Śmierć przychodzi dwa razy
Dzień dobry, Jan Kowalski, w czym mogę pomóc - urzędnik odebrał telefon wygłaszając służbową, grzecznościową formułę.
Tak, oczywiście, ma pani rację - zaczął tłumaczyć się z opóźnienia w płatności zobowiązania.
Po wysłuchaniu kolejnej porcji żalów i pretensji, obiecał, że natychmiast postara się załatwić sprawę, chociaż dobrze wiedział, że nie ma na to żadnego wpływu. Płatności były przeciągane tak długo, jak się dało i nie on o tym decydował. On miał tylko uspokoić klienta, przeprosić i wysłuchać pretensji, a czasem inwektyw.
Gdy skończył piątą albo szóstą taką rozmowę tego dnia, do pokoju zajrzała Anka, koleżanka z pokoju obok.
- Janek, szefowa nie może się do ciebie dodzwonić. Idź do niej zaraz.
Gdy wszedł do gabinetu szefowej, Agnieszka najpierw skrytykowała go za ciągle zajęty telefon. Nie dopuszczając go do słowa, stwierdziła, że będzie musiał pilnie wykonać pewną robotę na poniedziałek rano.
- Ależ Agnieszko, przecież mamy piątek i do tego prawie trzecią po południu - próbował negocjować.
- Wiem Janku, znam się na zegarku, ale zarząd domaga się tej pracy na poniedziałek, a tylko ty będziesz mógł sobie poradzić z tematem. Dlatego ciebie o to proszę. Jeśli będziesz musiał poświęcić nieco wolnego czasu, to później sobie odbierzesz te godziny.
Janek zobaczył, że nie ma co dalej dyskutować. Agnieszka i tak była dla niego miła w porównaniu z traktowaniem innych osób. Może dlatego, że kiedyś to on był tu szefem finansów, a ona jego podwładną i wtedy traktował ją dobrze, był serdeczny i wyrozumiały. Później zaczął chorować i musiał przejść na niższe stanowisko.
- Dobrze, zrobię co będę mógł, odpowiedział wiedząc, że dyskutować nie mają o czym.
Wrócił do pokoju, w którym pracował wraz z trzema koleżankami. One właśnie zbierały się do wyjścia. Janek musiał jednak zostać i zacząć przygotowywać pracę zleconą przez Agnieszkę. Postanowił część zrobić tutaj, a resztę zabrać do domu i skończyć do niedzieli. W rezultacie wyszedł z pracy po piątej zamiast o wpół do czwartej. Dojechał do domu przed szóstą.
- Już myślałam, że dziś nie wrócisz - przywitała go żona. Mówiłam ci przecież, że po południu musimy zrobić zakupy, a ty sobie wracasz wieczorem, jakby nigdy nic. Skaranie boskie. Odgrzej sobie zupę i zaraz pojedziemy, zobacz która godzina...
Iwona gderała dalej, patrząc z zaciekawieniem na jakiś idiotyczny serial w telewizji. Przestał jej słuchać i zabrał się za podgrzewanie zupy z papierka, która stała w ganku na kuchni. Nie wiedział, dlaczego Iwona nie może przełożyć zakupów na jutro, ale wolał nawet nie pytać. Zjadł pół talerza, resztę wylał, pozmywał i powiedział:
- Jestem gotowy, możemy jechać. Była wyraźnie niezadowolona, że przerwał jej oglądanie.
Zeszli do samochodu i gdy tylko ruszyli, natychmiast utknęli w popołudniowym korku. Oczywiście Iwona przelała na niego swoje niezadowolenie, bo gdyby się nie spóźnił, już byliby w domu z zakupami.
Wrócili dopiero po dziewiątej wieczorem. Rano w sobotę, Janek zabrał się za pracę zleconą mu przez szefową. Gdy Iwona to zobaczyła, wpadła w szał. Wykrzyczała, że ma tego dość. Jej mąż myśli tylko o pracy, a ją zaniedbuje. Do tego zarabia grosze i nie pomaga jej w domu. Miała określone plany na weekend, ale teraz widzi, że w sobotę i niedzielę znowu nie może na niego liczyć.
Janek nie miał już siły, żeby protestować. Wszyscy mieli do niego ciągłe pretensje. Coraz częściej nie widział już wyjścia z sytuacji. Pragnął ucieczki, byle dalej stąd. Czasem nachodziły go nawet myśli samobójcze. Może powinien się rozwieść, ale przerażała go batalia w sądzie, podział majątku i, zapewne, poczucie skrzywdzenia Iwony, która przez ponad dwadzieścia lat była przy nim. Także wtedy, gdy kilka lat temu trafił do szpitala niemal z wyrokiem. Zaciskał więc zęby i znosił wszystko jak długo się dało.
Przetrwał weekend, zrobił, co mu szefowa kazała i w poniedziałek rano zaniósł jej gotową pracę. Była bardzo zadowolona, podziękowała mu i nawet go pochwaliła, co zdarzało się niezmiernie rzadko.
Gdy wyszedł z jej gabinetu, wstąpił do łazienki i tam nagle poczuł okropny ból w okolicach mostka. Nie mógł złapać tchu ani ruszyć się z miejsca. Nie był nawet w stanie zakręcić kranu z wodą. Chciał zawołać o pomoc, ale nie potrafił. Ostatkiem sił, zatoczył się na drzwi łazienki i siłą bezwładności wypadł na korytarz.
Po chwili usłyszał wołanie: Janek, co się dzieje. To Dorota, koleżanka z jego pokoju, wyszła z damskiej toalety i zobaczyła zataczającego się Janka. Po chwili zjawiła się szefowa Agnieszka. Obie doprowadziły go do jego biurka i posadziły na krześle. Chciały wezwać pogotowie, ale poprosił, żeby poczekały. Gdy usiadł, zrobiło mu się nieco lepiej. Ktoś podał mu jakieś krople, a pól godziny później, Agnieszka prawie na siłę wysłała go do lekarza. Mieli pakiet medyczny w przychodni w sąsiednim budynku.
- Pan Kowalski - lekarz zaprosił Janka do gabinetu. Słucham, co się dzieje?
Janek w kilku zdaniach opisał zdarzenie sprzed godziny.
- Musimy, panie Kowalski, zrobić EKG. To może być stan przedzawałowy. A najpierw zmierzymy ciśnienie.
Okazało się, że ciśnienie, jak i EKG wypadły dobrze.
- Czy wcześniej miał pan takie przygody?
- Nie, to pierwszy raz.
- Czymś się pan zdenerwował?
- Może trochę, miałem ostatnio ciężkie dni.
- Nie może się pan denerwować. Poza tym, musi pan wypocząć. Ile ma pan lat?
- Czterdzieści osiem.
- To pora zacząć troszkę myśleć o sobie. Wypiszę panu pięć dni zwolnienia i receptę. Poza tym, musi pan zrobić morfologię i przyjść do mnie w przyszłym tygodniu.
Lekarz zrobił na Janku wrażenie oschłego i niezbyt miłego, ale konkretnego. Wziął zwolnienie, receptę, podziękował i wyszedł. Najpierw wrócił do biura i zostawił zwolnienie w kadrach, później wstąpił do apteki po lekarstwa i wsiadł do tramwaju jadącego w stronę warszawskiej Ochoty, gdzie mieszkał. Wchodząc do domu, otworzył skrzynkę na listy i wyjął kilka ulotek reklamowych. Wśród nich leżała biała koperta, której w pierwszej chwili nie zauważył. W mieszkaniu zrobił sobie herbatę i usiadł w fotelu. Zamierzał zażyć tabletki od lekarza, które wykupił po drodze. Bezwiednie sięgnął do ulotek, aby je przejrzeć i zapewne wyrzucić. Zobaczył reklamę pizzy, kolejną reklamę okien z PCV. Wtedy dostrzegł kopertę. Była zaadresowana na jego nazwisko, bez adresu zwrotnego. Otworzył. W środku był list napisany na komputerze, na papierze firmowym kancelarii prawnej z Sanoka. Janek był coraz bardziej zdziwiony. Nigdy nie był w Sanoku ani nikogo tam nie znał.
List zaczynał się od informacji, iż mecenas Pomorski, jego autor, jest wykonawcą testamentu Andrzeja Kowalskiego, przyrodniego brata Janka, z którym Janek od wielu lat nie utrzymywał żadnych kontaktów. Andrzej, sporo starszy od Janka, przed wielu laty wyjechał do Australii. Później podobno wrócił do Polski i osiedlił się na głębokiej prowincji. Janek słyszał, że Andrzej prowadzi jakiś motel, czy coś w tym rodzaju. Jednak ostatni raz panowie widzieli się ponad dwadzieścia lat temu. Andrzej był starym kawalerem, nie miał też dzieci. Teraz, jak wynikało z listu, zmarł, a wcześniej zapisał Jankowi cały swój majątek. Mecenas Pomorski prosi Janka o kontakt telefoniczny, a najlepiej, o przyjazd do Sanoka w celu omówienia objęcia spadku.
Wiadomość o śmierci brata i o spadku po nim spadła jak grom z jasnego nieba. W pierwszej chwili Janek chciał zatelefonować do Iwony i opowiedzieć jej o wszystkim. Jednak po chwili zastanowienia odłożył słuchawkę, nim zdążył wybrać numer żony.
Najpierw trzeba to spokojnie przemyśleć. Iwona i tak się wścieknie, że Janek jest chory i ma zwolnienie. Potem zacznie snuć teorie spiskowe na temat nielubianego szwagra. Może namawiać go nawet do odrzucenia spadku.
- Najpierw zadzwonię do tego adwokata, powiedział stanowczo sam do siebie.
- Dzień dobry, panie mecenasie. Z tej strony Jan Kowalski.
- Dzień dobry panu.
- Otrzymałem dziś pański list w sprawie śmierci mojego brata.
- Tak, zacznę od wyrazów współczucia z powodu śmierci Andrzeja. Znaliśmy się od wielu lat.
- Nie wiedziałem. Prawdę mówiąc, nie miałem z bratem kontaktu od dość dawna. Tym bardziej dziwi mnie, że wskazał właśnie mnie jako swojego spadkobiercę.
- Właśnie w tej sprawie chciałbym się z panem zobaczyć i to możliwie jak najszybciej.
- Rozumiem. Ale o jakim konkretnie spadku mówimy, panie mecenasie?
- Andrzej był dość zamożnym człowiekiem. Posiadał pięćdziesiąt procent udziałów w pensjonacie "Złota Podkowa" nad Zalewem Solińskim i około sześciuset tysięcy złotych na kontach bankowych. Teraz, to wszystko stanie się pana własnością, oczywiście po zapłaceniu podatku spadkowego.
- Jestem tym wszystkim całkowicie zaskoczony. Kiedy mógłbym umówić się z panem, żeby to wszystko omówić?
- W przyszłym tygodniu będę miał sporo pracy, a czy wcześniejszy termin odpowiadałby panu?
- Mógłbym przyjechać nawet jutro - przecież miał tygodniowe zwolnienie, które właśnie dostał. Czyli moglibyśmy spotkać się we środę.
- Doskonale. Proszę zanotować adres. Mecenas Pomorski podał Jankowi adres swojej kancelarii w Sanoku i dodatkowo poinformował o możliwości telefonicznego zarezerwowania pokoju w pobliskim hotelu.
Gdy Janek skończył rozmowę, zaczął się zastanawiać, jak o tym wszystkim powiedzieć Iwonie. Lecz gdy układał sobie w myśli, co jej powie, nagle Iwona stanęła w drzwiach pokoju.
Janek był kompletnie zaskoczony, zdążył tylko zabrać za stołu list Pomorskiego, tak, żeby Iwona niczego nie zobaczyła.
- Cześć, co robisz w domu tak wcześnie - zagadnęła przyjaźnie.
-- Cześć. Właśnie przyszedłem. Wyobraź sobie, że jutro muszę jechać w delegację do Sanoka. Nagle zdecydował się na taką wersję. Lepszego kłamstwa nie umiał szybko wymyśleć, a prawdy zbyt się obawiał.
- Po diabła do Sanoka?
- Mamy tam jakąś rozbabraną sprawę i oczywiście padło na mnie.
Iwona robiła wrażenie niemiło zaskoczonej.
- Na ile dni jedziesz?
- Do czwartku albo do piątku. Jeszcze nie wiem, ale będę potrzebował samochodu.
- No ładnie, jutro miałam pojechać na zakupy, ale trudno, wezmę taksówkę.
- Dzięki - odpowiedział grzecznie.
We wtorek od rana padał deszcz. Janek nie znosił jazdy w taką pogodę, ale nie było wyjścia, Po śniadaniu wsiadł do swojej Toyoty i pojechał w kierunku Bieszczad. Na szczęście, już za Radomiem pogoda zaczęła się poprawiać. Gdy dojechał na miejsce, było całkiem ładnie, chociaż chłodno.
W hotelu dostał pojedynczy pokój, po czym poszedł coś zjeść. Wcześnie poszedł spać, ale z wrażenia nie mógł zasnąć. Cały czas prześladowała go myśl, czy postępuje słusznie, czy nie należało jednak Iwonie powiedzieć całej prawdy i nie knuć w myślach wielkiej intrygi. Ale stało się. Była to jedyna szansa, żeby radykalnie odmienić swoje beznadziejne życie.
- Dzień dobry panie mecenasie, byliśmy umówieni na dziesiątą.
- Witam pana, zapraszam. Mecenas Pomorski zaprosił Janka do środka.
- Napije się pan kawy albo herbaty - zapytał uprzejmie.
- Dziękuję, jestem tuż po śniadaniu.
Następnie mecenas pokazał Jankowi testament Andrzeja, którego był wykonawcą. Opowiedział mu także sporo o zmarłym przyrodnim bracie, którego Janek prawie nie znał. Po powrocie do Polski, Andrzej kupił do spółki ze swoim znajomym, pensjonat nad Soliną. Zamieszkał w dwupokojowym mieszkaniu na parterze pensjonatu. Prowadzili go wspólnie, zatrudniając kilka osób personelu. Interes szedł nieźle. Teraz, mecenas miał nawet chętnego do odkupienia udziału Janka, o ile ten zdecydowałby się to sprzedać.
- Przed podjęciem decyzji, chciałbym to, panie mecenasie, obejrzeć.
- Pensjonat leży nie daleko, zaraz podam panu adres. Pomorski napisał coś na kartce i podał Jankowi.
- I jeszcze jedno. Panie mecenasie, jestem w trakcie rozwodu z żoną. Nie chciałbym, aby dowiedziała się o tej sprawie. Mam na myśli spadek.
- Oczywiście, chociaż spadki nie wchodzą do wspólnego majątku małżonków, jeśli o to panu chodzi.
- Mimo to, ewentualną korespondencję prosiłbym kierować na moje miejsce pracy, tu jest dokładny adres.
Panowie umówili się, że Janek następnego dnia odwiedzi mecenasa i poinformuje go, czy ma zamiar sprzedać interes po bracie, czy zatrzyma go dla siebie.
Po wyjściu z kancelarii, Janek pojechał do "Złotej Podkowy" i poznał się z Januszem, współwłaścicielem pensjonatu. Obiekt wyglądał imponująco, był duży, pięknie utrzymany i jak się okazało, miał stale bardzo wielu klientów. Praktycznie cały rok trwał tu sezon. Oczywiście, dawało to również niezły zysk.
Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw, Janek postanowił nie sprzedawać interesu i zrobić coś absolutnie szalonego. Poinformował mecenasa, że obejmuje spadek i poprosił o sfinalizowanie sprawy.
Na początku lipca, państwo Kowalscy wyjechali na dwutygodniowy urlop na Mazury. Wprawdzie Iwona wcześniej nalegała, aby pojechali do Turcji, ale Janek wymógł na niej spędzenie tegorocznego urlopu w kraju. Obiecał przy tym, że zrobią kilka wypadów na Litwę, więc wakacje będą ciekawe i urozmaicone.
Zamieszkali w ośrodku wczasowym z domkami letniskowymi nad jeziorem Wigry. Rzeczywiście, widoki były tu fantastyczne, warunki niezłe i Iwona chyba pogodziła się z rezygnacją z tureckich wakacji. Nie mogła jednak zrozumieć, dlaczego Janek, lubiący zagraniczne wojaże jak nikt inny, tym razem uparł się na Mazury.
Drugiego dnia po przyjeździe, Janek późnym popołudniem, namówił żonę na rejs wynajętą żaglówką. Kiedyś sporo pływał i postanowił odnowić dawne umiejętności. Wsiedli do żaglówki i Janek pomógł Iwonie założyć kapok. Nie pływała zbyt dobrze i w kamizelce ratunkowej czuła się o wiele pewniej. On jednak swojej kamizelki nie założył, na co Iwona nie zwróciła w ogóle uwagi.
Gdy wypłynęli, słońce obniżyło się nisko nad horyzont, przez co widoki wydawały się jeszcze piękniejsze. Iwona nawet zaczęła doceniać krajowy urlop. Gdy dzień wyraźnie zbliżał się do końca, Janek powiedział, że trzeba będzie powoli wracać do brzegu.
- W takim razie wracajmy już, zgodziła się Iwona.
Janek wykonał zwrot łodzią, ale zrobił to wyjątkowo raptownie. Nagle wiatr obrócił żagiel na drugą stronę. Iwona krzyknęła "uważaj", ale Janek nie zdążył się uchylić. Sekundę później był już za burtą. Jej krzyk mieszał się z łopotem żagla. Próbowała pomóc mężowi, ale ten zniknął pod wodą. W dodatku, słońce oślepiało ją znad horyzontu, tak, że widziała zaledwie na parę metrów. Czas mijał, a Janek nie wypływał. Przerażone, zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej, wzywając pomocy. Po paru minutach, ktoś z innej żaglówki usłyszał alarm i podpłynął bliżej.
- Czy coś się pani stało - zapytał zbliżając się do żaglówki Kowalskich.
- Błagam. Na pomoc, mój mąż wpadł do wody i nie wypływa. Iwonę ogarnęła już prawdziwa histeria. Krzyczała, wymachiwała rękami. Ludzie z żaglówki, która do niej podpłynęła, zaczęli szukać Janka w pobliżu, dwoje z nich wskoczyło nawet do wody, ale na próżno. Nikogo w pobliżu, w wodzie nie było.
Doholowali jej łódkę do brzegu. Pozostało tylko zawiadomić policję.
W tym czasie, Janek nurkując, odpłynął na tyle daleko, żeby z żaglówki nie był widoczny. Gdy się wynurzył, wiedział, że pod słońce ani Iwona, ani ludzie z drugiej łódki, nie mogą go zauważyć. Spokojnie dopłynął do brzegu i nie zwracając niczyjej uwagi, poszedł w kierunku ich domku. Klucz miał ze sobą w portfelu zawieszonym na szyi. Gdy dotarł do domku, było już prawie ciemno. Otworzył drzwi, wszedł i szybko wytarł się do sucha ręcznikiem, włożył suche obranie, a mokry ręcznik i slipki włożył do foliowej reklamówki. Wrzucił ją do plecaka wyjętego z jego torby podróżnej leżącej pod łóżkiem. Po chwili pospiesznie wyszedł z domku zabierając plecak oraz klucz do drzwi wejściowych, które starannie zamknął.
Po kwadransie, był już na pobliskim przystanku autobusowym. Nim nadjechał autobus, minął go radiowóz policyjny podążający w kierunku ośrodka. Widząc go, odwrócił się tyłem, tak na wszelki wypadek, żeby go nie zauważyli. Później wsiadł do pierwszego autobusu; jechał do Olsztyna. Na dworcu w Olsztynie wyrzucił do kosza na śmieci reklamówkę z mokrymi rzeczami. Później kupił bilet do Warszawy i około drugiej w nocy dotarł do domu. Był tak zmęczony, że zjadł tylko jakąś konserwę, którą znalazł w lodówce i położył się spać.
Rano wybrał się najpierw na małe zakupy jedzenia. Następnie wyciągnął z pawlacza starą torbę podróżną, której Iwona na pewno nie pamiętała. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy, zabrał z sejfu odkładaną od pewnego czasu gotówkę. Później wyszukał w internecie najbliższe połączenie kolejowe z Przemyślem. Pociąg miał tego samego dnia o piątej po południu. Pozostało tylko dokładnie posprzątać po swoim pobycie, aby nie pozostał żaden ślad jego dzisiejszego pobytu..
W tym czasie Iwona doszła już nieco do siebie po, jak sądziła, utonięciu męża. Policjanci musieli wieczorem przerwać poszukiwania, ale rano rozpoczęli je od początku. Te nic nie dały, a przesłuchujący ją funkcjonariusz, zaczął zadawać dość dziwne pytania.
- Czy pani mąż dobrze pływał?
- Doskonale, jak ryba.
- Czy ostatnio między państwem nie dochodziło do jakichś scysji albo kłótni?
- Nie rozumiem, o co panu chodzi - odparła zdziwiona Iwona.
- Proszę odpowiedzieć.
- Nie proszę pana, byliśmy prawie zawsze zgodni. Ale to chyba nie wpłynęło na wypadek mojego męża.
Iwona stawała się coraz bardziej zirytowana. Jeszcze chwila, a oskarży mnie o morderstwo - pomyślała.
- Pani Iwono. Jak pani twierdzi, mąż dobrze pływał. Woda w tym miejscu nie jest zresztą głęboka. Przeszukaliśmy okolicę i nic. Zwykle topielcy odnajdują się tutaj bardzo szybko. Piranii u nas nie ma - próbował zażartować, ale szybko uznał, że było to mało delikatne. I po chwili dorzucił - przepraszam.
- Reasumując, dopóki nie ma zwłok, nie ma utonięcia.
- Co pan właściwie sugeruje?
- Że jak dotąd, nie mamy dowodu utonięcia pani męża.
- Przecież nie wyparował, przeszukajcie jeszcze raz jezioro.
- Cały czas to robimy. W wodzie nie ma zwłok pani męża.
- To co ja mam robić - spytała kompletnie zdezorientowana i zrozpaczona.
- Proponuję wrócić do domu. I jeszcze jedno, czy nie brakuje jakichś rzeczy pani męża?
Iwona zaczęła przeglądać to, co było w domku, ale nie zauważyła braku niczego.
- Czy ma pani dokumenty męża - spytał policjant.
- Tak, są tutaj - Iwona sięgnęła po portfel, otworzyła go. W środku był tylko dowód rejestracyjny Toyoty.
- Musiał mieć dowód osobisty przy sobie - stwierdziła.
- Możliwe, przyznał policjant. A prawo jazdy męża?
- Chyba też, odpowiedziała, dziwiąc się coraz bardziej. Dlaczego zabrał na łódź prawo jazdy, a zostawił dowód rejestracyjny samochodu?
- I jeszcze klucze do państwa mieszkania.
- Klucze męża są tutaj.
Nie zakładała nawet, że mógł dorobić drugi komplet, co zresztą uczynił kilka dni wcześniej.
Dalsze pozostawanie w ośrodku nie miało sensu. Policjanci skończyli przesłuchanie i pozwolili Iwonie odjechać do domu, do Warszawy.
Janek był już gotowy do wyjazdu, spakowany i zdecydowany. Wziął w rękę torbę, wyjął klucze, otworzył drzwi i gdy przestępował próg, usłyszał nagle:
- Dzień dobry panu. Młoda blondynka, średniego wzrostu, około trzydziestki, którą widywał czasem na schodach lub podwórku, właśnie mijała go w drodze do wyjścia.
Odpowiedział dzień dobry, mając nadzieję, że nic z tego spotkania nie wyniknie. Ale wolałby jej nie spotkać wcale.
Bez przeszkód dotarł do Przemyśla, a stamtąd do pensjonatu Złota Podkowa.
Od tej chwili, było tak, jakby umarł. a równocześnie jego życie zaczynało się od nowa.
Iwona bardzo źle zniosła śmierć męża, czy raczej jego zaginięcie, jak określali to policjanci. Śledztwo zostało wkrótce umorzone, a jej poradzono, aby na własną rękę szukała męża, bo ten zapewne żyje. Ewentualnej pomocy mogłaby oczekiwać w takiej sytuacji nie tyle od policji, co od prywatnego detektywa. Prowadzący dochodzenie stwierdzili, że Jan Kowalski nie popełnił formalnie żadnego przestępstwa, a jeżeli porzucił żonę, to taki krok nie podlega ściganiu z mocy prawa. Jednak ona cały czas nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Dodatkowo jej sytuację komplikowało to, że uznanie Janka za zmarłego mogłoby ewentualnie nastąpić dopiero za dziesięć lat. Do tego czasu sprawy majątkowe pozostaną nie uregulowane i nic nie można na to poradzić.
Po paru miesiącach zdecydowała się skorzystać z rady policjantów i trafiła do biura prywatnego detektywa. Krzysztof, bo tak kazał się do siebie zwracać, po wysłuchaniu całej historii zdecydował, że zajmie się sprawą za odpowiednim wynagrodzeniem.
- Takie przypadki zdarzają się częściej, niż pani sądzi, pani Iwono.
- Uważa pan, że Janek żyje?
- Nie wiem, ale jest to możliwe. Jednak jeśli żyje i jest w Polsce, to jego odnalezienie powinno być tylko kwestią czasu. Natomiast jeśli wyjechał z kraju, odnalezienie może być trudne albo niemożliwe. Poza tym, gdybym odnalazł pani męża, proszę się zastanowić, co zechce pani zrobić. Jeśli tylko porozmawiać z nim, to może nie warto zaczynać.
- Nie wiem. Chcę ustalić, czy jestem wciąż mężatką, czy wdową, a może rozwódką. Jeśli miał mnie dość, mogliśmy po prostu rozejść się. Wiele małżeństw tak robi. Ale żeby upozorować własną śmierć... Nie, to do niego nie podobne.
- Dobrze, zrobię co będę w stanie. Poproszę panią tylko o aktualne zdjęcie pani męża, PESEL, ewentualnie wyciąg z jego konta bankowego, karty kredytowej. Muszę sprawdzić, na co ostatnio wydawał pieniądze i czy nie wykonał jakiejś operacji po dniu zaginięcia. Poza tym... czy pani mąż miewał jakieś przygody z innymi kobietami?
- Nigdy! Przez całe małżeństwo ani razu nawet nie spojrzał na inną.
- Rozumiem. W takim razie, po otrzymaniu tego o co prosiłem oraz zaliczki, biorę się do pracy.
Janek wciągnął się w pracę w Złotej Podkowie. Był jednym z dwóch szefów. Nikt mu nie dokuczał. Miał sporo pieniędzy i względny spokój. Czas upływał mu głównie na organizowaniu dostaw dla pensjonatu, sporo jeździł do firm, z którymi współpracowali. Przy tym atmosfera prowincji i brak wielkomiejskiego zgiełku poprawiły jego zdrowie i samopoczucie.
Pewnego dnia, Janusz, wspólnik Janka, zaproponował, by ten pojechał w interesach do Lwowa na Ukrainę. Mieli stamtąd sporo klientów, więc należało dbać o ten rynek. Wtedy jednak Janek uświadomił sobie, że jego paszport został w mieszkaniu w Warszawie. Trzymał go w niewielkim sejfie meblowym, którego Iwona chyba nawet nie potrafiła otwierać. Nie było więc innego wyjścia, musiał pojechać do Warszawy.
Krzysztof, detektyw, rozpoczął poszukiwania od analizy obrotów na koncie Iwony i Janka Z wyciągów wynikało jasno, że od wielu miesięcy dokonywano regularnie wypłat części pieniędzy z bankomatu. Iwona nic o tym nie wiedziała, a więc była to sprawka Janka. Jakby przygotowywał zapas gotówki na nową drogę życia. Z korespondencji e-mailowej także nic nie wynikało dla sprawy. Wtedy Krzysztof postanowił spróbować innej metody, nie całkiem formalnej, ale być może skutecznej. Uruchomił swoje znajomości w ZUS-ie. I okazało się to strzałem w dziesiątkę. Do lipca włącznie składki ubezpieczeniowe na nazwisko Jana Kowalskiego o tym numerze PESEL trafiały do ZUS z konta dotychczasowego pracodawcy z Warszawy. Natomiast późniejsze wpłaty realizował sam zainteresowany, jako prywatny przedsiębiorca prowadzący działalność gospodarczą. Oczywiście ustalenie adresu nowej siedziby aktualnego miejsca pracy nie stanowiło już żadnego problemu.
Krzysztof był bardzo zdziwiony, że tak łatwo udało się namierzyć Janka. Jednak, aby upewnić się, że odszukał właściwą osobę, postanowi pojechać pod adres nowego miejsca pracy Kowalskiego. Poinformował Iwonę, że w najbliższy poniedziałek jedzie w prowadzonej na jej zlecenie sprawie na Podkarpacie. Zarezerwował miejsce w Złotej Podkowie dla jednej osoby na jeden dzień i wyruszył w drogę zabierając fotografię Janka.
Po przyjeździe zgłosił sie do recepcji, gdzie pracownica pensjonatu szybko i sprawnie załatwiła wszelkie formalności.
- Pan do nas tylko na jeden dzień?
- Tak. Jestem przejazdem. Nie wiedziałem, że to takie ładne miejsce - zagadnął Krzysztof. To duży pensjonat, chyba musi tu pracować sporo osób?
- Proszę bardzo, oto klucz do pańskiego pokoju. Recepcjonistka nie była skora do nawiązywania rozmowy, natomiast Krzysztof nie chciał wprost zapytać o Jana Kowalskiego, aby go ewentualnie nie spłoszyć. Tym bardziej, nie chciał pokazywać nikomu jego fotografii. Liczył raczej na to, że spotka go i zidentyfikuje, po czym przekaże informację Iwonie. Rozglądał się, udawał, że zgubił drogę, chodził po całym pensjonacie, ale Janka nie spotkał. Nie wiedział, że minęli się w drodze.
Pomimo, iż był już listopad, Jankowi na podróż do Warszawy trafiła się świetna pogoda. Było pogodnie, dosyć ciepło, zupełnie sucho. Jechał szybko. Droga do Warszawy upłynęła Jankowi bardzo przyjemnie. Zarezerwował sobie miejsce w hotelu w Falentach na przedmieściach stolicy, skąd rano następnego dnia zamierzał udać się do domu. Oczywiście tylko wówczas, gdy będzie pewny, że Iwona wyszła do pracy. Zaparkował swoją służbową Skodę pod hotelem, zjadł kolację i poszedł spać. Wstał następnego dnia przed 6:00 i zaraz wyjechał do Warszawy. Zdążył przed porannym szczytem i po kilku próbach, znalazł miejsce w pobliżu ich domu. Mógł stąd obserwować bramę na podwórko. Czekał tak długo, aż zobaczył wyjeżdżającą, czarną Toyotę Avensis, którą Iwona codziennie dojeżdżała do pracy. Teraz mógł wejść do mieszkania. Szybko przeszedł przez bramę, podwórko i nie spotykając nikogo, dotarł do drzwi, Klucze, które miał na szczęście nadal pasowały do zamków. Iwona ich nie wymieniła. Wszedł do przedpokoju i zdjął buty, aby nie zostawić śladów na podłodze. W szafce w przedpokoju, nadal leżały jego ranne pantofle. Założył je i wszedł do pokoju, w którym był zamontowany sejf. Otworzył go szyfrem. Paszport leżał tak, jak go zostawił kilka miesięcy wcześniej. Schował go do saszetki, którą miał ze sobą. Teraz mógł spokojnie rozejrzeć się po mieszkaniu. Nic się tam praktycznie nie zmieniło, od kiedy był tu ostatnio.
Jak dawniej, zrobił sobie herbatę i usiadł w swoim ulubionym fotelu przed telewizorem. I wtedy nagle zrobiło mu się żal. Żal lat, które tu minęły, tych wszystkich lepszych chwil, które wciąż pamiętał i do których nie było już powrotu. Chyba tak już jest, że człowiek z przeszłości zapamiętuje głównie to, co dobre, a złe wspomnienia wymazuje z pamięci. Niestety, nie mógł już cofnąć czasu i swoich decyzji. Musiał wracać w Bieszczady, gdzie wiódł nowe, może nawet lepsze życie. A jednak czuł nostalgię do tego wszystkiego, co musiał tutaj, bezpowrotnie pozostawić.
Uprzątnął wszystko, zamknął drzwi i odjechał ku swojemu nowemu życiu w Złotej Podkowie.
Następnego dnia rano, Krzysztof wyruszył z powrotem do Warszawy. Nie spotkał wprawdzie Janka, ale spenetrował pensjonat Złota Podkowa i mógł podać jego dokładne namiary Iwonie.
Po kilku dniach zaprosił ją do swojego biura i wszystko przedstawił. Potwierdził, iż z dokumentacji ubezpieczeniowej wynika jednoznacznie, że Janek pracuje w pensjonacie w Bieszczadach. Natomiast ewentualne dopytywanie się o niego mogłoby go zwyczajnie spłoszyć i skłonić do kolejnej ucieczki.
- Teraz decyzja, co dalej, należy do pani, pani Iwono.
- Dziękuję, muszę to wszystko przemyśleć, przeanalizować na spokojnie i wtedy zadecyduję. Na razie dziękuję panu za wszystko.
Iwona pożegnała się i wróciła do domu. Jednak, gdy stanęła przed drzwiami, ogarnęła ją autentyczna rozpacz. Zaczęła szlochać. Była wściekła i jednocześnie bezradna.
- Dlaczego mi to zrobiłeś? Dlaczego - bezwiednie powtarzała przez łzy, usiłując znaleźć klucze w torebce. Wtedy znienacka usłyszała obok siebie głos kobiety.
- Czy mogę pani jakoś pomóc? Coś się stało?
Obejrzała się. Przed nią stała młoda, około trzydziestoletnia blondynka, średniego wzrostu. Kojarzyła ją. Musiała mieszkać w sąsiedztwie i chociaż nigdy nie zamieniły ani słowa, teraz poczuła, że bardzo potrzebuje kogoś, komu mogłaby się wyżalić.
- Tak. Spotkało mnie coś okropnego i nie umiem sobie z tym poradzić. Przepraszam, strasznie mi głupio.
- Niepotrzebnie. Może mogę pani pomóc - ponownie spytała nieznajoma.
- Nie wiem, ale raczej nie.
Wyciągnęła rękę:
- Iwona.
- Kaśka - odpowiedziała, podając jej rękę.
- Wejdziesz na kawę - zagadnęła nieśmiało.
- Z chęcią - odpowiedziała Kasia.
Po chwili siedziały obie w salonie Iwony i popijały kawę. Z pewną rezerwą wobec dopiero co poznanej sąsiadki, Iwona opowiedziała o zaginięciu męża.
- Pamiętam twojego męża. Spotkałam go dokładnie trzeciego lipca rano. Wychodził z domu z torbą. Pamiętam, bo akurat szłam na egzamin na prawo jazdy.
- Niemożliwe. Jesteś pewna, że to był trzeci? Janek utonął, czy też zaginął, drugiego wieczorem.
- Na sto procent spotkałam go trzeciego. Mówię ci, że właśnie szłam na egzamin i nawet go w końcu zdałam.
Tego było już dla Iwony za dużo. Dotarło do niej wreszcie, że Janek naprawdę nie utonął, tylko od niej uciekł, a w trakcie tej ucieczki, po prostu przyjechał do domu zabrać rzeczy.
Dziewczyny ustaliły, że trzeba pojechać do pensjonatu, w którym pracuje prawdopodobnie Janek. Ale po pierwsze: rezerwacji musi dokonać Katarzyna, na swoje nazwisko dla dwóch osób, a po drugie, muszą pojechać jej samochodem, bowiem auto Iwony Janek natychmiast rozpozna i natychmiast ucieknie. Tak właśnie się umówiły i postanowiły pojechać na przełomie listopada i grudnia, to jest jeszcze przed sezonem świątecznym. Miejsca udało sie zarezerwować bez problemu. Wyjechały w sobotę rano. Gdy dojeżdżały nad Solinę, było już zupełnie ciemno i Katarzyna bała się, czy da radę jako ciągle początkujący kierowca. Dzięki dobrej pogodzie i sprawnej nawigacji, dojechały w końcu do celu, Zaparkowały samochód i zameldowały się w recepcji. Iwona odegrała doskonale scenę o zapomnieniu dowodu osobistego i zameldowała się pod zmyślonym nazwiskiem. Płaciły gotówką, nie chciały faktury, więc recepcjonistce było wszystko jedno. Po kolacji zaczęły dyskretnie rozglądać się po obiekcie. Ale Janka nie spotkały. Późnym wieczorem poszły spać.
Rano obudziły się dopiero około dziewiątej. Niedługo kończyło się wydawanie śniadań, więc musiały pospieszyć się i szybko zejść do restauracji. Usiadły w końcu sali, aby móc obserwować pozostałe osoby. I wtedy, nagle Iwona zbladła i znieruchomiała.
- Co się dzieje - zapytała Katarzyna.
- To on - wyszeptała Iwona.
Kasia odwróciła się i zobaczyła Janka, jak stoi w drzwiach sali i rozmawia o czymś z jedną z pracownic. Następnie wszedł do restauracji i podszedł do bufetu, by sobie nałożyć porcję. Chwilę później usiadł samotnie w drugim końcu sali. Nie zwracał na nikogo uwagi i nie zauważył żony ani Katarzyny, zresztą pewnie by jej nawet nie poznał.
- Co teraz? Kaśka była zaskoczona i zmieszana zarazem. Nie wiedziała, co powinna zrobić, w końcu chodziło o rodzinne sprawy jej sąsiadów.
Iwona nie odpowiadając wstała i niespiesznie podeszła do stolika, przy którym siedział Janek. Ten po chwili podniósł wzrok znad jedzenia i zamarł w bezruchu. Potem wstał. Początkowo nie mógł wyksztusić ani słowa, był całkowicie zaskoczony i przerażony zarazem.
- Witaj, powiedziała do niego chłodno. Wiedziałam, że twoje utonięcie to idiotyczna mistyfikacja. Nie wiedziałam tylko, że potrafisz być aż tak podły.
Janek patrzył na nią przerażonym wzrokiem, chciał coś powiedzieć, ale wymamrotał tylko: dzień dobry. Był zszokowany i przerażony zarazem. Nagle, jak już kiedyś, przed paru miesiącami, poczuł ten sam, silny ból w okolicach mostka. Nie mógł złapać tchu, w oczach zrobiło mu się ciemno. Chwycił się za serce. Ktoś z sali spytał głośno, czy źle się pan czuje? Gdy osunął się bezwładnie na podłogę, podbiegł do niego jakiś mężczyzna.
- Jestem lekarzem, co panu jest?
Janek już nie był w stanie nic odpowiedzieć, sparaliżowany bólem i strachem, umierał na oczach wielu osób.
- Proszę wezwać pogotowie, zawołał mężczyzna, który usiłował udzielić mu pomocy.
Pół godziny później, przybyły na miejsce lekarz pogotowia stwierdził rozległy zawał serca, który spowodował zgon.
- Czy pani jest rodziną zmarłego - zapytał lekarz pogotowia.
- Tak, to był mój mąż - odparła Iwona.
I po chwili dodała bardzo cicho:
- Żegnaj Janku, tym razem naprawdę. Umarłeś po raz drugi i z pewnością ostatni.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania