Śnienie Losu

Mały chłopiec w odświętnym stroju, tuli się do matki. Jego niedojrzałe jeszcze ciało, przyjmuje uścisk. Matka nic nie mówi, ale on już wie, że to jest pożegnanie. Marynarka, którą ma na sobie jest za duża, koszula uciska szyję. Niedopasowane ubranie odtąd będzie jego jedyną pamiątką po rodzinnym domu. I jeszcze buty – stare znoszone buty, które od zawsze stały w kącie w kuchni, czekając na ten właśnie dzień. Do kogo wcześniej należały? Po jakiej ziemi chodziły? Nikt, nawet matka tego nie wiedziała. Po prostu były w ich rodzinie i czekały aż kiedyś znowu je ktoś założy.

Pożegnanie dobiega końca. Matka z wolna zwalnia uścisk. W jego sercu żal miesza się z ekscytacją. Podskórnie wyczuwa, że dla tej właśnie chwili przygotowywał się całe życie. A przed nim jego ojciec i dziadek. Kilka pokoleń mężczyzn w jego rodzie, w wieku, w którym on jest teraz, zupełnie tak jak on, żegnało matki w jakiejś kuchni.

Czas zatacza koło, na moment zatrzymując się właśnie w tej świadomości. W jego myśli, by za chwilę znowu zacząć swój szaleńczy taniec. Jeżeli w życiu dzieją się cuda, to właśnie teraz, w tej kuchni w tych odrzucających ramionach matki, rodzi się największy, najbardziej niezauważalny.

Los Wojny opuszcza swój rodzinny dom i zaczyna swoją odwieczną wędrówkę. Mija wioski i wielkie miasta. Czuje swąd palącego się drewna a może ciał i zagląda w oczy zrozpaczonych mężczyzn, którzy przy ognisku chcą ogrzać nie tylko ciała ale i swoje dusze. Na chwilę przysiada z nimi, śmiejąc się zajada pieczone ziemniaki. Ale ta chwila mija i śmiech mija.

Jesień i wiosna, zima i lato – ziemia umiera i odradza się piękniejsza. Krew wsiąka w pole żyta, słońce ogrzewa obrzydliwie nażarte muchy. Fragmenty ciał już teraz ze spokojem odpoczywają pod drzewami.

„Z tego świata już nic nie będzie” – dobiegają go słowa staruszki, która wpatruje się w przestrzeń ślepymi oczami , jej słowa zawisają na drzewie za stodołą. To kiedyś był jej wnuk, ale zwariował.

Los Wojny mija staruszkę bez słowa, mija wisielca, którego martwe ciało wrzeszczy skargi do niebios. Nikt go nie zauważa, ani żywi ani umarli. Im bardziej staje się niewidzialny dla ludzi, tym bardziej rośnie, dojrzewa. Czuje jak mięśnie mu tężeją, krok staje się pewniejszy. Pewnego razu zauważa odbicie w górskim strumyku. Nie ma już w nim chłopca. Nie rozpoznaje tego mężczyzny, boi się go. Mały chłopiec, który wyruszył w drogę, zgubił się gdzieś między pieśniami i rozpaczą. Ten który został i unosi się w lustrze wody, jest już tylko synem swojej matki, synem swojego ojca. Po chwili strach jest tak oszałamiający, że nie pozostaje nic innego jak tylko się mu poddać – tak jak poddawały się drewniane żołnierzyki, kiedyś dawno temu, kiedy na podłodze, tuż przy rozgrzanym do czerwoności piecu, rozgrywał nimi największe bitwy świata.

Więc Los Wojny przyjmuje do swojego serca strach, a wtedy pojawiają się kobiety, które zauważywszy wygłodniałego, młodego mężczyznę, zapragnęły go nakarmić.

Kobiety, które jeszcze nie zdążyły być żonami ani matkami i te które dawno już zapomniały jak pachnie ciało mężczyzny. One wszystkie wpatrują się w niego ze złością, nie wiedząc, że ich miłość nawet i tę złość pokona.

Odziewają go i karmią. Tulą do piersi, otwierają przed nim swoje łona. Powoli zapada zmrok a oni, nad strumieniem zaklinają życie.

Rankiem nikt nie musi się żegnać. Promienie zimowego słońca przebijają się przez warstwę śniegu, pod którym martwe splątane ciała odpoczywają po nierównej walce.

W nim jednym tylko tli się jeszcze życie. To matka go nawołuje. Wołanie matki jest święte, potrafi obudzić nawet umarłego.

Zostawia więc za sobą rozkosz i ból, narkotyczną ekstazę, nienawiść i miłość. Pod jego stopami topnieje śnieg, pęka lód na zamarzniętych rzekach. Nie spogląda za siebie, nie musi, czuje obecność Śmierci, która towarzyszyła mu od zawsze. To jego dusza - surowa ale obecna. Przyzwyczaił się do jej obecności, tak jak człowiek przyzwyczaja się do swojego obłędu.

Czasami jest zmęczony. Stara się wtedy zagłuszyć tęsknotę matki, która śpiewa w nim swoje żałobne pieśni. Przymyka swoje niewidzące oczy i wyciąga ręce do nieobecnego ojca. Kłania się przed nim, dziękując za życie, dławiąc się słodkim dymem.

Los Wojny splata się z wiatrem i z deszczem. Nie mówi wiele o sobie, pozwala innym mówić jego słowami. Nie wraca do matki, nie wraca do ojca. Jest sam i z każdym. Siada przy stole zapraszany a czasem nieproszony. Jest niebem i ziemią. Tym co na górze i tym co na dole. A matka Wojna w śnie, nigdy go nie opuszcza.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    BarbarM Sadowska↔Bardzo mnie się tekst podoba! Jest taki... inny i ma klimat oraz coś takiego, co zatrzymuje.
    Każe pomyśleć.
    Tym bardziej, że napisany ładnym stylem:)↔takie odczucie me:)↔Pozdrawiam:)↔%
  • BarbaraM Sadowska 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo Dekaos Dondi.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania