"Spisek Animacyjny" cz. 1

W dziurce przekręcił się klucz, a zmęczony po całym dniu pracy James, wrócił do domu. Był on wysokim, chudym mężczyzną w wieku około dwudziestu lat, o brązowych, krótko ostrzyżonych włosach. Usiadł na sofie i włączył telewizor. Leciała akurat jedna z kreskówek wytwórni Warner Bros. James niechętnie spojrzał na ekran i po chwili przełączył kanał. W zasadzie, nie miał nic do animków i ogólnie kreskówek, ale był już po prostu nimi zmęczony. I nic w tym dziwnego. Gdybyś i ty musiał pracować 9 godzin na dobę z zbzikowanymi, rysowanymi postaciami, którym co chwilę odbija szajba, też by cię przestały bawić animowane gagi. James pracował jako reżyser kreskówek. Był niezwykle doceniany, choć z pewnością przepracowany. Zmęczenie potęgowało chociażby to, że stały angaż miał aż w dwóch studiach. Jedno z nich należało do pana Waltera Disneya, człowieka nadzwyczaj towarzyskiego i uśmiechniętego. Miał naprawdę dobre kontakty z James’em. Byli w sumie dla siebie czymś więcej niż tylko szefem i pracownikiem. Byli bliskimi przyjaciółmi i nieraz w czasie wolnym wychodzili razem na kawę do pobliskiej jadalni. Drugie studio należało do trzech braci: Alberta, Sama i Harry’ego Warner’ów. Z nimi z kolei James rzadko się widywał. Zwykle widywał się z ich sekretarką, Emily, która tylko i wyłącznie przekazywała mu ich polecenia. W zasadzie to James’owi odpowiadała taka organizacja pracy, patrząc na to, że sekretarką jest jego dziewczyna. „Zawsze to lepiej rozmawiać z kimś, kogo znasz, niż z kimś, kto cię może zwolnić” – myślał sobie czasami. W każdym bądź razie nie narzekał na otrzymywane co miesiąc pensje, gdyż były one naprawdę spore. Gdyby chciał mógłby już żyć w samym centrum Hollywood, w jednym z najdroższych apartamentów, a nadal miałby forsy jak lodu. Był jednak człowiekiem skromnym i nie cenił sobie za bardzo wartości pieniądza. Zamieszkał więc na obrzeżach Hollywood, w bloku, wynajmując małe mieszkanie. Życie tam było naprawdę bezstresowe i pomimo, że było to przedmieście wielkiej metropolii, było tam tak cicho, jakby blok znajdował się w wiosce 20 km. od centrum miasta. Mieszkanie tam było w sumie bezstresowe i idealne do odpoczynku po pracy. Jedyną rzeczą, która czasami go denerwowała, było sąsiedztwo. Klatka zawierała 10 mieszkań, dolne dwa mieszkania były zajęte przez starych emerytów, którzy rzadko wychodzili z domu, właściwie to wychodzili tylko z psem i do kościoła. Trzecie mieszkanie wynajmował znany agent teatralny George McTosh. Mieszkania 4, 5 i 6 znajdowały się wyjątkowo na jednym piętrze. Pod 4 mieszkała Babcia. Tak, była to po prostu Babcia, jakoś nikt się inaczej do niej nie zwracał. Z tą starą kobietą mieszkały trzy zwierzaki: kanarek Tweety, kot Sylwester oraz pies Hektor. Sama Babcia była uprzejmą i spokojną sąsiadką. Do szaleństwa niekiedy doprowadzały James’a zachowania jej zwierzaków. Pod piątką mieszkał nasz bohater wraz z jego psem Sparkle’m oraz współlokatorem Sewerynem, uchodźcą z Europy Środkowej, pragnącym zwiedzić Hollywood. Seweryn był 16-latkiem, który uciekł w tajemnicy z domu i za, długo zbierane, pieniądze nielegalnie wypłynął do Ameryki. Niegdyś płacił James’owi pięć dolarów za noc, jednak gdy skończyły mu się pieniądze i nie mógł znaleźć pracy stał się dla James’a tylko kolejnym utrudnieniem w życiu. Nie dość, że żył tylko na koszt właściciela mieszkania, to jeszcze mało w tym mieszkaniu robił, nie licząc słuchania głośnej rockowej muzyki, spania i całkowitego wyjadania zawartości lodówki. Najuciążliwszym sąsiadem James’a był jednak tymczasowo zamieszkujący mieszkanie 6. Kaczor Donald wraz z jego trzema siostrzeńcami: Hyziem, Dyziem i Zyziem. Porywczy charakter tego pierzastego przedstawiciela ptasiego rodu nieraz dawał się we znaki także i innym mieszkańcom bloku. Zresztą James zdążył się o tym przekonać już wcześniej, gdyż miał wiele okazji z nim pracować w studiu Walta Disneya.

Do salonu wszedł właśnie Seweryn, który ubrany był w niebieski szlafrok, a w ręku trzymał butelkę mleka, z której co chwila popijał.

- Cześć – przywitał się.

James obrócił się i skinął głową. Nie miał najmniejszej ochoty na jakąkolwiek rozmowę, a już na pewno nie rozmowę z nim. Przymusił się jednak i rzekł:

- Cześć, Sewerynie. Siadaj.

- Jak było w pracy? – zapytał się chłopak.

- Jak zawsze. Banda rozdartych animków, próbująca zrzucić sobie kowadło na głowę. – odpowiedział, jakby nie było w tym nic dziwnego, choć rzeczywiście nie było w tym nic dziwnego.

- A u pana Disneya?

- Nieco lepiej, chociaż niezdarność Goofy’ego zaczyna działać mi na nerwy. Stłukł dzisiaj pięęćć… - urwał niepewnie – Przepraszam, sześć reflektorów.

Seweryn przysiadł się i przez moment patrzył się w ekran telewizji.

- Okej. Muszę iść zjeść śniadanie. – powiedział po chwili.

- Dopiero wstałeś? – zapytał domyślnie James.

- No.

Nie było w tym nic zaskakującego. Seweryn często budził się w okolicach 16:00 i 17:00. Co gorsza do 03:00 w nocy nie mógł spać. James zerknął na zegarek i przełączył kanał. Wtem zza drzwi dało się słyszeć głośne wrzaski Donalda.

- Ech… - westchnął James i wstał z sofy.

Po chwili wyszedł z mieszkania i zobaczył Donalda, ciągnącego za klamkę ze wszystkich możliwych stron. Obok animka stały torby z zakupami.

- Głupia klamka. – odparł kaczor, jak zwykle mówiąc niewyraźnie.

- Co znowu? – zapytał z irytacją mężczyzna.

- Ta durna gałka nie chce się przekręcić.

James podszedł i przekręcił gałkę, otwierając drzwi.

- CO?! – zawołał Donald.

James, odchodząc powiedział:

- Aj jaj jaj… jak zwykle kręciłeś w drugą stronę.

Zły Donald, marudząc pod dziobem wziął zakupy i wszedł do mieszkania, trzaskając drzwiami. Gdy James wrócił jak zwykle obejrzał jakiś film, pograł w coś na PlayStation, poczytał książkę i podszedł spać.

Na dzień następny James wstał, odbył poranną rutynę i poszedł do pracy. Na ósmą miał stawić się w studiu Disneya. Jechał tam swoim autem wraz Kaczorem Donaldem i jego siostrzeńcami.

- Co dziś mamy w planach? – zapytał się Donalda.

- W najbliższym czasie… - powiedział kaczor, zastanawiając się – „Donald’s Dynamite”, „Nowa fryzura Donalda” i „Nowoczesne technologie”.

- Acha. A wy chłopcy? – James zwrócił się do kaczątek.

- Będziemy nagrywać kolejny odcinek „Kaczych Opowieści”. – powiedział Hyzio.

- Trzeba będzie wstąpić po Wujka Sknerusa. – dodał Zyzio.

Od czasu do czasu, James musiał także zawozić i tego starego liczykrupę. Podjechał więc pod wznoszący się na wzgórzu, ogromny skarbiec i zatrąbił.

- Wujaszku! – krzyknął Donald.

- Kręcimy dzisiaj! – zawołali malcy.

Z okna wyłoniła się twarz Sknerusa, która poprawiła okulary i z uśmiechem zawołała:

- Czekajcie chłopcy! Już idę!

Już po chwili z budynku wyszedł kaczor w czerwonym frakiem i laską przy boku. Obok niego jechał opancerzony heros, który zwany był Robokwakiem. James już dawno się domyślił, że jego prawdziwe wcielenie jest kaczorem, co wynikało z wystającego z maszyny dzioba.

- Pilnuj moich milionów dobrze, Robokwaku. – powiedział Sknerus i wsiadł do auta. – Witaj, siostrzeńcze i wy również malcy. I witaj młody człowieku. – tu zwrócił się do Jamesa. – Tak ostatnio myślałem, że skoro jesteś takim dobrym reżyserem może zacząłbyś pracować w moim studiu?

James westchnął z trudem powstrzymując niechęć i odpowiedział możliwie jak najbardziej neutralnie:

- Niestety nie mogę. I tak mam już urwanie gwizdka w tych dwóch studiach.

Sknerus tak czy inaczej nie dał za wygraną i przez całą podróż składał najrozmaitrze oferty. James jednak zachował zimną krew, pomimo iż niektóre z składanych ofert były naprawdę kuszące. W rezultacie za każdym razem stanowczo odmawiał, a Sknerus, wychodząc z auta był w nienajlepszym humorze.

James spojrzał na kaczą rodzinę odchodzącą w dal studia, podczas gdy on zaparkował na ogromnym parkingu, przeszedł obok rozmaitych fontann i krzewów ułożonych w bajeczne wzory i skierował się do centrum studia. Panował tam istny chaos. W każdą stronę przechodziło co najmniej 20 osób. Pomimo swoich imponujących rozmiarów, centrum i tak nie było wystarczająco dużo, by pomieścić chociażby połowę pracowników. James kierował się w stronę małego budynku, będącego kwaterą główną Walta. Po drodze wpadł na niego Goofy, rozbijając kolejne 3 reflektory.

- Rajuśku, przepraszam. Nic ci się nie stało? – zapytał.

- Nie. Jestem cały. – powiedział James z nieprzyjemnym tonem w głosie, który jednak pod koniec udało mu się nieco zamaskować.

- To świetnie! – krzyknął Goofy klepiąc Jamesa w ramię

Gdy animek odszedł James mógł śmiało wkroczyć do biura swojego szefa.

James przeszedł ostrożnie poprzez skrzypiące drzwi, uważając na poluzowane deski w podłodze.

- Halo! Jest tu ktoś? – zawołał.

Gabinet Disneya był mały, ale za każdym razem, gdy James do niego wchodził zauważał coraz więcej ukrytych po kątach szczegółów. Dzisiaj np. zerknął na wzorki wiszącego na suficie żyrandola. W środku gabinetu było także średniej wielkości biurko, powieszone za ścianach szkice oraz jedno zdjęcie rodziny. Widział również wycinki z gazet, dotyczące animacji Disneya. Samego Walta jednak nie zastał i w chwili gdy miał się już wycofywać zobaczył w drzwiach swojego szefa. Na początku James wzdrygnął się, lecz po chwili uspokoił i zwrócił do przyjaciela.

- Cześć Walt.

- Witaj James! Co cię do mnie sprowadza? – zapytał Disney, idąc w kierunku biurka.

- Chciałem porozmawiać o ewentualnym urlopie.

Walt wyłożył na stół dwie filiżanki.

- Urlop? – zapytał z niedowierzaniem.

Nagle Jamesowi zrobiło się strasznie głupio. Jakby prosił co najmniej o pożyczkę na milion dolarów, a przecież chodziło o marne parę dni wolnego. Walt powoli nalewał kawę.

- Myślałem, że lubisz tę pracę. – powiedział.

- No… tak istotnie jest, ale ja już nie wyrabiam. Przepraszam, ale mam dosyć.

- Kiedy robi się coś z pasją nigdy nie ma się dosyć, przyjacielu. – rzekł Walt i podał Jamesowi kawę.

- Jak ty o robisz?

- Jak co robię?

- Nie tracisz nerwów przez tą zwariowaną bandę szajbusów na zewnątrz. Nie wspominając już o tym, że wszystkim się nie przejmujesz, jedziesz dalej, pomimo, iż wszyscy mówią ci, że oszalałeś. Budujesz sobie Disneylandy kiedy w banku masz 4 miliony dolarów długu.

Walt podszedł do Jamesa poklepał go po ramieniu, a następnie odsłonił rolety pobliskiego okna.

- Ta „Bada szajbusów” to coś więcej niż banda szajbusów, James. Owszem bywają czasami lekko irytujący, ale to są animki. Moje animki. To są moje dzieci, James. Moi przyjaciele i rodzina zarazem. A co w nich jest najlepsze. Są wyjątkowi. Każdy z nich jest piękny na swój własny sposób. Wykreowałem ich od zera… jakże mógłbym być na nich zły?

Walt odszedł od okna i usiadł na krześle przy biurku. Wziął spory łyk kawy i popatrzył na Jamesa. Ten patrzył się cały czas na harmider, dziejący się na zewnątrz.

- W moim studiu, kolego. – zaczął Walt – Jesteśmy jedną wielką rodziną. I tego się trzymamy. Tak długo jak jedziemy z tym wszystkim razem nic nie będzie nam straszne. Nawet jakiś tam dług w banku.

James uśmiechnął się lekko pod nosem. Po czym odłożył swoją, pustą już, filiżankę na stół i powiedział:

- Jesteś po prostu niesamowity.

- Przesadzasz. James. Zezwalam ci na urlop. Wybywaj na ile chcesz, przyjacielu. Odpocznij sobie i niczym się nie przejmuj.

- Dzięki stary.

Nagle z zewnątrz dobiegł jakiś straszy hałas, zbitej szyby.

- To pewnie Donald. Zawsze ślizga się na tej wrotce co to ją tam Hyzio zostawia i trafia w nowo nałożoną szybę. Zaraz wracam. – powiedział Walt.

James wyszedł wraz z nim i rozszedł się z szefem na głównym placu. Przed reżyserem był kolejny pracowity dzień. Pocieszał się myślą, że to już ostatni i że jutro będzie mógł choć raz wcielić się w swojego leniwego współlokatora i wstać na równi z nim w okolicach godziny 16:00. Ale to co udało mu się załatwić to była pestka. Najgorsze miało dopiero nadejść. Urlop u braci Warner. Był strasznie zaniepokojony jak może się to skończyć. W końcu będzie to pierwszy raz od Bożego Narodzenia jak widział Warnerów. A od Bożego Narodzenia trochę już minęło, zważywszy na to, że zbliżał się wrzesień. Koniec w końcu minęły godziny pracy w studiu Disneya i przyszedł czas na kolejne spotkanie z totalną rozwałką. Tym razem miało być jednak gorzej. Nie tylko ze względu na odbierany przez Jamesa jako nieprzychylny stosunek Warnerów, ale także ze względu na pracę w ich studiu. Warto tu powiedzieć, że przyczyna tkwiła w ich animkach, przy których te z Disneya wydawały się być oazą spokoju. To co działo się na planach filmowych, a nawet na samych placach studia nie mieściło się po prostu w głowie i w efekcie masakrowało Jamesowi mózg. Co jednak najmniej spodziewane miało dopiero nadejść, lecz wracając do dalszego ciągu historii, James stał przed wejściem do studia. Przy bramie stali jak zwykle strażnicy, przy czym nie byli to byle jacy strażnicy, a świnia i mysz.

- Witam. – powiedział James przechodząc obok.

- Buenos dias señor James – przywitał się Speedy.

- Dzie- dzie- dzie- dzie- dzień dobry pa- pa- pa…

Jąkanie Pory’ego ucichło gdzieś za placami Jamesa, który minąwszy staże szykował się do rozmowy z szefami.

- Witam… pomyślałem, że… nie. – szeptał do siebie.

W głowie snuł tysiące dialogów, w większości negatywnych. Po chwili jednak pomyślał dlaczego tak strasznie się boi tajemniczego trio. „Przecież ktoś kto stworzył te wszystkie postacie nie może być złowieszczy” –pomyślał. Wszedł do gabinetu gdzie już czekała na niego Emily.

- Cześć skarbie. – przywitał się James.

- James. Jak było w pracy?

- Dostałem w końcu wolne. – odparł radośnie.

- Naprawdę?! To świetnie, kochanie.

- I zamierzam też dostać tutaj. Czy szefowie są w gabinecie?

- No… tak.

James wziął głęboki oddech i rzekł:

- No to idę.

W gabinecie braci Warner rozległo się pukanie.

- Harry! – zawołał Albert.

- Hm? – odparł brat, robiąc kanapki przy stole.

- Chyba ktoś pukał.

-Istotnie. – dodał trzeci imieniem Sam, rozwiązujący krzyżówki.

- Wejść! – krzyknął Harry, który powrócił do głównego blatu.

-Dzień dobry. – przywitał się wchodzący James.

- Witam. Kim Pan jest? – zapytał Albert.

- Eee… ale ma Pan poczucie humoru. Przecież to ja, James. Pracuje tu jako reżyser kreskówek.

- Chłopaki my kogoś takiego zatrudniamy? – zapytał po cichu Albert braci.

- Tak. – odpowiedzieli mu.

- A, dobra.

- W jakiej sprawie się Pan do nas zwraca? – zapytał Harry.

- Otóż pracuję u Panów już bardzo długi czas i wydaje mi się, że stosowne byłoby gdyby przysługiwało mi parę dni urlopu… - kończył niepewnie James.

- Możliwe. – odpowiedział mu Sam.

- Taaa… - dodał Albert.

- No. – skwitował Harry.

- Czyli? – pytał James.

- Załatwione. – odparli zgodnie bracia.

Radość pojawiła się w sercu młodego reżysera, czuł się wolny jak ptak, który teraz mógł odlecieć gdziekolwiek mu się zachce i nikt nie wskazuje mu kierunku. Był teraz jak…

- Pod jednym warunkiem. – przerwał rozważania Jamesa Harry.

- Tak?

- Zapewne wiesz, że Jones załatwił nam korzyści z Toma i Jerry’ego.

- Tak.

- Widzisz zrobimy tak. Już od teraz dostaniesz wolne na miesiąc, ale musisz coś dla nas zrobić.

- Zrobię wszystko. – odparł zadowolony James.

- Świetnie. Chodzi tylko o to, żebyś przygarnął do domu na ten czas Toma.

Jamesowi opadła szczęka.

- Panie James? – zapytał Albert.

Lecz on nie odpowiedział.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania