Snajper

Kosma szedł równym marszem przez piaskową zawieruchę. Wirujący pył co chwilę osiadał na goglach jego maski. Żołnierzowi zupełnie to nie przeszkadzało. Przez ostatnie trzy lata służby przyzwyczaił się do wiecznie złych warunków panujących na postapokaliptycznych pustkowiach. Teraz wreszcie doczekał się zwolnienia na długą przepustkę.

Powinien zostać na nią wysłany już po pierwszym roku służby. Dowódcy stwierdzili jednak, że nie ma takiej możliwości. Kosma był potrzebny na froncie. Żołnierz zaakceptował taką decyzję, wiedział jaka była sytuacja. Armie rządowe cały czas nękały rebeliantów szybkimi precyzyjnymi atakami. Korzystali z technologii, która przewyższała tę używaną przez ruch oporu. Zastój w ofensywie rebeliantów był już długi i nie wróżył niczego dobrego. Trzeba było nieść ogień rewolucji dalej na wschód, ale rządowe miasto-forteca Minneapolis powstrzymywało ruchy na tym froncie.

Kiedy Kosma dołączył do oddziałów maszerujących na tę rządową pozycję, bramy miasta były już oblegane. Rządowi otrzymali jednak wsparcie i odparli natarcie. Ponosząc ogromne straty rebelianci musieli się wycofać. Oddział Kosmy osłaniał odwrót. W pewnym momencie znalazł się w zasięgu jednej z wrogich maszyn kroczących. Ogień karabinów maszynowych i dział energetycznych w jednej chwili przetrzebił piechotę. Z trzydziestoosobowego oddziału ostało się jedynie paru chłopaków. Natychmiast przydzielono ich do innej jednostki.

Rebelianci wrócili do okopów, które przygotowali podchodząc do miasta. Rządowa armia była rozpędzona. Linia obrony walczących o wolność ludzkości żołnierzy załamała się. Elitarne jednostki reżimu wbiły się głęboko za okopy zamykając oddziały rebeliantów w kotłach. Nastąpił czas chaotycznej wojny. W odciętych od zaopatrzenia okopach młodzi chłopcy walczący o wolność umierali od chorób, głodu i ciągłego ostrzału. Od dowództwa, które nie mogło wysłać im wsparcia otrzymali jeden rozkaz. Utrzymać pozycje niezależnie od strat. Walczyć do końca.

Wierzący w ogień rewolucji żołnierze walczyli i umierali za wolność. W chaosie wojny nie raz dochodziło do bratobójczego ognia. Każda dezercja karana była natychmiastową egzekucją. Medycy pola bitwy byli szczególnie tępieni przez rządowe oddziały. Po paru dniach nie został już niemalże żaden z nich. Wojna była brudna straszna i dzika. Jak żniwiarz przechodziła pomiędzy oddziałami i jednym ciosem kosy zabierała setki żyć. Kosma hartował się w jej ogniu. Nie był bohaterem. Przeżył to wszystko tylko dlatego, że miał szczęście. Z jakiegoś powodu kule trafiały stojących po jego prawej i lewej przyjaciół, ale go samego omijały. Raz granat wylądował tuż pod stopami Kosmy. Żołnierz zupełnie tego nie zauważył. Jakiś z szeregowy stojący obok dostrzegł ładunek. Chwycił go i chciał odrzucić w stronę nacierających na okopy rządowych. Granat wybuchł mu w ręce. Siła eksplozji powaliła Kosmę na ziemię. W pierwszej chwili w ogóle nie zrozumiał co się stało. Wstał. Podniósł karabin, który wypadł mu z rąk. Oparł się o okop i strzelał dalej.

Znieczulica emocjonalna była skutkiem ubocznym tabletek, które dostawała większość szeregowych żołnierzy armii rebelii. Pozwalały one na redukcję potrzeby snu, jedzenia i odpoczynku. Były mocno uzależniające. Dowództwo przedstawiało je jednak jako dawki witamin, które miały stanowić uzupełnienie mdłej diety. Kosma dobrze wiedział czym one są. Jako dzieciak pracował w wytwarzającej je fabryce. Kiedy trafił na front obiecał sobie, że nie będzie ich brał. Porzucił to postanowienie następnego dnia, kiedy po całodniowych walkach nie miał już siły utrzymać się na nogach, a do jakiejkolwiek wolnej chwili na sen zostały długie godziny.

W trakcie drugiego roku służby zażądał przeniesienia. Ustanowiono go bowiem dowódcą niższego szczebla oddziału nowo przybyłych świeżaków. Większość żołnierzy prawdopodobnie cieszyłaby się z takiego przydziału. Kosma widział jednak na twarzach młodych chłopaków zapał i entuzjazm, który kiedyś gościł w jego sercu. Nie chciał patrzeć jak ta optymistyczna wizja walki o wolność umiera w tych świeżakach.

Zaproponował swojemu przełożonemu, że skoro nie dostaje pozwolenia na udanie się na przepustkę to chce zostać snajperem. Dowódca Arch popatrzył na niego z ukosa. Zgodził się jednak.

Kosma został wysłany na tygodniowy kurs parę kilometrów za linią frontu. Doświadczeni weterani nauczyli go podstaw sztuki snajperskiej. Przekazali mu karabin, który miał na sobie jeszcze resztki swojego ostatniego właściciela. Po tygodniu treningu Kosma został wysłany na pole walk. Nie musiał wracać do okopów. Razem z dwoma innymi snajperami miał za zadanie przedostać się w głąb terytorium walk i zlikwidowanie paru wysoko postawionych rządowych oficerów. Skradając się przez przeorane pociskami piechoty i artylerii zostali zauważeni przez wrogą wieżyczkę. Dwóch towarzyszy Kosmy zostało podziurawionych kulami, a ich krew zmieszała się z błotem.

Nowo mianowany snajper nie porzucił swojej misji. Wycofał się na lepszą pozycję i zaczął obchodzić terytorium walk. Jego kamuflujący płaszcz i naturalna zwinność pomogły mu pozostać niezauważonym. W końcu znalazł odpowiednią pozycję. Zakopał się w błocie i czekał. Jego racje żywnościowe zdążyły się już dawno skończyć, a w manierce zostało jedynie parę kropli. Kosma i tak nie mógł ich dopić, bo jakikolwiek ruch mógłby zwrócić na niego uwagę strażników albo systemów obronnych. Udanie się by załatwić potrzeby fizjologiczne też nie chodziło w grę. Przez rok spędzony w okopach Kosma przyzwyczaił się już do osikanych spodni. Nie dbał o to, żadna z tych nieprzyjemności nie miała znaczenia. Liczyło się powierzone mu zadanie, które chciał wypełnić. Nadal wierzył w wolność. Walczył za swoją żonę i córkę, które zostawił w domu. Chciał dać im lepszy świat. Świat, w którym będą mogły mieć nadzieję, że następny dzień będzie piękny, gdzie nie będzie rządu, który cały czas zagrażał wolności wszystkich ludzi. Kosma cały czas miał nadzieję.

W końcu snajper dostrzegł swój cel. Do obozu, który cały czas obserwował przyjechał terenowy samochód. Wysiadło z niego dwóch oficerów i eskortujący ich żołnierze. Kosma wstrzymał oddech.

-By wykuć w bitwie wolność ludzkości. – Wyszeptał i nacisnął spust.

Trafił. Kula przeszyła czoło oficera, który poleciał jak kłoda na ziemię. W obozie wybuchła panika. Rozległy się syreny, a żołnierze zaczęli się rozglądać za snajperem. Niektórzy strzelali w losowych kierunkach. Zapanował chaos. Kosma przez chwilę czekał w zupełnym bezruchu.

Później przeturlał się na bok. Zaczął uciekać. Nie dobiegł zbyt daleko, gdy usłyszał warkot silników. Rządowi poderwali helikoptery. Kosma nie był w stanie im uciec. Kiedy był już pewny, że zaraz w jego stronę polecą kule znów uśmiechnęło się do niego szczęście. Poślizgnął się na gnijącej, oderwanej ręce i poleciał twarzą w błoto. Trafił prosto w jakąś niewielką dziurę po pocisku. Wpadł do środka ryjąc głową w wilgotnej ziemi. Instynkt kazał mu znieruchomieć.

W tym momencie nad zakopanym snajperem przeleciały dwa helikoptery. Kosma leżał nie próbując nawet zmienić nienaturalnej pozycji. Zrobił to dopiero po chwili, kiedy spoza dziury nie dobiegały żadne niepokojące odgłosy. Przewrócił się na plecy jeszcze bardziej zakopując się w błocie. Pomiędzy swoimi sterczącymi w górę nogami trzymał karabin. Oddychał ciężko i bolała go głowa. Był głodny i odwodniony. Z trudem wygrzebał manietkę. Chłodna, świeża woda wydawała się najlepszym trunkiem na świecie.

Kosma w swojej dziurze spędził kolejny dzień. Parę kropel z manetki nie mogło utrzymać go jednak przy życiu. Skrajne odwodnienie dawało się we znaki. Kosma czuł, że umiera. Wyciągnął zdjęcie, które zawsze trzymał w kieszeni na piersi. Fotografia była przemoczona, poplamiona błotem i zaschniętą krwią. Kosma często na nią patrzył, zwłaszcza kiedy nie miał już siły walczyć. Na zdjęciu widniała jego żona. Miała na sobie sukienkę ozdobioną kwiatami. Uśmiechała się. Na rękach trzymała małą dziewczynkę. Największy skarb Kosmy. Po policzku snajpera spłynęła łza. Wtedy nadarzył się niespodziewany uśmiech losu. Zaczęło lać.

Przekleństwo każdego żołnierza okopowego dla snajpera było błogosławieństwem. Strugi wody zbierały mnóstwo zanieczyszczeń ze skażonej atmosfery. Kosma miał to w nosie. Chciał przeżyć. Ustawił swój snajperski płaszcz tak żeby woda spływała mu prosto do ust. Czekał. Mijały kolejne godziny. Nagle coś się zmieniło rozległy się syreny i huk artylerii. Rebelianci musieli wyczuć, że coś jest nie tak u rządowych. Po stracie oficera nastąpiło jakieś zawirowanie w przejęciu dowodzenia. Rebelia chciała wykorzystać to zamieszanie. Rzucili zatem część sił czekających w okopach. Rozpoczęła się kolejna bitwa. Kosma wiedział, że to jest jego moment na ucieczkę. Przeczekał pierwszy ostrzał. Wyczołgał się ze swojej kryjówki i rozejrzał się na około. Było ciemno, ale świat rozświetlały race i latające pociski. Rebelianci nacierali na obóz z innej strony niż kryjówka Kosma. Inaczej prawdopodobnie by go zadeptali.

Z ciemności nagle wyłoniła się postać. Kosma podniósł snajperkę, ale to nie był wróg. W jego stronę biegł rebeliant. W ręku trzymał za lufę karabin i wymachiwał nim jak kijem bejsbolowym. Kiedy zaczynano szturm każdy z żołnierzy otrzymywał przydział amunicji. Nie był zbyt duży, dlatego wielu rebeliantów wolało broń laserową. Miała o wiele słabszą moc, ale za to nie trzeba było martwić się o wyczerpanie magazynka.

-Spokojnie. Jestem snajperem rebeliantów. – Powiedział Kosma zniżając broń.

Żołnierz nie zwolnił. Nadal biegł potykając się o błoto. Instynkt Kosmy kazał mu podnieść karabin i zastrzelić biegnącego rebelianta. Powstrzymał ten odruch. Nie chciał zabijać swoich. Żołnierz nie zwolnił.

-Hej, koleś jesteśmy po tej samej stronie. Zatrzymaj się! –

Ostatnie parę kroków żołnierz pokonał z niezwykłą zwinnością. Wybił się z jednej nogi i skoczył na Kosme. W jednej chwili oboje znaleźli się na ziemi. Twarz obu rebeliantów dzieliło jedynie parę centymetrów. Kosma dobrze mógł przyjrzeć się twarzy swojego sojusznika. Oczy żołnierza płonęły dziką furią. Były całkowicie przekrwione. Kosma dobrze wiedział o co chodzi. Tym bardziej przestraszonym rebeliantom na szturmy dawali dodatkowe środki. Narkotyki sprawiały, że żołnierze byli nie do zatrzymania. Zupełnie nie czuli bólu. Pędzili przed siebie jak spuszczone ze smyczy psy. Jeżeli było trzeba rozrywali gardła przeciwników własnymi zębami. Większość z nich szła w pierwszej linii szturmu i nie dożywała jego końca. Szczęściarze przez długie tygodnie dochodzili do siebie. Nigdy jednak nie byli już tymi samymi ludźmi.

Kosma wiedział, że musi walczyć o życie. Pierwszym odruchem było naciśnięcie spustu. Lufa karabinu ustawiona była pod dziwnym kontem. Kula przestrzeliła kolano żołnierza. Ten zupełnie nie zareagował. Zaczął okładać snajpera swoim pozbawionym amunicji karabinem.

Kosma był zmęczony właściwie to znajdował się na granicy śmierci. Resztką siły zrzucił z siebie przeciwnika. Żołnierz od razu zaczął kolejny atak. Skoczył na snajpera. Kosma zrobił unik. Zyskał ułamek przestrzeni. Tyle mu wystarczyłoby wprowadzić kolejny nabój do komory karabinu. Żołnierz był już przy nim. Kosma nacisnął spust. Rozległ się huk, a na twarz snajpera trysnęła krew.

Po powrocie Kosma otrzymał gratulacje i pochwały. Szturm przeprowadzony przez rebeliantów nie przyniósł co prawda zbyt wielu efektów, niemniej samotna wyprawa snajpera, zakończona zabójstwem oficera, była ważnym symbolem.

Następny rok Kosma spędził w oblężonym mieście należącym do rebeliantów. Walki trwały tam długo i były bardzo krwawe. Rządowi cały czas nacierali na uwięzionych rebeliantów. Kosma szukał nietypowych kryjówek z których mógł nękać ciągle krążących wokół miasta przeciwników. Pewnego razu dostał informacje, że jeden z rządowych snajperów poluje na szukających pożywienia rebeliantów. W ruinach miasta rozegrał się pojedynek na cierpliwość, kreatywność i celność.

Kosma wygrał. Zabił przeciwnika, a następnego dnia zakradł się na jego pozycję i odzyskał nowo wyprodukowaną rządową snajperkę. Broń była zaszyfrowana, ale technik Bruno dał radę złamać zabezpieczenia. Następnego dnia próbował zrobić to samo z rządowym granatnikiem, ale broń wybuchła mu w rękach. Stracił obie dłonie. W mieście brakowało lekarstw więc umarł od zakażenia.

Kosma zyskał za to nowy karabin snajperski o znacznie większej mocy. Broń ta stała się jego znakiem rozpoznawczym. Teraz niósł ją na plecach przedzierając się przez piaskową zawieruchę. W duchu doznawał niezwykłych przeżyć. Jednocześnie czuł największą radość i zobojętnienie. Wracał do domu. Do swojej żony i córki. Z drugiej strony jego myśli nadal krążyły wokół kolejnej bitwy. W okopach zostawił wielu przyjaciół i braci broni. Kiedy wróci z przepustki część z nich już na pewno nie będzie żyła. Nagle spośród wirującego w powietrzu prochu wyłonił się dom. Kosma poczuł spływającą mu pod maską łzę. Jego dom był już w zasięgu ręki. Wystarczyło parę kroków. Snajper nie potrafił ich wykonać. Coś go zatrzymywało. Pod maską płynęły mu łzy. Próbował je zatrzymać, ale nie potrafił.

Od trzech lat znał tylko wojnę. Każdego dnia walczył o życie i oglądał jak jego towarzysze taką samą walkę przegrywają. To, że stał na własnych nogach było zasługą niezwykłego szczęścia, które z jakiegoś powodu cały czas się go trzymało.

Do przetrwania Kosmy dołożyli się także jego przyjaciele. Niektórych znał jedynie parę chwil. Więź jaka zdążyła się między nimi wytworzyć czasem w ciągu zaledwie paru minut rozmowy była zupełnie niezwykła. Jeden uścisk dłoni zmieniał ich w braci. Hoper, chłopak, który jako pierwszy przywitał Kosme kiedy ten po raz pierwszy trafił na front. Zdążyli razem rozegrać grę w szachy przed tym jak ruszyli do walki, z której Hoper już nigdy nie wrócił.

Kimo, był jednym z nielicznych, którzy przetrwali z pierwszego oddziału, do którego trafił snajper. Po nocach spędzonych w okopach oduczył się snu. Brał tyle wszelakich tabletek na ile mu pozwalano. Kiedy zapadała noc siadał w dziwnej pozycji. Jego oddech zwalniał, a ciało się rozluźniało. Oczy zostawały jednak otwarte. Kiedy Kosma wyjeżdżał z rebelianckiego obozu Kimo jeszcze żył. Teraz mógł już jednak leżeć martwy w błocie.

Otto, to był żołnierz, który odrzucił granat, który spadł pod nogi Kosmy. Snajper nigdy nie zamienił z nim słowa. Mimo to byli braćmi.

Teren i Hipps, byli dwoma snajperami z którymi Kosma ruszył na swoją pierwszą misję. Wcześniej przez chwilę trenowali razem. Hipps miał córkę w tym samym wieku co Kosma.

Ashley, młoda dziewczyna, która była sanitariuszką w oblężonym przez siły rządowe rebelianckim mieście. Kosma w trakcie walk złapał jakiegoś wirusa. Na początku myślał, że to nic takiego. Szybko okazało się jednak, że sytuacja była poważna. Choroba powaliła Kosmę z nóg. W mieście brakowało leków. Snajper został zatem spisany na straty. Mimo braku sprzętu i medykamentów Ashley opiekowała się chorym żołnierzem. Przynosiła mu wodę i jedzenie, kiedy ten nie był już w stanie wstać. Ślepy los sprawił, że organizm Kosmy jakimś cudem poradził sobie z chorobą. Kilka dni po powrocie do walk snajper znalazł Ashley. Leżała martwa przygnieciona gruzami. Próbowała wyciągnąć rannych z walącego się budynku, kiedy strop nie wytrzymał. W jej martwych otwartych oczach nadal malowała się prosta ludzka dobroć.

Harden był najlepszym przyjacielem Kosmy. W ostrzale artylerii stracił przedramię. W tamtym momencie był już jednak poważanym żołnierzem. Znalazły się zatem środki na wszczepienie mu robotycznej ręki. Dzięki temu Harden mógł walczyć dalej. Kiedy Kosma spytał go co ten zamierza zrobić, jeżeli uda się im wygrać wojnę, przyjaciel odpowiedział prostymi słowami.

-Wojna nigdy się nie skończy. Nie dla mnie. –

Było jeszcze wielu innych. Wielu nie żyło, inni nadal walczyli. Fiort, Luna, Oraks, Cyklop, Peter, Kira, Huran, Niko…

Kosma odetchnął. Już nie próbował zatrzymać łez. Płakał. Wszystkie imiona rebeliantów, choć wypłowiałe w trudach wojny teraz rozbrzmiewały echem w duszy snajpera. Pamiętał wszystkie zatrzymane w przerażeniu twarze martwych żołnierzy. Ich roztrzaskane czaszki, wyłupane oczy i powykrzywiane ciała nawiedzały go w koszmarach. Wojna była zła, straszna, brutalna, ale jednocześnie potrzebna.

Gdyby nie wystrzelone przez rebeliantów pociski. Gdyby nie zrzucane na wrogów bomby i poświęcenie setek szarych żołnierzy dom Kosmy teraz by nie istniał. Zostałby zburzony przez rządową machinę wojenną. Żona snajpera zostałaby zabita, a córka porwana i zindoktrynowana. Kosma musiał zrobić wszystko by temu zapobiec.

Poszedł na wojnę, bo chciał bronić wolności. Jego bliscy nie mogli stać się jedynie przedmiotami w rękach władzy. Kosma chciał dla nich pięknego, spokojnego życia, ale takie życie kosztowało. Ceną było jego cierpienie. Każdy dzień w okopach. Każdy marsz w błocie po kolana. Każdy oddany strzał. To wszystko było po to, żeby jego mała córeczka mogła spać spokojnie.

Płacz zmienił się w szloch. Snajper nie miał pojęcia, że potrafi wypłakać tak wiele łez. Był pewien, że skończyły mu się już dawno, kiedy w okopach opłakiwał zabitych braci. Złapał się za głowę.

Chciał wrócić do domu. Przytulić córeczkę. Poczuć delikatną skórę żony na koniuszkach palców. Marzył o tym od momentu, kiedy opuścił dom. Teraz będąc jedynie parę kroków od drzwi nie potrafił jednak ruszyć się z miejsca. Niewidzialne łańcuchy ciągnęły go z powrotem na front. Dlaczego to niby on miałby wrócić do rodziny, a nie któryś z martwych przyjaciół. W czym był od nich lepszy?

Nie, to było jednak najgorsze. Kosma dobrze wiedział, że jeżeli przekroczy drzwi swojego domu to już nigdy z niego nie wyjdzie. Nic na świecie nie da rady zmusić go do powrotu na wojnę. Po rodzinnym cieple, chłód frontowego błota będzie czymś nie do zniesienia.

Kosma zachwiał się. Jego nogi nie były tak słabe nawet po najdłuższych marszach. Usiadł na piasku i schował głowę w kolanach. Dalej płakał. Był tylko małym stworzonkiem w wielkim brutalnym świecie. Jego ciało i psychika zdawały się naciągniętymi strunami skrzypiec, na których grał okrutny los. Melodia była smutna i poważna. Nadawałaby się do wielkich sal wypełnionych ważnymi osobami, które wsłuchałyby się w każdą najmniejszą nutę oceniając jej brzmienie. Kiedy struny w końcu by pękły pod naporem smyczka wstaliby i wyszli bez słowa.

Kosma właśnie pękał. Wojna uczyła ograniczania odczuwania emocji. Inaczej nie dałoby się przeżyć wszechobecnej śmierci i zniszczenia. Człowiek może chować się przed własną psychiką, ta w końcu go jednak dopadnie. Kosma właśnie został złapany w jej emocjonalnym uścisku. Pierwszy raz od dawna czuł wszystko.

Snajper bał się jeszcze jednej rzeczy, której nie chciał przed samym sobą przyznać. Co, jeżeli dom był pusty? Przez trzy długie lata wiele mogło się zmienić. Może rzeczywistość była o wiele brzydsza niż marzenia, które Kosma snuł leżąc w okopach.

Wiatr przybrał na sile. Wirujący pył zasłonił dom. Kosma nie miał pojęcia jak długo siedział na ziemi. Łzy skończyły mu się a przeciążony umysł przestał wypluwać myśli. Żadna bitwa nie była tak psychicznie wyczerpująca jak ta. Snajper odetchnął spokojnie. Zebrał wszystkie siły i wstał. Musiał podważyć dół swojej maski by pozwolić całej zebranej wodzie wypłynąć. Krople skapały na suchy grunt.

Zrobił krok w przód. Jeszcze raz spojrzał w kierunku swojego domu po czym obrócił się przez lewe ramię i ruszył z powrotem na wojnę.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania