Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Sobotnie wyjście na miasto
Był ciepły letni dzień. Siedziałem sam w domu, czytałem książki i oglądałem filmy. W pewnym momencie pomyślałem, że będzie to sobota nieco inna niż zwykle. Postanowiłem, że wyjdę na miasto i pójdę do klubu.
Do termosu wlałem dwieście pięćdziesiąt mililitrów wódki, trochę soku malinowego i wodę. Ubrałem biało-czarną hawajską koszulę. Usiadłem na krześle i czytałem na głos książkę, żeby nieco rozgrzać mój aparat artykulacyjny. W mieście niedaleko mnie odbywał się festiwal filmowy. Blisko festiwalu był klub, a w nim o dwudziestej pierwszej zaczynała się impreza. Wejść mógł każdy, ale członkowie festiwalu mieli tańsze wejściówki. Stwierdziłem, że to dla mnie życiowa okazja. Może będę mógł tam poznać pasjonatów kina. Chciałem poznać dziewczynę. Jakąś bratnią duszę. Ostatni raz pojechałem sam do klubu osiem lat temu. Sam nie wierzę, że minęło aż tyle czasu. Zapisałem sobie, o której godzinie powinienem wyjść z domu, żeby zdążyć na pociąg.
Godzina dwudziesta. Byłem już w pociągu. W nim aura sobotniego wieczoru. Grupka młodzieży głośno przeklina i śpiewa. Poszedłem do innego wagonu. Założyłem słuchawki i włączyłem muzykę relaksacyjną. Po niecałej godzinie dojechałem do celu. Klub muzyczny był oddalony piętnaście minut piechotą od dworca. Poszedłem w kierunku klubu z innymi imprezowiczami. W połowie drogi usiadłem na ławeczce niedaleko parku i zacząłem popijać z termosu. W słuchawkach włączyłem muzykę, która lepiej pasowała mi do tej sytuacji. Wpatrywałem się w kolorową fontannę. Alkohol zaczynał działać. Perspektywa wejścia do klubu zdawała mi się coraz bardziej komfortowa. Wstałem i poszedłem pod budynek. Przed klubem stoliki. Przy stolikach rozmawiające grupki ludzi. W środku głośna muzyka. Przed wejściem bramkarz. Miałem przy sobie plecak. Zobaczyłem to wszystko i stwierdziłem, że nie chcę go mieć. Niedaleko klubu znajdował się duży i zapuszczony park. Wypatrzyłem najbardziej odludne i ciemne miejsce. Usiadłem w pobliżu i obserwowałem przez kilka minut, czy nie ma nikogo w okolicy. Poszedłem w zarośla i udawałem, że sikam. Zdjąłem plecak i schowałem go głęboko w krzakach pod grubą metalową rurą, która akurat przebiegała w tym miejscu. Bez plecaka czułem się bardziej swobodnie.
Znowu byłem pod klubem. Zapłaciłem bramkarzowi dwadzieścia pięć złotych za wstęp. Wszedłem do środka. Muzyka rockowa. Poszedłem na parkiet. Było tam niewiele osób. Nie najmłodsze dziewczyny, zapuszczeni panowie. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Poszedłem do baru po piwo. Wziąłem piwo i wyszedłem z nim na zewnątrz. Przed klubem były ustawione stoliki. Przy stolikach grupki ludzi. Czteroosobowe, pięcioosobowe, sześcioosobowe. Jeszcze bardziej nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Poszedłem i usiadłem przy wolnym stoliku koło jednej grupki. Chciałem posłuchać, o czym rozmawiają. Były tam osoby w mniejszym lub większym stopniu związane z kinem, a takie tematy zawsze są dla mnie interesujące. W tej grupce osobą dominującą była jakaś młoda dziewczyna. Głównie to ona mówiła. Opowiadała kolejne historie ze swojego życia. Miała powierzchowność karierowiczki i nieco bezczelny ton głosu. Mówiła o pracy w redakcji i o festiwalach filmowych. Wspominała o konflikcie z jakąś inną koleżanką. „Co ja tutaj robię?” – mówiłem do siebie w myślach. „Ale dobrze. Tutaj mam przynajmniej jakąś szansę, że coś się wydarzy. Gdybym siedział sam w pokoju, nie miałbym takiej opcji”. Słuchałem historii opowiadanych przez dziewczynę, ale w pewnym momencie miałem dość i stwierdziłem, że czas zmienić miejsce. Poszedłem na drugi koniec tarasu i usiadłem przy ścianie. Zagadał mnie jakiś chłopak z długimi włosami i zapytał, czy też jestem sam. Potwierdziłem i zacząłem rozmawiać z sympatycznym metalowcem o muzyce. Od dawna nie słucham metalu, ale w mojej pamięci zapisało się wiele utworów i nazw zespołów. Rozmawiało się przyjemnie. Dowiadywaliśmy się coraz więcej o sobie. Ja byłem singlem, on miał dziewczynę. Powiedziałem mu, że chciałbym poznać tutaj jakąś bratnią duszę i pasjonatkę kina. Zobaczyłem stolik, przy którym siedziała grupka sześciu dziewczyn. Przeprosiłem go na chwilę. Wstałem, podszedłem do stolika i zapytałem dziewczyny, jaki był najlepszy film, jaki widziały na festiwalu. Jedna z nich powiedziała jakiś tytuł, ale nie miałem pojęcia, co to za film. Mówiły mi, że są wolontariuszkami na festiwalu. Widziałem na ich twarzach te okropne spojrzenie. Wyraz pogardy i współczucia. „Będziesz teraz tutaj, gościu, stał, pajacował i starał się o nasze względy, tak?” albo „Dobra, znudziłyśmy się. Idź gdzie indziej, koleś. Nie zawracaj nam teraz dupy” – wyobrażałem sobie, że właśnie tak mogły pomyśleć. Zamieniłem z nimi kilka zdań i poszedłem. Wróciłem do Metalowca. Stwierdziliśmy, że idziemy do większego klubu, gdzie będzie więcej dziewczyn.
Po drodze grupa pijanych chłopaków zapytała nas, czy nie chcemy piwa. Dali nam po butelce. Jeden z nich wyglądał jak Tupac Shakur. Miał czarny podkoszulek, gruby łańcuch na szyi i chustę na głowie. Zachowywali się wszyscy bardzo głośno. Jeden z nich zaczął znosić ze śmietnika jakieś duże fragmenty starych telewizorów i ustawiać je pod wiaduktem. Metalowiec chwilę z nimi rozmawiał, a ja czekałem, kiedy w końcu pójdziemy dalej. Po kilku minutach podziękowaliśmy za piwo, powiedzieliśmy, że idziemy i zobaczymy się w klubie (nie zobaczyliśmy się).
Szliśmy, szliśmy, pomyliliśmy drogę, szliśmy dalej. Poszliśmy w inne miejsce. Zawróciliśmy. Tłumy ludzi na ulicach. Odstawiliśmy piwo. Nie chciało nam się już tego pić. Wszedłem do klubu. Mój kolega nie wszedł, bo nie miał karty płatniczej. Nie można było płacić gotówką. Wtedy rozeszły się nasze drogi, ale nie na długo. Chwilę później pomyślałem, że mogłem przecież zapłacić za niego, a on oddałby mi gotówkę. Nie wpadłem na to. On też nie. Pewnie dlatego, że byliśmy pijani. Kręciłem się samotnie po tym wielkim klubie. Mnóstwo ludzi. Głośna muzyka. Skąpo ubrane, wymalowane niewiasty. Agresywni, nabuzowani testosteronem mężczyźni. „Co ja tutaj robię?” – zastanawiałem się. Bilet wstępu kosztował trzydzieści złotych. Czy były to pieniądze wyrzucone w błoto? Tłumaczyłem sobie, że jestem teraz bogatszy w nowe doświadczenie. Wiem, że już nigdy nie chcę tutaj wrócić. Myślałem, że w takim miejscu na pewno nie poznam żadnej wartościowej dziewczyny. Może to nieprawda. Do klubu na pewno chodzą różne typy dziewczyn. Jednak w tamtym momencie perspektywa poznania kogokolwiek przy tak głośnej muzyce wydawała mi się niemożliwa. Nie słyszałem własnych myśli. Wszedłem na parkiet. Postałem chwilę. Poszedłem w inne miejsce. Chwilę posiedziałem. Potem chwilę pochodziłem. Minęło niecałe piętnaście minut i stwierdziłem, że nic mnie tutaj nie czeka.
Wyszedłem i wróciłem do pierwszego klubu. Nastąpiło ponowne zbratanie z metalowcem, który siedział tam, gdzie go poznałem na początku. Ucieszył się, jak mnie zobaczył. Poszedłem po piwo. Stałem w długiej kolejce. Usłyszałem utwór „Blue Suede Shoes” Elvisa Presleya. Wyszedłem z kolejki i poszedłem tańczyć. Zaprosiłem do tańca jakąś młodą i atrakcyjną dziewczynę. Tańczyliśmy chwilę. Zapytałem ją, czy była na festiwalu. Powiedziała, że tak. Gadaliśmy chwilę o filmach. Musiała gdzieś iść. Kupiłem piwo. Wyszedłem na zewnątrz. Metalowiec powiedział, że jedzie do domu. Pożegnaliśmy się.
Znowu usiadłem sam z piwem na tarasie. Zagadałem do dwóch dziewczyn. Były dużo starsze ode mnie i mało atrakcyjne, ale po prostu musiałem z kimś pogadać. Były bardzo sympatyczne. Gadaliśmy trochę o filmach. Chodziłem z piwem po klubie bez celu. Spotkałem dziewczynę, z którą wcześniej tańczyłem. Zapytałem ją, skąd jest. Podała nazwę miasta oddalonego o kilkaset kilometrów i powiedziała, że przyjechała tylko na festiwal. Mój entuzjazm opadł. Nie wziąłem od niej kontaktu, ale żałuję, bo rozmawiało się przyjemnie. Ona pracowała w kinie studyjnym. Poszła do swoich znajomych i więcej już jej nie widziałem. Nie chciałem do nich podchodzić. W ogóle nie chciałem podchodzić już do żadnej grupy ludzi. Czułem, że wezmą mnie za jakiegoś natręta, który będzie chciał uprzykrzyć im życie. Przypomniałem sobie spojrzenia tamtych dziewczyn. Siedziałem sam i piłem piwo. W pewnym momencie stwierdziłem, że już nic się tutaj nie wydarzy i zdecydowałem się wracać do domu.
Poszedłem do parku po plecak. Zastanawiałem się, czy będzie tam, gdzie go zostawiłem. Była w tym lekka nuta przyjemnego napięcia i wyczekiwania. Wszedłem w krzaki i wymacałem czarny obiekt pod rurą. Poszedłem na dworzec. Pociąg miałem dopiero za czterdzieści minut. Usiadłem na ławce. Przede mną siedziały dwie dziewczyny. Mógłbym do nich zagadać, ale nie chciałem tego robić. Czułem, że nic by z tego nie było. Byłem już zmęczony. One miały energię popularnych szkolnych dziewczyn i regularnych klubowych imprezowiczek. Przyjaciółki, które znają się od lat. Rozmawiały bez przerwy. Doskonale czuły się w swoim własnym towarzystwie. „Jesteśmy królowe, ale jak chcesz, to podejdź, żebraku. Może nagrodzimy ciebie drobnym uśmiechem politowania. Ale jakbyś chciał, to mamy też dla ciebie spojrzenie pełne pogardy. Tutaj podchodzą do nas dziesiątki mężczyzn. Wiemy, jak spławiać ich tym spojrzeniem.” – czułem, że mogły myśleć właśnie w ten sposób. Siedziałem z głową opartą na rękach i odliczałem czas.
Minęły setki godzin. Pociąg w końcu przyjechał. Wszedłem do wagonu, rozejrzałem się, czy nie ma wokół mnie żadnego agresywnego menela. Usiadłem koło okna i udawałem, że śpię. Zaczęła mnie ogarniać coraz większa pustka. W pociągu biegał jakiś naćpany amfetaminą łysy chłopak. Jego postać budziła wielkie zainteresowanie wszystkich dookoła. Było tam wyczuwalne spore napięcie. Każdy czekał, aż ten szkodnik wyjdzie na swojej stacji i zniknie z ich pola widzenia. Niezbyt interesowało mnie to wszystko. Chłopak krzyczał, walczył z cieniem, rozmawiał sam ze sobą i najgorszymi oszczerstwami przeklinał policję. W pewnym momencie zaczął się podciągać na półce bagażowej. Pociąg zatrzymał się na jakiejś stacji. Drzwi się otworzyły. On wybiegł. Wszyscy odetchnęli.
W tym wagonie działy się jeszcze inne niby ciekawe rzeczy, ale one interesowały mnie jeszcze mniej, więc nawet nie będę o nich wspominał. Pociąg zatrzymał się na mojej stacji. Była godzina czwarta rano. Wiedziałem, że moja piesza wędrówka z dworca do domu będzie wynosiła około czterdziestu minut. Mogłem wziąć taksówkę, ale wolałem iść pieszo. Zastanawiałem się, kiedy ostatni raz wracałem tą drogą o czwartej nad ranem po sobotniej imprezie. Byłem wtedy młodszy. Nie żebym w tamtym momencie był stary, ale tamte powroty były zupełnie inne. Było we mnie wtedy więcej życia. Tamta droga była usłana niezwykłymi wspomnieniami i angażującymi rozmyśleniami. Teraz wszystko wyblakło. Wracając, miałem poczucie bezsensu i pustki. Żadnych ciekawych rozmyślań. Żadnych przychodzących do mnie wspomnień. Byłem zdominowany przez nicość. Szedłem i płakałem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania