Spadająca gwiazda

Z buta wyciągnąłem gwiazdę. Było to rankiem, gdy polany powoli nabierały nie tylko kształtu, ale też koloru. Z głębokiego granatu, którym noc spowiła to miejsce, wyrastały nasiąknięte chłodem i wilgocią zielenie. Brunatne kory drzewa stawały się coraz bardziej wyraźne na tle jednolitej masy, która rysowała się kilkanaście metrów dalej. Nawet polna ścieżka była już dobrze widoczna.

 

Gwiazda musiała zaplątać się już jakiś czas temu. Kilka z nich spadło tej nocy w bliżej nieokreślone miejsce. Krótka, rozciągnięta, biała linia światła znaczyła niebo i gasła za horyzontem. Mocno zaskoczony brakiem oparzeń na stopnie, wziąłem w dłonie twardą grudkę światła, które w dłoniach było zimne, jak lód. Chociaż w dotyku bardziej przypominało metal. Nieco zaskoczony tym widokiem, wyciągnąłem portfel z wewnętrznej kieszeni kurtki i wrzuciłem gwiazdę pomiędzy drobniaki.

 

Następnie ruszyłem przed siebie, ponieważ do szczytu, na który planowałem wejść tego ranka, pozostawała jeszcze godzina marszu. Teraz jednak droga była o wiele przyjemniejsza. Świeże powietrze nadciągnęło do nozdrzy i dawało się wyraźnie odczuć chłód poranka, który nadciągał. Trawa była coraz bardziej wilgotna od rosy, co czułem nawet na stopach. Skarpetki nieco przemokły, ale było w tym coś przyjemnego i żywego.

 

W pewnym momencie, patrząc pod stopy, miałem wrażenie, iż na chwilę prawy but zabłyszczał lekko, jasnym, ale bladym światłem. Stwierdziłem, że to może jakiś promień przebiegł po nim i zniknął. Szedłem więc przed siebie, a przed oczyma rysował się kawałek drogi, który wiedzie przez las i dość wyboistą drogę, na której wyrastają szpiczaste kamienie.

 

Znowu zrobiło się trochę bardziej zimno i miałem wrażenie, że powietrze powoli zaciska się na ciele. Musiałem być faktycznie zmęczony, bo na czole poczułem krople potu i myślałem przez chwilę, czy nie zdjąć czapki, ale obawiałem się chłodnego powietrza i kataru, dlatego szedłem przed siebie. Rozsunąłem tylko kurtkę. Coś się poruszyło przede mną. Może lis, bo szelest był niewielki. Może ptak, chociaż nie było słychać ani jego śpiewu, ani trzepotu skrzydeł. Mało prawdopodobne, by był to wilk. Może jakaś sarna. Dawno tędy nie szedłem, a widać już dość wyraźnie, iż to, co kiedyś stanowiło uprawne pola, teraz nie tylko zamienia się w dzikie łąki, ale też podlega powolnej konsumpcji lasu, który najpierw wysyła ostre krzewy, a potem pierwsze nasiona drzew, które po kilku latach będą wysokimi na jakieś dwa metry, z cienkim pniem, punktem granicznym pomiędzy polaną a drzewostanem.

 

Przede mną znowu usłyszałem szelest i coś, jakby warknięcie. W tym momencie przestraszyłem się już mocno. Przecież mało prawdopodobne jest, żebym napotkał wilka. Jednak nie niemożliwe. Szedłem w skupieniu przed siebie. Prawa stopa była coraz bardziej zimna i skostniała. Nie czułem już wilgoci na skarpetkach, a zimno, które przeszywa, od którego drętwieją palce i to dziwne uczucie, podobne do tego, gdy zimą do butów wpadło trochę śniegu.

 

Przez moment nawet wziąłem pod uwagę chwilę przerwy. Stopa zdawała się już pulsować, wypełniła całą przestrzeń buta, zaczęło brakować jej miejsca. Napuchnięta chłodem, potrzebowała więcej przestrzeni. Stwierdziłem, że przeczekam. Doskonale znam moment, gdy zmarznięte palce stóp dochodzą do momentu, w którym nagle rozlewa się w nich ciepło. Nie wiem, czy jest to kwestia krążenia, czy jakiś inny, biologiczny mechanizm. Po prostu trzeba przeczekać, iść naprzód, pozostać w ruchu, a po jakiś czasie ciało samo sobie poradzi. Szedłem więc dalej, czując wyraźnie prawą stopą każdy kamień, nierówność, twardą podeszwę buta.

 

Na moment nawet zapomniałem o lesie, szelestach nieopodal, niepewności, czy spotkam jakieś zwierzę. Musiałem jednak zwolnić nieco kroku. Gdzieś w oddali majaczył jaśniejszy skrawek nieba, nade mną wciąż panował głęboki granat i jeszcze głębszy, którym były korony drzew. Teraz już nie tylko pulsowała mi stopa, ale ten prawy but. Stanąłem na moment i znowu miałem wrażenie, że przebiega po nim jasne, tym razem silniejsze światło. Jak błysk, który czasem, zanim człowiek zaśnie, widać pod oczami. Jak rozbłysk, kiedy zamknąć powieki i mocno przycisnąć knykcie do nich. Może to po prostu oczy trochę nie ogarniają tego, co się dzieje, bo widoczność jest słaba i chwilowe rozbłyski, to po prostu próba adaptacji.

 

Nagle coś pomiędzy drzewami zaczęło do mnie gadać. Poczułem, jak nagle skroń mi pulsuje, coś się we mnie łamie w klatce piersiowej, nogi najpierw zmiękły, a po ciele rozeszło się coś, jak błyskawica, napiąłem ciało i zacząłem biec tam, skąd przyszedłem. Powstrzymał mnie po jakimś czasie ból stopy. Musiałem przystanąć, widoczność była już na tyle dobra, że odróżniałem od siebie pnie, konary, gałęzi i liście. Poczułem się nieco bezpieczniej, a potem zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle coś słyszałem, czy po prostu była to jakaś przypadkowa myśl w mojej głowie, która w całkowitej ciszy lasu, była całkowicie werbalna. Mam tak szczególnie, jak zasypiam, że w stanie półsnu, nagle coś mnie wyrywa z tego stanu, jakiś dźwięk, jak ktoś woła moje imię, ale to jest w głowie. Po prostu myśl jest bardzo głośna.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Paris_Catacombes

    Zawodowo Zwyrodniałe Zboczenie Powyższe: miewam Pięciogwiazdkowo. To powyżej. 😌

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania