to nie wpadły, mimo że znały jej trwogę doskonale. Niebo już niewidoczne, deszcz łoi dachówki, szyby toną od jego łez. Naprawdę się boję, powtarza w duchu, a koronczarka z afektacją kontynuuje podobno leżał tam stary włóczęga, ale już tam nie leży. Podobno ten, co go pochował, odkopał go nie wiedzieć czemu i znalazł, że nie ma ciała ani nawet kości, a nie minął nawet miesiąc odkąd był go pochował. To był grabarz, co chował wszystkich nieboszczków w okolicy, ale nie wiadomo czego on tam znowu był szukał, że tamtego odkopał. Ale znalazł, że nie ma ciała ani nawet kości.

– A szmaty?

Teraz to praczka pije zapamiętale. Czuje, jak jej ciepło od płomieni i taniego alkoholu. Chce się bać coraz bardziej.

– I to jest właśnie najdziwniejsze, że one zostały w tym dole. – Ale jak to?!

– Nie, przestańcie! Znowu to samo.

– Nie słuchaj jej, tylko mów, bo zaraz umrę z ciekawości.

– A ja ze strachu.

– Mów, Tanneke! – ta więc mówi, że grabarz zląkł się tak, że zanim zasypał grób z powrotem, poobkręcał głowę na wszystkie strony, żeby tylko upewnić się, że zmartwychpowstały nie czai się za nim w biały dzień, a potem pobiegł był do księdza i wszystko mu wyśpiewał.

– A ksiądz co na to?

– Sam był poszedł na oględziny, chociaż nie dowierzał w żadne zmartwychwstanie.

– I co się okazał?

– Że ciała i kości faktycznie nie ma. Że tylko szmaty po nim zostały, po tym włóczędze.

– Jezusie z Nazaretu!

– W jego zmartwychwstanie też ksiądz nie wierzył, a to katolicki ksiądz był. Ale to już tylko plotka.

– A cała reszta to nie plotka?

Kucharce zależy, żeby nic z tego nie było prawdą, bo chce dobrze się wyspać przed pianiem koguta, móc wypocząć przed znojem dnia jutrzejszego. Dlatego odkrywa się spod koca z owczej wełny i z purpurowymi policzkami pyta koronczarkę, czy cała reszta to nie plotka, na co koronczarka zaklina się słowami oczywiście, że nie! To stało się naprawdę, wiem o tym. Słowo daję.

– Zawsze tak mówi.

Zła, zapłakana: – Obie jesteście przerażające. Zamiast iść do spania, szczebioczecie jak kanarki w klatce, a tu ulewa ponura i gołe już gałęzie, i tylko skrzypią na wietrze, że aż ciarki przechodzą po lędźwiach.

– Wracając do wiatru, bom nie skończyła o tym, jak wiało złowieszczo na

– Nie wracaj!

– Napij się i wróć!

– nagim wzgórzu – wraca, bo wypija – gdzieżem z braćmi widziała krzyż na grobie włóczęgi i gdziem zemdlała.

– Jak to, Tanneke, zemdlałaś? Mówże po całości, bo nie wytrzymam tego napięcia!

– Poszliśmy tam, gdy żeśmy się dowiedzieli o zajściu. Ludzie gadają, po małych wioskach szczególnie. I tam, gdzie ten krzyż stoi, na pustym polu, bo las dopiero daleko, hen za kolejnym wzgórzem, nie było nic, tylko my, ten krzyż i wiatr wiejący bardzo złowieszczo. I cały przepastny płaskowyż. Chmury były jak teraz szare, jakby z ołowiu, na deszcz też się było zanosiło.

– I co?

– I mdleję, bo nagle widzę ten krzyż – po czym wychyla kolejny łyk i zaczyna czkać.

– Mdlejesz na widok krzyża?

Praczka jest widocznie rozczarowana.

– Przecież nie zemdlałabym, gdyby krzyża nie było. Dotarło do mnie, że to musi być prawda.

– Wcale nie musi! I nie jest, ty głupia!

Mimo późnej pory, kucharka prawie krzyczy i znowu chowa się pod kocem z owczej wełny.

– Samaś głupia! Myślisz, żem to wszystko zmyśliła na poczekaniu?

– Miałaś cały dzień przy koronce, żeby to wymyślić. Dajcie mi jeszcze tego ginu.

– To wszystko dobrze, ale co z truposzem? Widziano go czy co? Zniknął, a potem co się stało? Mów, bo nic z tego nie rozumiem i w ogóle się nie boję.

– Bo ja, widzicie – unosi znamiennie brwi – zemdlałam na widok tego krzyża po tym, jak mój młodszy brat chojrak zaczął kopać ten grób.

– Wzięliście łopatę?

– On był wziął, bo z niego był niezły chojrak. I zaczął kopać.

– I dokopał się?

– Dokopał. A wiesz, do czego?

– Nie mów, że do szmat, co po nim zostały.

– Były tam, leżały były na cuchnącej ziemi, mówię ci, że tam były.

– Widziałaś je?

– Na własne oczy. A potem właśnie byłam zemdlałam.

– I co zrobiliście?

– To samo. Zakopaliśmy i żeśmy uciekli, jak mnie ocucili.

– A co z truposzem?

– Podobno wikary widział, jak nagi, zgarbiony, prawie przezroczysty idzie skrajem jeziora, co pokryte było mgłą. Opary te go macały i pochłaniały, aż wreszcie pochłonęły, ale zdążył go jeszcze był wikary dojrzeć, jak idzie przed siebie. A potem zniknął w tych jeziornych oparach i już nigdy go nie widział.

– Wikary czy ktokolwiek?

– Nic już nikt o nim słowem nie wspomniał. Ale wikary dodał tylko, że szedł był za jezioro, za wieś, jakby z niej wychodził. A wiecie, co to znaczy?

Przerażona kucharka zatyka uszy, ale jednocześnie to ona pyta co?

– Że może być teraz gdziekolwiek. Nawet tu. Teraz.

Wiatr się wzmaga, goła gałąź brzozy uderza w wychodzące na brukowany dziedziniec okno. Wszystkie naraz odwracają się w przestrodze i łapią jedna drugą za spódnicę. Ale w zaparowanej szybie widzą jedynie pełgający za nimi płomień. Po chwili koronczarka, zdopingowana alkoholem, podchodzi cichcem do ściany, przeciera porysowane szkło i wygląda na zewnątrz. Jakiś cień właśnie przemknął tuż obok i zniknął za rogiem domostwa.

– Widziałam coś!

– Jezusie z Nazaretu, co?!

– Jakiś cień właśnie przemknął tuż obok i zniknął był za rogiem.

– Jaki cień? Mów, Tanneke!

– Coś jak czarna kapota. Widziałam na pewno coś jak czarną kapotę. Daję słowo.

– Tak jak przed chwilą? – Ma skostniałe od strachu dłonie, gin zdał się wyparować wraz z zimnym potem, bo nie czuje więcej, jak delikatnie łechce od wewnątrz. – Już nawet nie wiem, czego się boję.

– A to słyszałyście?

– Idźcie wy do diabła!

– Słyszałam coś z dołu. Jakby drzwi zaskrzypiały, jakby drzwi od kuchni. Kucharka uszom swym nie wierzy. Jęczy:

– Od kuchni?

– A jak to on przyszedł, wywołany?

– Kto, diabeł?!

– Nie on, tylko ten włóczęga. Może tak krąży od domu do domu – ponownie unosi brwi – jak tylko ktoś o nim wspomni. Może wszystko o sobie słyszy?

Praczka porywa butelkę ginu i pije duszkiem, żegnając się przy tym w geście ostateczności, kucharka, biedna dziewucha wątłej postury i potężnej wrażliwości, zakopuje swą wątłą posturę i potężną wrażliwość głęboko pod koc z owczej wełny, drżąc jak w febrze. Prawie traci przytomność, gdy dochodzi ją na to wszystko wycie wilka.

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie, na to wszystko wilk wyje przy pełni księżyca!

– Modlitwy na nic się już zdadzą, Griet. Jesteśmy zgubione.

– Słuchajcie, teraz to jakby kroki na schodach. Nie słyszycie nic?

– Chcecie mnie przestraszyć, wiem o tym. Wiedziałam, że kiedyś tak będzie. – Co ty, maleństwo, opowiadasz? Tam był jakiś cień, przecież mówię.

– Nie wierzę ci, zostaw!

– Słyszysz? Jest już na schodach. O, niebiosa! Co z nami będzie? Nie chcę umierać tak młodo!

– Chciałaś się bać, głupia babo, to masz, idiotko!

Miarowe kroki niechybnie dochodzą z klatki. Szczeliny między framugami nagle jaśnieją, jakby od niesionej świeczki. Wszystkie zgodnie wstrzymują oddech. Kucharka traci resztki nadziei, praczka seriami się żegna, nawet koronczarka truchleje, z łomoczącym pod piersią sercem i wyzbytą czkawką wyczekując zjawy w czarnej kapocie. Kroki są coraz głośniejsze, światło w szczelinach framug coraz uporczywsze. Trzy służki schodzą się i tulą do siebie jak oddane siostry wobec zapalczywego ojczyma. A potem kroki ustają. Czarna kapota jest już u progu.

– Chyba tu nie wejdzie.

– A myślisz, że po co był przyszedł? Żeby nie wejść?

Szepczą w ukryciu. Obok butelki po ginie, próżne, wyschłe, lepkie.

– Jak niby wszedł niezauważony? Gaja zawsze szczeka jak oszalała, jak tylko kto przejdzie. A tu ani koń nie prychnął, ani kura na grządce nie zagdakała. Gdzie był ten nowy odźwierny?

– Pewnie zwierzęta nie wyczuwają duchów. – A odźwierny?

– Jakich duchów?!

– Śpi na pewno jak niemowlę.

– Niechże wreszcie wyważy te zawiasy, bo zacznę krzyczeć, bo dłużej tego nie zniosę!

– Co teraz z nami będzie?

Klamka z mosiądzu wędruje w dół. Z nosami przy podłodze i rombem koca z owczej wełny na głowach śledzą wzrokiem jej niespieszny ruch. Serca im dudnią, ręce dygoczą. Nic już nawet nie mówią, nawet się wzajem cichcem nie pocieszają ani nad sobą nie litują, jak litowała się praczka nad kucharką podczas opowieści koronczarki, tkwią tylko w potrzasku, gotowe na najgorsze. Cisza, która panuje w nawiedzonym pokoju, przytłacza bardziej niż łojący nieprzerwanie dachówki deszcz. Tak, licho najwidoczniej boi się wyłącznie słońca, bo jeszcze się nie zdarzyło, żeby wyściubiło swoje morowe oblicze na jego kąsające promienie. Miała rację. Ten zdechły włóczęga usłyszał, jak o nim mówi, i tu przybył, wiedziony jakąś tajemną, diabłu tylko znaną siłą. A może to on jest diabeł! Może diabeł jest każdy, kto zostawia w grobie tylko szmaty, kto źle umiera, kto straszy po śmierci, bo za życia wcale nie żył. Klamka opada, ich los się pieczętuje. Kucharka ściślej obejmuje praczkę, całuje ją w gorący policzek, żegna się jak ona. Teraz uświadamia sobie, że nie musi wiedzieć, czego się boi, bo prawda i fałsz są po równo przerażające. Teraz wie, że kłamstwo jest dobre, jeśli tylko wypowiadane w imię dobra. Koronczarka nie bajała o włóczędze w czarnej kapocie. Klamka opadła, ich los przypieczętowany.

– Ale przecież wikary widział go nagiego! – jak natchniona odkrywa się odważnie, kopiąc pantoflem butelki po ginie. – Przecież szmaty zostały w grobie!

– Jezusie z Nazaretu, Griet, co ty wyprawisz? Wracaj tu!

Drzwi z upiornym zgrzytem się otwierają. Wszystkie jak na komendę spoglądają w kierunku uwolnionej łuny.

– To odźwierny!

– Odźwierny?

– Co odźwierny tu robi tak bez pukania?

– Proszę panienek o zachowanie ciszy i spokoju – ze spracowanym palcem przy czerstwych ustach. – Panno Griet, ma pani gościa. Czeka na dole w kuchni. – Gościa? Griet?

– Griet? Gościa?

– Ja? Jakiego gościa?

– Bez obaw. Proszę za mną.

Kucharka rzuca tamtym niepewne spojrzenie, po czym idzie przykładnie za nowym odźwiernym, który raz po raz nalega, by zachować dyskrecję, by nie zbudzić nikogo, a gdy indaguje go jakiego gościa, powtarza jedynie bez obaw i proszę za mną, aż wreszcie stają u wylotu wąskiego korytarza. Od kamiennych ścian odbija się światło świecy, na pozłacany świecznik kapią krople wosku.

– Niech tam panienka pójdzie. Czeka tam na panienkę.

– Kto taki?

Jest bardziej zaintrygowana niż przestraszona, bo osoba nowego odźwiernego, którego nawet nie zdążyła poznać, wzbudza raczej zaufanie niż przestrach. Nic w nim ze zmartwychwstałego włóczęgi. Zwłaszcza że nim znika w głębi osnutego mrokiem domu, odpowiada poczciwie przyjaciel, bez wahania więc zagląda do środka, a tam

– Dobry wieczór, panno Griet.

Czarna kapota to człowiek z krwi i kości, mężczyzna wysoki, postawny, z życzliwym uśmiechem na nieprzeniknionej twarzy. Stoi przed nią na baczność, gdy pyta:

– Skąd pan zna moje imię?

– Widziałem panią nad Schie, przy kościele. Niosła pani mleko. A potem czmychnęła przez kanał na drugą stronę.

– Miałam je wypisane na blaszance?

Nie sądziła dotąd, że potrafi żartować. Zdezorientowana, wzięta z zaskoczenia, nie wie, co mówi.

– Poszedłem za panią, wypytałem odźwiernego.

– Kim pan jest?

– Malarzem. Maluję obrazy. Na płótnie. Usiądziemy?

– Nie rozumiem – siadają. – Czego pan ode mnie chce?

– Chcę panią namalować.

Nie rozumie tym bardziej.

– Namalować? Mnie?

– Panno Griet, pani jest katoliczką.

– A to skąd pan wie?

– Widzę, że się pani boi. Wy katolicy ciągle się czegoś boicie, jakbyście żyli między duchami.

– Niczego się nie boję – oponuje, patrząc dziarsko na malarza, na co malarz, z czarnym płaszczem na szerokich ramionach, tym czarniejszym, że do suchej nitki przemoczonym, stwierdza malarza pani nie oszuka. Ale to nic. Po prostu chcę panią namalować. Gdy panią wtedy zobaczyłem, wiedziałem już, czego szukałem od tylu miesięcy.

– Nie wiem, czy możemy tak sobie tu i teraz rozmawiać.

– Rozumiem pani niepokój, ale nie mogę inaczej. Widzi pani, mam powody, by gospodyni nie wiedziała, że tu jestem i sobie z panią rozmawiam. Dlatego przychodzę tak ukradkiem. Przepraszam, że panią przestraszyłem. Przepraszam za tą niedogodność.

– Boję się, czy kogoś nie obudzimy.

– Nie przy tej ulewie.

– Ani koń nie prychnął, ani kura na grządce nie zagdakała, jak pan szedł.

– To prawdziwy kaprys natury, ta ulewa.

Najwyraźniej zawarł z nią sojusz, bo kucharka czuje się coraz swobodniej. Zapomniała o zmartwychwstałym włóczędze i pustych butelkach po ginie, kamień spadł jej z serca, jakby wschodził nowy dzień, rozpraszając nocne mary.

– Chce pan, żebym pozowała?

– A użyczy mi pani swojego wizerunku?

– Tak – jest tego pewna. – Tylko nie wiem dlaczego ja.

– Bo jest pani, panno Griet, piękna, a ja lubię utrwalać piękno.

– Pan mnie zawstydza.

– Po prostu mówię prawdę.

– I myśli pan, że to jest prawda? Że jestem – z trudem przełyka ślinę – piękna? – To jest na pewno moja prawda. I pani.

– To chyba jest sen, z którego za chwilę się obudzę.

– Ja nie mam zamiaru – i uśmiecha się do niej serdecznie, tak że nie straszne jej już nic na świecie, a potem zaczyna tłumaczyć ponieważ jednak nie chcę wzbudzać niczyich podejrzeń, chciałbym panią odwiedzać raz w tygodniu, w sobotę, o tej samej porze. Będę malował przy świecy. Przy pani też zawsze będzie stała jedna, dzięki czemu obrys pani ciała odetnie się od czerni panującej z tyłu. Bo tylko pani jest istotna, tylko panią będę malował. Otoczenie mnie nie interesuje. Czy moglibyśmy to robić w pani sypialni?

– Nie wiem, czy moje współlokatorki

– Mogłyby pomóc w konspiracji, jeśli to przyjaciółki.

Wciąż nie dając wiary: – To naprawdę jest sen. Przepraszam, ale tak bardzo się wstydzę.

– Panno Griet – łapie ją za nadgarstek, aż prawie podskakuje razem z fajansową zastawą. – Gdy wracała pani z mlekiem, miała na głowie żółtoniebieski turban, pamięta pani?

Pamiętała.

– Będę wdzięczny, jeśli pani w nim dla mnie wystąpi.

– A jeśli ktoś nas złapie? Jeśli ktoś wygada? Dlaczego nie chce pan umówić spotkań z jaśnie panią?

– To nie może dojść do skutku – stanowczo. – Proszę uszanować moją decyzję.

– A pańska żona?

– Panno Griet, proszę.

– Co z lojalnością? Będę się czuła, jakbym ją zdradzała, jakbym szemrała za jej plecami.

– Zaczyna mieć pani wątpliwości.

– Tak – przyznaje – ale to nie znaczy, że tego nie chcę, że tego nie zrobię. – Proszę to wziąć na poczet naszej współpracy. Tylko niech pani nie myśli, że to przekupstwo przygotowane na wszelki wypadek. To atrybut, który także pragnę uwiecznić.

I wręcza dziewczynie błyszczący kolczyk. Jest cały ze srebra, cudowny. Nigdy czegoś podobnego nie widziała, a teraz trzyma w środku nocy w obecności tajemniczego gościa, w kuchni, w której codziennie skrobie ziemniaki i gotuje rosół. Nie może tego przyjąć, nie może tego odrzucić. Prawda to czy fałsz? Ściska perłę, która pali ją i zarazem mrozi.

– Ten odźwierny jest nowy.

– Porządny z niego człowiek.

– A jeśli bym z nim uciekła?

– Nie może mieć pani pewności, że jest cokolwiek wart.

– Mogłabym się znać.

– Bez urazy, ale wtedy w ogóle by tu pani nie było.

Deszcz ustał, w piecu skwierczą niedopałki. Kucharka przygląda się nieśmiało malarzowi. Jeszcze przed chwilą nie miała pojęcia o jego istnieniu, jeszcze przed chwilą strasznie się bała zmartwychwstałego włóczęgi pod kocem z owczej wełny, szukała pocieszenia w butelce ginu, tęskniła za pianiem koguta, skrobaniem ziemniaków i gotowaniem rosołu. Co sobie tamte pomyślą, co powiedzą? A może przestaną wreszcie wygadywać głupoty i dadzą się jej wyspać bez obaw. A może to ona je teraz trochę postraszy. Tą cudowną perłą, która pali skórę i zarazem mrozi.

– Jak to jest – pyta najtrwożliwsza ze służek – że się godzę, nie znając pańskiego imienia?

Dotknięty własnym nietaktem, malarz w czarnej kapocie bezszelestnie wstaje od stołu i, kłaniają się najtrwożliwszej służce w pas, przedstawia uroczyście:

– Johannes Vermeer, do usług.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Aisak 28.10.2019
    "Dziewczyna z perłą" Johannes Vermeer.
    Opowiadanie jest z rodzaju Fanfiction i przyznam, że jestem ogromnie rozczarowana. Przepraszam.
    Jednak, żeby nie zrażać autora do pisania zostawię 4.
    Dobrego pisania życzę.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania