Śnieg

1 - Wrażenia i rozmowy istotne

 

W górach leżał śnieg. Ta lekka biel, sypka jak puder pokrywała skały i lasy siwe od błysków; przypominała morski piasek, który był podobnie gładki, sypiący się i ustępujący pod butem. A jednak była odeń bardzo różna... wszak nie były to kamienne ziarenka, ale cząsteczki wody, które z powodu temperatury niższej od zamarzania ścięły się w ciała stałe o heksagonalnej strukturze. A wśród tych milionów czarodziejskich gwiazdek nie sposób było znaleźć choć dwóch identycznych, panowała tu nieskończona pomysłowość w modyfikowaniu wciąż jednego i tego samego schematu, równobocznego i równokątnego sześciobok, a każdy z imnych tworów był bezwzględnie regularny i lodowato proporcjonalny, i to właśnie było w nich niesamowite, nieograniczone i wrogie wobec życia.1

Było lato 1990 roku lub też - posługując się terminologią nauki, która zniweczyła wspaniałą pozycję kosmiczną człowieka i z ośrodka wszechświata uczyniła małą, obojętną planetę - lato roku 1990 dochodziło do zenitu. Pewien czcigodny obywatel i amator górskich wycieczek, jechał właśnie wraz z żoną i dwójką dzieci na wakacje do Karkonoszy.

Długa to była droga. Każdy kto choć raz miał styczność z mapą Polski, zdaje sobie sprawę, że trzeba przejechać przez cały kraj, żeby z małej mieściny na Helu dostać się w góry ("Cały dzień drogi! Równie dobrze moglibyśmy pojechać do Hiszpanii", biadoliła pani Maria i, jak to już u żon bywa, miała rację).

Jednak pan Amarylis - bo tak ów czcigodny obywatel-amator się nazywał - okazał się nieubłagany. W górach się wychował, więc w góry musi wrócić. Było to proste i zrozumiałe, dziwimy się jednak, że tę tęsknotę poczuł dopiero teraz, po piętnastu latach spędzonych na słonym wybrzeżu...

Amarylisowie zatrzymali się w hotelu, który nazywał się "Pod Świerkami". Z racji, że był to duży hotel o charakterze międzynarodowym, oprócz Słowian i Niemców, przebywało tam wielu Anglików. A z racji, że wymówienie tej nazwy było dla nich impossible, pensjonat szybko zyskał przydomek "Sprus". Powiedział im to zarządca, a pani Maria uznała, że jest to niezwykle urocze, co z kolei wprowadziło Amarylisa w osłupienie. Przyszło mu na myśl coś niebieskawego i rozwodnionego, a to znowu wywołało w nim obrzydzenie...

- Nie ma to jak góry, nie? - odezwał się następnego dnia, kiedy wybrali się na spacer po okolicy "Sprusa".

- Nie sądziłam, że góry będą mi tak przypominały morze - powiedziała - Spójrz na tamte szczyty! Ledwie widać zza mgły tak jak czasami dzieje się to z horyzontem morza. A nawet sam Bałtyk taki jest lodowaty, siny i wieczny, jak te śniegi co tutaj zalegają... Patrz, jaką dzieci mają zabawę!

Amarylis nie spojrzał. Za bardzo uderzyło go, że jego żona powtórzyła słowa o wiecznym śniegu (zasłyszane dzisiaj rano od podejrzanego Węgra o twarzy przemytnika) i zrobiło mu się niewymownie przykro. Pani Maria dalej coś opowiadała, gdy nagle, po raz trzeci, uniosła swoją szeroką, męską niemal dłoń i wskazała coś grubym palcem, mówiąc:

- O, ktoś tam idzie przed nami!

Spojrzał przez łzy. Drogą z prawej strony zmierzało w ich stronę dwóch mężczyzn.

- Witam, szanowne państwo! - zawołał rubasznie zarządca - Doskonały dzień na małą przebieżkę, nieprawdaż? Zdaje się, że towarzysze się nie znają. Państwo Amarylis - Herr Werner.

Ten drugi z humorem ukłonił się.

- Państwo są w dobrych humorach - całkiem słusznie, poranek taki śliczny i ani śladu Eisbrei, którego tyle zawsze po roztopach... Jaka to przyjemność widzieć tak dobrane, połączone wspólną pasją małżeństwo! - mówił po polsku, ale z twardym akcentem i wymawiając gardłowo "r" - Czy wolno spytać, jaką państwo obrali trasę w naszej brawurowej krucjacie? Biegają państwo tam na dole w równinnych lasach, czy też na kształt górskich kozic próbują swych sił na skałach wśród naszych wiecznych śniegów?

Wieczne śniegi, tego jeszcze brakowało! Amarylis poczuł zawrót głowy. Na szczęście zarządca pospieszył z wyjaśnieniami.

- Ależ nie, panie Werner, ci państwo nie są maratończykami! Przybyli tutaj z dziećmi na wczasy.

- Tylko na dwa tygodnie - dodała pani Maria.

- O! Więc są państwo turystami?

- Turystami? - wybuchnął niespodziewanie pan Amarylis - Wypraszam sobie! W tych górach urodziłem się i wychowałem, jestem bardziej tutejszy niż pan!

Jego żona przeraziła się.

- Marianie!

Ale on był niewzruszony. Stał ze skrzyżowanymi ramionami w swojej wielkiej czapce z zająców, która opadała na oczy i patrzył na Niemca wyzywająco. Ten jednak roześmiał się i zawołał z wyrazem komicznej rozpaczy na twarzy:

- Meine Liebe, mein Herre! Żałuję bardzo, jeśli sprawiłem uraziłem pana albo sprawiłem przykrość... Teraz widzę, wystarczy tylko spojrzeć na pańską, proszę wybaczyć, nieokiełznaną brodę, niektórzy mieszkańcy lasów mają podobną. Wina leży po mojej stronie, mogłem się domyślić, że pan tutejszy...

Towarzystwo śmiało się, śmiała się pani Maria i nawet sam Amarylis. Bardzo był dumny z tej "brody drwala", która rosła krzaczasta i gęsta. "A to wstrętny Niemiec, myślał. Ale lubię go, chociaż jego gadanina to istna aria operowa, która przywodzi na myśl papier ścierny."

Ponieważ od tego sterczenia na środku ścieżki zrobiło się zimno, pani Maria postanowiła, że wrócą do hotelu z szanownymi panami. Zabrali dzieci, a pan Werner po ponownym okrzyku "rozkoszne maleństwa", zaczął opowiadać im o maratonie, nazwanym wcześniej przez niego brawurową krucjatą. Trzeba było zdobyć cały Trójkąt Sudecki w ciągu czterech dni, biegnąc dzień i noc, co dodał zarządca z rubasznym uśmiechem. Wielu hotelowych gości to śmiałkowie, którzy podobnie jak pan Werner przygotowują się do biegu. Pan Amarylis wtrącił przy tym, że on sam niegdyś był maratończykiem i to wcale niezłym.

- Wunderbar! - zapalił się Werner - Wiedziałem, że nie jest pan całkiem stracony. Zechce pan startować z nami?

Amarylis rozmarzył się. Od jego ostatnich zawodów minęło prawie dziesięć lat... Oczami wyobraźni ujrzał siebie mknącego górskimi ścieżkami, przebiegającego metę i odbierającego puchar... Lecz wtedy napotkał surowe spojrzenie pani Amarylisowej i zaczerwienił się.

- Dziękuję uprzejmie, skończyłem z tym. Teraz mam ważniejsze zajęcia.

W "Sprusie" rozeszli się. Przez resztę wieczoru pan Amarylis (o zgrozo!) pomagał żonie wyszywać fartuszek dla teściowej.

 

2 - Pierwsze kroki

 

Przez pana Wernera Amarylis zawstydził się swojego odstającego brzucha i zatęsknił za czasami, kiedy sam był młody, piękny i zdrowy. Być może dlatego nie zaprotestował, kiedy pan Werner przysiadł się do ich stołu i - po skomplementowaniu pani Marii i poprzekomarzaniu się z dziećmi, a także po rzuceniu paru uwag na temat pogody - zwrócił się do niego, Amarylisa, czy nie zechciałby wybrać się na przebieżkę po lunchu. Istnieje prawdopodobieństwo, że pan Amarylis się zgodził, ponieważ b) żona nie życzyła sobie, aby zdobywał górskie szczyty ("Nie będziesz włóczył się, kiedy ja tutaj z dzieciakami siedzę!"), a on poddał się zawczasu jako życiowo istota od żony słabsza. Na szczęście pani Maria nic nie miała przeciwko bieganiu z Wernerem, który bardzo jej się spodobał (używamy tego słowa nie bez przesłanek erotycznych), toteż w południe dwoje panów w lekkich strojach wybiegło na górski szlak.

Tego dnia po raz pierwszy od długiego czasu nie było mgliście; nad spiętrzonymi górskimi szczytami świeciło zimowe słońce i napełniało doliny i lasy krwawymi refleksami. Z lewej strony na na zboczach gór rozciągały się łąki poprzerzynane ścieżkami, u których ujścia niebieszczały wyraźne zarysy dalekich gór. Tymi właśnie ścieżkami potruchtali ramię w ramię nasi bohaterowie; jeden wesoły, szczupły i zdrowy, drugi powolny i ociężały.

- Nie ma nic piękniejszego niż górskie słońce - powiedział Niemiec z rozkosznym westchnieniem - Gdy świeci tak jak dziś, myślę o nieskończoności, w której powiewa oszroniona, parująca płynnym helem broda Boga...

- Pan jest wierzący? - rzucił zadyszany Amarylis z naiwną bezczelnością.

Tamten parsknął śmiechem, wcale nie zwalniając biegu.

- Pan jest znacznie bardziej śmiały bez tej swojej Ksantypy u boku! Dobrze, nie aprobuję tej społeczno-towarzyskiej formalnej góry jaką jest małżeństwo... Czy wolno mi spytać czym się pan zajmuje?

- Jestem mechanikiem - wysapał z godnością. Zrobił się czerwony z wysiłku, a na jego czole pojawiły się kropelki regulującej temperaturę wydzieliny potowej.

- Może biegnę za szybko dla pana? - spytał Werner po chwili.

- Gdzie tam! Nie takie rzeczy się robiło... - wydyszał i spytał ponownie, tym razem z nieprzyjemnym dla ucha świstem, wydmuchując trzymane w płucach powietrze - Wierzy pan w Boga?

- Werner wierzy w Boga, ponieważ chce, żeby Bóg wierzył w Wernera. Coś na zasadzie trzeciej zasady dynamiki Newtona.

Mówiąc to, mrugnął wesoło do osłupiałego Amarylisa i puścił się ścieżką w dół, wołając: "Bis bald zu Hause"! Nie, tego było już za wiele! Mechanik złapał się za głowę i rzucił na miękką, zieloną trawę. Przeleżał tam chwilę, aż wreszcie wstał pokracznie - bo znów poczuł zawroty głowy - i często zatrzymując się, wrócił do "Sprusa". Bądź, co bądź, był to żałosny powrót z tak dumnie rozpoczętego biegu... Nie oznacza to jednak, że był to ostatni bieg Amarylisa, wręcz przeciwnie! Zaczął na powrót interesować się sprawami fizycznymi, a górskie powietrze dało mu kopa, jak to powiedział rubaszny zarządca.

I była to prawda. Amarylis miał dwa pragnienia: silniejszym z nich było wejść w ściślejszy, a swobodniejszy kontakt ze swoimi ojczystymi górami. Poza tym chciał pozostać sam na sam ze swoimi myślami, których od czasu przyjazdu nagromadziło się sporo; chciał wspominać swój rodzinny dom i babkę, która piekła Mazurka pysznego aż palce lizać, a także analizować rzeczy, które spotkały go tutaj; Węgra o szponiastych palcach, Wernera o mowie przypominającej papier ścierny, swoją żonę, którą tamten nazwał Ksantypą...

Rzeczywiście pani Maria sprawiła mu niemało problemu. Dwa tygodnie szybko minęły i gdy nadszedł dzień wyjazdu, pan Amarylis (czerwony i podobnie spocony jak podczas biegu) stanowczym, choć drżącym głosem oznajmił, że on nie jedzie. Niech Maria jedzie sama, on tyle tęsknił za górami, całe piętnaście lat! Nie może znowu ich opuścić, bo złamie mu to serce. Powziął to postanowienie, kiedy pan Werner zawołał "Bis bald zu Hause", a on leżał brzuchem do góry w parującej trawie.

Ksantypa zrobiła straszną awanturę (jej wrzaski słychać było w całym "Sprusie"). To nie do wiary, nonsens, czysty nonsens! Żeby on, jej mąż zostawiał ją tak samą? I ile niby chce zostać tu na górze? Nie wie, aha! To podłość, czysta podłość męska, ale dobrze, proszę bardzo! Jeśli on woli Wernera i tę śniegową breję od niej, to niech sobie tutaj zostanie - ona wraca do domu.

I rzeczywiście gdy pan Amarylis wrócił z wieczornego joggingu, pokój był pusty, a walizki zabrane.

 

3 - Wielka Miłość (przez wielkie W i wielkie M)2

 

Nie można powiedzieć, aby wyjazd żony i dzieci go zmartwiły; wręcz przeciwnie wydawał się tryskać dobrym humorem! Śmiał się bez powodu, mówił dużo i to co chciał (oczywiście nie wykraczając poza granice przyzwoitości). Raz tak się zapędził, że walnął Wernera pięścią w pachwinę, wykrzykując "Halo, stary!", a poza tym chodził po "Sprusie" lekkim, beztroskim krokiem, kłaniając się na prawo i lewo, pozdrawiając przy tym i zagadując wszystkich. Szczególnie upodobał sobie lady Blacksmith.

Dziwną grę prowadzili ci dwoje. Pani Blacksmith zorientowała się rzecz jasna, że jest obiektem pożądania pewnego polskiego mechanika, którego przed paroma tygodniami opuściła żona; nie wiadomo czy spojrzenia Amarylisa były tak natarczywe, że musiała je zauważyć czy też podpowiedziała jej to też kobieca intuicja. Ważne za to, że spodobało się jej to i sama nawet zaczęła się w kierunku jego stołu odwracać.

Widywali się rzecz jasna często; najwięcej radosnego strachu dostarczały Amarylisowi chwile podczas uroczystości rozdania poczty. Odbywało się to co cztery dni i choć nasz bohater nie otrzymywał żadnych listów ani kartek (bo od kogo do jasnej Anielki?!), to jednak pojawiała się zawsze. Być może to dlatego, że na rozdaniach zawsze obecna była lady Blacksmith i goście tłoczyli się w takim ścisku, że przysunięcie się bliżej niej nie sprawiało wielkich trudności... Ostatnim razem postąpił tak brawurowo, że stał tuż za nią i to tak blisko, że mógł policzyć piegi na jej silnym, naprężonym karku... Lecz nagle lady cofnęła się i nastąpiła Amarylisowi na stopę! Odwróciła głowę i oto mentalni kochankowie znaleźli się ze sobą twarzą w twarz. Pan Amarylis zmieszał się i zaczerwienił, jakby wcale nie był wyrafinowanym, dojrzałym mężczyzną, tylko jakimś durnym młokosem (!). Natomiast Angielka wyzyskała swoją przewagę; spojrzała na niego powłóczyście, wysunęła z ust koniuszek języka koloru rozgniecionej poziomki (Boże, co za ohyda!) i szepnęła lub też wymruczała:

- Excuse me. You should be more careful, sir...

Znów spojrzała na niego płomiennie, a ostatnie "sir" skojarzyło mu się z żółciutkim, śmierdzącym czedarem. Bliski omdlenia, w stanie trwożliwej, nieprzyzwoitej wręcz rozkoszy (za jakie grzechy muszę to opisywać?), krzyknął za nią:

- Yes, lady, yes!

Zwrócił tym na siebie powszechną uwagę i w oczach gości polepszył swój wizerunek; jeden tylko Werner przestał się na krótki czas do niego odzywać.

Ale to wcale nie tak, że pan Amarylis zajmował się tylko flirtowaniem i kokietowaniem napakowanych Angielek! Dużo ćwiczył, ruszał się i w ogóle wrócił do formy. Po każdym biegu czuł się rześko i zdrowo, jego płuca rozsadzało uczucie euforii, a dłonie i ramiona drżały mu przyjemnie. Pan Werner nawet żartował, że wystarczy tylko pozbyć się kobiety i od razu człowiek wraca do zdrowia.

Trzeba wiedzieć, że Maniek, jak go nazywali przyjaciele z wybrzeża, nie wyglądał efektownie. Miał on wygląd raczej pospolity: głębokie zakola na czole, flegmatyczny uśmiech, odstający brzuch, który zaczął rosnąć, gdy dziesięć lat temu przestał biegać... Nawet ze swoją krzaczastą, zaniedbaną brodą - która była desperacką próbą zaznaczenia, że jest "człowiekiem gór" - bardziej przypominał złamasa niż drwala. A teraz, co za zmiana! Amarylis tryskał radością i zdrowiem; brzuchol miał zupełnie płaski, a budowę bykoidalną. Na domiar tego wszystkiego broda w swoim naturalnym środowisku "rozkwitnęła" i teraz była gęsta, szorstka i groźna - czyli zupełnie efektowna.

Gdy nadeszły święta, nasz buntownik otrzymał list z domu, w którym Ksantypa zapytywała go, kiedy zamierza wrócić i donosiła, że dzieci się martwią, ale ona nic przed nikim nie będzie kryła i pisała, że w warsztacie wszyscy go oczekują. On jednak wysłał odpowiedź tak ordynarną i "męską", że więcej listów już nie dostał. Nie chciał myśleć o rzeczywistości, o znajomych, rodzinie i pracy, którzy zostali tam na dole. Zaczął jeszcze więcej biegać, kupił sobie narty i całymi dniami jeździł przez ośnieżone stoki, a na kolacje wracał i patrzył z upodobaniem na umięśnione plecy siedzącej przy oknie Angielki.

Tak więc święta minęły szybko, później nadszedł Sylwester, który okazał się bardzo owocny i obfitujący w plugawe wrażenia zmysłowe. Pomiędzy Amarylisem a lady Blacksmith doszło do niecnej korelacji, która uczyniła jedność z rozciągłości samych dla siebie (tak wstrętna jest erotyczna terminologia polska, że nie sposób ująć tego inaczej). O dziwo, jest to rzecz zdumiewająca i budząca podejrzenia, w tamtych chwilach Amarylis nie myślał o Angielce, jej żylastych udach i twardym brzuchu, ale o Wernerze, którego dźwięczną trąbkę słyszał w przestworzach jako znak, że wymowny mentor zbliża się szybkim marszem, aby swego przyjaciela uwolnić z szalonego położenia i doprowadzić do porządku. Wszystko to oczywiście nie miało sensu, a jednak pan Werner stał pod drzwiami i - niech diabli go biorą - grał na swojej trąbce głośno i w sposób budzący podziw nawet najbardziej zuchwałych muzyków. Lady Blacksmith cała zdębiała, a jej czarne loki nastroszyły się jak u kotki. Amarylis skoczył na równe nogi i wrzasnął, wygrażając pięściami:

- Ty szatański Niemcu z tymi twoimi wiecznymi śniegami i brodą Boga! Zostawże mnie w spokoju!

Ale gra na trąbce nie ustawała; unfortunately powrócenie do układu podwójnego było impossible to do i niedoszli kochankowie musieli powrócić do salonów, gdzie powitano ich gromkimi okrzykami i śmiechem. Werner też się śmiał i nawet poklepał Amarylisa po ramieniu.

- Widzi pan, w miłości - nie chodzi tutaj o jej stany początkowo drugorzędne, które się w pierwszorzędne, te trudne analizowalne a banalne i wszystkim zanadto znane - inkustrują je, wypierają i zajmują ich miejsce, aby mogła nastąpić pseudomorfoza.

Amarylis i Blacksmith byli skończeni. Od tamtej pory unikali się wzajemnie; w jadalni zajmowali miejsca jak najdalej od siebie, a gdy zdarzyło się, że ich spojrzenia przypadkiem się spotkały, oboje czerwienili się i bledli na przemian.

I tak oto zakończyła Wielka Miłość pana Amarylisa (przez wielkie W i wielkie M).

 

4 - Krucjata

 

Była 3. kwietnia, wiosna. Jak mówi genialne polskie przysłowie, w kwietniu-pletniu to jest trochę zimy i trochę lata. Tak też było w Karkonoszach, kiedy pan Amarylis ruszył biegać Kreta (w wersji hard). A wyglądało to tak: na starcie Amarylis ramię w ramię z, ma się rozumieć, Wernerem i paroma innymi "sprusowymi typami": był tam milczący polski przemysłowiec, który pięknie grał na pianinie i również nieszczęsna lady Blacksmith wraz ze swoją brytyjską koleżanką. Tak też stali na starcie, podnieceni i drżący, a gdy Węgier okropnie zadął w trąbkę (pożyczoną od pana Wernera), wśród dzikich wiwatów i okrzyków ruszyli stromym zboczem i zniknęli pomiędzy czarnymi świerkami.

Co zaś się tyczyło Ślęża, szczytu, przed którym rozpoczynał się bieg, to jego sosny i tunie i brązowo-zielone lasy stały milcząc wśród czasu; to lśniły w głębokim błękicie nieba, to znów żarzyły się w świetle poranka, lecz jednak zawsze - od dziewięciu miesięcy nieprzerwanie - pokryte były śniegiem.

Od dziewięciu? Chyba od dziesięciu! Tyleż to pan Amarylis trwał wyrzucony z rzeczywistości, ze swego dotychczasowego, szarego życia. Był on jak gdyby zawieszony w czasie, ponieważ znajdował się ponad tamtym, płynącym na dole - czasem męża, ojca i mechanika samochodowego. Przez prawie rok podlegał całkiem innemu, znacznie dziwniejszemu, który cały ten rok sprowadzi do jednej jedynej chwili: Biegu Kreta (w wersji hard).

Na początku Amarylis biegł z Wernerem, tak jak to zwykle robili podczas swoich ultra-przebieżek. Nawet przez chwilę rozmawiali i pozwolili Angielkom się wyprzedzić; nasz bohater zaczął mówić wtedy specjalnie głośno, wymachiwał rękami, wyprężał się i w ogóle strasznie pajacował. Niemiec krzywo patrzył na te jego popisy. Było po południu, kiedy się rozstali. Kiwnęli sobie głowami ("Viel Gluck, Mechaniker!") i jeden pobiegł żółtym szlakiem, a drugi zielonym.

Twarde, ostre podeszwy niosły Amarylisa w różnych kierunkach. To w górę ku stoku, w dół pośród zielono-białe doliny i na prawo za "Sprusa". Cieszył się swym osiągnięciem, które sprawiało, że "czuł się jak młody bóg", a także otwierało przed nim tyle nowych możliwości... Pozwalało mu otoczyć się upragnioną samotnością - bo czyż można być bardziej samotnym, jeśli nie stojąc w pojedynkę przed potęgą Natury?

Słońce zniknęło już za kłębiastymi chmurami, panowała cisza bezwzględna i doskonała. Bezdźwięczność jej była niezwykła, żadnego tchnienia wiatru, najlżejszego szmeru czy głosu... po prostu cisza. Amarylis zatrzymał się na chwilę, aby uzupełnić zapas cukru i białka i zaczął się w nią wsłuchiwać z bijącym szybko sercem i drżącymi po biegu dłońmi; a cicho i nieustannie sypał śnieg, opadając cicho i bezgłośnie.

Nie, ten świat ze swym bezbrzeżnym milczeniem nie był gościnnym ani łaskawym dla zjawiających się śmiałków. Wzbudzał on uczucie czegoś groźnego i żywiołowego, czego ludzkość nie potrafiłaby oswoić, a tym bardziej zwyciężyć ze swoją mądrością i techniką cywilizacji.

Amarylis, jako "człowiek gór" nie odczuwał przed nimi żadnego religijnego lęku ani też głębokiej czci. W przeciwieństwie do dzieci cywilizacji żył on z Naturą w trzeźwej poufałości. Nie oznacza to jednak, aby opisana wyżej pracisza była dlań naturalna. Był on raczej podniecony tym lekkim miłosnym zetknięciem, których pełny ucisk groziłby unicestwieniem.

Gdy Ślęża została już za naszym maratończykiem, przyłączył się do niego Węgier ze swym supportem moralno-mobilnym.

- Dobrze ci idzie, panie! Obie lady zgubiły się w tych ciemnościach, a jedna poślizgnęła się i skręciła kostkę. Zarządca klął okropnie, jak się dowiedział i już wyruszył na exploration mission... He, he, he, zawsze mówiłem, że te baby to się do sportu nie nadają...

Tak minął cały dzień i noc. Amarylis był zmęczony, ale ucieszył się, kiedy zobaczył przed sobą sprężystą sylwetkę Niemca. Z najwyższym wysiłkiem dogonił go, ryknął: "Halo, stary!" i rąbnął pięścią w kark. Werner zwalił się na ziemię.

- O jasny gwint! Tut mir Leid, mein Herr...

Uklęknął przy nim, ale przeraził się, bo Werner bez ruchu leżał z twarzą w ziemi. Amarylis przewrócił go na plecy i dopiero wtedy Niemiec uniósł powieki. Był tak blady, że wręcz zielonkawy, a oczy miał podkrążone i błyszczące niezdrowo.

- Panie, pan wygląda jak siedem nieszczęść! Mam nadzieję, że ze mną jest trochę lepiej.

Nie uśmiechnął się.

- Proszę mi pomóc wstać...

Amarylis podał mu rękę i oboje podźwignęli się, trzymając się za ramiona.

- Czy pan jest pewien, że może biec dalej?

- Tak - odparł szybko - Ale... nie mówmy już o tym, bo nie zrobię ani kroku więcej.

Więc pan Amarylis umilkł, ale gdy biegli, rzucał niespokojne spojrzenia na twarz swego kamrata. Ten drugi w końcu spostrzegł to, przystanął i schwycił go za rękę.

- Pan musi wiedzieć, widzę te spojrzenia... Musi wiedzieć, że cierpię na wstrętne zawroty głowy. Nie miewałem ich przez rok... aż do teraz. Ale musimy biec dalej, pan jest dla mnie źródłem odwagi. Gdyby pana tu nie było, rzuciłbym się chyba w tamtą przepaść!

Mówił to poważnie i z goryczą, toteż na czoło Amarylisa wstąpiły zimne kropelki potu. Zaczął się zastanawiać, czy jednak powinni biec dalej; ale czyż nie obiecał sobie, aby nigdy się nie poddawać? Never give up, jak to powtarzała lady Blacksmith, która pompowała na siłowni (lecz która jednak biegać nie umiała). Nie, nie mogą się wycofać. Zbyt daleko już doszli! Zbyt ciężko na to przez prawie rok pracowali... Ile to razy zdarzało się Amarylisowi, że podczas tras zatrzymywał się, rzucał na ziemię, zaciskał zęby i sapał, że on już nie może, że ma dosyć i wraca nad morze! Ale gdyby wówczas naprawdę wrócił, byłby dalej nudnym mechanikiem z wielkim brzuchem i o Biegu Kreta mógłby sobie co najwyżej pomarzyć...

Tak więc biegli dalej i oboje myśleli o tej błogosławionej chwili, kiedy wreszcie to wszystko się skończy; chwila ta była przez nich oczekiwana. A czym jest oczekiwanie, jeśli nie pogardzaniem czasu? Bo przecież w takich chwilach nie myślimy o tym co jest tu i teraz, można nawet powiedzieć więcej, chcemy aby teraźniejszość czym prędzej się skończyła! Wybiegamy myślą w przyszłość, nie możemy się jej doczekać i w ten sposób lekceważymy upływ czasu.

Tymczasem pan Amarylis zaczął się niepokoić; ani śladu po ścianie, na którą powinni byli już dawno wejść. Po godzinie było już jasne: zboczyli ze szlaku! Ścieżka skończyła się tuż nad urwiskiem; z dołu wyzierały nagie lub pokryte śniegiem skały (przypominały najeżoną pułapkę rodem z tych z Indiany Jonesa). Werner padł omdlały na skałę, lecz zanim Amarylis zdołał przywrócić go do stanu używalności, zerwał się chłodny wiatr; niebieskawa, niesamowita mgła zaczęła wypełniać doliny, jakby opływało je morze. Już po chwili mgła otoczyła nieszczęsnych śmiałków ze wszystkich stron i zrobiło się tak ciemno, że prawie nic nie było widać; teraz dosłownie utknęli w gęstej zawiesinie, gdzie czas płynął inaczej niż dla zwykłych, zajętych codziennością ludzi.

Pan Werner dostał spazmów. O zejściu z gzymsu nie mogło być mowy. Zaczął biadolić w gorączce:

- Mechaniku, czy pan to widzi? My przecież płyniemy, znajdujemy się w stanie pierwotnej wolności... Pánta rhei! - wykrzyknął, wyciągnął szczupłą, czerwoną z zimna dłoń i zaczął wyliczać - Atomy... chmury elektronowe... ruchy Browna. Rozszerzające się galaktyki. Ciemna materia! Pulsujący wszechświat!

- Niechże się pan opanuje! - huknął pan Amarylis, bo choć Niemiec na początku mówił szeptem, "pulsujący wszechświat" ryknął na całe gardło.

Werner powstał z klęczek. Zaczął łazić w tę i z powrotem, wymachującym rękami i wytrzeszczając oczy:

- My, ludzie jesteśmy kropelkami wody w tym wielkim, buzującym oceanie... Jesteśmy częścią tego ruchu! Mechaniku! - zawołał i złapał go za ramiona - Można nawet powiedzieć więcej: jest nam przeznaczony, jest naszym świętym obowiązkiem i powołaniem...

- Oszalałeś? - spytał przerażony mechanik (po raz pierwszy zwrócił się do niego na "ty")

- Tak, czuję, że oszalałem. Nie, dosyć tego, koniec! Rzucę się! Wolę zginąć niż tak cierpieć...

Pan Amarylis schwycił szalonego wpół, lecz on wyrwał mu się, odepchnął i stanął nad przepaścią.

- Zapamiętaj, mechaniku: od powołania nie ma ucieczki. Jesteśmy na ruch skazani.

I skoczył.

Po chwili można było usłyszeć ciężki upadek i stłumiony grzechot toczących się kamieni...3 Amarylis rzucił się do skarpy, ale nie zobaczył nic poza gęstą mgłą. Nadymał się cały i ryknął:

- Och, żeby cię diabli porwali, ty przeklęty Niemcu! Ciebie i tę twoją brawurową krucjatę!

Po czym odwrócił się i zaczął biec na oślep, byle jak najdalej od tego miejsca, jak najdalej od tej zwodniczej mgły; chyba cudem tylko nie wpadł na żadną skalną półkę i nie podzielił losu swojego towarzysza. Znów była noc, a on nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie się teraz znajduje.

W miastach ludzie z nocnych dobrodziejstw korzystali tak wesoło i zapalali tyle świateł, że cała natura ucichała. Natomiast w górach to człowiek zmuszony był przed nią skapitulować i pokornie, a czasem nawet trwożliwie, schylić czoło. W dolinach nie było śniegu i noc była tak czarna, że gdyby nie latarka pan Amarylis bałby się zrobić nawet krok (pomimo całego jego "trzeźwego porozumienia"). Świat ten był straszny i niegościnny; czuwały nad nim mrok i milczenie, ledwie zmącone cieniami drzew rozciągającymi się na trawie i cichym lotem nietoperza. Pan Amarylis czuł się jak intruz - jak Odyseusz w krainie cieni.

Straszna była to noc. A straszna przede wszystkim dlatego, że w pewnym momencie latarka przestała świecić! Wyczerpany biegacz był wstrząśnięty; rzucił plecak na ziemię i gorączkowo zaczął poszukiwać w nim baterii. Bezskutecznie! Ani śladu po nich, choć wyładował wszystkie rzeczy na ziemię.

- Jestem skończony - westchnął, ukrywając twarz w dłoniach.

Przerażająco zabrzmiał jego ludzki głos wśród nie-ludzkich odgłosów nocy. Samotność i zagubienie Mariana Amarylisa, zanim zdał sobie z tego sprawę, stały się tak głębokie, jak tylko (lub nawet bardziej) mógł tego pragnąć; tak głębokie, że wywoływały lęk, który jest pierwszym warunkiem odwagi. Nagle zawiał wiatr i nadciągnęła srebrzysta, upiorna mgła, która po raz kolejny opłynęła naszego bohatera. Poczuł na twarzy wilgoć i pomyślał o Wernerze, swoim przyjacielu, który zabił się na jego oczach. I nagle wybuchnął śmiechem, gwałtownym i niepowstrzymanym śmiechem, który wstrząsnął całą jego piersią i bolesnym grymasem wykrzywił twarz. Nie umiał nad tym zapanować; śmiał się na całe gardło, także łzy spływały mu spod ręki, którą, pochyliwszy się, przysłonił sobie oczy.

Wtedy z mgły wyłonił się i stanął przed nim Węgier. Choć... był on jakoś dziwnie zmieniony: tak chudy, że aż kościsty, miał na sobie czarną hiszpańską kryzę, a jego chytra i szczurza twarz przemytnika była blada i upiorna jak księżyc w pełni. Na szyi zawieszoną miał złotą trąbkę Wilfreda Wernera.

- O, pan tu? - zdziwił pan Amarylis, wciąż nie mogąc przestać się śmiać - Jak mi miło! Czas okropnie dłużył się w tej mgle...

Węgier parsknął piskliwym śmiechem.

- Pan mówi: czas się dłuży. Ale zapomina pan, że czas jest powiązany z ruchem albo raczej jest z nim zespolony... Więc jeśli ruch by się nam dłużył, to co wówczas działoby się z czasem?... Niech pan wstanie, pokażę panu coś!

Wyciągnął szponiastą rękę o poskręcanych, ostrych paznokciach. Amarylis złapał ją z wahaniem... I nagle poczuł szarpnięcie; zaczął wznosić się ponad mgłę, ponad lasy, na szczyt wysokiej, wysokiej góry, z której widać było cały ziemski glob.

- Spójrz na to! - zawołał Węgier - Oto jest twoja ludzkość...

Globus obracał się wolno, a na nim państwa i całe kontynenty, które nie były niczym innym jak tylko bezkształtnymi, zielono-żółtymi plamami.

- Gdzie? Nikogo nie widzę!

- Ponieważ patrzysz z punktu widzenia wszechświata. Wy, ludzie, nie jesteście niczym innym jak tylko małymi punkcikami, których wielkie decyzje, przyjemności i tragedie nie mają żadnego znaczenia dla Natury. Wszyscy i tak podlegacie jej prawom, które wyrażają poprzez nieustanny ruch... Nawet stan spoczynku jest ruchem; jednostajnym prostoliniowym, tyle że z prędkością zerową - rzekł, po czym wskazał na Europę i zachichotał - Spójrz! Spójrz, jak te małe drobne plamki wirują, mieszają się i walczą ze sobą...

Pan Amarylis spojrzał na niego oburzony. To wszystko co powiedział o ruchu, przypomniało mu ostatnie słowa Wernera.

- Kim ty jesteś?

On wykrzywił twarz w uśmiechu. Amarylis rzucił się do jego gardła, żeby go zadusić (wrzeszczał przy tym "Never give up, you can do it! Never give up!), ale jego ręce nie natrafiły na nic, rozległ się ostry krzyk i zapadła ciemność...

Wszystko było dziwne; dziwne i straszne. Omiatał go wicher, który porażał swym zimnem do szpiku kości, dosłownie przeszywał nim człowieka na wskroś. Pan Amarylis myślał, że ta noc już nigdy się nie skończy. Rzucił się na ziemię i zamknął oczy... a kiedy znów je otworzył ciemności zniknęły, a nigdy niekończąca się noc, wreszcie się skończyła. Było jasno i siwo i różowo. Wokół niego delikatnie, jak gdyby nieśmiało zapląsał wiaterek. Usiadł, rozejrzał się dookoła przekrwionymi oczami i głęboko zaczerpnął powietrza. Pachniało świtem.

- Jaka piękna chwila - rzekł wzruszony - Muszę biec dalej!

Pozbierał porozrzucane rzeczy i wsadził z powrotem do plecaka. Wypił kilka łyków wody i podniósł się z ziemi. Czuł się ożywiony i gotowy do dalszego biegu. Ruszył żwawo w górę i parę godzin później był na mecie. Nie udało mu się dobiec na czas i przez błądzenie we mgle znacznie skrócił sobie drogę - ale nie miało to dla niego znaczenia, bo na miejscu czekała na niego stęskniona pani Maria.

- Udało ci się, udało! - krzyknęła, torując sobie do niego drogę poprzez wiwatujący tłum.

A gdy już wyściskała go i wycałowała, szepnęła nieśmiało, z niepokojem:

- Maniek... Co teraz zrobimy?

- Jak to co? - spytał i uśmiechnął się, a promienie wschodzącego słońca rozjaśniły jego twarz - Wrócimy do domu, Mario. Wrócimy do domu...

Był początek lata. Morze znów przybrało odcień głębokiego granatu, a na plażach zaroiła się od białych mew. Dni pana Amarylisa znów zaczęły płynąć swoim zwyczajnym, prostym trybem. I każdy taki dzień miał w sobie ziarno goryczy. Żadnych wiecznych śniegów. Żadnych praciszy napełniających trwożliwym podnieceniem. Żadnych Węgrów, napakowanych ladies i piekielnych Niemców. Tylko piasek, wiatr i fale.

Wciąż snuł się w tę i z powrotem. Jakoś nie mógł znaleźć sobie miejsca, a tego dnia pani Maria wyjechała gdzieś z dziećmi i tęsknota szczególnie mu ciążyła.

Puk, puk! Rozmyślania przerwało stukanie do drzwi. Amarylis niechętnie zwlókł się z fotela i poszedł otworzyć.

- Marian Amarylis? - spytał listonosz - Przesyłka dla pana. Szła tutaj aż z gór!

Gdy wyszedł, Marian rzucił paczkę na stół i padł zemdlony na fotel. Minęła dłuższa chwila, zanim doszedł do siebie i - cały drżący z podniecenia - sięgnął po niewinny pakunek. Drżącymi rękami rozwinął szary papier... i jego oczy zaszły łzami, a cała gorycz i smutek ostatnich dni uleciały z niego w jednej chwili.

W zawiniątku leżała mała, mieniąca się w promieniach zachodzącego słońca złocista trąbka.

KONIEC

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • K6-2440 3 miesiące temu
    Całkiem miło się całość czytało, jednak wydaje mi się, że nie do końca zrozumiałem całość. Pan Amarylis zobaczył na własne oczy samobójstwo Wernera, którego dotknęło szaleństwo, a po tym doznał halucynacji, bądź ciekawego snu ze wznoszeniem się na orbitę i potwierdzeniem (tak mi się wydaje) jego lęków, które średnio były zaznaczone poprzednio. Po obudzeniu się dokończył maraton i wrócił do domu z żoną lub bez niej, jeżeli ona mu się tylko przywidziała (może po niego wróciła, akurat bo myślała że po maratonie mąż zechcę pojechać do dzieci). A emocje wywołane odpakowaniem trąbki (nie wiem kto ją do niego przysłał, może Węgier ale po co?) były spowodowane, tym że człowiek gór już odzyskał spokój ducha, wmawiając sobie że Niemiec nie umarł a wszystko to było halucynacją, a przeklęta trąbka przekonuje go odwrotnie.
    Jednak niezbyt rozumiem taki zabiegu. Mi osobiście łatwiej było zrzucić wszystko na przywidzenia, aniżeli głównemu bohaterowi było w to wszystko uwierzyć. Jest to najpewniej spowodowane nieuzasadnieniem, czemu nagle rzeczy się dzieją i czemu zagraniczni wędrówkowicze zdają się wiedzieć bez powodu więcej od innych. O wiele wiarygodniejszym jest wytłumaczenie, że nienormalne rzeczy dziejące się tylko jednej nocy, nie mających związku z niczym wcześniej, dzieją się tylko w głowie pana Amarylisa.
    Za to mogę pochwalić wstęp i porównanie śniegu do piasku. Mam też kilka innych uwag stylistycznych i mogę się nimi podzielić jeżeli autorka będzie chciała. Ale muszę przyznać, że ogólny styl pisania jak najbardziej przypadł mi do gustu tylko ogólny zarys fabularny jest tym w czym widzę problem.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania