Śniły mi się misie

Czy widział kto kiedy w mieście niedźwiedzie? Jak brykają swobodnie przez nikogo niepilnowane – niepilnowane przez treserów, niepilnowane przez żadnych tam Gucwińskich? Same sobie samopaśnie, frywolniaśnie. Jak dostojnie galopują, a galopując – potrząsają radośnie swoimi długimi grzywami? I to, jak ich niedźwiedziowate włosy falują do taktu walczyków i polek niedźwiedzich, a wielgachna siła pędu przełamuje cudowne fale wiatru? Widział kto z was może takie cuda? Bo ja – wyznam jak na spowiedzi – widziałem. We śnie co prawda, ale jednak. Zawsze to coś.

A teraz czas na Krzyki! Krzyki po godzinach. Zna ktoś? Nie? Jeśli nie wiecie, to ja wam powiem. Posłuchajcie. Krzyki to jedna z dzielnic tego wielkiego bardzo miasta. Kiedyś w tym wielkim bardzo mieście uciekałem wraz z Adasiem przed gromadą rozwścieczonych niedźwiedziowatych właśnie, swobodnie harcujących sobie po wspomnianych, wzmiankowanych Krzykach.

Uciekam, uciekam. I co widzę, co słyszę? Krzyki! Gwałty! Rety! Wystraszeni wrocławianie latają jak oparzeni i kryją się po poniemieckich kamienicach i w bramach do nich prowadzących, po różnych tam Trauguttach i innych Gutenbergach. Starałem się nie biec, ale gdy spostrzegłem, że kumpel mój najlepsiejszy bierze nogi za pas, nie wytrzymałem i także zacząłem pędzić co tchu, gnać ile wlezie, wyrywać niczym słynny Forrest Gump do przodu. Raz po raz przedzierałem się: a to przez borówczyska, krzewinki, inne chaszcze (niby że to las, a ja jestem w lesie), a to znowu przez zagajniki latarenek ulicznych i znaczków drogowych, przez szarobury labirynt krawężników i katalog filatelistyczny poobdzieranych chodników.

Po chwili wpadliśmy z moim najlepsiejszym w pierwszą, lepszą bramkę do prywatnego, jak się później okazało, bloczku, będącego jednym wielkim terenem budowy; wielkim, powiadam. Ale jednak trochę już zabudowanym i wypiętrzonym na ileś tam kondygnacji. Boże! Żeśmy się tam nie pogubili!

Nagle słyszę: stop! Stanęliśmy. Jak stanęliśmy, tak trwaliśmy na balkonie piętra pierwszego i spokojnie obserwowaliśmy rozwój wypadków w tym wrocławskim niby-zoo, nie-zoo. Nikt nas stamtąd nie wypraszał, nikt na siłę nie wykurzał. Słowem: pełne zrozumienie powagi sytuacji dla naszej poważnej sytuacji. Cieszyliśmy się chwilą spokoju, gdyż wnętrze zdawało się być takie trochę zamieszkane, a takie trochę opuszczone. Bardziej jednak opuszczone. Wreszcie po dobrej godzince ośmieliliśmy się w końcu wyleźć z naszej kryjówki-chwilówki bez odsetek.

Następnie wdepnęliśmy do nocnego klubiku, który to, jak się za chwilę miało okazać, nie był żadnym tam klubikiem, lecz motelikiem. Muzyczka bumc-ta-ra-ra grzmiała na zewnątrz, ale w środku, w samiuśkim środeczku na portierni panowała cisza grobowa, a grobowa wręcz jakoś tak podejrzanie i strasznawie. To tam czekała na nas nasza ekipa z reality – same zuchy, Patery i inne yuotubery. O, rety, rany, Julek! Kogo tam nie było: jakieś dziewczyny, w tym jedna bardzo ładna mężatka, z którą aż chciałoby się móc... no wiecie... poflirtować. I było tam jeszcze paru facetów... no takich bez wyraźnej roli... nieokreślonych, niewyraźnych, o jednej wielkiej anonimowej gębie – dla mnie tak samo anonimowej, jak anonimowy jest Grób Nieznanego Żołnierza. Ale ja nie o tym, a Grób zostawmy w spokoju.

Taki to był wspólny nasz wypadzik, zespołowy nasz survival, wrocławska, dolnośląska przygoda skolektywizowana i strachem w sposób demokratyczny podszyta.

– A niedźwiedzie? – spytacie może, gdyż móc możecie, pytać może możecie.

– No tak, te psotniki, rozbójniki... Te zatańczyły piruety, zamerdały ogonkami i pofalowały gdzieś jak pluszowe piłeczki. Odleciały. Odfrunęły. Poszybowały. I nagle się zupełnie, ale to zupełnie rozpłynęły w tym mglistym azocie, tlenie, argonie, dwutlenku węgla i tak dalej.

Średnia ocena: 2.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania